Szare światło poranka zaczęło powoli wypełniać pokój.
Wiele jest rzeczy, które Marik przemyślał tamtej nocy. Udało mu się nawet sformułować kilka ciekawych wniosków:
"Anzu ma strasznie wygodne łóżko."
"Nocą czas okropnie się wlecze!"
"Ależ ta dziewczyna się mocno przytula!"
"Chyba powinienem oddać motocykl do przeglądu."
"Głupia Ishizu! Mogłaby przeczytać chociażby jedną z tych cholernych książek!"
Któż wie, do czego mógłby jeszcze dojść, gdyby z zamyślenia nie wyrwał go cichy szept:
- Śpisz? - Anzu bała się odezwać głośniej.
Początkowo nie zareagował w żaden sposób. Dopiero po dłuższej chwili odpowiedział skromnym:
- Nie.
Dziewczyna tak, jak poprzedniej nocy, leżała wygodnie wtulona w Marika. Nie to, że chciała znajdować się w tej pozycji. Po prostu nie miała siły, by się ruszyć. Wciąż była zmęczona i obolała.
- Dziękuję, że przyjechałeś. - kobiecy głos po raz kolejny przerwał ciszę.
- Przestań mi dziękować. Brzmisz głupio. Wiesz co? Najlepiej w ogóle się nie odzywaj. - chłopak rzucił oschle. "Zupełnie jak zdarta płyta." - pomyślał, zamykając oczy - "Może prześpię się chwi…"
Marik jęknął z bólu, gdy paznokcie Anzu nagle wbiły się w jego brzuch. Odruchowo chwycił ramiona dziewczyny, która w ułamku sekundy znalazła się pod nim. Próbowała się wyrwać, ale nie miała szans. Był o wiele silniejszy.
- Odwal się! - wysyczała przez łzy. Chłopak był zaskoczony tak nagłą zmianą jej nastroju. Nie spodziewał się, że jego słowa wywołają u niej tak gwałtowną reakcję. Przecież nieraz już odzywał się w dużo gorszy sposób.
- Uspokój się wariatko! - wrzasnął, chcąc ukryć zmieszanie. "Co jej się stało?" - zdezorientowany, wpatrywał się w puste oczy nastolatki.
- Odczep się! Odejdź! Słyszysz?! Jesteś potworem! POTWOREM! Jak mogłeś kontrolować czyjkolwiek umysł, skoro twój własny jest tak zrypany?! Jesteś nienormalny! ZOSTAW MNIE WRESZCIE! - Anzu darła się wniebogłosy. Zachowywała się jak w obłędzie.
Chłopak poczuł, jak coś w nim pękło.
Mężczyzna nie powinien bić kobiety. Kobiety są słabsze, kobiety są delikatne, kobiety rodzą dzieci, kobiety łatwo zranić, kobiety są potrzebne…
Jednakże, kobieta nigdy nie powinna prowokować mężczyzny do ataku. NIGDY.
Marik zacisnął palce na ramionach dziewczyny. Z pełną premedytacją zamierzał przysporzyć jej cierpienia...
- Czyżbym cię uraził?! - warknął. Zazwyczaj emocjonalnie oziębły, tym razem nie potrafił nad sobą zapanować. Przygniótł kolanem jej prawe, obandażowane udo.
Anzu krzyknęła. Intensywny ból wyrwał ją z amoku, który jeszcze kilka chwil wcześniej całkowicie zaćmił jej umysł. Wystraszona, nie miała pojęcia, co się dzieje. Zamknęła oczy. Czuła jego ciepły oddech na twarzy.
- ZAMKNIJ SIĘ! Mam cię dość! - krzyknął. Wziął kilka głębszych oddechów i ściszył głos - Wiesz co? Masz rację! Jestem potworem. Wszystkim robię krzywdę. Zawsze robiłem. Zamordowałem własnych rodziców. Wiesz, ile razy słyszałem jej krzyk przez sen? Urodziła swojego własnego mordercę. Zabiłem ją… Zabrałem ją im. Zabiłem ojca... Ciebie też mogę. Chciałabyś? - szeptał nerwowo.
Przerażający ton jego głosu sprawił, że Anzu zaczęła rzewnie płakać.
- Zasłużyłaś sobie! Jeba*a suka! To wszystko twoja wina! Czemu musiałaś być taka słaba?! Nie mogłaś wyrwać się tak jak Katsuya?! Po co się w ogóle pojawiłaś?! Powinienem cię wtedy zabić! - sapał wściekły. Podniósł dziewczynę i uderzył nią brutalnie o ścianę. Wymierzył Anzu siarczysty policzek. Sparaliżowana ze strachu, nie potrafiła się obronić. Miała zwyczajnie dość. Jej serce i płuca odmawiały posłuszeństwa. Mimo to, ryczała coraz głośniej.
- Pppp…puść! - błagała, nie mogąc złapać oddechu. "Zabije mnie! Umrę!" - już wyobrażała sobie swoich rodziców, odkrywających zimne, sztywne ciało ich jedynego, praktycznie wymodlonego dziecka. Grzeczna córeczka, dobra dziewczynka, ukochana jedynaczka, z którą wiązali wszystkie swoje nadzieje, znaleziona martwa w jej własnym pokoju...
Marik niespodziewanie zostawił dziewczynę w spokoju. Usiadł obok i zakrył twarz dłońmi. Anzu opadła bezwładnie na łóżko...
Jej ciało nie poruszało się od dłuższego czasu. Była sama. Marik zdążył zniknąć już jakiś czas temu.
Martwą ciszę przerwał niepokojący rechot, wydobywający się z gardła dziewczyny. Podniosła się i zaczęła śmiać.
- Głupia Anzu! Czym się przejmujesz? - mówiła sama do siebie - Patrz, jaki piękny dzień! - krzyknęła, spoglądając na zachmurzone niebo. Podbiegła do szafy i wyjęła z niej najładniejszą sukienkę, jaką miała - prezent od mamy na niedawne urodziny. Amarantowy, gładki materiał był niezwykle przyjemny w dotyku. Anzu, wciąż chichocząc, szybko narzuciła na siebie to krawieckie cudeńko. Nie przejmowała się bandażami, siniakami, zadrapaniami… Nie zaprzątając sobie głowy butami czy torebką, zbiegła po schodach na parter.
- Tak! Tego mi trzeba! Wyjść i trochę się rozerwać! - zawołała radośnie, chwytając za klamkę.
Śmiech dziewczyny przeszedł w skowyt. Z całej siły uderzyła głową o szybę w drzwiach. Szkło pękło z głośnym trzaskiem. Nastolatka osunęła się na podłogę, zostawiając na drewnie długą, krwawą smugę. Dziwna mieszanka śmiechu i płaczu bez przerwy unosiła się w powietrzu...
PORA NA OFICJALNE PODZIĘKOWANIA!
Dziękuję Pani pod nickiem Elsza za konstruktywne uwagi, PIERWSZY KOMENTARZ oraz zasianie w moim sercu panicznego strachu przed publikowaniem czegokolwiek. :-)
Błagam, nie dawajcie mi już więcej konstruktywnych komentarzy. Albo może... nie wiem sama... XD
Dziękuję również iesztaj za jej słuszne uwagi. ^ ^
