Teraz
„Tonight your memory burns like a fire, with every one it grows higher and higher. I can't get over it, I just can't put out this love." — Rascal Flatts (Come Wake Me Up)
Wpatrywał się w miasto przed sobą, podczas gdy śnieg powoli pokrywał jego włosy i ubranie. Pierwsze białe święta od wielu lat i to w Cardiff, do diabła. Okrył się szczelniej płaszczem, uporczywie wpatrując się przed siebie. Coś dziwnego działo się z pogodą w całym kraju, ale nie miał dziś głowy, żeby się tym martwić. Zresztą pracowali nad tym już od dobrego tygodnia, jeden dzień przerwy nie powinien zrobić większej różnicy.
— Tak właśnie myślałam, że cię tu znajdę.
Odwrócił się gwałtownie w stronę głosu, który dobiegł go zza jego pleców. Nikt nie powinien wiedzieć o tym miejscu, a jeśli już wiedział, to powinien był uszanować jego prywatność. Zmarszczył brwi na widok Marty. Otworzył usta, żeby zapytać, co, do cholery, tutaj robiła, ale nagle uświadomił sobie, że nie jest w stanie. Uderzyła w niego świadomość, że wilgoć na jego policzkach wcale nie była resztkami rozpuszczonych płatków śniegu, a uścisk w gardle, który uniemożliwiał wykrztuszenie choćby słowa...
Szybko otarł twarz, mając nadzieję, że jakimś cudem umknie to uwadze Marty.
— Gwen się o ciebie martwiła — odezwała się kobieta, patrząc na niego dziwnie. — Nie pojawiłeś się na przyjęciu.
Oczywiście. Zapomniał o tym głupim przyjęciu świątecznym, na które zaprosili go Gwen i Rhys. Zapomniał a może celowo je zignorował. Nie był pewny.
— Jak mnie znalazłaś? — zapytał i przeklął w myślach, kiedy usłyszał jak żałośnie brzmi jego głos.
— Namierzyliśmy twój telefon — powiedziała i miał wrażenie, że usłyszał w jej głosie skruchę. — Wiem, że nie powinniśmy, ale to nie pierwszy raz, kiedy tak znikasz, Jack. Martwiliśmy się.
— Nic mi nie jest — odparł pustym głosem, odwracając się do niej plecami.
Usłyszał zbliżające się kroki i z trudem powstrzymał westchnienie irytacji. Teraz, kiedy Gwen była zbyt zajęta swoją powiększającą się rodziną, zdawało się, że Marta przejęła jej irytujący zwyczaj niańczenia go. Szkoda, bo uważał, że ze wszystkich ludzi na tej planecie, to właśnie ona będzie w stanie najlepiej zrozumieć jego potrzebę samotności. Przy podróżach z Doktorem naprawdę przydaje się umiejętność wyczucia, kiedy ktoś musi zostać sam ze sobą. On i Rose zawsze to rozumieli; sądził, że Marta też, lecz teraz coraz częściej w to wątpił.
Kobieta złapała go za rękę i z trudem powstrzymał się od wyszarpnięcia jej. Kochał Martę – po tym wszystkim, co razem przeszli – z sekretem, który dzielili była dla niego jak członek rodziny. Dziś jednak naprawdę nie był w nastroju na zwierzenia i zabawę w psychiatrę.
— Gwen powiedziała, że tutaj mieszkał. Często tu przychodzisz?
Wzruszył ramionami, wiedząc, że prawdziwa odpowiedź jeszcze mniej by ją zadowoliła. Znów poczuł iskrę irytacji, tym razem skierowaną ku Gwen. Oczywiście, próbowała mu pomóc – jak zawsze – ale czy choć raz nie mogła siedzieć cicho?
— Szczelina się odezwała? — zapytał, tym razem dużo lepiej kontrolując swój głos.
Marta spojrzała na niego z niezadowoleniem, najwyraźniej dostrzegając mało subtelną zmianę tematu. Dzięki Bogu, nie skomentowała tego w żaden sposób, choć Jack podejrzewał, że było jeszcze kilka mądrości, którymi chciała się z nim podzielić
Po raz kolejny zaczął się zastanawiać, co ostatnio było z nim nie tak, że w każdej kobiecie budził niezmierzone pokłady instynktu macierzyńskiego. Jego rodzice nie żyli od tak dawna, że nie był nawet w stanie przypomnieć sobie ich twarzy, a co dopiero za nimi tęsknić. Był dorosłym mężczyzną, a nawet więcej. Przerastał wszystkich ludzi na tej planecie nie tylko wiekiem, ale też doświadczeniem i bólem, na jaki skazało go wieczne życie. Definitywnie nie potrzebował niańki na pełen etat.
Nagle jeszcze bardziej zatęsknił za Toshiko – jej cichą obecnością, sposobem, w jaki zawsze była tam dla niego, jednocześnie nigdy nie naciskając. Od jej śmierci minęły już prawie dwa lata. Dwa długie, ciężkie lata, odkąd jego rodzony brat pozbawił go dwójki najlepszych przyjaciół, a on wciąż mógł wyraźnie zobaczyć, jak życie opuszcza ciało Tosh, kiedy tylko zamknął oczy. Zacisnął zęby na myśl o niej, Owenie i Gray'u. Znów uderzyła w niego fala poczucia winy; miał wrażenie, że z każdym razem była ona coraz większa
— Nie dlatego tu jestem — rzekła powoli Marta, wpatrując się w niego natarczywie.
Czuł, że jej oczy śledzą uważnie każdy jego ruch i mimowolnie zaczął się zastanawiać, co by zrobiła, gdyby nagle skoczył. Z łatwością mógł wyobrazić sobie przerażoną twarz Gwen. Już widział jej wielkie zielone oczy wypełnione łzami, kiedy pyta go, dlaczego to zrobił. Prawie jęknął na myśl, że nawet ośmiomiesięczna córka i trzeci miesiąc ciąży nie byłyby w stanie powstrzymać jej przed chodzeniem za nim krok w krok przez najbliższych kilka miesięcy. Kiedyś pewnie by mu to schlebiało – dawno temu, zanim uczucie do Ianto przyćmiło zauroczenie Gwen. Teraz sama myśl o tym przyprawiała go o mdłości.
Dlaczego nikt nie rozumiał, że nie chce ich przeklętej litości?! Potrzebował tylko czasu, by prawidłowo przeżyć żałobę. Był to winien Ianto, a nawet gdyby nie był, to nie potrafił nic poradzić, że czuje w ten sposób.
— Jack, to co sobie robisz nie jest zdrowe — powiedziała, kiedy cisza coraz bardziej się dłużyła.
— W takim razie to chyba dobrze, że jestem nieśmiertelny.
Wypowiedział te słowa z uśmiechem, lecz nawet dla niego brzmiały one pusto i gorzko. Miał jednak płonną nadzieję, że rozładuje jakoś atmosferę i kobieta da sobie spokój z umoralnianiem go. Niestety czekał go zawód. Marta się nie uśmiechnęła. Zamiast tego zmarszczyła brwi.
— Nie chodzi mi o to, że za nim tęsknisz — kontynuowała, jakby Jack w ogóle się nie odezwał. — Bo to w porządku, Jack. W porządku jest za kimś tęsknić, tak samo jak w porządku jest potrzebować czyjejś pomocy.
— Nie wiedziałem, że ma pani dyplom z psychologi, doktor Jones.
Znów zero reakcji, choć był pewien, że tym razem włożył dużo więcej wysiłku, by jego uśmiech wyszedł szczerze. W myślach warknął z irytacją, dostrzegając, że w ten sposób się jej nie pozbędzie. Cholera! Robiła się w tym niemal tak dobra jak Gwen. Ciekawe, czy nie dostała od niej jakieś wspaniałej rady w stylu „nie przestawaj, dopóki nie rzuci się z tego dachu". Jeśli tak, to świetnie, bo Marta byłaby wtedy wyjątkowo blisko celu.
Pozwolił sobie na westchnięcie i zrobił kilka kroków w kierunku wejścia na dach, zauważając, że Marta rozluźnia się, kiedy dystans między nim a krawędzią się zwiększył. Naprawdę, co było nie tak z tymi ludźmi? Czego nie rozumieli w słowie nieśmiertelność? Jak to powiedział Doktor? „Stały punkt w czasie i przestrzeni", „błąd". Co by zmieniło, gdyby rzucił się z tego głupiego dachu? Ostatecznie przecież i tak by wrócił!
— Nic mi nie jest, Marto — powiedział, powtarzając po raz niezliczony ten utarty frazes. — Naprawdę — dodał, kiedy dostrzegł jej niewzruszoną, sceptyczną minę.
Twarz kobiety nieco złagodniała, kiedy podeszła do niego i złapała ostrożnie jego przemarzniętą dłoń.
— Jest ci ciężko, rozumiem to. Wiem, że potrzebujesz czasu, żeby sobie z tym poradzić. Wróciłeś na Ziemię, do Torchwood i to już ogromny postęp. Chciałabym tylko, żebyś czasem porozmawiał z którymś z nas.
Otworzył usta, chcąc jej przerwać, lecz kobieta nie dała mu na to szansy.
— Oczywiście, że możesz sobie z tym poradzić sam, przecież wiem. Ale, Jack, pamiętaj, że masz ludzi, którzy cię kochają, którzy się o ciebie martwią. My też znaliśmy Ianto. Ja niezbyt dobrze, ale był przyjacielem Gwen. Ona na pewno zrozumie, jeśli będziesz chciał z nią porozmawiać.
Spojrzał w jej brązowe oczy i na widok zmartwienia, jakie w nich dostrzegł poczuł się jeszcze gorzej. Nie dość, że zawalił już jako przywódca, to teraz okazywał się również beznadziejnym przyjacielem. Wbrew sobie skinął powoli głową, zastanawiając się, czy kiedykolwiek odważy się jeszcze przed kimś otworzyć. Mimo tego cichego kłamstwa, poczuł się nieco lepiej, kiedy dostrzegł delikatny uśmiech, który upiększył twarz Marty.
Nowe Centrum w wielu kwestiach przypominało ich stare miejsce pracy. W ciągu tych kilku sekund przed wybuchem bomby, Ianto udało się wprowadzić odpowiedni protokół bezpieczeństwa, który ocalił podziemia i archiwa. W gruncie rzeczy zniszczeniu uległy wszystkie ich komputery i pomieszczenia na głównym poziomie, jednak blokada czasowa Tosh, którą otoczone zostały niższe partie Centrum – w tym choćby kostnica, do której przeniósł zahibernowane ciało brata – przetrwały.
Oczywiście wybudowanie na tym miejscu nowej bazy nie było ani łatwe, ani tanie i gdyby Jack nie uzyskał poparcia premiera i królowej, nigdy by się nie udało. Na nieszczęście dla UNIT-u, królowa uznała, że ponosi on pełną winę za zniszczenie bazy podległego jej instytutu i zdecydowała, że odbudowa sfinansowana zostanie z pieniędzy, które co roku przeznaczane były na ich dział eksperymentów.
Jack uważał to za sprawiedliwe rozwiązanie, lecz mimo to relacje między Torchwood a UNIT-em jeszcze nigdy nie były tak napięte. Gwen starała się robić, co w jej mocy, by kontakty dwóch organizacji odbywały się w miarę cywilizowanie, lecz i ona wciąż wyraźnie pamiętała, co UNIT zrobił Jackowi, kiedy ostatnim razem sytuacja zaczęła wymykać się im spod kontroli.
Po odbudowie wszystko wyglądało bardziej schludnie i nowocześnie. Zmienił się też rozkład pomieszczeń. Zatoka medyczna, w której na co dzień rezydowała Marta, była teraz znacznie większa i lepiej wyposażona, a może po prostu panował w niej porządek, jakiego nie mógł sobie przypomnieć z czasów, gdy ich lekarzem był Owen.
Jeszcze jedną ważną zmianą był brak jego małej sypialni. Postanowił zainwestować w mieszkanie, stwierdziwszy, że przecież i tak nie czeka już na Doktora, więc ciągła obecność w Centrum nie ma sensu. Gwen bardzo ucieszyła ta wiadomość i kobieta natychmiast zaangażowała się w pomoc przy wyborze nowego lokum, twierdząc, że musi jak najszybciej wyprowadzić się z hotelu, w którym zatrzymał się po powrocie. Pozwolił jej, by sama się tym zajęła, co wyraźnie sprawiło jej radość.
Musiał przyznać, że Gwen ma dobry gust. Lubił swoje nowe mieszkanie. Nie było zbyt duże, wręcz małe, dzięki czemu łatwiej było je wypełnić niewielką ilością rzeczy, które posiadał. Rzadko tam bywał – znacznie rzadziej niż sądził jego zespół, lecz w tym miejscu naprawdę mógł poczuć się jak w domu.
Na lodówce Gwen zawiesiła tylko kilka zdjęć, oczywiście wśród nich były te sprzed śmierci Owena, Tosh i Ianto – zupełnie jakby kobieta starała się przypomnieć mu tych wszystkich ludzi, u boku których i dla których walczył. Nieczęsto na nie spoglądał; wywoływały one fale wspomnień, które zupełnie niespodziewanie były w stanie przemienić się w brutalne tsunami, kończące się atakiem paniki. Od śmierci Ianto – tej drugiej, definitywnej, która skłoniła go do opuszczenia Ziemi – zdarzyło mu się kilka takich ataków, lecz do tej pory jakoś dawał sobie z nimi radę.
Przekroczył próg Centrum, rozglądając się leniwie dookoła. Mimo że wszystko wyglądało profesjonalnie i nowocześnie, miejsce to budziło w nim uczucie wyobcowania i nostalgii. Tęsknił za urokiem, jaki miała w sobie ich dawna baza, za wszystkimi wspomnieniami, które się z nią wiązały. A najbardziej tęsknił za Myfanwy, która nie miała żadnej szansy na przeżycie wybuchu. Z jednej strony była tylko dzikim zwierzęciem, które miało nieszczęście utknąć w XXI wieku, lecz Jack zawsze postrzegał ją jako swojego rodzaju bratnią duszę. Oboje wyrwani ze swoich czasów, oboje samotni i opuszczeni, niezrozumiani przez resztę otaczającego ich świata.
Gwen twierdziła, że ich nowa baza jest znacznie bardziej praktyczna, ale Jack wiedział doskonale, że nie tylko on tęskni za tym, jak rzeczy wyglądały kiedyś. Nie mógł narzekać, jego nowy zespół był świetny. Wszyscy się dogadywali i pracowali w przyjaznej atmosferze, będąc przy tym skuteczni jak nigdy dotąd. Udało mu się namówić Mickiego i Martę, by pomogli w odbudowie Torchwood Trzy, a po wszystkim zaoferował im pracę. Zwerbował też Louis, która tak im pomogła w tamtym strasznym czasie, a także przyjaciela Gwen, Andy'ego. Początkowo miał co do niego wątpliwości – przeklęci policjanci i ta ich moralność – lecz mężczyzna szybko udowodnił swoją wartość i do tej pory Jack ani razu nie żałował swojej decyzji.
Dobrze było znów mieć duży zespół, zwłaszcza, że szczelina, za której zamknięcie Ianto poświęcił życie, jakimś cudem znów była otwarta. Jack ponuro podejrzewał, że Cardiff po prostu nie mogłoby być normalnym, bezpiecznym miastem. Z drugiej strony, gdyby nie szczelina, królowa pewnie nie widziałaby potrzeby odbudowania Torchwood Trzy, a w ostatnim czasie instytut stanowił większą część jego życia. Przynajmniej inwazje wrogich kosmitów, którzy z jakiś niezrozumiałych dla niego powodów obrali sobie za cel Cardiff, pozwalały mu nie pogrążać się w ponurych wspomnieniach. Robił to przez ponad rok po śmierci Ianto i był aż nazbyt świadomy, jak blisko szaleństwa się znalazł. Właśnie dlatego wrócił na Ziemię, do Gwen. Wiedział, że teraz tylko ona jedyna była w stanie poskładać go w całość, nawet jeśli nie bardzo podobały mu się jej metody.
Tego dnia szczelina najwyraźniej postanowiła milczeć. Na wszelki wypadek rzucił okiem na komputer, lecz program wykrywający jej aktywność zapowiadał spokojnych kilka dni. Oczywiście niczego nie można było być pewnym, lecz, póki co, wszystko wskazywało, że spędzi kolejną noc na ponurych rozmyślaniach. Spojrzał szybko na zegarek, choć dobrze wiedział, że wciąż jest zbyt wcześnie, by iść do domu.
Z niechęcią powlókł się w stronę swojego gabinetu. Równie dobrze mógł się zabrać za raport na temat ostatniej inwazji, podczas której zginęło trzech cywili. Otworzył drzwi, po drodze łapiąc teczkę z raportem Gwen na temat tych samych wydarzeń – mała inspiracja jeszcze nikomu nie zaszkodziła. W pewnym sensie Jack lubił pracę dla Torchwood – tylko ta papierkowa robota!
Dopiero kiedy zajął miejsce za biurkiem i miał sięgnąć po kartkę (zawsze wolał pisać wszystko odręcznie), niewielki żółty kwadrat odcinający się na tle drewnianego biurka przykuł jego uwagę. Miał wrażenie, że w jednej chwili całe powietrze opuściło jego ciało, a płuca z jakiegoś powodu nie były w stanie poradzić sobie z tym problemem. Spróbował odetchnąć, lecz nie przyniosło to skutku – czuł się, jakby ktoś ścisnął z całej siły jego gardło.
Zszokowany wpatrywał się w żółtą karteczkę, niewinnie przylepioną do blatu biurka. Znajome, eleganckie litery układały się w napis, który jego otumaniony mózg ledwie był w stanie odczytać.
Znajdź mnie!
