Syriusz nie mógł się doczekać wypadu do Hogsmeade i okolicznością sprzyjającą było to, że akurat dzisiaj przypadała pełnia. Zaplanował sobie, że urwie się po lekcjach godzinę czy dwie przed chłopakami i przejściem przy Wierzbie Bijącej dotrze do Chaty, a stamtąd już dwa kroki Pod Świński Łeb. Postanowił nie zawracać sobie dupy bezcelowym kręceniem się po wiosce i zaglądaniem do drobnych sklepikarzy, bo doskonale wiedział, że punktem kontaktowym dla wszelkiej maści szmuglerów i przedstawicieli handlowych była właśnie knajpa starego Aberfortha. Pobieżnie przekartkował podręcznik do eliksirów z zeszłego roku, nadal pachnący nowością i bez fizycznych oznak używania, aby mieć mniej więcej wyobrażenie, czym do cholery jest skórka boomslanga. A zeszłej wiosny po ostatnim zaliczeniu przysiągł sobie, że nigdy tego cholernego tomiszcza nie dotknie.

Czego to człowiek nie zrobi dla pieniędzy.

Przed resztą Huncwotów planował wytłumaczyć dołączenie do nich na miejscu przygotowywaniem gruntu pod rozrachunki z minionej nocy. Co nie było kłamstwem, ale i nie było do końca prawdą. Syriusz musiał przyznać, że na dłuższą metę ciągnięcie tego i utrzymanie właściwych stosunków z przyjaciółmi będzie mocno kłopotliwe. Cholera, nie minęła jeszcze nawet doba, a już czuł się pod ścianą, czego nie lubił w stopniu najwyższym. Nie był typem, który pozwala spychać się do defensywy.

Bez komplikacji dotarł do Hogsmeade i Pod Świński Łeb. Zamówił jedno kremowe i rozsiadł się w kącie, by mieć dobrą perspektywę na resztę sali. Po kwadransie wytypował trzech potencjalnych przedstawicieli handlowych. Pierwszego odrzucił ze względu na nerwowość w oczach i drżenie dłoni – mógł być tutaj podstawiony przez Departament do Walki z Nielegalnym Obrotem Przedmiotami Magicznymi albo zwyczajnie na haju. Obie ewentualności dyskwalifikowały go z miejsca. Drugi… cóż – miał fioletowy płaszcz w grochy, mokasyny wysadzane różowymi perełkami i kozią bródkę. Młody Black nie znosił ludzi pozbawionych poczucia estetyki, więc z nim też nie miał zamiaru gadać. Trzeci okazał się strzałem w dziesiątkę.

Zanim minął kolejny kwadrans, Syriusz ulotnił się przez drzwi od zaplecza, prewencyjnie unikając wzroku ciekawskich, dźwigając torbę obładowaną proszkami, maziami, martwymi istotami żywymi i wolał nie wiedzieć, czym jeszcze. Ładunek ważył pewnie tyle, co mały troll i gdyby tego magicznie nie upchał, potrzebowałby transportu, ale jakoś nie odważył się narzekać. Był cały w skowronkach.

Nie mógł się doczekać miny Smarkerusa.


Severus obserwował uważnie, jak jedyny na piętrze parapet zapełnia się powoli fiolkami, słojami i pudełeczkami o różnorakiej zawartości. Specyfików cały czas przybywało i chłopak zaczynał wątpić, że kiedykolwiek Black dotrze do dna torby. Kiedy wreszcie Gryfon wyciągnął ostatni flakon i postawił go na kamiennym blacie, Snape oderwał wzrok od zapełnionego parapetu.

– Tylko mi nie mów – zaczął powoli, krytycznie lustrując Blacka od stóp do głów – że to wszystko ukradłeś.

– Taa. I zabiłem pośrednika, żeby pozbyć się dowodów przestępstwa – oświadczył poważnym głosem Huncwot. – Z główką wszystko dobrze, Snape?

– Skąd tyś to wytrzasnął? – zapytał z niedowierzaniem. Zafascynowany sięgnął po pękatą buteleczkę i potrząsnął. Ostrożnie odkorkował, a ciemnomiodowa ciecz nieznacznie zabulgotała. Wcisnął ponownie korek i odstawił delikatnie szkło. Zaczął po kolei otwierać pudełka i słoje, by upewnić co do ich zawartości.

W końcu Black nie wytrzymał i przerwał zalegającą w półmroku ciszę.

– Mówiłem, że w Hogsmeade można dostać wszystko i to za całkiem rozsądną cenę, jeśli jest się nieco utalentowanym w zakresie kontaktów interpersonalnych.

– Tu jest wszystko z listy?

– Dokładnie. Poczyniłem też pewne oszczędności – stwierdził Gryfon, niezwykle z siebie zadowolony. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął kilka monet. – Zostało osiem sykli dwadzieścia pięć knutów. To policzę na poczet długu za Veritaserum.

Severus prychnął, ale przynajmniej przed sobą samym musiał przyznać, że los obdarzył Blacka większym talentem do negocjacji niż jego samego. Z drugiej strony, szczególnie go to nie bolało. Z zasady nie lubił ludzi i oni zapewne instynktownie to uczucie odwzajemniali.

Jego spojrzenie zatrzymało się na pokaźnym słoju, wypełnionym mazistą, brunatnawą substancją. Zaintrygowany odkręcił zakrętkę i powąchał.

– Ile dałeś za to? – rzucił, odwracając się wreszcie w stronę rozmówcy.

Gryfon nonszalancko oparł się o ścianę i przechylił głowę, przybierając na twarzy wyraz wyższości. Po jakiejś minucie, nie doczekawszy się ponowienia pytania, nie wytrzymał i postanowił zaszczycić Severusa odpowiedzią.

– Piętnaście sykli. Półdarmo – rzucił radosnym głosem, szczerząc się jak debil.

– Moje gratulacje, Black. Masz gest – szyderczo powinszował Ślizgon biznesowemu partnerowi. – Nabyłeś za poczwórną cenę roczny zapas pasty do polerowania mioteł. Twoje skrzaty domowe umrą ze szczęścia.

Severus obserwował z rozkoszą, jak wyraz twarzy Huncwota zmienia się z rozradowanego w obraz czystego nieszczęścia. Miał ochotę się roześmiać, ale zdusił tę myśl w zarodku. Jakakolwiek reakcja oznaczałaby, że w ogóle zwraca uwagę na nastroje Blacka.

– Zdarza się najlepszym – odszczeknął się tamten z przekąsem, po czym ostentacyjnie odwrócił wzrok i zaczął lustrować gotyckie sklepienie sufitu jak sfochana baba.

Albo nie to. Severus dałby sobie rękę uciąć, że ma raczej do czynienia z rozpieszczonym pięciolatkiem. Cholerny czystokrwisty paniczyk.

– Poza tym jednym, cała reszta jest w porządku. – Severus wahał się chwilę, ale dał za wygraną. W końcu teraz siedzieli w tym razem, a on nie miał zamiaru dźwigać wypchanej torby sam. – Pakujemy wszystko z powrotem. Musimy to dotaszczyć na pierwsze piętro, zanim Filch skończy obchód Wieży Astronomicznej.


Syriusz był pod wrażeniem orientacji w terenie Ślizgona i jego wiedzy na temat zwyczajów zgredowatego woźnego. Nie było to nic, o czym sam by nie wiedział, ale do teraz był egoistycznie przekonany, że tego rodzaju obeznanie posiadali w całym Hogwarcie jedynie Huncwoci. Widocznie będzie musiał zweryfikować kilka swoich opinii.

– Black, postaraj się teraz trzymać jadaczkę zamkniętą – rzucił półgłosem idący przodem Snape, pchając nogą ciężkie drzwi, które wyrosły na ich drodze.

– A czemuż to? – zapytał podniesionym głosem, nie mogą się powstrzymać.

– Temuż to – Snape syknął zirytowany, ale zanim z jego ust popłynął potok przekleństw, dziewczęcy wrzask wypełnił pomieszczenie.

– Chłopcy w damskiej toalecie?!

Kątem oka Syriusz, stojąc po kostki w wodzie, zarejestrował, jak Ślizgon zatrzaskuje za nim drzwi. Natomiast przed oczami Gryfona zmaterializowała się nastoletnia okularnica, chociaż nie z krwi kości. Nieznajoma okazała się być pozbawionym ciała duchem, co nie przeszkadzało jej na zmianę drzeć cię wniebogłosy, zawodzić, pochlipywać i straszyć samobójstwem.

– Kurwa, i znowu będę miał pierdoloną migrenę – poinformował Snape, nie wiedzieć kogo, i westchnął cierpiętniczo. Wyrwał z rąk Huncwota torbę z zapasami składników do mikstur, szarpnął drzwi ostatniej z kabin i zniknął w środku.

Black, prawdziwie zaciekawiony, podążył jego śladem, ale stanął jak wryty na widok wnętrza kabiny.

Ciasny boks został bez wątpienia magicznie powiększony, ale i tak zajmował nie więcej niż pięć metrów kwadratowych. Syriusz nie uwierzyłby nikomu na słowo, że na takiej powierzchni można upchnąć kociołek z paleniskiem, całkiem pokaźną, choć wyraźnie zdezelowaną biblioteczkę i całe mnóstwo fiolek, kolb i innych naczyń przenajróżniejszej maści. Całości dopełniały półki, zastawione gotowymi miksturami i półproduktami, sięgające sufitu. Wszystko utrzymane w pedantycznym ładzie.

Kiedy Gryfon zaznajamiał się z miejscem pracy Snape'a, rzeczony delikatnie, niemal z czcią wyjmował z torby zdobyte magiczne składniki i pieczołowicie upychał obok innych buteleczek i zawiniątek. Do jazgotu, urządzanego po drugiej stronie drzwi przez martwą dziewczynę, dołączył odgłos przesuwanych po półkach przedmiotów i delikatny brzęk przestawianego szkła.

Syriusz nie bardzo wiedział, co tu jeszcze robi, więc zwyczajnie odwrócił się bez słowa i zrobił krok w stronę wyjścia z łazienki.

– To też zabierz. To nie składzik na detergenty i środki czystości – usłyszał za plecami i kiedy się odwrócił zdezorientowany, w jego rękach wylądował pokaźny słój z brązowawą zawartością. A tak, byłby zapomniał o swoim zakupie życia.

– A ty, Snape? – rzucił na odchodnym, już od progu, przekrzykując jęczącą nastolatkę o irytującej osobowości, która od dziesięciu minut, choć absolutnie ignorowana, nie dawała za wygraną. I nie zapowiadało się na poprawę.

– Eliksiry nie uwarzą się same, geniuszu. Już się odzwyczaiłem od spania.

Gryfon wzruszył tylko ramionami, wepchnął słój do torby i upewniwszy się, że za drzwiami nie waruje Filch albo Pani Dorris, pobiegł ciemnym korytarzem w stronę dormitorium Gryfindoru.


Nie było rzeczy, której odmówiłby teraz w zamian za kubek czarnej jak otchłań piekieł, świeżoparzonej kawy. Siłą woli dowlókł się do Wielkiej Sali i opadł na pierwsze wolne miejsce przy stole Węży. Było jeszcze pusto. Nie więcej niż kilkunastu uczniów łapało kontakt z rzeczywistością przy innych stołach, ale Severus nie zwracał na nich uwagi. Natychmiast wyciągnął rękę po dymiący, aromatyczny, czarny jak smoła napój, który na życzenie pojawił się przed nim na białym obrusie. Upił łyk. Gorzkawy posmak kawy momentalnie rozjaśnił jego myśli i odgonił uczucie śmiertelnego zmęczenia. Tylko dzięki temu napojowi bogów mógł normalnie funkcjonować.

Pozwolił sobie na absolutne rozluźnienie. Jeśli naprawdę lubił jakieś fragmenty swojej codziennej rutyny, to – poza nocnym warzeniem eliksirów – były to długie, samotne śniadania. Nie musiał wtedy nakładać masek i współuczestniczyć w niekończących się wewnętrznych walkach o władzę między kolegami ze Slytherinu, bo Węże pojawiały się w sali stosunkowo późno, tuż przed rozpoczęciem pierwszych zajęć. No i była kawa.

Dopiero pół godziny później zaczęli tłumnie schodzić się na śniadanie inni uczniowie.

Snape dopijał drugi kubek czarnego wywaru, kiedy usłyszał znajome głosy od strony wejścia i jego dobry nastrój szlag trafił. Do Wielkiej Sali wparowała czwórka Huncwotów, jak zawsze robiąc wokół siebie zamieszanie. Black porzucił swoją torbę na podłodze, dokładnie pod nogami Pettigrew, który widowiskowo się o nią potknął i wywinął orła na posadzce. Wkurzony wstał, otrzepał się i zaklął.

– Cholera, Syriusz. Co ty tam nosisz? – zapytał zirytowany.

Pettigrew dźwignął wyładowaną torbę, ale tę wyrwał mu natychmiast z rąk Potter i zaczął dobierać się do jej zawartości, wypakowując wszystko na stół bez pytania właściciela o zgodę. Ściągnął pytająco brwi, kiedy do książek, pergaminów i całej masy różności dołączył pokaźnej wielkości słój.

– A po kiego grzyba ci roczny zapas pasty do mioteł, Łapo? – zapytał z nieskrywaną ciekawością.

– Rogaczu, a skąd wiesz, że to akurat pasta do mioteł? – odpowiedział pytaniem wyraźnie zaskoczony Black.

– Każdy, kto jej używał wie, jak wygląda pasta do polerowania mioteł. Myślałeś, że twoja miotła poleruje się sama? Bardzo syriuszowe. Nie chciałbym być u ciebie skrzatem domowym – stwierdził rozbawionym głosem Potter.

– Myślałem, że to sprawa… Bo ja wiem? Struktury drewna?

– Serio, Łapo, jesteś najbardziej nieprzystosowanym do życia czarodziejem, jakiego znam.

– Goń się – zripostował Black i wepchnął słój z powrotem do torby, robiąc obrażoną minę.

Severus, który walczył ze sobą od dobrych trzech minut, w końcu dał za wygraną i wybuchnął szyderczym śmiechem, przykuwając uwagę zaabsorbowanych własnym towarzystwem Huncwotów. Dłoń Syriusza Blacka wystrzeliła w powietrze i pozdrowiła Ślizgona środkowym palcem. Adresat niewerbalnej wiadomości musiał się naprawdę starać, by nie zachichotać jak mała dziewczynka.

To chyba ten brak snu.

– A temu co? Ej, Smarkerus, masz jakiś problem? – zaczepił go Pettigrew, ale reszta zignorowała kolegę, gapiąc się na Severusa, jakby wyrosła mu trzecia ręka.

A ten wstał od stołu i ruszył w stronę drzwi, hamując napady śmiechu. Nie miał zamiaru przy pełnej sali zepsuć sobie reputacji.

– Co to było? – dobiegło go jeszcze zza pleców pytanie Lupina, najwyraźniej skierowane do Blacka, bo ten prychnął.

– A skąd ja mam niby wiedzieć? Wyglądam ci na wróżkę?! – odparował zapytany, tracąc nad sobą panowanie.

– To co, na śniadanie meliski? – zapytał niewinnie Potter, a jedyną odpowiedzią, jaką usłyszał Severus był odgłos tłuczonego szkła i skrzypienie ławy, kiedy ktoś się z niej podniósł.

Chwilę później, już na zewnątrz, Black chwycił Snape'a za rękaw szaty i zawlókł w stronę pustego korytarza.

Ślizgon, kiedy zorientował się, co się dzieje, zacisnął dłoń na różdżce i napiął wszystkie mięśnie, z ogniem w oczach gotowy do obrony. Obstawiał, że zaraz oberwie jakąś nieprzyjemną klątwą. Zamiast tego Gryfon wcisnął mu do kieszeni zwinięty pergamin.

– Badanie rynku – oświecił zdezorientowanego Severusa. – I nalegam na uruchomienie skrzynki kontaktowej. Nie mogę co noc łazić do północnego skrzydła i wymyślać idiotycznych wymówek. No i ktoś nas w końcu złapie. Proponuję zostawiać sobie wiadomości za posągiem Jednookiej Wiedźmy i ograniczyć kontakty bezpośrednie. Wysoko cenię moją reputację – dodał nienaturalnie dramatycznym głosem.

– Popieram. I nigdy więcej mnie nie dotykaj, bo ci utrącę łapy powyżej łokci – wysyczał Severus, odpychając od siebie Blacka.

– Z tym utrącaniem powodzenia życzę. A teraz przepraszam, muszę umyć ręce przed śniadaniem – poinformował Gryfon złośliwie, teatralnym gestem wycierając o ubranie dłoń, którą chwilę wcześniej przycisnął Snape'a do ściany.

Ślizgon rzucił mu mordercze spojrzenie i ruszył w stronę lochów. Dziś zaczynał od eliksirów i był wściekły, bo czuł, że nawet to nie poprawi jego nastroju, skutecznie zepsutego na resztę dnia przez cholernego Blacka. Poczuł się jednak odrobinę lepiej na myśl, że nie będzie go musiał oglądać częściej niż to będzie bezwzględnie konieczne.

Sięgnął do kieszeni i rozwinął pergamin. Przebiegł wzrokiem odręczną notatkę i stanął jak wryty. Jeszcze raz przeczytał, tym razem dwa razy wolniej.

Bez rozszerzenia asortymentu o produkty mniej luksusowe, caeteris paribus, popyt na obecne produkty będzie sukcesywnie spadał. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest zmiana aktualnej strategii cenowej poprzez ekspansję w kierunku mniej zamożnych potencjalnych nabywców.

Krótka prezentacja – patrz zajęcia profesora Slughorna.

PS. Możesz zabrać popcorn.

Szlag.

Jak Severusowi mogło umknąć, że miał razem z tym idiotą i jego bandą eliksiry?

Po plecach przebiegł mu nieprzyjemny dreszcz. Aż bał się przekraczać progu lochów, bo jego wyobraźnia nie sięgała na tyle daleko, by przewidzieć, jaki durny pomysł narodził się w głowie Blacka.


*ceateris paribus – z łac. "przy tych samych warunkach/okolicznościach", takie tam marketingowe paplanie.