Félicité Hardy
- Nie masz pojęcia, do czego jestem zdolny.
Harry próbował się roześmiać, ale skutecznie mu to uniemożliwił. Nadal smakował latem, chociaż nowy semestr zaczynał się zaledwie za dwa dni.
Za oknem śpiewały ptaki. Nie miał pojęcia, która to godzina – czas wydawał się nie istnieć, kiedy miał Harry'ego tak blisko siebie. Być może właśnie tak było; jak czas mógłby ich pokonać, gdy zwyciężali go za każdym razem, kiedy się spotykali?
Pocałował Harry'ego raz jeszcze. Zawsze, gdy mieli się rozstać, nachodziło go dziwne przeczucie, że widzą się po raz ostatni. Czy każdy podróżnik w czasie czuł się podobnie? Nie wiedział, czy żył ktoś, kogo mógłby o to zapytać, a w istnienie pary tak niezwykłej jak oni nawet nie chciał wierzyć. Byli wyjątkowi; coraz częściej wydawało mu się to bardziej przekleństwem niż błogosławieństwem.
- Słyszałeś o Horacym? - zapytał Harry, odgarniając wilgotny kosmyk włosów z czoła.
Potrząsnął głową. Dlaczego miałby interesować się Slughornem? W swoim Hogwarcie miał wystarczająco wiele okazji do obcowania z mistrzem eliksirów i nie była to jak dotąd szczególnie fascynująca znajomość.
- Umarł dwa tygodnie temu – westchnął Harry, odwracając wzrok. Nadal nie potrafił mówić o śmierci, zupełnie jakby ponosił odpowiedzialność za zgon każdego ze swoich przyjaciół. - W kwietniu skończył sto trzynaście lat.
Przez dłuższą chwilę w pokoju panowała cisza. Sto trzynaście... Ile właściwie on miałby tu lat? Osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt? Przeszył go dreszcz na myśl o tym drugim Riddle'u, którego spotkał kiedyś Harry, a którego on sam nigdy nie poznał inaczej niż za pośrednictwem ulotnych i podstępnie podejrzanych wspomnień.
Harry miał trzydzieści lat. Dostrzegał to sporadycznie, gdy marszczył brwi w pewien specyficzny sposób – na szczęście nie miał zbyt wielu powodów do gniewu i zwykle wyglądał prawie tak, jak tego dnia, gdy spotkali się po raz pierwszy w skrzydle szpitalnym. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek zobaczy w nim dorosłego mężczyznę; nawet w sobie go nie widział, a patrząc na to z pewnego punktu widzenia, miał przecież co najmniej osiemdziesiąt wiosen. W swoim Hogwarcie czekał na trzydzieste trzecie urodziny, tylko czasami żałując, że nie może ich za każdym razem spędzać z Harrym. Wydawało się, że los, który próbował pokonać, był dużo bardziej przebiegły niż początkowo zakładał. Chociaż próbował pracować nad zmieniaczem czasu, jak dotąd nie potrafił sprawić, by złota klepsydra go posłuchała. Nie potrafił przenieść się do wybranego dnia i roku, a jedynie podążał za Harrym, jakby byli związani, a może raczej skuci łańcuchami.
Poczuł na ramieniu ciepłą dłoń i nieprzyjemna myśl zaczęła się oddalać. Zielone oczy patrzyły na niego z wrodzoną dobrocią; za każdym razem widział w nich coraz mniej obaw. Wierzył, że istniała dla nich nadzieja.
…
- Co to za okazja, Tom?
Wzdrygnął się, słysząc niespodziewane pytanie; mógłby się założyć, że jeszcze przed minutą był w gabinecie zupełnie sam. Jadowita tentakula nie broniła już jego drzwi – profesor Dumbledore, nowy dyrektor, był niezwykle wyrozumiały w kwestii ochrony prywatności i to nie on zasugerował, by przenieść roślinę; sam się na to zdecydował, próbując ochronić przed wścibskimi spojrzeniami miejsce dużo ważniejsze niż szklarnię. Tak jak przewidywał Horacy Slughorn, z biegiem lat różany ogród stał się miejscem potajemnych schadzek całych chmar uczniów. I choć niektórych mogłoby to rozczulić, on był jedynie wściekły; ogród powstał dla Harry'ego i tylko on miał prawo z niego korzystać.
Sam Horacy stał właśnie w progu wypełnionego egzotyczną roślinnością gabinetu; w ciągu ostatnich kilku lat znacznie przytył i coraz bardziej przypominał mężczyznę, którego Harry pokazywał mu na zdjęciach, ludzką śliwkę w bogatych szatach. Był w stanie uwierzyć w nieprawdopodobną dawniej historię o mistrzu eliksirów udającym fotel.
- Można? - zapytał wąsaty mężczyzna, nie czekając na zaproszenie i obrzucając wnętrze pokoju badawczym spojrzeniem. Wykorzystał ten moment na dyskretne schowanie przedmiotu swojej pracy. - Nie pojawiłeś się na obiedzie, nie wspominając już o śniadaniu i wczorajszej kolacji. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy któraś z twoich roślin nie obróciła się przeciwko właścicielowi.
Machnięciem różdżki usunął z krzesła stos niesprawdzonych prac domowych trzecioklasistów i poczekał, aż jego dawny nauczyciel usiądzie w niskim fotelu. Siedzisko zatrzeszczało niebezpiecznie, jednak nie uległo ciężarowi Slughorna.
Nie miał ani czasu, ani ochoty na rozmowy z Horacym, ale wiedział już wystarczająco dobrze, że najlepszym sposobem na pozbycie się starszego mężczyzny było okazywanie umiarkowanego zainteresowania – zajmował się wtedy sam sobą, święcie przekonany, że druga strona spija każde słowo z jego ust. Stosował tę taktykę już za czasów szkolnych, a odkąd sam zaczął nauczać, ignorowanie Slughorna stało się dla niego swego rodzaju sztuką.
- Doszły mnie słuchy, że bywasz na lekcjach dziwnie nieobecny – stwierdził mistrz eliksirów, przyglądając mu się badawczo. - Czyżbyś coś przede mną ukrywał?
- Jeśli to młody Malfoy postanowił ci na mnie donieść, to zastanawiam się tylko, czy wspomniał też o swoim zaległym wypracowaniu – odpowiedział, starając się przybrać beztroski ton. Czy Slughorn zdążył dostrzec, co schował?
- Gdyby nie to, że uważamy się za przyjaciół, zacząłbym podejrzewać, że się zakochałeś – kontynuował opiekun Ślizgonów pozornie niewinnym tonem. - Chyba powiedziałbyś mi, gdybyś szykował się do ślubu?
- Oczywiście, Horacy. - Próbował nie zrywać kontaktu wzrokowego, by nie budzić jeszcze większych podejrzeń. - Tobie powiedziałbym pierwszemu.
- Tak? W takim razie dlaczego tak szybko schowałeś pierścionek, przy którym majstrowałeś, zanim wszedłem?
W pokoju zapadła cisza. Mógłby się założyć, że gdyby przy drzwiach szklarni nadal rosła tentakula, usłyszałby teraz bez problemu, jak łapie jedną ze swoich ofiar, mimo że od wyjścia dzieliło go co najmniej piętnaście metrów.
- Nie chciałem... - próbował się wytłumaczyć, choć nie miał pewności, dlaczego w ogóle zależy mu na opinii Slughorna czy jego tak zwanej przyjaźni. Czy to przez Harry'ego tak się zmienił?
- Muszę przyznać, że nie tego się po tobie spodziewałem, Tom – przerwał mu profesor z dobrze słyszalnym w głosie żalem. - Ślub! Myślałeś, że zdołasz to przede mną ukryć? Kim jest twoja wybranka? - zapytał nieco mniej oskarżycielsko, zupełnie jakby szczerze cieszył się jego szczęściem. - I pokaż mi ten pierścionek! Chyba nie masz zamiaru decydować o wszystkim sam? Nie mógłbym zostawić przyjaciela z dylematem wyboru właściwych kwiatów – oczywiście z całym szacunkiem dla twojego doświadczenia w tej dziedzinie.
Ledwie się powstrzymał przed powiedzeniem na głos, że ma pewne wątpliwości co do kompetencji Horacego w kwestii ślubów – jeśli dobrze pamiętał, mistrz eliksirów nie tylko nigdy się nie ożenił – ani w tym, ani w żadnym innym czasie – ale też nic nie wskazywało na to, by choćby utrzymywał kontakt z kimś poza nauczycielami z Hogwartu i swoimi byłymi uczniami. Zostawił tę myśl dla siebie; Slughorn w jakiś sposób zdołał się na niego obrazić i sam się udobruchać w przeciągu trzech minut, więc nie było sensu wytykać mu bez powodu niedociągnięć argumentacji.
Zamiast tego otworzył szufladę biurka i wyciągnął z niej pierścionek. Nie miał pojęcia, w jakich ozdobach gustował Harry – sądząc po ich zupełnym braku w jego garderobie, nie miał po prostu szczególnego zamiłowania do biżuterii. To tylko komplikowało sprawę.
Nie chciał niczego krzykliwego, ale z drugiej strony nie mógł się zdecydować na coś zwykłego. On nie był zwykły, to samo mógłby powiedzieć o Harrym, cokolwiek on sam myślał na ten temat.
- Złoto i róże? - zdziwił się nieco Horacy, patrząc na misterny splot.
- Wolałbym węże, ale nie jestem pewien, czy Harry uznałby to za zabawne – powiedział bardziej do siebie niż do Slughorna. Właściwie zdążył już stworzyć ten drugi pierścień – dla siebie. Co prawda niósł ze sobą niepokojące wspomnienie Tego, Którego Imienia Nie Wymawiał, jednak chęć posiadania czegoś, co w namacalny sposób przypominałoby mu o Harrym, była zbyt silna, by poddał się tej nieprzyjemnej myśli.
- Cóż, wydaje mi się, że Harriet doceni tę zmianę – orzekł nauczyciel, pochylając się nad biurkiem i obrzucając złote róże uważnym spojrzeniem. - Czy to kolce?
Nasza relacja nie należy do najprostszych, chciał powiedzieć, ale ostatecznie przemilczał tę kwestię. Nie miał pewności, czy Horacy powinien wiedzieć o jego zabawach z czasem i przyszłości, która miała nigdy nie nadejść.
- Brakuje tylko kamieni. - Slughorn był już zupełnie pochłonięty nowym zadaniem, które najwyraźniej sam sobie przydzielił. Znikąd wyciągnął grube szkło powiększające, przez które oglądał uważnie złote płatki. - Najodpowiedniejsze są oczywiście diamenty, podobno stoją na straży wierności - oczywiście ty zapewne nie musisz się o coś takiego martwić... Chyba że wolałbyś coś w kolorze? - Czarodziej nagle podniósł wzrok i spojrzał na niego powiększonym nienaturalnie okiem. - Szafiry?
- Myślałem raczej o szmaragdach – uśmiechnął się w odpowiedzi, coraz mniej starając się zachować zwykły dystans wobec rozmówcy.
- Czyżby Harriet miała zielone oczy? - mrugnął porozumiewawczo Horacy, nadal nie odkładając lupy. - Jako opiekun Slytherinu nie mógłbym być bardziej zadowolony z takiego wyboru – dodał jeszcze, wyciągając z kieszeni różdżkę i machając nią zamaszyście.
Na stole pojawiły się trzy drobne kamienie – w promieniach popołudniowego słońca wpadającego do gabinetu przez szklany dach skrzyły się niesamowitym blaskiem. Nie trwało to jednak długo; nim zdążył chociażby wyciągnąć po nie dłoń, szmaragdy zawirowały lekko ponad powierzchnią stołu i po chwili osiadły pośród płatków złotych róż.
- Nie musiałeś... - Chciał powiedzieć coś odpowiedniego, jednak nie potrafił dziękować. Nie lubił mieć długów wdzięczności.
- Uznaj to za dobrą wróżbę – stwierdził krótko Slughorn, podnosząc się pośpiesznie z wysłużonego krzesła, zupełnie jakby obawiał się, że Tom spróbuje oddać mu niespodziewany prezent. - A kwiaty? - zapytał jeszcze, zatrzymując się na moment w drzwiach.
W odpowiedzi tylko się uśmiechnął. Róże były przecież jego specjalnością.
…
Zielone oczy spoglądały na niego spośród białych płatków; słodki zapach Félicité Hardy roznosił się po pokoju, a on nie był pewien, czy robił to wszystko właściwie.
Nie miał wątpliwości co do swoich uczuć – nie było w tym ani innym czasie nikogo, kto byłby dla niego tak ważny jak Harry. Nikt nie znał go tak dobrze, nikogo on sam nie darzył takim zaufaniem.
Ale czy mógł mieć nadzieję, że Harry czuł to samo?
Im bliższa była chwila zadania jednego prostego pytania, tym większe ogarniały go obawy. Czy ludzie zwykle czuli się tak, obnażając się w ten dziwny sposób przed tymi, których kochali?
- Piękne – przywitał go Harry, przyjmując kwiaty i ruchem ręki odsyłając je do wazonu. Magia bezróżdżkowa? Nie spodziewał się po nim takich postępów.
- Ukradłem sadzonkę z Ogrodu Luksemburskiego – odpowiedział, starając się zachować pogodny ton. Było to dużo trudniejsze niż zwykle.
Harry spojrzał na niego pytająco, jakby dostrzegł niewytłumaczalne napięcie, które go ogarniało.
Czy to właściwy moment? Żałował, że nie zapytał Slughorna o więcej szczegółów dotyczących zaręczyn. Nagle mistrz eliksirów zaczął mu się wydawać największym ślubnym specjalistą, jakiego kiedykolwiek spotkał. Zresztą kogo innego mógłby zapytać? Wyglądało na to, że Horacy był jedynym człowiekiem, którego w razie potrzeby mógłby nazwać przyjacielem.
Usłyszał brzęk szkła – to Harry rozlewał wino do kieliszków, odwrócony do niego plecami. Wykorzystał tę okazję i wyciągnął z kieszeni małe pudełko. Dlaczego nie wymyślił czegoś mniej... oczywistego?
Nie, nie, nie, przecież wiedział, że Harry nie znosił nadmiernego rozmachu, szczególnie w kwestii tej znajomości.
Czy musiał przyklęknąć? Wydawało mu się to nieco głupie, ale czy nie tak powinno się robić? Spojrzał na drewnianą podłogę i ze zdziwieniem zauważył, jak promienie słońca rozświetlają drobinki unoszącego się w powietrzu kurzu. Świat nie zdawał sobie sprawy z jego rozterek.
Wziął głęboki oddech.
Miał wrażenie, że następne kilka minut rozegrało się w zwolnionym tempie, zupełnie jakby ktoś rzucił na niego urok. Harry odwrócił się powoli i wyciągnął w jego kierunku kieliszek wina. Zamiast go wziąć, w otwartej dłoni zaprezentował pudełko. Na Merlina, nie tak to powinno wyglądać. Zupełnie jakby dokonywali jakiejś wymiany.
Harry pierwszy otrząsnął się ze zdziwienia i z nieco zdezorientowanym uśmiechem zamienił kieliszek na pakunek.
- Otwórz - zachęcił go, częstując się winem. Powinien wypić co najmniej butelkę, żeby dodać sobie odwagi, ale było już chyba za późno.
Chłopak męczył się przez chwilę ze wstążką, ale ostatecznie udało mu się rozpakować prezent. Miał wrażenie, że jego serce zaraz przebije żebra lub wręcz przeciwnie – zupełnie się zatrzyma, tak bardzo się bał. Widział, że Harry jest zaskoczony, że nie wie, co powiedzieć.
- Jest... piękny. - Mimo miłych słów Harry przyglądał mu się uważniej niż zwykle. - Co to za okazja? Przecież nie...
- Wyjdziesz za mnie? - przerwał mu, zanim zdołał się powstrzymać. Jego głos brzmiał nienaturalnie, jakby za moment miał odmówić posłuszeństwa.
Nie, nie, nie, wszystko było nie tak. Nawet Horacy miał więcej wdzięku niż on w tej chwili.
Harry otworzył usta ze zdziwienia. Wyglądał niezbyt mądrze, ale wolał nie wyobrażać sobie nawet, jak sam się prezentował.
Usłyszał, że o szyby uderza deszcze. Gdzieś w oddali zaczynała się burza.
Czy powinien tak długo czekać na odpowiedź? Czy naprawdę Harry się tego nie spodziewał? Przecież znali się od lat, o ile miały one w ogóle znaczenie w przypadku tego, co ich łączyło. Nawet Horacy zdążył się domyślić... i umrzeć. Nie żądał przecież wesela z setką gości - chciał jedynie jakiegoś potwierdzenia. Dowodu, że Harry czuje to samo, co on.
- Tom, ja... - zaczął Harry niepewnie; chyba nie mógł znaleźć odpowiednich słów. - Nie mogę się zgodzić.
Niebo rozcięła błyskawica, ale ledwie to zauważył. Przyglądał się Harry'emu, jakby zobaczył go po raz pierwszy.
- Dlaczego? - zdołał głupio zapytać, próbując zebrać myśli. Gdzie popełnił błąd?
- Jak ty to sobie wyobrażasz? - zaczął Harry bez przekonania. - Przecież nie mogę tak po prostu oznajmić, że cię... znam. Ktoś mógłby cię poznać, nie tylko Horacy cię pamiętał... Wyobrażasz sobie, co pomyślałaby Minerva McGongall, gdyby zobaczyła, jak wychodzisz z moich komnat? A Ginny? Myślisz, że zapomniała, co jej zrobiłeś?
- Ginny? Przecież nawet jej nie poznałem, bo nie pozwalasz mi spotkać żadnego ze swoich przyjaciół...
- Nie rozumiesz, dlaczego? - Harry zmarszczył brwi, ale nie wyglądał jak mężczyzna; przypominał raczej dziecko, zagubione i szukające ratunku. - Nawet ja nie potrafię zapomnieć o tym, co się stało! Moi rodzice, Syriusz, Remus i Tonks, Dumbledore, Fred... Oni nadal nie żyją. Nic się nie zmieniło.
- Nic się nie zmieniło? - Czuł, że wzbiera w nim gniew, jakiego nie czuł już od dawna. Mógłby coś rozbić, kieliszki lub butelkę wina, może szybę w oknie, mógłby rzucać na oślep klątwy, mógłby kogoś... skrzywdzić. Wziął głęboki oddech, nim znów się odezwał: - Ja się zmieniłem, ja! Czy potrafisz sobie wyobrazić, ile mnie to kosztowało? Myślisz, że było mi łatwo? Myślisz, że tylko ty jesteś pokrzywdzony przez los?
Harry milczał. Przyglądał się podłodze; już nie tańczyły na niej słoneczne plamy.
Miał tego dość. Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.
…
Zniknął.
Spojrzał na kwiaty w wazonie. Białe róży nie miały najwyraźniej zamiaru więdnąć, choć minęły już prawie trzy miesiące, od kiedy Tom opuścił jego pokój w gniewie.
Od tego czasu nie dał mu nawet najmniejszego znaku życia.
Na palcu czuł znajomy ciężar; trzy szmaragdy błyszczały przewrotnie pośród złotych płatków.
Nie założył zaręczynowego pierścionka od razu; zrobił to dopiero rankiem po kłótni. Oczywiście wszyscy pytali, skąd zabrał tak piękną ozdobę, a on za każdym razem odpowiadał zgodnie z prawdą, że dostał ją w prezencie. Z czasem zaczął dodawać, że ofiarodawcą był Tom, choć nikomu nie zdradził jego nazwiska. Nie potrafił.
Często przesiadywał w różanym ogrodzie. Wcześniej chodził tam tylko, gdy czuł się wyjątkowo samotny w swoim czasie - wolałby choć raz znaleźć się w innym. Zmieniacze, które zniszczył w piątej klasie, nie zostały naprawione. Hermiona powtórzyła mu co najmniej pięć razy, że Ministerstwo postanowiło nie wracać do manipulowania przeszłością i że on sam powinien przestać o tym myśleć. Zapewne podejrzewała, że chciałaby zapobiec śmierci przyjaciół czy rodziców. I chociaż tak nierozważnie wygarnął Tomowi ich śmierć, teraz oddałby wszystko za jeszcze jedną szansę, by zobaczył właśnie jego, a nie wszystkich swoich drogich zmarłych. Czy właśnie tak czuł się Tom, kiedy spotkali się po raz pierwszy?
Księżyc wisiał nisko nad spokojnym jeziorem. Cisza otaczająca ogród wydawała się nienaturalna w kontraście ze stanem jego ducha. Dlaczego powiedział te wszystkie straszne rzeczy? Czy miał prawo go winić? Być może w historii czarodziejskiego świata nic się nie zmieniło, ale w jego życiu coś się stało, coś ożyło.
Dlaczego? Dlaczego pozwolił mu odejść?
Coś błysnęło pod żeliwną ławką. Przez chwilę wydawało mu się, że to trzy szmaragdy, ale szybko zorientował się, że widzi coś zupełnie innego. Wyciągnął dłoń i wyczuł w ciemności zimny kształt.
Złoty łańcuszek wydawał się nie mieć końca. Między oczkami utknęła ziemia i suche źdźbła trawy. Wyjątkowo tłusty chrabąszcz próbował wyplatać się ze złotych splotów. A na ich końcu... zobaczył klepsydrę.
…
Poczuł, że jest mu zimno. Rozejrzał się ze zdziwieniem wokół siebie i zrozumiał, że gdziekolwiek się przeniósł, trafił w sam środek zimowego popołudnia.
Nie znał tej okolicy, chociaż... Oczywiście, dlaczego od razu nie poznał tego miejsca? Kiedy był tu po raz pierwszy, drogi też były pokryte śniegiem, jednak wtedy z małego kościoła dochodziły dźwięki świątecznej muzyki, a u jego boku stała Hermiona. Dlaczego nie poznał Doliny Godryka?
Rozejrzał się raz jeszcze, by sprawdzić, czy nikt go nie podgląda i szybkim ruchem różdżki wyczarował parę rękawiczek i pelerynę. Co to wszystko miało znaczyć?
Dlaczego Tom chciał, by się tu znalazł? Ruszył zaśnieżonym chodnikiem przed siebie i poczuł dreszcz, gdy przypomniał sobie, jak w domu Bathildy Bagshot zaatakowała go Nagini. Który to był budynek? Po chwili rozpoznał niewielki dom po lewej stronie drogi i zatrzymał się w pół kroku.
Tam, gdzie wcześniej stał ukryty przed mugolskimi spojrzeniami pomnik pamięci Potterów, znajdował się nienaruszony dom. Co prawda jego okna były zaciemnione i nic wskazywało na to, by ktoś w nim mieszkał, a tabliczka z numerem biura nieruchomości tylko utwierdziła go w tym przekonaniu, ale mógł sobie z łatwością wyobrazić sobie własnych rodziców przekraczających po raz pierwszy kamienny próg.
Dlaczego Tom go tu sprowadził?
- Szuka pan czegoś w tej okolicy? - odezwał się ktoś za jego plecami i prawie podskoczył ze strachu, tak cicho było jeszcze przed chwilą.
Odwrócił się i ledwie powstrzymał okrzyk zdumienia.
Stał przed nim Horacy Slughorn – dużo młodszy niż go zapamiętał, podobny raczej do mistrza eliksirów ze wspomnień, które oglądał w szóstej klasie z Dumbledore'em niż do staruszka, z którym jadał przez ostatnie kilka lat śniadania w Wielkiej Sali.
- To bardzo ładna okolica – powiedział jeszcze Slughorn, przyglądając mu się życzliwie. - Mieszka tu już kilka czarodziejskich rodzin.
- Skąd pan... - Chciał zapytać, co go zdradziło, jednak nauczyciel przerwał mu z uśmiechem, tym samym, który tak często prezentował, gdy wydawało mu się, że wie więcej niż inni:
- Miałem przewagę. Podejrzewałem, że w końcu się pojawisz. - W głosie Slughorna pojawiła się niezrozumiała nuta goryczy. - Chodź za mną.
Chciał się dowiedzieć, co się właściwie dzieje i dlaczego Slughorn na niego czekał, ale mistrz eliksirów już ruszył w kierunku przeciwnym do tego, z którego Harry przyszedł; zbliżali się znów do kościoła. Czy ktoś tam na nich czekał? Przez chwilę prawie uwierzył, że to Tom zaplanował to wszystko i w jego sercu pojawił się cień nadziei, jednak poważna mina Slughorna skutecznie go zniszczyła.
Czy coś się stało? Zmieniacz czasu na pewno zostawił w ogrodzie Tom, nie miał co do tego wątpliwości. Tylko dlaczego minęło tak wiele miesięcy, zanim go znalazł? Czy nie szukał dość uważnie? A może przeszłość i przyszłość rządziły się zupełnie innymi prawami, niż mu się dotąd wydawało?
Zanim się zorientował, minęli drzwi kościoła; Slughorn nie zwolnił kroku. Zanim zdążył go zapytać, dokąd właściwie idą, skręcił gwałtownie ku wyłożonej kamieniami ścieżce – ktoś odgarnął z niej śnieg, jednak trud miał pójść na marne – z nieba znów zaczynał płynąć biały puch.
Znał to miejsce. To tu poszedł z Hermioną tej pamiętnej zimy wiele lat wcześniej... A może później? Stary cmentarz wyglądał prawie tak samo jak tamtego dnia. Odruchowo spojrzał w kierunku, gdzie powinien znajdować się grób jego rodziców, ale zobaczył jedynie przykrytą śniegiem ziemię.
- Skąd pan...
Nie zdążył dokończyć pytania.
Slughorn zatrzymał się niespodziewanie i spojrzał na jeden z nagrobków.
Nie musiał nawet odczytywać nazwiska zmarłego, by zrozumieć. Félicité Hardy mimo mrozu była tu w pełni rozkwitu. Dobrze znany zapach kwiatów wydał mu się nagle mdlący. Tylko jedno słowo dudniło w jego ogłuszającym echem: dlaczego?
- Skąd wiedziałem, że się pojawisz? - zapytał Slughorn, poprawiając szalik. Miał wrażenie, że nauczyciel próbuje ukryć przed nim twarz. - Tom nigdy nie uważał mnie za szczególnie lotnego, ale nawet ja potrafiłem dostrzec, co się z nim dzieje.
- Czy on... cierpiał? - zapytał w końcu, starając się panować nad głosem.
Slughorn nie odpowiedział od razu. Zamiast tego spojrzał na kwitnącą mimo mrozu różę.
Ukradłem sadzonkę z Ogrodu Luksemburskiego, przypomniał sobie nagle jedne z ostatnich słów, jakie od niego usłyszał. Pojechał do Paryża, żeby zdobyć te głupie róże, a on potrafił myśleć tylko o tym, co powiedzieliby przyjaciele, gdyby dowiedzieli się, z kim chciałby spędzić resztę życia.
- Muszę przyznać, że byłem zdziwiony, kiedy tak nagle się zmienił – powiedział mistrz eliksirów, nadal nie patrząc mu w oczy. Płatki śniegu wirowały w mroźnym nocnym powietrzu; gdzieś w oddali usłyszał śmiech dziecka. - Wtedy, w szóstej klasie. Nigdy nie przyznałbym się nawet przed samym sobą, że mnie przerażał. Rzeczy, które go interesowały... Żaden przyzwoity czarodziej nie powinien nawet wiedzieć o ich istnieniu.
Nic nie odpowiedział. Slughorn nie znał nawet połowy prawdy o Tomie. Chociaż to chciał zostawić dla siebie.
- Ten ogród... Nietrudno było się domyślić, że robi to dla kogoś ważnego. Dla kogoś ważniejszego niż on sam.
Mężczyzna znów przerwał. Najwyraźniej przeżywanie tego wszystkiego raz jeszcze sprawiało mu ból.
- Cierpiał, to przecież oczywiste. Kiedy wrócił tamtego dnia, od razu wiedziałem, że stało się coś złego, choć nie miałem pojęcia, że można tak ciężko przyjąć odmowę. Żył... przynajmniej jeszcze przez jakiś czas. Nie chciał się poddać. Tylko że to wróciło, ten inny Tom, o którym prawie już zapomniałem. Zmienił się. Nie z dnia na dzień, nie – Slughorn westchnął ciężko, chowając ręce w kieszeniach. - Jadł coraz mniej, znikał na całe dnie... Pewnego razu przyszedł do moich komnat w środku nocy i przez chwilę miałem wrażenie, że odzyskał zmysły. Chciałem mu pomóc... Podejrzewam, że nigdy nie uważał mnie za przyjaciela, ale być może byłem jedyną osobą, do której mógł się wtedy zwrócić. Musiał być zdesperowany. - Coś w rodzaju gorzkiego grymasu pojawiło się na twarzy mężczyzny. - Próbowałem z nim rozmawiać, ale ciągle powtarzał tylko, że nie może wrócić, że coś się zepsuło... Nazywasz się Harry, prawda? - zapytał nagle, nie odrywając wzroku od róż.
Skinął głową w odpowiedzi. Bał się, że głos go zdradzi i odmówi posłuszeństwa.
- Długo próbowałem się przekonać, że usłyszałem wtedy w szklarni Harriet. – Pierwszy raz od momentu spotkania przy domu Potterów nauczyciel uśmiechnął się niemrawo. - Twoje imię też powtarzał, imię i nazwę tego miejsca... Znaleźliśmy go następnego dnia, Dumbledore i ja, tam, w różanym ogrodzie. Wyglądał tak, jakby spał, jakby w końcu odzyskał spokój. Trucizna – wyjaśnił, wyczuwając wiszące w powietrzu nieme pytanie, które Harry bał się zadać. - Nie jestem pewien, jaka, choć szukam odpowiedzi od lat. Znaleźliśmy przy nim tylko te kwiaty.
Przez chwilę, która równie dobrze mogła być godziną, milczeli, każdy pogrążony we własnych posępnych myślach. Chciał, żeby Slughorn już sobie poszedł, żeby zostawił go samego i pozwolił mu w spokoju oddać się żałobie. To była jego wina. Nie trucizna zabiła Toma – on to zrobił.
- Czy mógłby pan... - zaczął, widząc, że mistrz eliksirów nie ma zamiaru go opuścić, jednak jak zwykle Horacy Slughorn musiał mu przerwać:
- Myślę, że nie chciał, żebyż rozpaczał. - Nauczyciel nareszcie podniósł wzrok i zobaczył w jego oczach żal, choć był to żal zupełnie inny niż ten, który sam czuł. Mimo upływu lat smutek Slughorna mieszał się z zazdrością. I współczuciem, którego nie potrafił zrozumieć. - Bał się, co mogłoby się stać - bał się swoich własnych demonów i przyszłości, która mogłaby stać się rzeczywistością, cokolwiek to dla niego znaczyło.
- Nie żałował, bo zrobił to dla ciebie - dodał po chwili mężczyzna, odwracając się do niego plecami i odchodząc bez pożegnania.
Jeszcze przez chwilę słyszał kroki Slughorna na śniegu. Kościelne dzwony wybiły jakąś godzinę, ale nie potrafił skupić się na liczeniu.
Słowo dlaczego? nadal nie dawało mu spokoju, formując najróżniejsze pytania, jednak ostatecznie zatrzymało się na jednym: dlaczego pozwoliłem mu odejść?
Czy naprawdę tak bardzo bał się, co pomyślałyby o nim Ginny lub Minerva McGongall? Czy nie mógłby spojrzeć Molly Weasley w oczy, wiedząc, co ukrywa?
Myśli stawały się nieznośne. Widział coraz jaśniej, jak okropny błąd popełnił.
Wolałby, gdyby wstrząsał nim histeryczny szloch. Wszystko byłoby lepsze niż pustka, którą czuł, zimna otchłań, która powoli go pochłaniała.
Spojrzał raz jeszcze na nagrobek. Widział przecież, że Tom najbardziej obawiał się końca. Jak mógł mu pozwolić iść na spotkanie ze śmiercią samotnie?
Felicite Hardy.
Białe kwiaty, które znał tak dobrze. Miał wrażenie, że ich zielone oczy przyglądają mu się uważnie. W zimowym krajobrazie wyglądały nienaturalnie, zupełnie jakby Tom chciał, by zwrócił na nie uwagę.
- Harry Riddle - westchnął gorzko, zrywając pojedynczy kwiat. - A może Tom Potter?
AN: Długo zastanawiałam się, jak chciałabym zakończyć tę historię – ostatnia róża w pierwotnej wersji sprzed kilku miesięcy miała być pogrzebowa, później zaczęła mnie kusić wizja ślubu i szczęśliwego zakończenia; ostatecznie wybrałam coś pośrodku. To nie tak, że nie lubię happy endów – uwielbiam, kiedy bohaterowie żyją długo i szczęśliwie, a samo pisanie takiego końca nie należało do najprzyjemniejszych, ale tym razem nie mogło być inaczej.
