.3. Bezruch


Wilfred stał przy oknie i patrzył na Bae Caerdydd – na Zatokę Cardiff. Torchwood opłacało jego apartament – zimny i nowoczesny, z przeszkloną ścianą wpuszczającą do wnętrza chłodny błękit nieba i szarość wody. Przed Pierhead Building obracała się antyczna karuzela, ludzie kłębili się na nabrzeżu, wodna rzeźba górująca nad Osią odbijała promienie słońca i rzucała refleksy światła na kaligraficzny fronton Walijskiego Centrum Tysiąclecia. Tam było życie; jakieś życie; nawet jeśli pogrążonemu w bezruchu Wilfowi przypominało film oglądany na ekranie nowoczesnego, plazmowego telewizora. W apartamencie było tylko zawieszenie. Nawet nie próbował walczyć z obcością designerowskiego wnętrza – jeden rzut oka na odważne zestawienia barw, na ekskluzywne, modernistyczne meble, na niezrozumiałe urządzenia w aneksie kuchennym i Wilf poddał się bez walki. Czymkolwiek to miało być – tymczasową przystanią, poczekalnią, pokojem hotelowym, dziwnym snem – to wnętrze nigdy nie mogłoby stać się domem.

- Zrobiłam herbatę. – Martha stanęła obok Wilfa z dwoma kubkami w dłoniach i podała mu jeden. – Zajrzałam do lodówki. Czy ty w ogóle coś jadasz?

- Jest taki sklepik na nabrzeżu, sprzedają rybę i frytki – powiedział Wilf. – Czasami zamawiam pizzę.

- Pepperoni? Ianto zawsze zamawia mi pepperoni.

- Hmm? Tak. Chyba tak.

- Wilfredzie. – Martha lekko dotknęła jego ramienia. – To, że się zagłodzisz, w niczym nie pomoże Donnie. Wpadnę jutro i ugotuję ci prawdziwy obiad, ok? No dobrze, powiedzmy, że napromieniuję ci gotowe danie z marketu. Żadna ze mnie kucharka.

- Och wy, naukowcy i lekarze. – Wilf uśmiechnął się blado. Wreszcie oderwał wzrok od zatoki. Przeszedł do sofy i zagłębił się w jej brązowej, skórzanej miękkości. – Potraficie usunąć wyrostek, ale nie potraficie obrać pyrek.

Martha usadowiła się w fotelu naprzeciwko. Nosiła teraz fryzurę z półdługich włosów skręconych w luźne loki. Jej piękne oczy pełne były troski.

„Śliczna dziewczyna," pomyślał Wilf. „Ta śliczna dziewczyna mogła roztrzaskać Ziemię na tysiąc kawałków, wystarczyłoby, żeby użyła klucza Oster-jak-mu-tama. Taka drobna i krucha, śliczna dziewczyna. Moja Donna nigdy nie była taka krucha. Ale to Donna wyciągnęła krótszą słomkę."

Przez chwilę był niemal zły na Marthę. Ona także podróżowała z Doktorem, ale w przeciwieństwie do Donny miała dość rozsądku, by w porę powiedzieć „nie."

- Nic ci się nie stało w piątek? – zapytała Martha. – Żadnych zniszczeń?

- Potrzaskały wszystkie żarówki i chyba przepalił się telewizor w sypialni; albo to, albo nie potrafię zaprogramować tego pioruńkiego digi-boxa. – Wzruszył ramionami. – Najadłem się strachu, to wszystko. Wiesz, że fale sięgały aż do okna?

- Morze wyrzuciło mnóstwo śmiecia – powiedziała Martha.

- Obcego śmiecia? – Po wszystkim, czego był świadkiem, Wilf wciąż jeszcze nie potrafił przejść do porządku nad obecnością Szczeliny i śladami kosmitów.

Martha pokiwała głową.

- Mamy z tym urwanie głowy. – Uśmiechnęła się. – Najbardziej irytujące jest w tym to, że większość z tych rzeczy okaże się... bo ja wiem... suszarkami do włosów i frytkownicami. Albo bronią – dodała z pewnym wahaniem. – Dziewięćdziesiąt procent z tych znalezisk to bezużyteczny chłam. Ale trafiają się prawdziwe skarby. Uniwersalny dekoder na przykład; rozszyfrowuje wszystko; gdyby wpadł w ręce jakiegoś złodziejszka, mógłby wyczyścić wszystkie konta we wszystkich bankach i nawet nie zostawiłby po sobie śladu. A przedwczoraj znalazłam to.

Wyciągnęła rękę i położyła na lśniącym blacie niskiego stolika przedmiot przypominający egzotyczną muszlę odlaną ze spatynowanego na zielono metalu.

- Nie mam pojęcia – westchnęła. – Ale kiedy dotykam go bardzo delikatnie, wydziela światło i zapach. Jedno i drugie kompletnie nieszkodliwe.

- Czemu mi o tym opowiadasz, dziecko? – zapytał Wilf. Jeśli chciała odwrócić jego uwagę od wnuczki, wybrała wielce nieskuteczną strategię.

- Spróbuj – rzuciła Martha.

- Co?

- Dotknij tego – naciskała.

Wilfred potrząsnął głową. Muszla była piękna, spiralnie ułożone wypustki lśniły szafirem i pastelową zielenią. Nie widział jednak powodu, dla którego miałby jej dotykać.

- Wilf. – Martha pochyliła się do przodu w swoim fotelu. – Po prostu weź ją do ręki. Proszę.

Z sapnięciem irytacji odstawił kubek z herbatą i podniósł muszlę ze stołu. Była ciężka i przyjemnie chłodna.

- Przesuń po niej palcami. Bardzo lekko. O, tak – kierowała nim Martha.

Muszla zaczęła lśnić. Blask otoczył ją niczym obłok – złoty i turkusowy, przepływający w głęboki fiolet, ciemniejący, a potem wybuchający spiralami karminowej czerwieni i złota. Zapachniało świeżo skoszoną trawą i czymś słodkim, być może jabłecznikiem.

- Taaaa... – powiedział Wilf. – To... miłe, ale...

- Poczekaj – przerwała mu Martha. – To jest ustawienie fabryczne. Nie przestawaj jej gładzić.

- Martho...

- Och, proszę, zrób to dla mnie.

Teraz światło było rdzawe, przechodzące w ten najdelikatniejszy odcień nadciągającej nocy, jaki pojawia się tylko w pogodny, letni zmierzch. Pachniało czymś znajomym... Wodą w jeziorze? Wyrzuconymi na brzeg wodorostami? Dymem z ogniska? Jaśminem? Czyjąś rozgrzaną skórą, czystą i pulsującą życiem, młodością, czyjąś znajomą obecnością. Wilf westchnął głośno i opuścił dłoń trzymającą muszlę. Martha przyglądała mu się swoimi ogromnymi oczyma. Zakłopotany, odłożył muszlę na stół i siegnął po kubek. Herbata była zupełnie zimna.

- Co? – wyjąkał. – Jak... jak długo...?

- Pół godziny – odparła Martha. – Jak się czujesz?

- Ja... ehm... czuję się dobrze... bardzo dobrze. – Wilf obrzucił muszlę, leżącą niewinnie na stole, podejrzliwym spojrzeniem. – Co to jest? Naprawdę?

- Air Wick. – Martha wzruszyła ramionami. – Odpowiednik świecy zapachowej albo tych dyfuzorów, które włącza się do kontaktu. Tyle, że bardziej zaawansowany technicznie. Dostosowuje się do nastroju i emituje najlepiej dostrojone zapachy i barwy, pomagające osiągnąć stan odprężenia i wyciszenia. W każdym razie tak sądzimy.

- To... miłe... – mruknął Wilf. – Czemu to tu przyniosłaś?

- Masz słabe serce, Wilfredzie. Przeskanowałam cię... och, przepraszam, że to zrobiłam, ale wyglądałeś tak marnie, że zaczęłam się martwić. Nie, nie, nie, nic ci nie jest – uspokoiła go natychmiast. – Nie jesteś chory, tylko przemęczony i zestresowany. Ale w twoim wieku stres i przemęczenie to zabójcy. Nie mogę kazać ci wypoczywać, lepiej się odżywiać i nie myśleć o Donnie, wiem, dlatego przyniosłam ci Cornucopię.

- Cor-nu-cotakiego?

- Nazwaliśmy to Rogiem Obfitości. Cornucopią. – Martha uśmiechnęła się szeroko. – Ianto wciąż wymyśla nazwy dla tych... fizdrygałków. Mógłby pisać scenariusze do komiksów, ten nasz Ianto. Mickey chciał to nazwać Muszlą Zapachową, więc sam rozumiesz, czemu zdecydowaliśmy się na Cornucopię.

- Ta...ak?

- Wieczorem, przed zaśnięciem, seans z Rogiem Obfitości – powiedziała Martha tonem, jakim lekarze zwykle wydają polecenia pacjentom.

- Nie chcesz, żebym myślał o Donnie? – W głosie Wilfreda pojawił się gniew.

- Wilfredzie, - Martha potarła czoło, - to może potrwać. Nawet bardzo długo. Robimy wszystko, co w naszej mocy, ale, póki co, nie wiemy nawet, czego szukać. Każdy przedmiot w tej stercie złomu, jaką fale wyrzuciły na brzeg w zeszły piątek, może pomóc nam wyleczyć Donnę. Ale być może trafiły się nam same suszarki do włosów i tostery. Musisz uzbroić się w cierpliwość. I musisz zadbać o siebie. Odzyskać siły.

Przez chwilę Wilf miał ochotę cisnąć Cornucopią przez wielkie okno; zatopić ją w falach, z których się wynurzyła.

- Robicie, co w waszej mocy?! Martho Jones, nawet on nie wie, co robić! Pamiętam, co mi powiedział, kiedy przyniósł ją do domu. Jedna sekunda pamięci i umysł Donny spłonie. A co... co jeśli jej umysł już spłonął? Co jeśli nie ma już mojej dziewczynki... tylko ta... ta dziwna osoba... trochę Władca Czasu, trochę istota ludzka...? Na co przydadzą się wszystkie te... pierdaszmity?

- Nie wiem – powiedziała Martha. Jej usta wykrzywiły się żałośnie. – Żadne z nas nie wie. Ale nie zamierzamy się poddawać.

- Macie dość roboty! – Odwrócił się gniewnie. – Wszystkie te piekielne sztormy i podziemne drżenia, te cienie – cienie na ulicach – i nowe choroby i co tam jeszcze. Odłożyliście Donnę na półkę, mówię ci, na taką stertę rzeczy do załatwienia w drugiej kolejności. Doktor zrobił to samo! Mówisz, że robicie, co w waszej mocy, ale tylko ty to robisz, Martho, moje dziecko, tylko ty! A on nawet się nie odezwie, nie zapyta o jej stan. Nawet nie...

- Wilfredzie – wyszeptała Martha. – Proszę.

- Dobrze. Równie dobrze mogę się bawić tą waszą Konopią przed zaśnięciem, jakie to ma znaczenie? Żadne z was nie ma pojęcia, co jeszcze moglibyśmy zrobić. A jeśli nawet Doktor tego nie wie... Jaka jest szansa, że znajdziecie to jedne, jedyne gizmo w całej tej stercie śmiecia? I jaka jest szansa, że w ogóle zrozumiecie, do czego ono służy?

Martha zagryzła wargi.

- Posłuchaj, ja byłam z Donną i Doktorem na Messalinie – powiedziała nagle mocnym, dźwięcznym głosem. – A poznałyśmy się podczas kryzysu Atmosów. Twoja Donna jest niezwykłą kobietą, Wilfredzie. Silną kobietą. Wiesz, jak bardzo chciałam ją znienawidzić za... no wiesz, za to, że zajęła moje miejsce... i w ogóle? Ale jej nie można nie kochać. Donna jest moją przyjaciółką. Wierz mi, nie przestanę szukać dla niej ratunku, choćbym miała przegrabić całe dno zatoki w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mi pomóc. Jack nie przestanie. Ani Mickey. Wczoraj rozmawiałam z Sarah Jane. Jej syn, Luke, miał kilka pomysłów; teraz próbują je dokładnie przeanalizować. Harriet Jones wpadła dziś z wizytą. Przez cały czas wspiera Torchwood funduszami i poparciem, chociaż rząd nie miał nigdy wiele wspólnego z przedsięwzięciem Korony...

- Ale Doktor się nie odezwał?

- Nie. – Usta Marthy znów zadrżały.

- Wiesz, dziecko, może moja córka miała rację – powiedział Wilf z westchnieniem. – Kiedy oceniła Doktora. Może miała rację.

- Jestem pewna, że Doktor... – zaczęła Martha, absolutnie nie przyjmując do wiadomości tego, by Sylvia mogła mieć rację w czymkolwiek.

- Nieważne. – Wilf potrząsnął Cornucopią. – Jesteś pewna, że mózg nie wyleje mi się od tego uszami?

Martha podniosła się z fotela i poprawiła garsonkę.

- Nie. Nie jestem. – Zaśmiała się krótko. – I lepiej nie mów Jackowi, że ci ją dałam. Jest strasznie drażliwy na tle wynoszenia obiektów poza bazę.

Skinęła Wilfowi głową.

- Muszę lecieć, już i tak przeciągnęłam przerwę na lunch poza granice wszelkiej przyzwoitości. Wpadnę jutro, tak jak obiecałam. Lubisz chińszczyznę?

- Lubię angielszczyznę, moje dziecko.

- Parówki, tłuczone kartofle i puree z groszku w takim razie – zaśmiała się Martha. – A na deser... hmmm... może pudding chlebowy?

- Cudnie – powiedział Wilf, odprowadzając ją do drzwi. – Będę czekał.

- No to mamy randkę. – Mrugnęła do niego i zamknęła za sobą drzwi. Starszy mężczyzna uśmiechnął się blado. Wrócił do pokoju przygarbiony, powłócząc nogami; ułożył Cornucopię pośrodku stolika i zatonął w sofie. Patrzył na muszlę z grymasem przygnębienia na twarzy. Przez całe życie patrzył w gwiazdy i aby wejść w posiadanie pozaziemskiego przedmiotu dałby sobie odjąć rękę.

Rękę, nie Donnę. Nie Donnę.


Ciąg dalszy nastąpi...