18. SYLWESTER W DOLINIE GODRYKA
[pomiędzy szafą a diabelskim młynem]
„W obliczu prawdziwej miłości nie można się poddawać , nawet jeśli jej obiekt Cię o to błaga."
- Josh Schwartz & Stephanie Savage (twórcy Plotkary)
Z Sylwestrów, których Lily nie pamiętała, warto wspomnieć o imprezie organizowanej przez Jessikę Beinz dwa lata temu na którą zaprosiła wszystkie dziewczyny ze swojego rocznika. Dolała wtedy jej i Mary silne eliksiry swojej matki do kremowego piwa, a dziewczyny obudziły się rano u w domu Remusa Lupina w miejscowości pod Glasgow, co było dość dziwne, bo Jessica mieszkała w południowej Walii, czyli kompletnie innej części Wielkiej Brytanii. Z nierzetelnych recenzji swojego zachowania od niezaufanego źródła (czyli Syriusza), Lily dowiedziała się, że ponoć zaśpiewała na całą Szkocję o północy Honey, Honey ABBYi próbowała wyciągnąć Huncwotów do klubu go-go, ale nawet na narkotycznych miksturach by się raczej tak nie zachowała.
Innym razem u Emmeliny założyła się, że wygra pojedynek alkoholowy z Di i jej koleżankami (paskudnie ją wtedy sprowokowały) i ocknęła się o trzynastej następnego dnia z ogromnym bólem głowy w domku na drzewie, w którym schowała się przed nimi Darcy, sześcioletnia kuzynka jej przyjaciółki.
Rok temu pojechała do swoich kuzynów z Vegas i na Sylwestra Danny Evans wyciągnął ją i swoich braci na ruletkę i pokera. Zarobili mnóstwo kasy przez ferie, pracując w hotelu jej wujka, który zawsze dawał im dorobić, więc stracili w kasynie swoje własne ciężko zarobione pieniądze, ale i tak bardzo im się wtedy oberwało od ciotki Stacy.
Słowem – samo hasło „Sylwester" nie kojarzyło się Rudej zbyt pozytywnie. Tym bardziej, że jeszcze nigdy nie pojechała do Huncwotów na zabawę, a ci chłopcy byli nie dość, że niezrównoważeni, to jeszcze nie wiedzieli, co to etyka i gdzie leżą jej granice. Na ich prywatce na pewno będzie lał się nielegalnie zakupiony alkohol, zapewne przyjedzie cała, hogwarcka śmietanka towarzyska i zbierze się wspólnie na grze w siedem minut w niebie albo na czymś równie niemądrym.
─ O Boże, chyba zbliża się Armagedon – powiedziała o dziewiątej czterdzieści, trzydziestego pierwszego grudnia do Emmeliny, która siedziała w suszarni i próbowała znaleźć coś odpowiedniego dla siebie na Sylwestra, bo jak stwierdziła, sukienka, którą zabrała z domu „kompletnie nie pasuje do klimatu".
Lily, która ostatnia była do pogaduszek na temat klimatu i sukienek, ledwie znosiła ciągłe płytkie prośby blondynki: „Lily, błagam cię, bądź ze mną szczera – czy ta sukienka mnie pogrubia?"; jej płytkie pytania: „Ostatnio w modzie jest bardziej łososiowy czy raczej koralowy?"; i w końcu, płytkie problemy: „Obawiam się, że jeśli nie zrobię nic z włosami, James zatrzaśnie mi drzwi przed nosem…". Nie miała ochoty jednak rozmawiać dzisiaj rano z Dorcas, bo szatynka ekscytowała się non stop wyjazdem, a jej fantazje rodem – „Myślisz, że będziemy grać w butelkę rozbieraną czy na całowanie?", jedynie potęgowały najgorsze przeczucia Rudej, więc przełknęła swoje uprzedzenie do takich bzdet jak moda, i tkwiła z Titanicówną u siebie w suszarni. Przy niej mogła panikować do woli. Kolejną zaletą towarzyszenia blondynce było to, że Emma również nie nastawiła się do Sylwestra pozytywnie, bo na chwilę obecną nie mogła znieść widoku Syriusza, ale naturalnie za nic by się do tego nie przyznała. Przebierała jednak w ciuchach i zajadała magdalenki, a więc widocznie się denerwowała, być może nawet bardziej niż Evansówna.
─ Nie będzie tak źle, Lily – mruknęła blondynka, zlizując lukier z palców. Brzmiała, jakby sama próbowała się przekonać. – Przyjedzie Remus, prawda? Jeśli nie, to ja też nie jadę. Wolę pojechać do Berty Jorkins z Di, gdzie spotkam naszego nauczyciela Obrony… Bycie ze swoim nauczycielem na Sylwestrze.. to dopiero psychiczne.
─ Możesz pojechać z Chase' em do Calais – stwierdziła trzeźwo. – Jestem pewna, że chętnie weźmie cię ze sobą.
Titanic przygryzła nerwowo dolną wargę, przyłożyła niebieską sukienkę do piersi i spojrzała Lily prosto w oczy, chrząkając wymownie. Ruda nie miała pojęcia, czy chodzi jej o Chase' a, czy sukienkę.
─ To byłoby złe, gdybym pojechała na Sylwestra z chłopakiem Hestii. A zresztą, muszę ją przeprosić za to, że ani razu jej nie odwiedziłam, kiedy była… no, w Mungu. Chyba włożę tą atłasową ─ zmieniła nagle temat i wzięła jedną sukienkę z podłogi. – W ogóle myślisz, że mogę tam pojechać… w sensie, do Blacka?
─ To dom Pottera ─ zauważyła trzeźwo. – I nie tyle co możesz, ale wręcz powinnaś. Wiesz, pokazałabyś, że już dawno jesteś ponad niego i w ogóle…
Rozdrażniona Emmelina rzuciła w kąt swoją „atłasową" sukienkę i złapała czekoladowe ciastko, wpychając je sobie do buzi.
─ Muszę porozmawiać z Chase' em ─ burknęła. Kawałeczki czekolady przykleiły jej się do przednich zębów. ─ Muszę z nim pogadać, zanim pojedziemy.
Lily posłała jej zmęczone spojrzenie. Dobra, Emma miała prawo się denerwować, w końcu to będzie jej pierwsza rozmowa z Blackiem od… cóż, od ich zerwania i jej małej, ciasteczkowej depresji, to znaczy nawrotu bulimii. Zamykała się wtedy w toaletce dormitorium numer cztery i jadła szalone ilości słodkich łupów z kuchni, którymi dzielił się z nią Peter Pettigrew. Kiedy zaczynało robić jej się niedobrze z przejedzenia, po prostu wkładała palec do ust, chociaż ze swoim skurczonym żołądkiem nie było to konieczne.
I to zrozumiałe, że zjadały ją nerwy, zwłaszcza, że wiedziała, jak bardzo jest melodramatyczna i jak bardzo sam widok Syriusza może wytrącić ją z równowagi. (Oby tylko Potterowie nie trzymali żadnych cytrynowych babeczek w domu…) Jasne. Ale jednak po cholerę ma mieszać do tego Chase' a? Lily wywróciła oczami.
─ Słuchaj, ja wiem, że masz jakieś dziwne, chroniczne przeczucie, że bez faceta u swojego boku jesteś… niespełniona, ale – bez obrazy – po co masz wkręcać w problemy z Blackiem mojego brata?
Od jej rozmowy z Chase' em na ganku w Dzień Paczek zaczęła nazywać go swoim bratem bez przeszywających ciało wzdrygnięć, więc widoczny był jakiś progres, aczkolwiek wciąż w jej opinii brzmiało to trochę dziwnie.
Emmelina przetarła twarz dłonią z rezygnacją.
─ Słuchaj, Lily, ja wiem, jak to wygląda, ale…
─ Ale co? ─ przerwała jej, poirytowana. ─Och, bogowie, może faktycznie niepotrzebnie mówiłam, że on jest dalej z Hestią, ale przecież i tak wszystko do tego zmierza, Emmelina! Nie chcę, żebyś popełniała te same błędy. Możesz nazwać mnie wścibską, proszę bardzo, ale ja nie pozwolę, żeby w moim domu…
─ LILY ─ przerwała jej szorstko, i ku zdumieniu blondynki jej głos zabrzmiał na tyle stanowczo, żeby Ruda się przymknęła. ─ Wcale nie zarywam do twojego brata. No, nie patrz tak – naprawdę! Poza tym wiem, jak on bardzo buja się w Hestii, bo sam mi to wczoraj powiedział. Ja tylko… ─ westchnęła. ─ Muszę coś jej przekazać, wiesz? Od Chase' a. To dla niego bardzo ważne.
Lily patrzała na nią tak, jakby chciała powiedzieć: „tak, na pewno", ale Emma dłużej już się nią nie przejmowała. W jej opinii rudowłosa chyba trochę za bardzo wczuła się w rolę zatroskanej siostry Chase' a i teraz na każdą jego adoratorkę patrzała nieprzychylnym okiem. Nawet, jeśli owa adoratorka była jej przyjaciółką.
─ Chase jest już pewnie na peronie... ─ odparła, przeciągając sylaby. Tata z nim pojechał. A teraz poważnie – o co chodzi?
Blondynka jęknęła z zawodem. Wczoraj w kawiarence ona i Reagan wcale nie robili – jak wydawało się Lily – czegoś nieprzyzwoitego. Tylko rozmawiali. Nie, nie flirtowali. Konwersowali. Opowiadali sobie dużo, trochę się pośmiali. Ale potem Chase zrobił coś okropnego, co – choć dziewczyna nie chciała się do tego przyznać – było jakby wyrwał serce Emmy z piersi, cisnął na ziemię i je rozdeptał. Jego siostra miała rację – on wciąż myślał o Hestii.
─ Daj jej to ─ powiedział wtedy, wciskając w długie, zgrabne palce Titanicówny dziwaczny przedmiot, przypominający trochę ten śliczny wisiorek Di, który ubrała na jej urodziny na dwa lata temu. Tyle tylko, że to nie był wisiorek. Nie taki normalny.
─ Zmien... skąd ty masz Zmieniacz Czasu, Chase? ─ spytała, niepewnie chowając przedmiot do kieszeni.
─ To nie mój. Jest jej.
─ Jej? ─ zmarszczyła brwi. Blondyn spojrzał na nią porozumiewawczo.
─ On jej o mnie przypomni.
─ Emmelina! ─ fuknęła Lily, ciskając w nią „atłasową" sukienkę. ─ Co się dzieje?
Blondynka pokręciła głową, odruchowo sprawdzając w torebce, czy Zmieniacz Czasu nie zniknął. Wciąż tam był.
─ Ja... ─ zawahała się. ─ Wezmę atłasową.
Coś tkwiło w szafie.
Coś próbowało wydostać się ze starego, przedpotopowego mebla – prezentu dla May od ciotki Cassiopeii, kiedy ta jeszcze tutaj przyjeżdżała. Potem nie miała już na to czasu, w końcu poniekąd wychowywała Hestię w Paryżu, a to bardzo ciężkie zadanie, bo Jonesówna na pewno nie należała do spokojnych osób, poza tym ciotka pokłóciła się o coś z Potterami. Zazwyczaj May, kiedy przebywała w domu, a nie w szpitalu albo w Hogwarcie, odkładała swoje ubrania do oddzielnej garderoby, a nie do szafy; ale ona jednak pozostała. Nikt jej nie wyrzucił, pewnie dlatego, że Cassiopeia już nie żyła, a to jedyna rodzinna pamiątka, którą tu po sobie zostawiła.
Rodzina… Nie ma nic ważniejszego, prawda? Gdyby nie rodzina pewnie już dawno leżałaby blada i wiotka w specjalnym, wyznaczonym dla niej miejscu na cmentarzu w Dolinie Godryka. Czy byłoby źle? Przecież teraz też jest blada i wiotka, i w dodatku jeszcze otępiała, a martwa nie musiałaby bać się tego, co siedziało w szafie… Martwa, nie musiałaby dłużej znosić tych wszystkich rzeczy, które ją codziennie nawiedzały. Martwa, nie byłaby już hańbą własnej rodziny…
Czasem naprawdę chciała ponownie być martwa. Ponownie, bo przecież to nie pierwszy raz… Tyle razy już umierała, a jednak za każdym razem coś krzyżowało jej plany. Nie pozwalało jej odejść. Nie rozumiało, że dla May Potter nie ma już miejsca na tym świecie. Na tym świecie nigdy nie ma miejsca dla szaleńców.
Tak ją wszyscy nazywali – i uzdrowicielki w Mungu, i krewni na zjazdach rodzinnych, i koleżanki w dormitorium. Wszyscy. Normalnie nie przejęłaby się tym – bo ci, których obchodzi, co myślą o nich inni, zawsze są nieszczęśliwi – gdyby nie to, że przecież nie kłamali. Wariatka, postrzelona, obłąkana, szajbuska, psycholka – nic z tego nie jest jedynie złośliwą obelgą. Żadne nie jest kłamstwem.
Uzdrowiciele nie wiedzieli dokładnie, co jej dolega, jednak nie zamknęli jej w Oddziale Zamkniętym, bo May miewała dni dosłownie „bez szaleństw", a także te, w których bała się sama siebie. Tumany myśli kręciło się wtedy w jej głowie, a ona chciała tylko krzyczeć, płakać, jęczeć albo śmiać się szyderczo, a kiedy inni robili podobne rzeczy, żeby ją uspokoić, zaczynała robić się agresywna. Dlatego podczas swoich napadów omijano ją z daleka, a ona, znużona własną samotnością, i przerażona, że nikt jej nie pilnuje, przypominała sobie Początek. Początek własnej histerii.
Miała wtedy czternaście lat, a wszystko zaczęło się w wakacje przed czwartą klasą. Nie pamiętała dokładnie, o co chodziło, ale prawdopodobnie wyszła z Nim na randkę, bo wtedy Mu jeszcze ufała i nawet zgodziła się zostać jego dziewczyną, a potem… potem tyle osób wirowało jej przed oczami…
Ta dziewczyna, która śmiała się z jej nieszczęścia.
Ten chłopak ze światełkiem w oczach, wyglądający tak młodo i szlachetnie, ale równie szalenie, jak ona.
Ta blondynka, co zaczęła płakać.
Ten chłopak, przyglądający się wszystkim tak gniewnie. Ten, co wydzierał się „ona tam jest, widzę ją!".
I w końcu On. Jej chłopak. On to wszystko zaczął i miał z niej największą zabawę, kiedy wtedy się obrócił i…
─ Krew ─ wyszeptała May. ─ Krew, krew, krew ─ powtarzała.
Krew, pełno krwi… czerwona plama tu, czerwona tam… Jego zmasakrowane ciało, krzyk tej brunetki, płacz blondynki… ogień, łzy, popiół, woda, krzyk, ból, tęsknota… KREW.
─ To będzie piękny obrazek ─ szepnęła.
Zeskoczyła z łóżka i powoli, jakby w transie, ruszyła do jedynego miejsca, gdzie było dostatecznie jasno, żeby malować, czyli do kąta naprzeciwko okna z kratą, gdzie czekały na nią płótna, sztalugi, palety i rozsmarowane po nich farbki. Niezbyt pewna co robi, zaczęła mieszać ciemny brąz z pustą czernią, szkarłatem i brudnym różem, a potem ciapała trochę tu i ówdzie na płótnie, a jej następne dzieło wyglądało tak samo wariacko, jak wszystkie poprzednie. Nie mówiły Tego Najważniejszego nikomu, oprócz niej. Tego, co chciała przekazać mamie, i tacie, i Jamesowi, i lekarzom, i nauczycielom, ale usta i język odmawiały jej posłuszeństwa. Tego, co wyjaśniłoby, jak doszło do takiej okropności, jak szaleństwo czternastoletniej dziewczyny.
Ale obrazy przypominały To tylko jej. Inni widzieli w nich tylko to, jak bardzo jest szalona.
Szafa znów zadygotała.
May pisnęła i rzuciła swój kapeć prosto w mebel, ale przeraźliwe trzęsienie nie ustało. Cokolwiek tam tkwiło, nie słuchało jej, a to już pierwszy powód, żeby Go nie lubić. Dziewczyna nie przepadała za wieloma rzeczami, a raczej wiele rzeczy nie przepadało za nią, ale antypatię zawsze potęgował fakt, że inni jej nie słuchali, że inni nie zniżali się do próby zrozumienia pomylonej May Potter.
Dlatego właśnie ją tu zamknięto. W tej głupiej klatce, w jej pokoju, chociaż nie mogła z niego wyjść, nikt nigdy do niej nie przychodził, a jedyne, na co mogła liczyć, to stałe porcje rozciapanego – żeby się nim przypadkiem nie zadławiła – jedzenia, przynoszonego przez skrzatkę. Mieszkała w facjatce na strychu, tuż nad pokojem swojego brata i Syriusza, a jeszcze niżej nad sypialnią rodziców. Na jedyne okno w pokoju rzucono zaklęcie, żeby nie mogła go otworzyć i zrzucić się w dół.
Słusznie, pewnie by i tak zrobiła, gdyby wyjątkowo długo tkwiła tu bez swoich eliksirów. Skrzatka Potterów, nazywana Vertonią, co prawda przynosiła jej różne gazety i nawet podarowała jej radio, ale May nie potrafiła spokojnie przeglądać czasopism albo słuchać muzyki. W gazetach za dużo pisali o śmierci, a muzyka kojarzyła jej się ze złem. I z Nim. Dlatego czasami tak bardzo nienawidziła ich wszystkich – swojej rodziny, która wstydziła się May do takiego stopnia, że zamknęła ją w tym więzieniu, w towarzystwie przerażonej jej sporadycznymi wybuchami histerii skrzatki oraz własnych, zniewalających leków, po których robiło jej się tak źle, ale które ją uspakajały. Zbiór eliksirów, które przyjmowała, bardzo otępiał jej zmysły, w pewien sposób jednak również pomagał, bo nie miała po nim siły na zawalanie swojego umysłu tumanem przygnębiających myśli, refleksji i wspomnień. Działał on i czasami prochy, które łatwo można dostać w Hogsmeade i które James nazywał narkotykami. Tyle tylko, że one jej nie otępiały. Sprawiały za to, że mogła o tym wszystkim zapomnieć, a nie tylko ograniczyć swoje myśli, ceniła je więc o wiele bardziej.
Wcale by ich nie brała, skoro są tak niebezpieczne, gdyby tylko nie pomagały. Jej brat tego nie rozumiał. On nie miał nierówno pod sufitem. James był bardzo mądry. Bardzo zdolny, w dodatku przystojny, wcale nie blady i wiotki, jak ona. Tak samo jak rodzice cierpiał z jej powodu, ale wciąż nie tracił nadziei i próbował pomóc, chociaż jedynie komplikował sytuację. May bardzo go kochała, ale po lekach równie mocno nienawidziła. Mimo to jej brat z pewnością, jako jedyna osoba na ziemi, potrafił w mniejszy lub większy sposób nad nią panować. Kiedy miała dobry humor, to nawet go słuchała, jeżeli oczywiście mówił do niej łagodnie i miło.
Ale ostatnio nigdy już tak nie robił. Sam miał tyle problemów, że wolał odizolować się od tego największego.
Szafa zadygotała tak gwałtownie, że kuferek dziewczyny spadł z niej i z głuchym łoskotem rozbił się o podłogę. Wyleciał z niego stos płócien i zestawy farbek – i akwarele, i tempery, i akryle. May otwarła szeroko oczy i, niczym spłoszone zwierzę, schowała się pod koc, porzucając na wpół skończoną pracę z mnóstwem krwi.
Tak bardzo chciała od tego wszystkiego uciec. Od świata, od rzeczywistości, od tego domu i od swojego życia. Nienawidziła tego wszystkiego. Stwór w szafie zaraz wyjdzie ze swojej własnej pułapki i przyjdzie po nią, skrócić jej męki. May bała się go zobaczyć. Na pewno wyglądał strasznie. Nawet straszniej niż On.
Szafa przewróciła się głośno. Dziewczyna usłyszała jak z jej wnętrza coś wychodzi, ten stwór… Jeszcze mocniej zatopiła głowę w swojej poduszce i zaczęła cicho pochlipywać. Wszystko zaczyna się na nowo… wszystko…
─ Nie masz się czego bać, Mayie ─ usłyszała Jego głos.
To nie był głos bestii, która zaszyła się w szafie. Rozpoznałaby ten głos nawet, gdyby straciła zdolność słuchu. To był On! To był Dean!
Powiedział coś jeszcze, ale May nic nie zrozumiała, bo własny, ogłuszający wrzask skutecznie stłumił jego baryton. Przerażona zatkała dłońmi uszy. Nie chciała go słuchać, nie mogła, niech on przestanie, odejdzie… ZGINIE.
─ Riddiculus! ─ krzyknął żeński głos, a zaraz potem rozbłysło światło, dziewczyna usłyszała chrumkanie prosiaka, a potem bogin zniknął.
Oddech May był płytki, a ona wciąż tkwiła z głową pod kołdrą i cicho łkała, pewna, że za moment jej Szaleństwo znowu nad nią zwycięży i rozpocznie demolować swój pokój. Znowu. Ale Osoba, która przegnała Deana, przysiadła się na brzeg jej łóżka i kojąco pogłaskała ją po plecach, powstrzymując ją przed tym. Głaskała ją rytmicznie i uspakajająco, nucąc starą piosenkę pod nosem. May wszędzie rozpoznałaby ten głos…
─ Mary? ─ wydukała piskliwie, zrzucając z siebie kołdrę. Wrzasnęła.
Osoba odwróciła głowę w jej kierunku i przyłożyła palec do ust. Znajome oczy spojrzały na nią łagodnie, ale trochę z przyganą. Jej usta wygięły się w delikatnym grymasie.
To Mary. To tylko Mary.
May z początku jej nie poznała, bo zamiast lśniących, złocistych loków o takiej dziwnej, hipnotyzującej aurze, których dziewczyna zawsze tak bardzo zazdrościła swojej przyjaciółce, ujrzała proste, rudawe i lekko przyklepane włosy . Nie miała pojęcia, dlaczego Mary nie próbuje być już wilą. Chociaż to pewnie dla jej brata. On nie lubił wil, przez kuzynkę Skye DeVitt. Przez Serenę. Obydwie – Serena i Skye kiedyś przyjaźniły się z May. Zanim ta oszalała.
Pomyśleć tylko, że kiedyś Potterówna miała tylu przyjaciół… Miała znajomych, przyjaciół, urodę, popularność, wspaniałego brata, kochających rodziców, najlepszego chłopaka pod słońcem… ale jej szaleństwo odstraszyło tych wszystkich ludzi. Nikt nie lubi psycholi.
─ Cześć, ślicznotko ─ rudowłosa poklepała ją po bladym, zapadniętym policzku. ─ Dawno się nie widziałyśmy, prawda?
May nie odpowiedziała. Wpatrywała się w nią jak sroka w gnat swoimi wielkimi, skośnymi oczami, otwierała i zamykała usta, ale milczała.
─ Rozmawiałam z Jamesem ─ spróbowała jeszcze raz Mary. ─ On się bardzo o ciebie martwi.
─ James... ─ May wymówiła to tak, jakby uczyła się jakiegoś nowego, egzotycznego słowa, które bardzo jej się spodobało. ─ James... i ty ─ zająknęła się, patrząc płochliwie na rudowłosą. ─ Jesteście znowu razem? Już...
McDonald uśmiechnęła się pobłażliwie i jeszcze raz pogłaskała brunetkę po głowie.
─ Nie. Jeszcze nie.
Zapanowało milczenie. Mary przez chwilę akceptowała takowy stan rzeczy, spoglądając na swoją byłą przyjaciółkę w sposób, który mógł być interpretowany dwojako – i ze współczuciem, i z obrzydzeniem. Nie chodziło oczywiście o to, że faktycznie się nią brzydziła, bo należała do tej grupy osób, które wyrywały sobie włosy z głowy na myśl, co przytrafiło się May, ale też nie była ślepa i wiedziała, że brunetka zatruwa się Demencją i innymi odurzającymi eliksirami. Narkomani w jej opinii sami zgotowali sobie smutny los.
Z drugiej jednak strony nie dziwiła się również Jamesowi, który miał opory przed przekazaniem tych świństw Belle. Potterowie zapewne znowu odesłaliby May na odwyk, a ostatnim razem skutki tego były opłakane. Odstawiając narkotyki, do pamięci Potterówny powoli wracały sceny, o których z ich pomocą chciała zapomnieć, a wtedy z kolei dostawała jeszcze większych ataków histerii. I tutaj leżał cały paradoks tej sytuacji – Demencja powoli ją zabijała fizycznie, ale jej brak zabijał May Potter psychicznie. Impas. Czasami naprawdę współczuła Potterom.
─ A więc… rozmawiałam z Jamesem – spróbowała raz jeszcze – i słyszałam o twoich problemach, May.
Brunetka wlepiła w nią swoje wielkie oczy, ale natychmiast je zamknęła, krzywiąc się tak, jakby wleciała jej do nich muszka.
─ Tam był Dean… ─ wyjąkała, przyciskając dłonie do uszu, jakby chcąc odciąć się w ten sposób od tego okrutnego świata. Mary westchnęła dramatycznie.
─ Nie. Dean Walker nie żyje, May, pamiętasz? To był bogin. Zwykły bogin.
─ Słyszałam jego głos… ─ jęczała dziewczyna. ─ On na mnie czeka.
─ Nikt na ciebie nie czeka – warknęła, ale natychmiast przypomniała sobie, że takie podejście jedynie pogorszy sytuację. Wypuściła trochę aury wili, mając nadzieję, że to zadziała kojąco na May. – Posłuchaj – złapała ją za rękę – bierzesz cały czas Demencję?
─ Nie chcę jechać na odwyk.
─ Nie pojedziesz. Ale mi też potrzebna jest Demencja. Masz ją? ─ naciskała. May otworzyła nieśmiało oczy i zabrała dłonie z uszu, a McDonald już odetchnęła, ciesząc się, że doszła z tą wariatką do porozumienia. Przeliczyła się.
May podniosła się jak oparzona i podbiegła znowu do sztalugi, gdzie porzuciła swój niedokończony obrazek. Rudowłosa spojrzała w kierunku okazu prymitywnego malarstwa awangardowego, i natychmiast pokręciła głową. Wtedy coś innego przykuło jej uwagę.
Kiedy szafa z boginem w środku dygotała, z góry spadł kuferek May z farbami. Ale nie tylko. Obok starej, połamanej sztalugi, leżał statyw do probówek, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak dziwacznie przechowywane gęste farby, których barwy brunetka uzyskała sama, mieszając podstawowe kolory. Sęk w tym, że bystre oczy Mary wyłapały wśród nich jedną osobliwą probówkę, w której pływała substancja o konsystencji przypominającej kremowe lody, a o kolorze tak niejednolitym, dziwacznym i charakterystycznym, że nie można go było z niczym pomylić. Demencja. Resztki Demencji.
Mary wiedziała, jak ten eliksir wygląda, bo jej starszy brat kiedyś warzył go u niej w pokoju i rozlał go na nowiutkie firanki, a plama nie chciała zejść nawet po zaklęciach czy eliksirach na takie rzeczy. Nie było mowy o pomyłce. Znalazła Demencję. Choć raz los się do niej uśmiechnął.
Widząc, że May jest teraz w swoim własnym, artystycznym świecie i nie zwraca na nią uwagi, na wszelki wypadek wzięła cały statyw i ruszyła na dół, do swojego pokoju.
Tyle że tam czekała na nią niespodzianka.
Jo i Jordan pili kawę, znowu w tym samym miejscu w Cokeworth, gdzie poznali się dokładnie o tej samej porze, tydzień temu. W Prince's nie było nikogo, ale tym razem Steele jej nie obsługiwał, bo jego kuzynka postanowiła przyjść do pracy. To była jedna, znacząca różnica, bo za wiele się od ich poprzedniej kawy się nie zmieniło – to głównie Jordan prowadził rozmowę, nawijając o rzeczach, o których Prewettówna nie miała pojęcia, albo zadawał problematyczne pytania, które miały ją przeanalizować. Z kolei Jo, tak samo jak wtedy, próbowała utrzymać napój w ustach i chichotała, kiedy tylko szósty zmysł podpowiadał jej, że Steele rzucił jakiś dowcip, którego – oczywiście – nie rozumiała. Ale i tak było jej miło.
Jedyna różnica w obrazie teraźniejszym i sprzed tygodnia (oprócz tego, że chłopak nie był kelnerem), był fakt, że Jo i Jordan trzymali się za ręce.
Oczywiście nie złapali się ot tak, z nieopisanej chęci bliskości, bo prawdę mówiąc, okoliczności były dość spontanicznie, ale tak czy i inaczej Jo wcale nie chciała tego przerywać. Z Jordanem wiązało się w końcu tyle przyjemnych rzeczy, a trzymanie za rękę nie pozostawało wyjątkiem. Trochę było jej szkoda, że obóz harcerski się skończył i że nadszedł Sylwester, dzień, w którym ponownie spotka się Isaakiem i zapewne usłyszy okrutny wyrok za swoje grzechy z poprzedniego semestru. W sumie to odkąd ich paczka się rozpadła, czy raczej Jilly i Dean zginęli, Tony' ego zamknęli, a Prim zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach; sabaty nigdy nie były przyjemne.
─ …więc poszedłem wczoraj do dziekana, który mieszka na tej ulicy w Londynie, gdzie miałem kupić dla Warrena ten błotnik, a raczej on zaprosił mnie do siebie, bo ja i jego córka dobrze się znamy – chodziliśmy razem do liceum, i… aha, i oddałam mu moją analizę, żeby przekazał ją profesorowi Rodriguezowi, bo razem idą gdzieś na Sylwestra, i…
─ Czekaj – oddałeś mu analizę? – ocknęła się nagle Jo, kiedy słowotok chłopaka powoli zaczął się układać w jej głowie. ─ Moją analizę?
─ Praktycznie rzecz biorąc to analizę ciebie – uśmiechnął się lekko. ─ I tak – skoro nadarzyła się taka okazja to dziekan ją wziął, bo zna mnie i domyślił się, że do czasu przyszłych zajęć z Rodriguezem, ja ją zgubię. A że zalegam z tą pracą…
─ Obiecałeś, że dasz mi ją przeczytać! – zaśmiała się i spojrzała na niego oskarżająco. – Powinnam najpierw zobaczyć twoje obelgi pod moim adresem, a potem dopiero puścić je do tego… eee… dziekana.
Jordan uśmiechnął się łobuzersko.
─ Ależ Jo, dam ci ją przeczytać – obiecał – w swoim czasie. Póki co, obawiam się, że nie zniesiesz takiego ciosu jak moja trafna diagnoza twojego stanu psychicznego.
─ Och, po prostu zrobiłeś to, żeby mieć pewność, że jeszcze się spotkamy – droczyła się. – I wcale nie musiałeś się do tego posuwać. Jeszcze się spotkamy. Wiszę ci pieniądze, pamiętasz? Za hotel i za to, że dałeś mi ostatniego dnia obozu na to śmieszne coś…
─ Na kulę śnieżną?
Jeśli mała przepowiednia, w której schowano figurki Mikołajka i renifera z czerwonym nosem (co za szaleństwo?!), mogła być nazwana kulą ŚNIEŻNĄ, to nic już jej w mugolach nie zdziwi.
─ Yhym – potaknęła bez przekonania. – Oddam ci.
─ To był prezent, J ─ zgasił ją Jordan. – Prezenty polegają na tym, że za nie się nie płaci. A jeśli chodzi o hotel, to mówiłem ci już, że dokonaliśmy wiązaną transakcję i…
─ …i łyżki, noże i talerze – przerwała mu Jo. – Przestań się tłumaczyć, Jordan, dostaniesz te pieniądze choćbym miała siłą wpychać ci je do portfela.
Chłopak posłał ku niej zmęczone spojrzenie, ale nie wchodził w kłótnię. Mimo to Jo była przekonana, że kiedy przyjdzie co do czego, Steele nie przyjmie tych kilkunastu funtów. Jeszcze nigdy, w całym jej niespełna osiemnastoletnim życiu, nie spotkała nikogo, kto broniłby się przed przyjęciem pieniędzy.
Dosłownie ułamek sekundy później, kiedy Jordan już otwierał usta, żeby wrócić do rozmowy o błotnikach i dziekanach, kiedy rozległ się dziwaczny, mugolski dźwięk, który Jo zaczynała już rozpoznawać – tak dzwoniła ta mała skrzyneczka z słuchawką, która więziła cudze głosy czy – jak nazywali to mugole – telefon. Steele zerwał się z miejsca i uśmiechnął przepraszająco.
─ Muszę to odebrać…
─ Nie ma sprawy – mruknęła Jo, przyglądając się uważnie jak jej towarzysz oddala się na zaplecze. Do słuchu doszedł do niej jeszcze oficjalny głos Jordana, mówiący: „kawiarnia Prince' s, w czym mogę pomóc?", a potem, upewniając się, że ktokolwiek telefonował, skutecznie zagadał chłopaka (nie żeby było to wybitnie trudne), otworzyła swoją torebkę.
Isaac przesłał jej dzisiaj ich wspólny wynalazek, słynne samo-dostarczające się listy. Na starym, pogniecionym pergaminie widniało znane jej pedantycznie dokładne pismo Isaaca:
Beacon Close, 14 ½ B
Beacon Close… Beacon Close… Podczas całego swojego pobytu w Cokeworth nie znalazła żadnego znaku czy choćby adresu na ulotkach czy w ogłoszeniach w miejscowej gazecie na temat Beacon Close. Zastanawiała się, czy warto zapytać Jordana o tę ulicę, ale miała jakieś niedobre przeczucia, że to nie są te okolice, w których wałęsałby się pogodny laik nart i przyszły zapominalski psychoanalityk.
Isaac wybrał to miejsce, a Isaac należał do zupełnie innych osób niż Jordan. Na widok Monroe'a wszyscy uciekali na drugą stronę ulicy, za to, jeśli napotkali Steele'a od razu do niego zagadywali i nawiązywali godzinne gadki o pogodzie.
Postanowiła więc załatwić to tak, jak starała się załatwić siedem dni temu. Przy kawie i przy mapie.
Wiedziała już jak dojść stąd do Golden Road, a nawet na Spinner' s End. Jeździła palcem wskazującym po całym mieście, czytając szybko nazwy kolejnych ulic, ale miała wrażenie, że po prostu zakreśla kółka. Przejechała dłonią po twarzy.
Beacon Close…
Jest! A nie… to Beacon Hill. A tu… nie, to Beaconsfield Parade.
Jęknęła głośno.
─ …powtarzam po raz kolejny – nawijał na zapleczu Jordan. – …nie serwujemy risotto. To kawiarnia. Wie pan – ciastko, cappuccino, ewentualnie herbatka miętowa…
Beaconsfield Road…
─ … nie, nie mam pojęcia, gdzie może pan zamówić risotto z brukselką. Nie jestem nawet pewien, czy takie istnieje.
Beacon Avenue…
Jak na tak małe miasto, w Cokeworth roiło się od ulic z „beacon" w nazwie.
─ … w sensie tak powiedziała panu mademoiselle Klein? Ale wie pan, że ona ma prawdopodobnie chorobę afektywno-sezonową? A! Nie wiedział pan. A my mieliśmy to miesiąc temu na wykładach z profesorem Rymerem…
Odrzuciła mapę z wściekłością. W tym głupim mieście nie ma Beacon Close! Nie zjawi się dzisiaj na sabacie, bo Isaac nie potrudził się i nie dorysował jej mapki, jak ma tam dojść. Zawsze tak robił. Niech żałuje, że tak się rozleniwił!
─ …absolutnie. Aha, to ja zadzwonię do Ryana i oddzwonię do pana, dobrze? Ja w ogóle nie jestem tu zatrudniony, tylko odpracowuje zmianę za kuzynkę i…
Czy to nie byłoby swego rodzaju samobójstwo, gdyby zignorowała sabat? Na pewno wystawiłaby nerwy Isaaca Monroe na próbę. Czy to bezpieczne? Wielce wątpliwe. Ale czy pytanie o Beacon Close nie byłoby egzekucją dla kogoś innego, nie dla niej? Isaac zazwyczaj jako placówkę sabatu wybierał kompletne odludzia, żeby nie powiedzieć piwnice. Jordan może uprzeć się, że ją tam odwiezie. A kiedy Monroe odkryje, że spędziła ferie z mugolem…
O, Merlinie.
─ … dobrze. Ma pan rację. Na pana miejscu też bym tak zrobił. Absolutnie. Dobrze, zaraz do pana pojadę. Yhym. Do widzenia.
Jordan odwiesił słuchawkę i z bardzo niezadowoloną miną wyszedł z zaplecza. Zmarszczył czoło, kiedy zobaczył Jo załamującą się nad mapą. Dosiadł się po cichu i w skupieniu zerknął na jej przytknięte do nazw ulic palce.
─ Beacon… Beacon… Beacon… czego szukasz? – spytał, zaintrygowany.
A co jeśli faktycznie nie pojechałaby na sabat? Czy Isaac po prostu dostałby furii? Prawdopodobnie. Ale raczej nie zostawiłby tego tak ot co. Zacząłby sprawdzać, co robiła przez ostatni tydzień. Zacząłby sprawdzać… cóż, sprawdzać z kim i co robiła.
Z kim? Z mugolem.
Co robiła? Wyjechała na obóz harcerski i całowała się w śniegu.
To były jej ferie.
Nie mogła myśleć w tym wypadku tylko o sobie. To jasne, że cokolwiek by nie zrobiła, Isaac i tak dowiedziałby się o Jordanie. No chyba… no chyba, że pojechałaby na ten sabat, ale sama. Tyle że nie zrobi tego bez pomocy.
I wracamy do punktu wyjścia, pomyślała z rezygnacją.
─ Beacon Close – odpowiedziała, tchnięta impulsem.
Jordan zakrztusił się kawą, którą właśnie popijał. Po kilku kaszlnięciach, wydukał z siebie tylko kilka słów, przepełnionych zdumieniem:
─ A po cholerę chcesz iść do Beacon Close?
Westchnęła ciężko. Właśnie tego się obawiała.
─ Mówiłam ci przecież, że zostałam w Cokerwoth tylko dlatego, że mój znajomy organizuje tu prywatkę – przypomniała mu, mając nadzieję, że Jordan posiada pamięć absolutną i nie zażąda powtórzenia tej opowieści, mówiąc „że nie przypomina sobie".
Chłopak mierzył ją podejrzliwym spojrzeniem, mieszając śmietankę do kawy łyżeczką.
─ Twój znajomy mieszka w Beacon Close?
─ Wynajmuje tam – skłamała.
─ Wynajmuje coś w tej melinie?
Czyli jednak znowu melina. Jo zdała sobie sprawę, że po raz kolejny przeceniła swojego byłego przyjaciela, sceptyka wszelkich zmian i innowacji. Straciła także wszelką nadzieję na to, że Isaac kiedykolwiek pójdzie po rozum do głowy i choć raz postanowi uczcić Nowy Rok w jakimś eleganckim lokalu. Stałoby się mu coś, gdyby raz zorganizował sabat bez tej mrocznej otoczki czy chociażby nazwy, która dosłownie przyprawiała o gęsią skórkę? Dlaczego inne dzieciaki w ich wieku chodziły na prywatki, parapetówki i melanże, kiedy im zostały sabaty?
Naprawdę chciała znać odpowiedź? Przecież mogła udzielić ją sobie w każdej chwili.
Oni nie byli innymi dzieciakami, tylko bandą typów spod ciemnej gwiazdy. Oni nie mogli chodzić na parapetówki i iść się zabawić, bo frajdę sprawiało im zupełnie co innego niż statystycznym osiemnastolatkom. Jo westchnęła ciężko.
─ Isaac uwielbia takie klimaty. Jest lekko odjechany – zawyrokowała.
─ Taki Got – domyślił się Jordan, chichocząc pod nosem.
Got… Gdyby tylko wiedziała, co to znaczy…
─ I co – pewnie jeszcze zaprosił cię pod Czternastkę, co?
Jordan prawdopodobnie powinien rzucić swoje psychoanalizy i przybyć do Hogwartu nauczać wróżbiarstwa.
─ Czternaście i pół B – przyznała i podsunęła chłopakowi pod nos leżący pod mapą fragment listu. Jordan przyjrzał się mu z zaciekawieniem i ponownie parsknął śmiechem.
─ Robicie sobie jakiś szlak duchowy, czy co?
Jo zamrugała.
─ A w jakim sensie?
─ Beacon Close słynie z tego, że jest to uliczka o największej przestępczości w calusieńkim Surrey, oraz z tego, ze stoi tam stary, zagrzybiały dom takiego świrniętego gościa o imieniu Wendell, który gdzieś przed wojną zamordował żonę i dzieci. Nie odsiedział wyroku, bo zgłosił się do wojska, a kiedy wojna się skończyła, wrócił na stare śmieci, ale… następnego dnia już zamknięto go w domu wariatów, bo majaczył, że do domu wróciła jego żona nieboszczka. Profesor Rodriguez z uczelni, wiesz, ten, dla którego pisałem psychoanalizę, często wizytuje w tym psychiatryku i opowiadał nam o jego skrajnym przypadku zaburzeń psychotycznych. Aha, a Beacon Close jest od tego czasu kojarzone z jego domem czyli – jak kto woli – nawiedzonym miejscem.
Nawiedzony dom? Mordowanie żon i dzieci? Psychiczni ludzie? Ach, Isaac robi się taki przewidywalny…
─ Ale nawet jeśli interesuje się okultyzmem – kontynuował tyradę chłopak, a Jo zmarszczyła brwi na kolejne dziwne, mugolskie słowo – to łażenie po Beacon Close nie jest zbytnio mądrym pomysłem. Kręci się tam mnóstwo narkomanów.
Jakie to typowe, pomyślała z przekąsem.
─ Zawsze miał żałosne poczucie humoru – powiedziała. Jordan uśmiechnął się delikatnie i ponownie dotknął jej ręki. Dziewczyna zamarła i biernie obserwowała go jak jej towarzysz chwyta jej palec serdeczny i przejeżdża nim przez całą mapę, zatrzymując go na Spinner' s End.
─ Kiedy Wendell Hayes wrócił do swojego domu, zdążono już zmienić nazwę ulicy. Technicznie rzecz biorąc Beacon Close to teraz Spinner's End, ale starszyzna miasta – w tym mój ojciec – zwykle wciąż nazywają ją jak twój przyjaciel.
A na Spinner's End mieszka Snape. Po prostu świetnie.
─ Z tego co wiem to dzisiaj autobus miejski wozi na Golden Road, a stamtąd chyba już wiesz, jak iść. Obok Russela jest przystanek – dodał Jordan, patrząc z nieukrywaną ciekawością na jej minę.
Nieoczekiwanie klasnął i poderwał się z krzesła.
─ Masz jeszcze czas czy duchy nie mogą zwlekać? – zażartował, zabierając ze stolika swoją i jej kawę. Jo uśmiechnęła się nieśmiało.
─ Nie tyle co duchy, ale Isaac. I…
No właśnie. Tu się znaleźli. Impas.
Od początku ich krótkiej znajomości, obydwoje wiedzieli, że tak to się skończy, a skromnym zdaniem Jo to i tak cud, że spędzili ze sobą równy tydzień. Jordan pojedzie teraz do faceta od risotta z brukselką, a ona uda się na sabat, po czym nadejdzie czas, w którym wskoczy na King' s Cross i wróci do Hogwartu. Jej nowy znajomy wróci do studiowania psychiki ludzkiej i rozrysowywania jej mentalności na kartce przed profesorem Rodrigeuzem, a po jakimś czasie okryje, że jej dziadkowie i znajomi nie mieszkają ani w Surrey, ani w Londynie, ani nawet w Anglii. Dowie się, że Jo Prewett jest, kim jest – czyli wielką, paskudną kłamczuchą.
Wielka, żrąca ją od środka gula zaczęła rosnąć i rosnąć w jej żołądku, powodując taki ścisk, że brunetka początkowo wzięła go za gryzące wyrzuty sumienia. Ale to nie był wstyd. To był żal. Wcale nie chciała opuszczać teraz Jodrana, jedyną znaną jej osobę, która szczerze ją polubiła i uważała za kogoś interesującego. Po nim ciężko będzie ponownie się przestawić i wrócić do świata, do jej świata, w którym wszyscy nią gardzili. Do tej pory uważała, że to zwykła i naturalna rzecz, że wzbudza niechęć i natychmiastowy brak zaufania. Ona sama czuła, że nie lubiłaby samej siebie. Dlatego właśnie niespecjalnie dała się zdominować swoim potrzebom społecznym, wyższego rzędu. Dopiero po Jordanie… no, dopiero po nim zrozumiała, że to tak wcale nie musi wyglądać.
─ Kiedy się spotkamy? – spytał chłopak, równie zakłopotany, co ona. – No wiesz, żebym mógł dać ci kopię tej analizy.
Kopia analizy… on naprawdę wierzył, że mimo wszystkich przeszkód tego świata – jak jej pochodzenie, rodzina, szkoła i znajomi – rzuci wszystko i przybiegnie po kopię analizy. Psychoanalizy…
─ Eee… - bąknęła, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć.
Całe szczęście, że z ich obu to Jordan był mocniejszy w gębie:
─ Wiesz, co? Nie ma sprawy. Podjadę, kiedy będę miał czas do Audrey' s i ci je dam, okej?
Do Audrey's… do Audrey' s… Audrey' s…
TO TA SZKOŁA Z INTERNATEM I MUNDURKAMI, DO KTÓREJ SKŁAMAŁA, ŻE CHODZI!, przypomniała sobie nagle. Rozdziawiła usta z przerażenia.
O, nie… o, nie… o, nie…
─ O… okej.
Jordan zabłysnął miłym dla ucha uśmiechem, chwycił swoją materiałową torbę, zawiesił ją przez ramię i mruknął pod nosem coś o klienteli w Cokeworth.
─ Kiedy mogę wpaść? Albo inaczej – kiedy masz lekcje z Caroline Steele? To moja ciotka, fajnie byłoby… ale masz minę – parsknął – wybacz, głupie pytanie – pewnie jeszcze nie znasz planu, nie? Na pewno. Zapomnij o tym, wpadnę w piątek. Pasuje ci to?
─ Yhym – skłamała Jo, nie mając pojęcia jak powiedzieć, że praktycznie to nigdy jej nie pasuje, bo nawet nie zdawała sobie sprawy, GDZIE mieści się szkoła, do której Jordan myślał, że ona chodzi.
─ Dobra – ucieszył się chłopak, biorąc do ręki jeszcze swoją kurtkę. – Podwieźć cię pod przystanek? Jadę w tamtą stronę.
─ Facet od risotto mieszka w Beacon Close? – spytała. – Może to mój kumpel. On zawsze ma takie abstrakcyjne pomysły.
Chłopak zaśmiał się.
─ Nie, tu nie chodzi o ten ryż. Zażyczył sobie dowóz tej szarlotki, którą mamy w przecenie. Do tej pory nie miałem pojęcia, że w ogóle można dowieść komuś kawałek ciasta, ale ten dziwak powiedział, że da mi napiwek. I nie – jest z Freshfield Way. Zupełnie inna część miasta.
─ Skoro tak, to do Russela dojdę sama. Jak mnie zawieziesz, to nie będę miała co robić, a na pieszo dojdę akurat.
─ Jesteś pewna?
─ Jasne.
Jordan zabrał ze stołu ostatnią rzecz, jaką były kluczyki od samochodu. Jo w zadumie wyszła za nim z kawiarni, mając nadzieję, że jej wyraz twarzy nie jest zanadto wymowny i że nie zdradza, ile ona w ogóle ma pojęcia o Audrey' s. Steele przekręcił tabliczkę przymocowaną do szklanych drzwi na stronę z napisem ZAMKNIĘTE i zakluczył drzwi, chowając pęk kluczy pod wycieraczkę.
─ Do zobaczenia – odparł wreszcie, po jakiś milionie następnych czynności, które musiał wykonać, zanim opuści swoje miejsce pracy, a potem, najwyraźniej nie zauważając przerażenia na twarzy swojej towarzyszki (co źle o nim świadczyło, biorąc pod uwagę kierunek, jaki studiował) i cmoknął ją w policzek.
Sekundę później mały, biały rover już odjechał, trąbiąc na pożegnanie do brunetki, ale Jo zdawała się tego nie zauważać. Myślała tylko o tym, jak stać się z dnia na dzień uczennicą Audrey' s High School.
Marlenie ciężko było u Rowle' ów, chociaż nic na to nie wskazywało. Zdawała się mieć wszystko w głębokim poważaniu, chodząc po całej rezydencji z wysoko zadartą głową. Podczas posiłków siadała obok Alicji i nie odzywała się do nikogo słowem, no chyba, że było to absolutnie konieczne. Popołudnia spędzała w swoim pokoju, czasem schodząc na dwór, by popatrzeć w dal i zastanowić się nad sobą. Od czasu do czasu zamieniała kilka zdań ze wcześniej wspomnianą Alicją albo z Frankiem Longbottomem, który również zatrzymał się na ferie w Paryżu, chociaż ich rozmowy należały do dosyć krepujących z oczywistych powodów. Czasami odezwała się też do Bree, ale na tym się kończyło. Nie rozmawiała z ciotkami. Nie rozmawiała z Sidneyem. I – naturalnie – nie rozmawiała z Ann.
Obawiała się, że ze swoją siostrą nie porozmawia już w tym roku, ale co mogła poradzić na to, że tak bardzo się nią zawiodła? Ann zapewne nic nie czuła do swojego mugolskiego, przemądrzałego chłopaka, tylko poleciała na kasę i nienajgorsze paryskie mieszkanie. Kiedy stała się taką materialistką? Co umknęło Marlenie? W którym momencie buntownicza Ann, która zawsze robiła na przekór rodzicom, zmieniła się w młodszą kopię ich matki? Czy była taka zawsze, czy przyszło to z czasem, bo jakieś samolubne geny nagle się aktywowały? Czy Marlenę czeka taki sam los?
Nie chciała wiedzieć.
Trzydziesty pierwszy stycznia zapowiadał się tak jak wszystkie pozostałe dni, jeśli nie liczyć faktu, że wieczorem odbędzie się sylwestrowy bankiet, na którym miała – o zgrozo – znaleźć sobie adoratora. Od początku dnia Marley i reszta jej rówieśników kręciła się po całej rezydencji, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca przez fakt, że cały dom był dekorowany przez gromadkę pracowitych skrzatów. Pomimo nieprzyjemnego chłodu oni wszyscy – Bree, Alicja, Frank i Marley – zajęli altankę w ogrodzie, a po kilku nieznośnych minutach nicnierobienia, zaczęła rodzić się pomiędzy nimi jakaś rozmowa, która przybrała niespodziewany obrót.
─ Byliście kiedyś parą? – spytała Marley, patrząc na Alicję i Franka z niedowierzaniem.
Tych dwoje na pierwszy rzut oka nie miało za sobą za wiele wspólnego. Longbottom był dobrze zbudowanym, poczciwym pałkarzem, prawdziwym optymistą, którego męczyły wszelkie kłótnie i który nie potrafił zawalczyć o swoje. Z kolei Alicja, z tego, co Marlena zaczęła zaobserwować, należała do dość powściągliwych osób, niespecjalnie rozmownych, a wręcz apatycznych. Niespecjalnie do siebie pasowali.
Alicja poróżowiała, a Frank zacmokał, jakby „bycie parą" to za dużo powiedziane.
─ Ale… ─ zawahała się Marlena, czując, że jej twarz przybiera kolor dorodnej piwonii.
Byłe dziewczyny Franka raczej nigdy nie będą jej ulubionym tematem rozmów, ale z dziwnych powodów wyczuła w tej historii drugie dno i bardzo chciała dowiedzieć się, dlaczego. Szósty zmysł nigdy jej nie zwodził.
─ Sytuacja zatacza koło – mruknęła Bree. Jej twarz jak zwykle nie przybrała żadnego wyrazu, chociaż z tak nieobecnymi oczami i smutnym tonem przypominała pogrążonego w zadumie palacza. Marlenę zaczęło nagle bardzo korcić, żeby dać jej papierosy Alicji, które leżały na drewnianym stoliku. ─ No wiesz. Mowa o tobie.
Ale Marlena nie wiedziała. Nie dostrzegała w tych dwóch sytuacjach nic pokrewnego. Jej zmarszczone brwi były chyba nad wyraz wymowne, bo Bree natychmiast rozwinęła swoją opowieść:
─ Frank może być dobrą partią dla ciebie, ale dla mnie czy Allie już nie.
Co? Jak to Frank nie jest dobrą partią dla Bree albo Alicji? W jego statusie krwi nie było nic do zarzucenia. Majątek Longbottomowie też mieli całkiem znośny. Gdzie problem?
─ Chodzi im o poglądy – wyjaśnił jej Frank, przełykając głośno ślinę. – Posłużę się tutaj przykładem Potterów – niby są spokrewnieni z Rowle' ami, i niby zapraszani są na te wszystkie kotyliony, ale Allie albo Colette (─ Bree – poprawiła go) nie mogą na niego nawet spojrzeć, bo jego ojciec i matka walczą o równe prawa dla mugolaków. Mój ojciec ma… podobne poglądy.
Och. Czyli jest nawet gorzej niż myślała – nawet jeśli ze statusem krwi i majątkiem nie było problemu, to gdy znajdzie się ktoś, kto ma trochę oleju w głowie, już odpada. Ponura perspektywa.
─ I… twoi starzy się dowiedzieli, tak? – spytała Alicji, bardziej ponurej niż kiedykolwiek. – I zrobili porządek?
Nie odpowiedziała. Spróbowała inaczej, zwracając się do Franka:
─ Jayden Rasac i Hestia zeswatali nas dlatego, że ty też nie miałeś zbytnio nastroju na randki – przełknęła ślinę. – To dlatego?
─ Spotykaliśmy się od zeszłorocznego kotyliona – potwierdził niechętnie, spoglądając smutno na Allie. ─ Ale nie wyszło.
Ale nie wyszło. To wszystko?! Tylko dlatego, że jej fanatyczne wujostwo nie pozwoliło im się spotykać, wszystko się skończyło? Nie mieli nic do powiedzenia? Nie zbuntowali się? Pozwolili na to, tylko dlatego, że…
Że robili to dla rodziny. Tak jak ona. Marlena westchnęła ciężko. Chyba zaczęła bardziej rozumieć tę specyficzną sytuację. Po raz pierwszy od kotyliona i dowiedzenia się prawdy o swoim rodzinnym przeznaczeniu spojrzała z innej perspektywy na swoje położenie. Naprawdę podda się, tak jak Frank z Alicją, dlatego, że tak wymyśliła matka, Ann i ciotka Heather? Zrezygnuje ze wszystkich uroczych chłopców-mugolaków czy tych mniej zamożnych? Zrezygnuje z każdej takiej dziewczyny? Jak Gia? Zrezygnuje… zrezygnuje z Remusa?
Przełknęła głośno ślinę.
─ Ja… nie rozumiem was – odparła wreszcie. – Siedzę tu tylko na próbę, ale wątpię, że cokolwiek ze mnie wyjdzie i że faktycznie uda mi się utrzymać rodzinę. Średniowiecze się skończyło, prawda? Nie ma już posagów, i wian, i innych takich?
Alicja i Frank wymienili niepewne spojrzenia.
─ Skoro w to wątpisz, to dlaczego zostajesz tu na Sylwka? – spytała Bree. – Czyż nie dostałaś zaproszenia od Blacka i Pottera? Tam na pewno bawiłabyś się lepiej niż na kolejnym żałosnym kotylionie.
Zamrugała. Czy Bree Angelo, posłuszna córeczka jej tyrańskiej matki, właśnie nazwała kotylion żałosnym? Czy nakłoniła ją do ucieczki? Czy to były przywidzenia, czy naprawdę przez sekundę jej wyraz twarzy zmienił się na i wyrażał determinację?
─ Ann tu jest – wymyśliła na poczekaniu. Bree zachichotała.
─ To dlaczego nie zawiążecie umowy? – nawijała, wskazując palcem na Franka i Alicję, a potem Marlenę. ─ Ann zadowoli się Frankiem. Możecie zacząć się spotykać, a Marley będzie waszą przykrywką – odparła. ─ Oczywiście, w końcu trzeba będzie puścić parę z ust, ale czy to robi jakąś różnicę? Ciotka Flora jest stara. Tylko jej w tej rodzinie zależy na tym, żebyś dobrze wyszła za mąż, Allie. Pewnie niedługo odejdzie i da nam wszystkich spokój.
Czy… Czy Bree właśnie ich buntowała? Czy zaczęła mówić z sensem?
Alicja zamrugała i zostawiła tę propozycję bez komentarza. Frank spojrzał na Marlenę, a potem na Bree i odparł zdawkowo:
─ Marley nie chciałaby być przykrywką.
To uderzyło w serce Marleny jak ostry sztylet. Chodzili ze sobą przez prawie trzy miesiące, całowali się, śmiali i poznawali, a to wszystko było sztuczne i nieprawdziwe? Czy Frank myślał o Alicji, kiedy wychodził z McKinnon na randki, tak jak – nie czarujmy się – ona myślała o Remusie? Czy to funkcjonowało w dwie strony? Uczucie, które ją zalało, było dosyć egoistyczne, zwłaszcza dlatego, że ona zachowywała się w ten sam sposób, który teraz uważała u Franka za oburzający.
Poczuła się… jak zabawka.
Cóż, ostatnio faktycznie nią była. Zabawką.
Zabawką dla rodziny. Dla chłopaka. Dla przyjaciółki. Dla grona pedagogicznego, które nie poinformowało ją o zmiennokształtności przez tak długi czas. Dla siostry. Dla Sidneya. I w końcu dla Franka.
To chyba już teraz jej rzecz. Bycie wykorzystywaną. Powinna się do tego przyzwyczaić. Powinna…
I wtedy stało się coś dziwnego.
Cały jej żal, ten żal, który gromadził się w niej przez cały rok i z którym nauczyła się żyć, w Sylwestra nagle eksplodował i przemienił się w coś innego, zupełnie niepodobnego – w gniew.
Początkowo na Franka, i na Alicję, i na Remusa, i na Emmelinę, potem na Syriusza i Sidneya, a w końcu na matkę, ciotkę i Ann. Kiedy dotarła do tej ostatniej osoby, poczuła, że zaciska pięści z wściekłości. Umiała bardzo dobrze tłumić w sobie emocje, ale w tamtej chwili nie mogła odszukać w sobie znajomego ukojenia i spokoju. Miała ochotę stanąć i wykrzyczeć wszystko, co dręczyło ją od tak dawna…
Ale się na to nie zebrała. Zamiast tego ogarnęła ją nastoletnia, nieopisywalna chęć buntu. Chciała… chciała po prostu zrobić komuś na złość.
Najlepiej im wszystkim.
─ No coś ty, Frank – odparła, uśmiechając się lekko. – Sądzę, że to będzie najlepsze rozwiązanie – poprawiła sobie włosy. – Widzę, że wciąż nie jesteś przekonany. Możesz namyślić się przez cały wieczór, kiedy ja wpadnę do Jamesa i Syriusza.
Bree zagwizdała z podziwem.
─ Szarżujesz – podsumowała. Marlena uśmiechnęła się do niej i przez sekundę pomyślała, że nie ma piękniejszego wyrazu twarzy niż jego brak.
─ Będziesz mnie kryć? – spytała, zauważając kątem oka, że Allie marszczy brwi.
I bardzo dobrze. Nigdy jej nie lubiła. W tej chwili – będąc perfekcyjnie szczerą – miała nawet ochotę jej coś zrobić.
─ No ba – uśmiechnęła się lekko blondynka. – Pojadę z tobą.
Pomimo ogromnej sympatii do rodziny Potterów i głębokiej wiary w to, że nie są oni tacy jak większość czystokrwistych, arystokratycznych rodów, Mary musiała zarzucić im, że żałosną skłonność do organizowania narad wojennych nabyli od tak niegodnych uwagi osób jak na przykład jej matka, rujnując przy tym całą swoją reputację. Dziewczyna, która należała do znakomitych obserwatorów, często odnosiła wrażenie, że rodzice jej znajomych organizują sobie specyficzny sobór, gdzie uzgadniają jednakowe metody wychowawcze, a nawet uczą się identycznego, nędznego, rodzicielskiego języka, lecz do tej pory Belle i Seth Potterowie magicznie nie zjawiali się na tych spotkaniach społeczności rodzicielskiej. Niewykluczone, że jej matka dała im krótkie korepetycje, a pierwszym tematem były – naturalnie – narady wojenne.
Procedura wyglądała tak samo jak u niej w domu. Najpierw Belle, zupełnie jak pani Nass, a kiedyś McDonald, niewiadomo skąd wyciągała ciasto, chociaż jeszcze wczoraj nie było niczego takiego „przed obiadem", „przed deserem" i „na deser". W tym wypadku była to tarta z jabłkami. Następnie zwołała całą rodzinę na dół, „bo miała coś bardzo ważnego do powiedzenia", a kiedy już James, Syriusz, Mary i – co tylko potwierdziło jej najgorsze podejrzenia – May, usiedli obok siebie na dość ciasnej kanapie, a Belle kroiła dla wszystkich ciasto, z pracy wrócił jej mąż z dziewczyną.
Tak, właśnie – z dziewczyną. Mary nawet nie ukrywała swojego poruszenia, a gdy już pochylała się, żeby szepnąć coś jeszcze bardziej poruszonemu Jamesowi na ucho, stała się rzecz niezwykła – on i Syriusz, jak jeden mąż, wstali z kanapy i ruszyli z szerokimi, miłymi dla oka uśmiechami w kierunku towarzyszki ojca Jimmy' ego. Już mieli rzucić się na nią, by serdecznie i ciepłą ją przywitać (zupełnie jakby ją znali, pomyślała Mary. Wiedziała jednak, że to absurd, bo znała absolutnie wszystkie niebrzydkie dziewczyny, które lubił James), gdy Seth – zachowując się zupełnie jak nie Seth – zatrzymał ich i z bardzo niesethowym, poważnym wyrazem twarzy, pokręcił głową.
Mary została na kanapie z May, która nagle zaczęła płakać, ale kompletnie się tym nie przejęła. Ta dziwna dziewczyna, którą przyprowadził ojciec Jamesa, nie spodobała się jej. Nie chodziło tylko o to, że Jimmy najwyraźniej ją lubił, a McDonald jej nie znała. W wyglądzie przybyszki było coś… specyficznego. Miała ona falowane włosy w kolorze najsmaczniejszej mlecznej czekolady z Miodowego Królestwa, patrzała na wszystko spod zmrużonych oczu, a paznokcie pomalowała intensywnym, neonowym lakierem, z tym że każdy był innego koloru, które tworząc jedność, czyli dłoń, niespecjalnie do siebie pasowały.
I miała bardzo smutny, i bardzo zagubiony wyraz twarzy. Dezorientacja w jej oczach osiągnęła punkt prawie tak krytyczny, jak ten u May. Prawie.
─ Chcesz tarty, Hestio? – zapytała przesadnie pogodnie Belle, podając jej pod nos talerzyk. Dziewczyna niepewnie go chwyciła, przyglądając się ciastu, jakby było zatrute.
─ Wyluzuj, jest kupowana – odparła Mary, na dowód głośno przełykając swój kawałek. Belle spojrzała na nią z pretensją.
─ Dzięki, Mary – oznajmiła chłodno. Dziewczyna przepraszająco wzruszyła ramionami. – Ogólnie rzecz biorąc, Hestio, jestem Belle i… no cóż, poniekąd jesteśmy…
─ …kuzynkami – odezwała się Hestia. – Wiem.
Z tymi słowami atmosfera w pokoju lekko się polepszyła, do tego stopnia, że Mary nawet doznała olśnienia. Jako że była niezwykle– przynajmniej w jej mniemaniu – inteligentną dziewczyną podobne olśnienia miewała nadzwyczaj często.
Hestia. Kuzynka. Dziwne paznokcie.
To na pewno była słynna Hestia Jones. Chociaż na jej imieniu i nazwisku rozległa wiedza Mary się kończyła (uczciwie mówiąc z Hestią się minęła – kiedy ta wprowadziła się do Doliny Godryka, McDonald właśnie ją opuszczała, w innym wypadku na pewno trafiłaby ta na listę dziewczyn, które zna Mary i które lubi James) to zdążyła wiele nasłuchać się o niej i od Belle i Setha, i jeszcze w Beaux, od Chase' a Reagana i kilku innych dawnych znajomych szatynki. Niektórzy byli nawet przystojni.
Tylko dlaczego Belle jej się przedstawia…
─ Wiesz?! – podnieciła się matka Jamesa. – Czy to znaczy, że pamiętasz?
Mary zmarszczyła brwi. Co za dziwne pytanie.
─ Nie.
Rudowłosa zadławiła się kawałkiem tarty.
Kiedy Belle zawołała ich na dół, Mary była pewna, że chodzi o Demencję, którą – nie czarujmy się – poniekąd wykradła biednej Mayie. Potterowie mogli być nowocześni, tolerancyjni i szanować życie osobiste swoich dzieci, ale dobrze wiedziała, że ani pan Potter, ani jego żona, nie zaakceptują zatruwania się tego rodzaju eliksirami. Belle Potter kiedyś, przed tym jak przekserowano ją na Oddział Pozaklęciowy, pracowała na Eliksinarnym w sekcji demencjonistów. Miała wielkiego pecha, że akurat w tym momencie, kiedy schodziła od May z góry, z probówką Demencji w dłoni, do gościnnego pokoju, Belle tam była, „szukając alkoholu, który wiedziała, że jej syn gdzieś schował". Skoro ona rozpoznała tę substancję po plamie na firance, to uzdrowicielka, która przez pół swojego życia badała jej właściwości, nie mogła jej nie dostrzec. Ależ się wtedy na nią wydarła! Mary nigdy nie widziała pani Potter tak wytrąconej z równowagi. I dobrze, może to, co potem zrobiła, było lekkim, rozpaczliwym świństwem, ale Belle na pewno wysłałaby sowę do jej matki, bo chociaż nie należała do typu rodziców, którzy skarżyli innym, z Demencją na pewno by jej nie odpuściła. A Mary nie mogła pozwolić sobie teraz na złość swojej matki. Dlatego… cóż, poniekąd powiedziała prawdę:
─ Ale to nie jest moja Demencja, Belle. To znaczy… ja… wiem, że nie powinnam – w tym miejscu udała zawstydzenie – ale musiałam… nie mogłam inaczej i… no, odwiedziłam May. I znalazłam ją u niej.
Oczy pani Potter o mało nie wypadły jej wtedy z orbit! Wiedziała, jak wygląda sytuacja May, i wiedziała, że James wie o jej uzależnieniu, ale sprawę przemilcza, bo wie, że jego siostrze odbije jeszcze bardziej, kiedy przez odstawienie narkotyku, zaczną powracać do niej wspomnienia i potem sytuacja znowu zatoczy koło, bo przecież to po jej ostatnim odwyku, sprawy przybrały naprawdę paskudny obrót. Rozumiała, że się o nią troszczy. Zresztą… na jego miejscu postąpiłaby chyba tak samo. Ale nie zrobiła też złej rzeczy, uświadamiając o tym drobnym uzależnieniu jej rodzicom. Postąpiła jak przyjaciółka. A raczej postąpiłaby, gdyby nie wykradła jej eliksiru do własnych, niecnych korzyści.
O tym nie musiała jednak nikomu wspominać.
Dlatego właśnie, kiedy dziewczyna tylko padła na znajomą kanapę w salonie, spodziewała się jakieś moralizującej gadki w stylu: „narkotyki to zło, a skoro znalazłam u May takie rzeczy, wolę was również uświadomić w tym, że ich zażywanie grozi śmiercią, głuchotą lub bezpłodnością". A tutaj… tutaj przychodzi Hestia Jones, która mówi, że nic nie pamięta.
Robiło się coraz ciekawiej.
─ Oł – wyrwało się Belle.
Ta onomatopeja, chociaż wypowiedziana mimowolnie, idealnie odzwierciedlała stosunek całego towarzystwa (może z wyjątkiem May, ale zwykle jej reakcje odbiegały od normy) do szczerego wyznania Hestii.
Oł. Faktycznie, jest z nią źle.
Oł. To tak wygląda kompletna amnezja.
Oł.
Oł, oł, oł.
Hestia, prawdopodobnie najbardziej zakłopotana z całego niezwykle gęstego zaludnienia salonu, aż zakryła sobie twarz ręką. Syriusz gwizdnął.
─ O co chodzi? – spytała Mary, wskazując palcem na zażenowaną Jonesównę. Nienawidziła być niedoinformowana.
Ani James, ani Syriusz, ani Belle, ani Hestia, ani Seth, ani May, nie zwrócili na nią uwagi. Moment ten był na pewno bardzo znaczący z rodzinnego punktu widzenia, ale to jeszcze nie usprawiedliwiało tak jawne ignorowanie gościa, czyli jej. Głośno odstawiła swój talerzyk z tartą. Ten odgłos przywołał całe towarzystwo do porządku. Pani Potter odkrząknęła.
─ Wiesz co, Hestio, może rozejrzysz się po domu? – zaproponowała, cała skrępowana. – Muszę z nimi porozmawiać o pewnej rzeczy – zakończyła stanowczo.
Och. A więc jednak będzie rozmowa o Demencji.
Szatynka kiwnęła głową i – chyba z ulgą – praktycznie wybiegła z salonu Potterów. Odprowadziło ją kilka zdumionych spojrzeń.
─ Traktujcie ją normalnie, dobrze? – poprosiła Belle, drapiąc się z zakłopotaniem po głowie. ─ Ona… poniekąd straciła pamięć - wyjaśniła Mary.
─ To wiem – wywróciła oczami McDonald. – Nie rozumiem tylko… myślałam, że już z nią rozmawialiście czy coś…
─ Nie – odparła natychmiast May. Wszyscy się na nią spojrzeli.
─ Ach. No… to… ─ Mary się zająknęła. Nie miała pojęcia, czy odejść i dać im wszystkim trochę prywatności, czy lepiej samej zapoznać się z małą zapominalską.
Belle przejechała przez twarz otwartą dłonią.
─ Nie miałam pojęcia, że wypuszczą ją tak szybko – westchnęła. – Prawdopodobnie nie powinniśmy jechać dzisiaj do Ranchesterów – zwróciła się do męża – skoro tak to wyg…
─ NIE! – wymsknęło się Jamesowi. Syriusz bardzo mocno kopnął go w piszczel.
─ Obawiam się, Bellie, że Jamie boi się, że zostając narobimy mu siary – szepnął, wyraźnie rozbawiony, Seth. Jego żona spiorunowała go karcącym spojrzeniem.
Mary zachichotała.
─ Bo jest przed kim robić siarę – zakpiła. – Będziemy się integrować w ścisłym kręgu, prawda, Jimmy?
Syriusz poszedł w jej ślady i sam zachichotał, tyle tylko, że zrobił to dwa razy głośniej, straszniej i bardziej pokazowo. Rudowłosa zamrugała.
Miała nadzieję, że kiedy Belle i Seth pojadą, May znowu zacznie robić jakieś świrnięte rzeczy i Syriusz zajmie się tym, w czym jest najlepszy – czyli w samotnym piciu, ona i James będą mogli spokojnie porozmawiać, po kilku kieliszkach może nawet uda się naprawić parę rzeczy… co to wszystko znaczy? Dlatego ten idiota się śmiał?
─ O co chodzi? – zaśmiała się nerwowo, wypuszczając trochę aury wili. Nie zrobiła na nikim wrażenia.
─ Ktoś przeszkodzi waszej prokreacji, McDonald…
─ Syriusz ─ skarciła go Belle, nie zbyt zachwycona, że ułożył on zdanie, gdzie występuje słowo „prokreacja", a James jest podmiotem.
─ …a ten ktoś to chyba twoja teraźniejsza idolka – stwierdził, niby to przypadkiem przejeżdżając palcem po jej włosach.
Mary zbladła. Odwróciła się twarzą do Jamesa, którego nagle bardzo zainteresowały własne paznokcie.
─ Zaprosiłeś JĄ?! – wykrzyknęła teatralnie, dając Syriuszowi jeszcze więcej uciechy.
Seth syknął ze współczuciem.
─ Ją? – powtórzył Potter.
─ Nie rób ze mnie idiotki – warknęła. – Zaprosiłeś… zaprosiłeś Lily Evans?
─ Zapraszałem ją wiele razy w innych okolicznościach – zauważył trzeźwo. – I nigdy nie robiłaś problemu.
─ Rzeczy się zmieniły! Ja… nie mogę uwierzyć, że…
Urwała. Nie może pozwolić sobie na emocjonalność w tej chwili. Zbyt śmiały ruch może przekreślić całą relację jej i Jamesa, która i tak była już wystarczająco krucha. Nie mogła na to pozwolić.
Ale jednak… Lily Evans! Jak on mógł! Sylwestry zawsze należały do nich, to była ich tradycja! Nie ma w nich miejsca dla Lily Evans czy innych żałosnych osób jej pokroju. Nikt jej tu nie prosił! Nikt… nikt nie chce żeby ona przyjechała znowu wszystkich gnoić!
─ Jesteś czerwona, McDziwko – poinformował ją Syriusz.
─ Syriusz ─ powtórzyła tym samym karcącym tonem Belle, która wczuła się już w ruganie go dzisiejszego dnia.
Mary założyła ręce na piersi.
─ Zobaczysz, James, że będziesz tego żałował. Lily Evans! – prychnęła. – Pozapraszaj jeszcze inne osoby z listy najbardziej nielubianych przeze mnie ludzi i voila, możemy rozpocząć imprezę grania mi na nerwach – wysyczała, chwytając ponownie swój talerzyk z tartą.
─ I to chyba ten moment, w którym wspominam, że zaprosił jeszcze Meadowes i – co chyba za tym idzie – Titanic, twoje kochane współlokatorki! – klasnął w ręce Black, mając nadzieję, że uda mu się rozsierdzić McDonald nawet bardziej. Jeśli istniała jakaś dziewczyna, której nie cierpiał bardziej niż Evans czy Titanic, to mogła to być tylko ona.
Rudowłosa upuściła talerzyk, który z głuchym łoskotem rozbił się o podłogę. Belle westchnęła i wyciągnęła otwartą dłoń, na znak, żeby Mary nie zabierała się do sprzątania wyrządzonego przez siebie Meadowes, chociaż nawet przez myśl jej to nie przeszło:
─ Później będziemy się tym przejmować. Póki co… ─ zreflektowała się ─ chcę porozmawiać z wami o czymś, co… jak zapewne wiecie – prowadzi do głuchoty, śmierci lub bezpłodności… a mowa o najgorszym z najgorszych eliksirów, który znalazłam…
Ale Mary już jej nie słuchała. Póki co nie wiedziała jeszcze co zrobić, ale była przekonana, że LILY EVANS nie będzie tu dzisiaj gościem. Przynajmniej nie honorowym. Będzie… będzie…
Zdominowana.
McDonald roześmiała się w duchu. To jest to! Zdominowana.
Naprawdę robiło się coraz zabawniej.
─ Ona coś knuje – oznajmił śmiertelnie poważnie Syriusz, chcąc sprowokować Jamesa do myślenia.
Potter, nic nie robiąc sobie z tego ostrzeżenia, dalej piłował pilnikiem jeden z paneli podłogowych u siebie w pokoju, w celu znalezienia i podważenia ruchomej deski, pod którą schował zgromadzony alkohol.
─ Ona coś knuje, James. Widziałem to w jej cwaniackich oczach.
Panel podskoczył, a okularnik w skupieniu podniósł go i zaczął wyciągać pierwsze schowane butelki.
─ Może podpali dom albo doleje nam do drinków Eliksir Gwałtu. Co wtedy?!
─ Niby dlaczego miałaby dolewać nam do drinków Eliksir Gwałtu? – zapytał zmęczonym tonem. Syriusz miał ochotę oderwać mu kilka włosów.
─ A kto ją wie?! Może chce zdobyć wspomnienie z obnażonym mną i sprzedać je za grube miliony? – zaproponował
─ To w końcu doleje ten Eliksir nam czy tobie?
─ To nie ma znaczenia.
Chłopak westchnął ciężko. To niesamowite, jak bardzo Syriusz zmieniał się w ciągu niecałej godziny – najpierw sceptyczny i nieprzystępny na dole, teraz panikujący i próżny. Rozumiał jego uprzedzenie do osoby Mary, on sam wciąż nie do końca jej ufał, zwłaszcza po jej przekrętach na kotylionie, ale Black zaczął już ostro przesadzać, robiąc z niej bezuczuciowe monstrum, zaprogramowane tylko do jednej rzeczy – snucia intryg. McDonald może i należała do chytrych osób, ale na pewno nie do tego stopnia okrutnych i nieludzkich, jak twierdził jego przyjaciel.
Kiedy wyjął już wszystkie butelki i włożył poluzowaną deskę z powrotem, ze zdumieniem odnotował, że Syriusz złapał go za przegub dłoni, spoglądając na niego w słuchaj-mnie-bo-wszyscy-zginiemy-i-to-będzie-twoja-i-tylko-twoja-wina sposób.
─ Musimy zawiązać przymierze w obliczu zagrożenia! ─ uparł się. ─ Jeśli będziemy trzymać się razem, uda nam się pokazać McDziwce, gdzie jej miejsce.
─ Przymierze.
─ Przymierze.
James parsknął śmiechem. Syriusz kopnął go w brzuch.
─ Może nie na tyle co przymierze, ale układ, że będziemy się wspierać w razie gdyby… no wiesz, gdyby znowu wyleciała z czymś… kłopotliwym. Aha, i musimy chronić Hestię.
─ Posłuchaj, Syriuszu – na chwilę obecną moim największym problemem jest Evans i nie mam czasu latać z tobą za Mary i doszukiwać się w każdym jej kroku zalążka zawiłej intrygi, która przyniesie kres naszemu gatunkowi.
Łapa uniósł ręce w górę, wzywając o pomstę do nieba.
─ Lily Evans jest łatwiutkim celem, a Mary McDonald skomplikowanym wrogiem. Jak możesz nie dostrzegać różnicy?
─ Lily Evans jest ŁATWIUTKIM celem? – prychnął James. – Z tym celem nie będę się kłócić, ale to bezbożność mówić do faceta, który lata za nią dwa lata, że jest łatwa, Łapo.
Syriusz parsknął.
─ Jest łatwa. Ty po prostu źle do niej podszedłeś.
─ A ty podszedłbyś lepiej? – zakpił. Szarooki uśmiechnął się nieskromnie.
─ Pewnie tak. Słuchaj – nie jestem tutaj, żeby się o to kłócić. Problemem jest Mary i jej…
─ Załóżmy się – zażądał nieoczekiwanie James.
Syriusz zamrugał. Uwielbiał zakładać się z Potterem, bo zwykle owe zakłady wygrywał, a poza tym zawsze były one zabawne i nietypowe, ale to, o co go wyzwał… czy przypadkiem tego samego nie zrobiła kilka tygodni temu Meadowes? Udowodnienie światu, że da radę Lily Evans jest jakimś jego przeznaczeniem czy czymś?
To bardzo zły zakład. Jeśli mu się nie uda, to James będzie z niego kpił, a do tego nie mógł dopuścić. Jeśli jednak wygra (jak zapewne będzie) to Potter się wkurzy jeszcze bardziej. Impas.
─ Lily Evans mnie brzydzi – odparł. – Nie mógłbym jej uwodzić, bo z pewnością coś bym obrzygał.
─ Źle mnie zrozumiałeś – zaprotestował Rogacz z dziwnym błyskiem w oku. ─ Pobawimy się w swatki. Ty zbajerujesz Evans, a ja Meadowes.
Syriusz zacmokał pobłażliwie. Meadowes dawno przestała go interesować, a zresztą – James niż nie osiągnie. Uparła się, że przestanie z nim rozmawiać, to się uparła. Gdyby Blackowi zależało, z pewnością udałoby mu się odwieść ją od tego uporu.
─ Mało kuszące.
─ Nie rób ze mnie idioty, Łapo – prychnął Potter, patrząc przeszywająco znad swoich okularów. ─ Ta dziewczyna DWA RAZY cię rzuciła. Zaimponowało ci to. A poza tym jeśli skupimy się na pomocy drugiemu, to będzie to również jakaś strategia na Mary.
Zaimponowało? ZAIMPONOWAŁO?! Co to za absurd! Co za bzdura! Co za… co… och, po prostu nie!
─ Dobra – skapitulował, wyciągając dłoń. – Robię to tylko dlatego, że wiem, że wygram. Meadowes ma zrytą psychikę, skoro MNIE rzuciła i nie ma dla niej ratunku. Nie mówię, że Evans jest zdrowa na umyśle, ale ją łatwo idzie zakręcić. O ile się zakładamy? ─ zmienił temat.
James złapał jego dłoń i mocno nią potrząsnął.
─ Pięćdziesiąt galeonów? – zaproponował z charakterystycznym uśmiechem Jamesa-hazardzisty. Syriusz uśmiechnął się w podobny sposób.
─ Mamy umowę.
Po tym wyznaniu niemal natychmiast rozległ się znajomy dźwięk jednego z gramotów, które Seth Potter przymocował do bramki przy wejściu, informującym właścicieli, że ktoś właśnie przekroczył próg ich posesji.
Wyzwania i obiekty zakładu przyjechały. James i Syriusz chwycili butelki i wypadli z pokoju, słysząc z klatki schodowej w jaki sposób Mary przywitała się z gośćmi:
─ Och, Lily. Lily, Lily, Lily. Najlepsze znane mi odzwierciedlenie przysłowia "złość piękności szkodzi"! – zakpiła zawistnie Mary. Syriusz lekko zachichotał, wyobrażając sobie minę Evans, kiedy odpowiedziała jej poirytowanym głosem:
─ Co proszę?
─ I… Emmelina! – zignorowała ją Mary. – Och, widzę, że zrzuciłaś parę kilo. Może niebawem zmieścisz się w drzwiach do Hagrida!
─ Ciebie też miło widzieć, Mary – przywitała się grzecznie Emma.
─Cześć, Meadowes, jak-ci-tam – kontynuowała lekceważąco McDonald, jakby Dorcas nie była dość interesująca, żeby doczepić do niej jakiś złośliwy komentarz. – Gdzie Marlena?
─ Nie przyjdzie, bo… ─ odpowiedział im głos ich przyjaciela, Remusa Lupina, który zabrał się wraz z Peterem i dziewczynami Błędnym Rycerzem. Najwyraźniej musieli jakoś się umówić, że wszyscy przyjechali w tym samym czasie.
─ Och, pewnie jest zajęta wyszukiwaniem jakiegokolwiek grosza z szuflady… ─ przerwała mu złośliwie Mary. – A jak już jesteśmy w temacie pieniędzy… Wiecie, gdyby uroda faktycznie była na wagę złota, to Marlena byłaby biedniejsza nawet od naszej słodkiej Lily, a to już nie lada wyczyn.
─ Myślę, że wystarczy – uciął jej James, kiedy zszedł do końca ze schodów. Puścił oczko do Lily, która krytykowała wzrokiem butelki alkoholu, które zniósł razem z Syriuszem.
Już miał rzucić sugestywny tekst na przywitanie, gdy identyczny odgłos, co kilka chwil przedtem, ten, który zwiastował, że ktoś idzie w odwiedziny, się ponowił. Co się dzieje? Czyżby jego rodzice jednak wrócili?
Mary klasnęła, czym rozwiała jego złe przeczucia. Ich miejsce zajęły tylko gorsze.
─ Moi goście też już są!
Z tymi słowami otworzyła drzwi do domu, wpuszczając do środka… około pięćdziesięciu osób.
Bree i Marlena wpadły do Huncwotów dosłownie kilkanaście minut po pierwszej fali niezaproszonych przez gospodarzy gości, i kilka przed drugim podobnym nalotem, a więc zostały delikatnie mówiąc niezauważone przez towarzystwo. Bree, przyzwyczajona do tego, że zwykle gospodarze każdego domu, w którym postawiła swoją stopę, nic tylko próbowali jej udogodnić, z mniejszym wyczuciem określiła zaistniałą sytuację, do której ni w ząb była przygotowana:
─ Oni nas tak jakby kompletnie olali – szepnęła, marszcząc czoło. – Nie wiedziałam, że tu będzie taka impreza.
─ Ja też – wydukała Marley, rozglądając się bez zrozumienia po tym, co niegdyś nazywano korytarzem domu Potterów.
Naprawdę dawno temu, kiedy jeszcze jej matka pracowała w Mungu jako recepcjonistka i przyjaźniła się z panią Potter, Marlena odwiedziła ową wspaniałą rezydencję w samym środku Doliny Godryka. W tamtym czasie holowi tego domu również brakowało wiele do perfekcyjnej czystości, ale teraz, po tylu latach – pomimo tego lekkiego, domowego bałaganu – skłaniała się do nazwania go wtedy idealnie uprzątniętym, bo niedoskonałości bagatelizowało to, jak wyglądał on teraz. Szkło na podłodze, multum porozlewanych cieczy, w większości klejących, okruchy, papierki, porozbijane przedmioty codziennego użytku, porzucone przez właścicielki torebki, dziwny smar na ścianach – to wszystko tworzyło kompletnie nie adekwatny do czasu trwania imprezy, bałagan.
Wiedziała, że James i Syriusz są typami, którzy lubią się zabawić, ale cała ich gryfońska paczka z rocznika miała zwyczaj spędzania Sylwestra w swoim ścisłym, dziewięcio- lub – jak w tym roku – dziesięcioosobowym składzie. Spotkali się już przecież u Emmeliny, u Dor, u Remusa, i za każdym razem lista zaproszonych nie ulegała zmianie. Marlena była przekonana, że jak dotrze tu z Bree, to czekają na nią jedynie klasyczne, pozbawione sensu kłótnie, ewentualnie niemądra gra prowadzona pomiędzy najlepszymi znajomymi. A tutaj…
─ Wow – trafnie podsumowała to Angelo. Jej twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych uczuć.
Taa… wow, pomyślała Marley.
Nigdy nie przepadała za wielkimi imprezami. Zgiełk, hałas i towarzystwo ledwo trzymających się na nogach ludzi, kłopotało ją, a jeśli dodać do tego fakt, że gdzieś tu kręci się Remus, któremu Black zapewne zdążył wyśpiewać pikantne szczegóły jej związku z Gią Davis, oraz to, że zawarła dziwne przymierze z Alicją i Frankiem, które zobowiązywało ją do chociażby udawania, że wcale nie jest singielką, to ten wieczór nie zapowiadał się zbytnio obiecująco.
─ Hej, widziałaś gdzieś Hestię Jones? – szturchnęła ją nagle w ramię jakaś rozemocjonowana blondynka, trzymająca w rękach specyficzną paczuszkę. Marlena pokręciła głową.
Dziewczyna kiwnęła głową, jakby wcale nie była nieusatysfakcjonowana tą odpowiedzią, a wręcz z nią pogodzona, i szybko wyminęła Marę i zdziwioną Bree, kiedy – zgoła nieoczekiwanie – odwróciła się na pięcie i, celując w nie palcem, zrobiła minę charakterystyczną do pewnej osoby. Sekundę zajęło Marley na rozpoznanie w niej Emmelinę Titanic.
─ Marley? – szepnęła, przeciągając sylaby, jakby rozmawiała z kimś martwym.
─ Cześć, Emma – odszepnęła, ale w tym samym czasie, ktoś głośno krzyknął: DOBIJ! i Emmelina zmarszczyła brwi, nadstawiając ucho. Marlena z ciężkim westchnięciem podjęła próbę przekrzyczenia tłumu: ─ CO. SIĘ. DZIEJE?
─ e… RY! – usłyszała w ospowiedzi, a potem Emmelina z kwaśną miną, popukała w swój zegarek na pasku, by dać znać, że musi już iść, szukać dalej.
─ Kim jest 'Ery? – spytała Bree, kiedy Emma zniknęła już w tłumie. ─ I kim była ta dziewczyna?
Marlena pokręciła głową.
─ Nie wiem, o co chodziło Emmelinie… a ona jest… moją hmm… koleżanką – rzuciła niepewnie, bo wciąż miała problem ze zdefiniowaniem, czy między nią i Emmą jest już dobrze, czy wciąż się nie lubią.
─ Jakie to oschłe – zauważyła Bree, a skoro nawet ona wyłapała tak subtelny detal jak oschły ton, to przez Marlenę musiało pobrzmiewać mnóstwo goryczy.
Ery… Ery.. Ery…
─ Wiesz… ─ zawahała się. – Ona poniekąd rozbiła mój związek… kiedyś.
Kiedyś a pół roku temu to faktycznie niewielka różnica.
─ Pocałowała mojego byłego chłopaka – wyjaśniła, odkrywając, że jej kuzynka wpatruje się nią z nieukrywanym zaciekawieniem.
Ery… Ery… Jerry… Larry…
─ Chłopaka? – powtórzyła jak automat Bree, marszcząc brwi. – To znaczy… Wiesz, Sid… kotylion… myślałam, że jesteś… no, inna bramka.
Inna bramka? Marlena musiała pomyśleć kilka sekund, zanim skojarzyła fakty. Kotylion i Sidney, i Gia, i zdjęcie, i jej debiut, i Syriusz, i jego ostrzeżenie, i…
Ery… ery… MARY!
─ Jestem bi – odparła tylko, po czym pośpiesznie chwyciła kuzynkę za rękę. Nie mogła stać tu bezczynnie, bo, nie daj Bóg, Mary ją znajdzie i… zrobi jedną z tych nieprzewidywalnych rzeczy, o których strach nawet wspominać.
Podczas przeciskania się przez tłum, Bree raz po raz wspominała o czymś swoim piskliwym głosem, ale Marlena nawet nie starała się jej słuchać. Chciała jak najszybciej znaleźć kogoś odpowiedzialnego za to piekło – najlepiej Syriusza albo Jamesa – i zapytać się jakim cudem Mary McDonald w ogóle jest teraz w Dolinie Godryka.
Powinna siedzieć w towarzystwie osób równie wyrachowanych jak ona w obrzydliwie eleganckiej rezydencji jej ciotki od siedmiu boleści... zaraz, zaraz. McKinnon zaklęła w myślach, nie mogąc uwierzyć poziom swojej głupoty. Mary nie mogła znajdować się teraz w Paryżu, bo przecież poniekąd jej miejsce zajęła Marlena. Nie mieściło jej się to w głowie - spędziła całe ferie, równiutkie siedem dni we Francji - niegdyś kraju jej marzeń, teraz raczej koszmarów - i nie połączyła elementów układanki. Nie zadała sobie pytania, gdzie jest jej niedoszła przyjaciółka, która nie powinna opuszczać Paryża do końca tego roku szkolnego. A przecież to było takie oczywiste.
By być przynajmniej na tę chwilę perfekcyjnie dokładną, Marlena starała się utworzyć w myślach listę, gdzie Mary mogłaby jeszcze tkwić przez ten tydzień. Przychodziło jej go głowy jedynie Falaise, gdzie przez krótki okres pomieszkiwała z matką i nowym ojczymem, aż do chwili, gdy Elizabeth Nass ponownie się rozwiodła albo Brighton, miejscowość dzieciństwa McDonald, w której obecnie żył jeszcze jej ojciec i brat... lecz po co miałaby tam wracać? To logiczne, że skoro już postanowiła gdzieś wyemigrować padło na Dolinę Godryka. Na Jamesa.
Pozostaje tylko pytanie, kto jej na to pozwolił i jak bardzo był wtedy nietrzeźwy.
─ I… czy mogłabym go zobaczyć, Marley? – doszło nagle do jej uszu, bo jej kuzynka najwyraźniej podniosła głos.
Kogo? Spojrzała na nią bez zrozumienia. Zaskakujące, jak bardzo przez sekundę nieuwagi mogła spaść z toru myślenia osoby, nawet jeśli tą osobą był ktoś tak powściągliwy i niekomunikatywny jak Bree.
─ No… twojego chłopaka. Byłego. Tego… co, ta blondynka…
─ Chcesz poznać się z Remusem? – przerwała jej, wytrzeszczając oczy.
Nie miała pojęcia, co działo się dzisiejszego dnia z jej kuzynką. Najpierw zaaranżowała fikcyjny związek Marleny i Franka Longbottoma, aby pomóc jej i Alicji. Następnie zaproponowała, że obydwie uciekną z balu na przyjęcie do Huncwotów, z którymi rozmawiała mniej więcej ze trzy razy w życiu, kłamiąc swojej matce, że wybierają się do Hayesów. Angelowie darowali jej bankiet, bo przecież z Hayesów był Luis, chłopak, który został wytypowany przez nich jako przyszły mąż Bree, a to bardzo dobrze się składa, że ci dwoje chcą spędzać ze sobą czas poza dniami, kiedy są do tego zmuszani. Teraz ta sama dziewczyna, która zrobiła dzisiaj już tyle niepodobnych do siebie rzeczy, chce poznać jej znajomych. To wszystko było tak bardzo niezwykłe, a jeszcze bardziej zaskakujące, bo Bree czyniła to bez najmniejszego trudu.
I w dodatku to wyjaśnienie… jak to szło? Nigdy nie byłam u nikogo na Sylwestrze?
Nigdy nie była u nikogo na Sylwestrze.
Właśnie wtedy – kiedy Bree wyskoczyła z pomysłem poznania Remusa Lupina – Marlena doszła do wniosku, że jednak źle oceniła ją, a nawet Sidneya. Ta dwójka od urodzenia była praktycznie pozamykana na cztery spusty we własnym domu. Nie chodzili nawet do szkoły, bo uczyła ich matka. Jedyne towarzystwo, które mieli, to wybrani przez ich rodziców czystokrwiste, wyrachowane dzieciaki. Marlena nie mogła wytrzymać ferii w domu wujostwa. A co ma powiedzieć Bree, która spędza tam każdy, pojedynczy dzień? McKinnon natychmiast porzuciła plan znalezienia i przyskrzynienia Pottera albo Blacka i, wracając na ziemię, obiecała sobie, że zrobi wszystko, żeby jej kuzynka nie była dzisiaj samotna. Mimo wszystko były przecież rodziną. Dla rodziny Marlena powinna być w stanie przełknąć wstyd i stanąć twarzą w twarz z Remusem, Mary czy Emmeliną. W końcu dla Ann została w Paryżu na całą przerwę świąteczną. Czy dla Bree nie mogła zapomnieć o starych konfliktach?
─ Jasne – obiecała i uśmiechnęła się serdecznie, a twarz Bree w odpowiedzi po raz pierwszy wyraziła coś poza obojętnością. ─ Poszukaj tylko ze mną Syriusza Blacka, przy nim Remus będzie się pewnie kręcił.
─ Twój były kumpluje się z Syriuszem? – zarumieniła się Angelo.
Marlena potaknęła ochoczo, przypominając sobie nagle kotylion, onieśmielenie Bree osobą Blacka, a potem… Syriusz powiedział do Sidneya, że dziękuje mu za pomysł, co skończyło się, jak się skończyło, ale jednak zwrócił się do niego tak bezpośrednio, jakby… jakby się znali. Wcześniej nawet przez myśl jej nie przyszło, że Black może znać się z jej kuzynostwem, chociaż teraz wydało jej się to oczywiste. Świat czarodziejów, zwłaszcza czystokrwistych, był taki mały, że praktycznie wszyscy tworzyli wielką rodzinę. Rowle' owie pochodzili przecież od McDonaldów, a pomiędzy nimi a Rosierami – a co za tym idzie – Blackami – chyba też istniało jakieś pokrewieństwo. Ciekawe tylko, jak wielkie…
─ Znasz go? – spytała, niby to zdawkowo. Bree poróżowiała jeszcze bardziej.
Ile emocji nagle okazała!
─ Poniekąd – odparła niechętnie, wcale nie patrząc jej w oczy. Marlena zmarszczyła brwi. – Możemy ich już poszukać?
─ Okej – przystała na to, lekko zdezorientowana nagłym powrotem oschłej, opanowanej osobowości jej kuzynki.
Przez następne parę minut Marley i Bree nie rozmawiały, ta pierwsza zastanawiała się, dlaczego jej towarzyszka tak nieoczekiwanie zmieniła humor, a ta druga wciąż odtwarzała i odtwarzała w pamięci widok, który dostrzegła w momencie, gdy Marlena spytała ją o Syriusza Blacka:
May Potter nie dość, że miała się świetnie i wciąż przebywała w rodzinnym domu, to jeszcze zeszła na dół, trochę się zabawić.
─ Jakim cudem ona załatwiła tyle alkoholu? – zapytał nagle Remus, kiedy Syriusz ogłosił, że wypił już swoją whisky w plastikowym, piknikowym kubeczku.
─ To Mary McDonald – wzruszył ramionami. – Działa jak mafia. W ukryciu, ale skutecznie. Widzisz gdzieś Evans, Luniaczku? – zmienił temat, uważnie lustrując wzrokiem każdą choć odrobinę rudą dziewczynę, jaką mógł zobaczyć z miejsca, gdzie siedział.
Remus zmarszczył brwi i spojrzał na przyjaciela sceptycznie.
─ Czego chcesz od Lily? – zapytał ostrożnie, posyłając ku niemu pytające spojrzenie.
Mimo że przez ostatnie kilka tygodni relacja Blacka i Evans nieco się ociepliła, ten wciąż nie szalał za ową dziewczyną, a już na pewno nie rwał się do pogawędek o niczym z jej osobą. Śmierdziało podstępem.
─ Muszę z nią pogadać.
─ Yhym – potaknął. – A o czym?
─ O Jamesie.
─ Yhym. To gorzej.
Syriusz westchnął ciężko. Nie chciał nikogo wtajemniczać w zakład, bo zwycięstwo miał murowane, to po pierwsze, i nie chciał się nim dzielić z nikim, to po drugie. Z drugiej jednak strony nie mógł dłużej wytrzymać i musiał zdradzić komuś plan, który udało mu się zarysować przez te dwie wolne godziny, podczas których mógł skupić się tylko na myśleniu.
─ Chodzi o zakład – skapitulował wreszcie. – Muszę… muszę wygrać zakład.
─ Z nią? – spytał głupio Remus, nie nadążając za tokiem myśli jego przyjaciela. ─ Lily rzadko się z kimś zakłada.
─ Nie z nią… - prychnął Syriusz. ─ Z Rogasi… o, Meadowes! – nagle zerwał się z miejsca i z szarmanckim uśmiechem odstąpił jej miejsca. Dorcas z zakłopotaniem usiadła na kanapie.
─ Nie… - westchnęła ciężko, przygryzając z zakłopotaniem wargę. – Usłyszałam imię Lily i to, że ktoś się z kimś zakłada i po prostu… ja nie podsłuchiwałam ani nic, ale…
Remus roześmiał się w duchu, widząc jak oczy Blacka rozszerzają się z każdym jej słowem. Dobrze wiedział, że Dorcas jest celem Syriusza na dzisiejszy wieczór i będzie on obchodzić się z nią niezwykle delikatnie, a w obecnej sytuacji tych dwojga wszystko, nawet zmawianie się za plecami najlepszej przyjaciółki Meadowes, mogło przesądzić o rezultacie jego dzisiejszego wyzwania.
─ Może… zatańczysz, kochanie? – zaproponował i, nie czekając na zgodę, chwycił ją za nadgarstek, umiejętnie posadził na ziemi, układając dłoń tak, żeby szatynka zrobiwszy piruet, wylądowała prosto w jego objęciach.
Remus, który pomimo kilku przechodzących obok kanapy dziewcząt, nie miał ochoty zaprosić żadnej do tańca, wziął do ręki kolejny piknikowy kubeczek i wlał do niego trochę whisky, bo już się kończyło. Kiedy dopijał już drugą dolewkę, ktoś zasłonił mu oczy zimnymi, delikatnymi dłońmi.
─ Poddaję się – podniósł ręce do góry na znak kapitulacji. Nie mógł pojęcia, kto to mógł być. Kiedy odzyskał już widzenie, natychmiast miał ochotę ponownie zamknąć oczy.
Marlena. Mój Boże.
─ Cześć, Remusie – uśmiechnęła się lekko, aczkolwiek bardzo uroczo. – Chciałam… cóż, chcę przedstawić ci moją kuz…
─ Myślałem, że nie przyjdziesz – wypalił, czując, że krew napływa mu do policzków. ─ Syriusz mówił, że… że zostałaś we Francji.
Syriusz… Syriusz, Syriusz, Syriusz…
Rozmawiał z Syriuszem, pomyślała. Wiedział.
─ Mo… może zatańczysz? – palnęła, zainspirowana pomysłem Blacka, któremu przyglądała się z daleka.
Ten chłopak miał dobre pomysły. Nawet bardzo dobre pomysły.
I długi język. Tak, posiadał dobre pomysły i długi język.
Przez który wszyscy kopiowali jego dobre pomysły.
─ Eee… - bąknął Lupin, patrząc na nią dziwnie. Wtedy kolejny pomysł wpadł jej do głowy. Chwyciła za nadgarstek biedną Bree, która w dalszym ciągu nie wiedziała zbytnio co się dzieje, a następnie ujęła za rękę również Remusa i sprawnie splotła dwie, wyciągnięte dłonie – jej byłego chłopaka, i jej teraźniejszej kuzynki.
─ …z Bree? – dokończyła, popychając ich na parkiet, nim którekolwiek zdążyło zaoponować.
Tak właśnie Remus Lupin poznał się z Bree Angelo, dziewczyną, od której potem już nie mógł się odpędzić. Przez Marlenę.
Syriusz i Dorcas z pewnością wyróżniali się spośród tańczących par. Obydwoje od urodzenia uczeni byli tańca i można by pomyśleć, że opanowali tę sztukę znakomicie, jednak nie prezentowali się tego wieczoru idealnie. Po pierwsze, pomimo wielu lekcji tańca, żadne z nich nie przepadało za podobną rozrywką i – co za tym idzie – niespecjalnie przykładało się do nauki. Po drugie, atmosfera pomiędzy nimi była raczej gęsta, z dwóch zupełnie różnych powodów – Syriusz wciąż lekko ubolewał nad tym, że Meadowes usłyszała jak knuł przeciwko Lily Evans, chociaż zapewne gdyby wiedziała, jak szlachetny przyświecał mu cel (chodziło o los dwóch samotnych, przeznaczonych sobie osób!), a Dorcas… Dorcas zawsze czuła jakieś skrępowanie w towarzystwie Łapy, które ostatnio osiągnęło punkt kulminacyjny.
Dlatego właśnie ta dwójka bujała się bezwładnie w rytm muzyki, raz prowadziła Meadowes, raz prowadził Black, raz prowadzili oboje, a raz żadne z nich nie musiało tego robić, bo jego partner wykonywało w tym czasie ruch z zupełnie innej parafii.
─ To… ─ jęknęła Dor, przygryzając z zażenowaniem dolną wargę. ─ O co chodziło z Li…
─ O nic – przerwał jej Black i uśmiechnął się tak rozbrajająco, że dziewczyna nie miała już nic do powiedzenia. Chcąc odwrócić do końca jej uwagę od tej sprawy w przypływie pewności siebie, podniósł splecione ręce jego i Dor do góry, a potem spróbował zrobić obrót, ale jego nędzne taneczne umiejętności, znowu dały się we znaki.
─ Oj! – pisnęła dziewczyna, potykając się o własne nogi i wpadając prosto w ramiona Blacka. ─ Odbiło ci? – spytała, łapiąc się za serce. Całe życie przeleciało jej przed oczami.
─ Przy mnie nic ci nie grozi, kochanie! – zacmokał Syriusz, obejmując dziewczynę w talii, zanim się wyrwała. Dorcas westchnęła ciężko i – udając, że bardzo jej się to nie podoba – założyła ręce wokół szyi swojego partnera.
─ Och, mi może faktycznie nic nie grozi, ale każdemu innemu to i owszem, prawda?
Musicie wiedzieć, że Meadowes nie należała do osób, które wciągały w swoje problemy inne osoby lub posługiwały się ich przykładami we własnej obronie. A kiedy już tak postępowała, znaczyło to tylko jedną rzecz – jej sytuacja była na tyle rozpaczliwa, że Dorcas zaczynała zachowywać się wielce nietypowo.
Syriusz zmarszczył brwi.
─ Nie mam pojęcia, o co ci…
─ O Emmelinę! – wysyczała mu prosto do ucha. – Miała nawrót bulimii, wiesz? Po tym, jak twoje zdrady wyszły na jaw!
─ Moje zdrady?! – roześmiał się Black. Jego głos opuściła charakterystyczna pobłażliwość, aczkolwiek wciąż rozmawiał z nią z lekkim przymrużeniem oka. ─ Z tego co pamiętam, to ty też miałaś w nich pewien czynny udział. A nawet więcej niż czynny, bo to ty poniekąd je zaczęłaś.
─ I tego żałuję! – wybuchnęła, wbijając lekko paznokcie w kark chłopaka. Syriusz się skrzywił. ─ Emma była wtedy nie do wytrzymania i nie próbuje ukrywać, że porządny kop w tyłek wyszedł jej na dobre, ale to wciąż moja przyjaciółka, Black i…
Chłopak parsknął śmiechem tak złośliwym i tak pełnym zwątpienia, że zapiekł Dor do żywego. Poczuła się tak źle, jak czuła się od całej tej paskudnej sytuacji z końcówki listopada i słynnej już epidemii mononukleozy. We wcześniejszych latach również nie była najlepszą przyjaciółką dla Emmeliny, a wręcz traktowała ją w bardzo lekceważący sposób. Nie ukrywajmy, popełniła wiele błędów i wyrządziła Titanicównej różne świństwa, które w końcu przelały szalę goryczy i sytuacja z tego roku stała się tego skutkiem. Miała do siebie żal za wiele sytuacji, ale jednak to nawrót bulimii sprawił, że obudziła się i zrozumiała, że to zaszło za daleko. Spowodowała, że Emmelina znowu przeżywa to samo, że znowu ma poważny problem ze sobą, a… a poniekąd sytuacja zataczała koło, bo Dorcas wiele razy przyczyniła się do powrotu tej choroby.
Tak wiele razy, że aż Black przestał traktować ją tak, jak powinien, i zaczął dostrzegać w niej osobę dla której najważniejsze jest obmacywanie się z nim…
Spojrzała zimno w jego oczy.
─ Jeśli uważasz, że ta sytuacja jest zabawna, to powinieneś przestać tańczyć i kilka razy zdzielić się porządnie w głowę.
─ Och, nie tak ostro, skarbie. Przecież i ja, i ty wiemy, gdzie masz Titanic i gdzie ona ciebie. A to, że znowu zaczęła rzygać na pewno nie jest twoim problem – stwierdził beznamiętnie, pochylając się nad nią. Dor wyszarpała się z jego uścisku.
Nie wiedziała dokładnie, co się z nią działało. Black nie przystawiał się do niej ani nic podobnego, a wytykanie mu jego błędów niespecjalnie do niej pasowało. Uderzyło ją tylko to, że mówił o Lily jakieś rzeczy, których nie chciał jej powiedzieć i… i…
Nie, zgasiła się natychmiast dziewczyna. To niemożliwe.
A może jednak? Czy to byłoby bardzo dziwne, gdyby Syriusz nagle zainteresował się Lily? Co z tego, że na przeszkodzie stał James! Potter i Black niejednokrotnie kradli sobie sprzed nosa dziewczyny, czasem bardzo ich to dzieliło, ale koniec końców zgodnie z ideą „dziewczyny za Huncwotami" godzili się, bo przyjaźń była dla nich ważniejsza niż panienki do zaliczenia. Dokładnie! Panienki do zaliczenia! W tym jednym Evansówna miała rację – oboje, i Potter, i Black, ścigali się w łamaniu innym serc, a czy Lily nie była idealnym wyznaniem dla Syriusza? Czy… czy nie o tym rozmawiali wtedy, w szpitalu? Czy to wszystko nie obracało się wokół trzech zetek, ich dewizy życiowej?
Czy dlatego Syriusz nie chciał jej o tym powiedzieć? Bo rozmawiał z Remusem o metodzie „zdobyć, zaliczyć, zostawić"? Czy… czy ona też była temu poddana?
Wielka ręka ścisnęła jej serce.
Syriusz patrzał się na nią ze zdumioną miną.
─ Dobrze się czujesz, Meadowes? – spytał.
─ A tak wyglądam?! – prychnęła, odwracając się na pięcie. ─ Je… jesteś egoistą, wiesz?! – wybuchnęła, odwracając się na pięcie. ─ I nie jestem kolejną do kolekcji, Black!
Chłopak zacisnął pięści ze złości.
─ Oczywiście, że jesteś – wysyczał. ─ Już się dałaś złapać.
Ale Dorcas nie została, żeby wysłuchać, dlaczego dała się złapać. Już po paru sekundach zniknęła mu z oczu, ukrywając się w tłumie innych tańczących par. Z początku chłopak chciał za nią pobiec, zatrzymać i udowodnić, jak bardzo się myli. Jak bardzo jest jak wszystkie inne dziewczyny i jak bardzo jest głupia, robiąc z siebie kogoś wyjątkowego. Chciał ją dogonić, nawrzeszczeć i najlepiej jeszcze ją pocałować, ale natychmiast zdał sobie sprawę, że byłoby to po prostu żałosne i po drugie, zaprzeczało jego słowom – jak niby mógł mówić dziewczynie, że jest dla niego nikim, skoro ganiał ją po całej rezydencji Potterów?
Nie mógł. Właśnie w tym problem. Syriusz nienawidził, kiedy nie mógł czegoś zrobić.
Zamiast biegania, ganiania, latania i wrzeszczenia, wrócił po prostu na kanapę, gdzie parę minut wcześniej z Luniem pił whiskey. Jego przyjaciela – ani whiskey, nawiasem mówiąc – już tu nie było. Za to sofę zajmowała inna osoba, na której widok aż się ucieszył. Tylko dokuczanie tej małej jędzy mogło sprawić, że poczuje się teraz lepiej.
─ Lily Evans! – ucieszył się sztucznie. – Osoba, której szukałem!
─ W to nie wątpię – westchnęła rudowłosa, odwracając głowę w jego kierunku. Na jej twarzy jak zwykle gościł wyraz wyższości, a przynajmniej zirytowany Syriusz tak odebrał jej dziwaczną minę. Zupełnie jak Dorcas, pomyślał.
A zresztą, czego on się spodziewa! To oczywiste, że one wszystkie – Meadowes, Titanic i Evans – zachowują się identycznie. Spędziły razem ferie. Ta ruda wariatka zdążyła już zrobić swoim towarzyszkom pranie mózgu (a dokładniej Dorcas, bo jego skromnym zdaniem z Emmeliną i jej emocjonalnością zawsze było coś bardzo nie w porządku). To od niej zaczęło się to całe szaleństwo. To ona pociągnęła to wszystko.
Poczuł, że zaciska pięści ze złości. Nigdy nie przepadał za Lily Evans, ale tego wieczoru miał wrażenie, że zaraz powyrywa jej te rude kłaki z głowy! Nie żeby coś mu zrobiła, z wyjątkiem istnienia, ale potrzebował osoby, którą mógł obarczyć za swoją porażkę, którą odniósł kilka minut temu. A czy istniał ktoś odpowiedniejszy niż ona?
Ucieszył się z zakładu zawiązanego dzisiaj z Jamesem. Tu już nawet nie chodziło o pięćdziesiąt galeonów, Meadowes czy samą satysfakcję. Teraz zależało mu na tym, żeby zobaczyć jak Evans odchodzi od zmysłów z wściekłości, nawet jeśli miał przez to przegrać.
Wyciągnął do niej rękę. Lily spojrzała na nią tak, jakby pomiędzy palcami schował coś, co zgniecie jej rękę.
─ Obserwowałam twój taniec z Dor – oznajmiła. – I nie mam zamiaru umierać przez kilka twoich lewych nóg.
─ Wszyscy musimy się czegoś wyrzec, Evans – odparł, wzruszając ramionami. – Mi też nie uśmiecha się tańczyć z najbrzydszą dziewczyną w promieniu dwudziestu mil, ale mam tyle taktu i nie mówię tego na głos – wycedził. Lily spiorunowała go spojrzeniem. – Ups! Chyba coś mi się wymsknęło…
Dziewczyna z głośnym prychnięciem ujęła jego dłoń i wstała z kanapy. Jedną rękę wplotła w jego włosy, a drugą przytrzymała się ramienia. Poruszała się z o wiele większą pewnością niż Dorcas, aczkolwiek zdarzyło jej się kilka razy nadepnąć na stopę Syriusza, zapewne specjalnie. Tańczyli w milczeniu przez kilka minut, ale kiedy taniec zaczął coraz bardziej przeobrażać się w konkurs, kto mocniej kopnie kogo w kostkę, Lily zaczęła się niecierpliwić:
─ Nie będę się dłużej z tobą bawić, Black.
─ Och, no tak! Bo przecież masz wybrane specjalne osoby do zabawy, no nie, Evans? A zwłaszcza do dręczenia.
Syriusz doskonale wiedział, jak wygrać zakład, bo Evans – w przeciwieństwie do pewnych efemerycznych i skrajnie bipolarnych osób – należała do osób śmiesznie łatwych w użyciu, o ile tylko – oczywiście – znało się instrukcję obsługi. A Syriusz musiał ją znać, bo wręcz sam ją opracował.
Jeśli chciał popchnąć Lily w ramiona Rogacza, musiał jej tego odradzić. Nic bardziej nie motywowało ją do czynów, niż zakaz.
Dziewczyna roześmiała się szyderczo.
─ Wybacz, ale nie będę rozmawiać o dręczeniu z chłopakiem, który dziennie dla sportu rzuca z piętnaście uroków na pierwszoroczniaków.
─ Wybacz, ale nie będę rozmawiać o urokach z dziewczyną, która ma kij w tyłku – odgryzł się. Lily kopnęła go w kostkę tak mocno, że chyba zbiła sobie palec.
─ Lepiej zamiast bawić się w parafrazy i metafory powiedz mi prosto w twarz, o co ci chodzi – zaproponowała, uśmiechając się sztucznie. Syriusz odpowiedział jej tym samym.
─ O twoje zwodzenie Jamesa.
─ Nie zwodzę go! – zaprzeczyła niemal natychmiast.
Dobrze, może całowanie się z nim w wigilię w jej domu, a potem unikanie podczas przebywania na Sylwestrze w jego domu można było nazwać na upartego zwodzeniem, ale to wszystko było złą interpretacją. Lily nigdy nie chciała zwodzić Jamesa. To wychodziło samo z siebie, dlatego że on kręcił się wokół niej i robił dziwne rzeczy, których nie rozumiała. A potem… pojawiało się zwodzenie.
─ Jasne. A ja jestem prawiczkiem – zironizował Black, wywracając oczami.
─ To sobie nim bądź.
─ To był sarkazm, Evans.
─ Nowe słowo, Black? Ile je ćwiczyłeś, zanim twój marny iloraz inteligencji zdołał je udźwignąć?
─ Dwa razy mniej niż ilość twoich pocałunków w ciągu życia… To jest ZERO na DWA. Prosta matematyka, Evans.
Prychnęła jak rozjuszona kotka. Wściekłość zalała jej umysł, ręce zaczęły drżeć, a zęby niebezpiecznie zgrzytać. Gdzieś tam pomiędzy jej próbami zachowania spokoju przewinęła się nutka satysfakcji, bo jeśli Black myślał, że nikogo nie całowała, znaczy to, że nie wiedział o pocałunku sprzed tygodnia z Jamesem. A to znaczy, że jego kumpel, za którym teraz z takim przejęciem się stawia, nie jest z nim perfekcyjnie szczery…
Już miała napomnieć o tym małym incydencie, gdy stała się najbardziej niemożliwa rzecz sylwestrowego wieczora, a jako że była to noc naprawdę obfita w niesamowite rzeczy, a to wydarzenie umieszono na samym apogeum, jest już chyba niezgodne z prawymi natury. A o to co się stało:
─ Odbijany! ─ krzyknęła głośno Mary McDonald, naskoczyła na Syriusza i popchnęła jego Lily prosto w ramiona swojego niedoszłego partnera. Z początku zdezorientowana dziewczyna, z przerażeniem wpatrywała się jak jej nowy partner uśmiecha się, a w końcu parska śmiechem. Jej tożsamość była po prostu nieprawdopodobna, biorąc pod uwagę fakt, że to MARY zaaranżowała ich taniec:
─ Lily Evans – ucieszył się James i sprawnym ruchem nadgarstka przyciągnął dziewczynę blisko siebie, tak, że praktycznie zderzali się nosami. Oczy rudowłosej przypominały w tym momencie wielkie, rozszerzone, zielone galeony. – A wiesz, że szukałem dobrej tancerki?
─ Czy… czy MARY właśnie…?
─ Odbiło jej – wzruszył ramionami James, podnosząc rękę i zmuszając ją do zrobienia piruetu. ─ Ale wszystkie szaleństwa należy wykorzystywać, czyż nie?
─ Mówisz to w ten sposób, jakbyś w ciągu życia wykorzystał naprawdę dużo różnych wariactw – zauważyła, mrużąc oczy.
Chłopak puścił do niej oczko i znowu zrobił obrót, tym razem zakręcając ją tak, że jej głowa znalazła się tuż pod jego brodą, i nie widziała nic, oprócz jego rąk, trzymających ją w pasie. W przeciwieństwie do swojego przyjaciela, był znakomitym tancerzem. Chociaż Lily i jego chętnie kopnęłaby w kostkę.
─ Chętnie wykorzystam dzisiaj i twoje, kochanie – szepnął jej do ucha lubieżnie. Ruda uderzyła go łokciem w brzuch.
─ Jeśli powiesz jeszcze jedno słowo, to przysięgam, że zafunduje ci piekło na ziemi – obiecała.
─ Może być – potaknął James, i zakręcił ją tak, że znowu znajdowali się twarzami do siebie. ─ Niebo, piekło - to taka kwestia, o którą mógłbym się z tobą pokłócić.
─ A nie moglibyśmy mieć choć jednej rozmowy, która by się tak nie skończyła? – spytała retorycznie. ─ No wiesz, kłótnią.
James spojrzał na nią jak na wariatkę.
─ Para, która ma tyle chemii, co my, miałaby się nie kłócić… och, to chyba nie wyjdzie.
─ Ale spróbować nie zaszkodzi, co nie? – naciskała. – No wiesz, za… kilka godzin będziemy rocznikowo pełnoletni i w ogól…
─ Jimmy, whiskey poszło! – jęknęła Mary, która nagle oprzytomniała i przypomniała sobie, że po drodze oddała swoją drugą połówkę największej rywalce. Lily spiorunowała ją nieprzychylnym spojrzeniem.
Oczywiście nie chodziło, o to, że była zazdrosna o Jamesa – co za absurd! Po prostu przeszkadzało jej, że Mary nie miała pojęcia nic a nic o prywatności i obmacywała go przy tych wszystkich osobach, które pozapraszała bez zgody gospodarzy! Poza tym nigdy nie odpuszczała, kiedy mogła dopiec komuś, kogo nie lubiła tak bardzo jak Mary. Spojrzała na nią krzywo.
─ Yyy… to idź dokupić? – zaproponowała ironicznie.
McDonald, jakby chcąc bardziej ją zdenerwować, włożyła swoje wścibsko-zaglądające-gdzie-nie-wypada ręce pod jego koszulkę, po czym odparła lubieżnie:
─ Wolę, żeby James mnie podprowadził. No wiesz, o tej porze chodzi na zewnątrz mnóstwo meneli.
─ To byłby uczciwy układ – przyznał James, który nawet nie ukrywał, że bawił się znakomicie. Lily wywróciła oczami.
Co za pajac.
─ Mary pozapraszała tych wszystkich gości, to niech teraz o nich zadba – zauważyła trzeźwo.
─ Goście dbają sami o siebie – zripostowała Mary, patrząc Lily wyzywająco w oczy.
─ James może iść sam.
─ Wolę mieć towarzystwo! – zaprzeczył James. – Monopolowy jest aż piętnaście minut stąd. Co ja będę robił przez tyle czasu sam?
─ Liczył kroki? – zaproponowała. Potter poruszył sugestywnie brwiami, a Mary odpowiedziała mu tym samym.
Co oni wyprawiają?! Czy ta cała wyprawa po alkohol nie jest zwykłym pretekstem, żeby zaszyc się gdzieś i trochę poobmacywać? Lily nie mogła do tego dopuścić! To było… to było… niepoprawne. Oni… Mary na pewno lekko sobie podpiła, a w tym stanie nie wie, co robi! Gdyby zostawiła ją samą z Potterem, który – nie ukrywajmy – jest niewyżytym, nastoletnim chłopcem, zdominowanym przez własne hormony! Tylko Lily dzisiaj nie piła. Tylko ona mogła ich przypilnować… tylko ona…
─ To JA dotrzymam ci kroku, James – wysyczała, wcale nie patrząc w kierunku swojego rozmówcy. Zbyt zajęła się piorunowaniem Mary najgorszym z zestawu jej najpaskudniejszych spojrzeń.
Gdyby tylko wiedziała jak zwykła, niewinna wyprawa po alkohol się zakończy!
Sprzedawczyni była dosyć młoda, zapewne sama niedawno skończyła Hogwart. Miała na sobie świecącą i nieprzyzwoicie obcisłą bluzkę oraz krótką miniówkę. Jaskrawość jej makijażu prawdopodobnie łamała prawa natury, a Lily mogła postawić galeona o to, że popijała szampana i mocniejsze trunki na koszt firmy przez całą swoją dzisiejszą zmianę, bo ledwie stała na nogach.
James posłał ku niej rozbrajający uśmiech, a kobieta, której plakietka zdradzała imię Millie, cała rozpromieniała. Dopiero po kilku głębszych wdechach i ukradkowych spojrzeniach, udało jej się pisnąć:
─ James… Dawno cię tu nie było.
Powiedziała to takim tonem, jakby liczyła dni od jego ostatniej wizyty, a wyrywając kartkę z kalendarza, notowała na niej z rozczarowaniem wypisanym na twarzy- JESZCZE GO NIE MA. James nie zdawał się być z tego powodu zniesmaczony, a wręcz wyszczerzył zęby jeszcze bardziej. Chyba takie tanie teksty mu schlebiają, pomyślała Lily i wywróciła oczami, sprowadzając towarzystwo na ziemię:
─ No raczej go nie było. UCZY się. A kiedy ktoś się UCZY, to raczej nie spędza każdego popołudnia w monopolowym, nie zgodzisz się? Tak mogą robić ewentualnie osiedlowe pijaczyny.
Millie zaśmiała się krótko i sztucznie, mamrocząc do siebie coś w stylu „a co ty tam wiesz, ruda wywłoko". Lily bardzo chciała powiedzieć jej, jak wiele tym wie, ale Potter uspakajająco złapał ją za nadgarstek, co przypomniało jej o tym, że wykłócanie się o takie rzeczy, mogłyby zostać przez niego sprzecznie odebrane. Najlepiej nie zniżać się do rozmowy ze zwykłą tanią siłą społeczną, postanowiła.
─ Słuchaj, Mills – zaczął James. ─ Organizuję z Syriuszem domówkę, ale skonfiskowano nam szampana w ostatnim tygodniu, więc… Co polecasz? ─ spytał, podpierając się o ladę i niby to przypadkiem dotykając swoją dłonią jej dłoni.
Mills? Czy Potter naprawdę musi się ze wszystkimi tak spoufalać? Czy naprawdę jest „na ty" każdym sprzedawcą alkoholi w Dolinie Godryka? Lily nie potrafiła ukryć swojego zażenowania jego infantylnym sposobem na zdobycie upragnionego szampana.
─ A na pewno chcecie tylko szampana? ─ spytała Millie. W jej głosie dało się doszukać trochę kokieteryjnego zabarwienia.
─ A umiesz czytać między wierszami? ─ odpowiedziała jej retorycznie Evans.
James parsknął i – puszczając do Millie perskie oko – zabrał swoją dłoń. Dziewczyna odpowiedziała tym samym i bez gadania czy powtarzania zawieszonej nad ladą formułki: NIETRZEŹWYM I NIELETNIM ALKHOLU NIE SPRZEDAJEMY, zabrała się do ściągania z półek szampanów, whisky i innych trunków, które dyktował z pamięci Potter.
Po tej krótkiej, aczkolwiek treściwej wymianie zdań i otrzymaniu alkoholu, James wziął wszystkie butelki z nieprzeciętną zręcznością, jakby codziennie chwytał sześć butelek jedną ręką, a siedem drugą. Sprzedawczyni Millie uśmiechnęła się do niego raz jeszcze, pomachała i odetchnęła ustami, wydając z siebie zduszony dźwięk, który można było zinterpretować jako: „papa, Jaaaaames" albo „trzymaj się przy mnieeee".
Lily wywróciła oczami i zabrała chłopakowi kilka butelek, bo zaczął się już popisywać, puszczając jedną z nich i łapiąc sekundę przed jej rozbiciem o chodnik. W milczeniu doszli na rynek miasteczka, ze skwerem, fontanną, jakąś restauracją i kilkoma sklepami z podświetlonymi wystawami, na których stały stare manekiny z oderwanymi głowami i modele najnowszych mioteł. Tam rudowłosa rozpoczęła rozmowę, bo bardzo nie lubiła krępujących milczeń, uważając, że takowe robią z niej słabego rozmówcę, na co – naturalnie – nie mogła pozwolić:
─ Ta baba kompletnie jadła ci z ręki ─ stwierdziła zdawkowo. Brew Pottera powędrowała ku górze.
─ Tak działam na dziewczyny, skarbie.
Lily prychnęła i kopnęła chłopaka mocno w łydkę. Ten zaśmiał się w odpowiedzi, jakby opowiedziała mu świetny żart. Ledwo już znosiła te jego ciągłe humorki, a wręcz skrajne zmiany w zachowaniu, jakby miał jakieś sympatyczne alter-ego, które co jakiś czas się budziło i próbowało walczyć z dominującą osobowością idioty-Jamesa, czy coś takiego. Nie znała bowiem żadnej innej osoby, która jednego dnia mogła być tak lojalna, bystra i zabawna, a drugiego znowu stać się gruboskórna, jowialna i rozwiązła.
I jeśli jego zdaniem bipolarność jest atrakcyjną cechą dla płci przeciwnej, to Lily czuła się zobowiązana sprowadzić go na ziemię:
─ Nie na wszystkie ─ odparła wreszcie.
─ Czyżby, kochanie?
Ruda przystanęła i zacisnęła wargi z wściekłości. Jej oczy szaleńczo śmigały to w prawo, to w lewo, co było oznaką, że w tej chwili gorączkowo wyszukała odpowiednio przemądrzałej riposty. W końcu zadowoliła się pospolitym:
─ Przestań. Nie jestem żadnym twoim „kochaniem".
─ Skarbem? – droczył się James, kładąc ramię na jej barki i wykorzystując bezmyślność Lily w chwili, gdy zabierała mu butelki. Przecież to oczywiste, że teraz, kiedy ma jedną rękę wolną, będzie mógł spokojnie ją nią torturować, pomyślała.
─ Nie.
─ Słoneczkiem?
Strzepnęła jego rękę. James założył ją ponownie.
─ Wal się.
─ Ślicznot…
─ Dlaczego właściwie z tobą gadam? – fuknęła, z całej siły uderzając pięścią w jego nadgarstek. James najwyraźniej nic nie poczuł, bo nie zabrał swojej ręki.
Cóż, to chyba niepodważalny dowód na to, że James Potter jest poważnie chory na analgezję czy inną chorobę, przez którą nie jest w stanie odebrać ludzkich uczuć.
Chłopak wzruszył ramionami i uśmiechnął się do niej huncwocko:
─ Odpowiedź jest prosta- nie chciałaś zostawiać mnie samego z osobą tak nieobliczalną jak Mary i z czystej troski – zaakcentował to słowo, jakby troska nie była wyrazem do końca obrazującym jej uczucia – postanowiłaś ocalić mnie przed nieuchronnym molestowaniem.
─ Jasne – prychnęła. – Myślę, że chciałbyś być molestowany.
─ Wiesz… Zależy przez kogo. Jeśli ty masz mi to do zaoferowania, to się skuszę.
─ Wydaje ci się, że jesteś zabawny z tymi tekstami?
─ Nawet nie próbuję. Ale jeśli o wydawaniu mowa, to wydaję mi się, że na mnie lecisz.
Lily przetarła dłonią twarz. Z nikim tak trudno jej się nie rozmawiało jak z Jamesem. Posiadał on podobny do niej upór i determinację, a jeśli dodać do tego wrodzone zamiłowanie do gier słownych i zdolność do odwracania wszystkiego na swoją korzyść, to jej domena, czyli wykłócanie się, które z każdą inną denerwującą osobą robiło porządek, na Pottera działało wręcz motywująco.
Dlatego tak beznadziejnie było być Evans dla Jamesa. Bo James traktował ją inaczej. Lily oczywiście nie wierzyła w to, że jest on w niej zakochany czy nawet zadurzony, ale wiedziała, że ma jakąś znaczącą rolę w jego życiu. Rolę, której jeszcze nie potrafiła do końca scharakteryzować. Przypuszczała wcześniej, że Potter wykazuje chęć do umawiania się z nią dla kpin, bo nikomu innemu nawet przez myśl by nie przeszło, by umówić się z taką sztywniarą i histeryczką jak ona. Taki numer bardzo by do niego pasował. Do niego i jego beznadziejnego poczucia humoru. Teraz… na chwilę obecną nie była pewna niczego. A musicie wiedzieć, że nic bardziej nie wyprowadzało Lily z równowagi niż niewiedza i niepewność.
─ Chciałbyś – wysyczała tak zjadliwie, że aż sama się siebie przestraszyła.
Jamesa, jako szesnastoletniego mieszkańca wioski, chyba opętał duch Godryka Gryffindora, bo ani trochę ów syk go nie zniechęcił do dalszego napierania i działania jej na nerwy:
─ Czy.. to rumieniec? – zapytał, przejeżdżając opuszkiem palca po jej policzku.
─ Rumieniec? Jest dwadzieścia na minusie, debilu! Policzki mi zmarzły.
─ Jasne – powiedział sceptycznie. – Nie musisz się wstydzić, kotku, wyglądasz przeu…
─ JESZCZE RAZ NAZWIESZ MNIE KOTKIEM, TO ZADBAM O TO, ŻEBYŚ WIĘCEJ NIE OTWORZYŁ SWOJEJ PRZEBRZYDŁEJ GĘBY, POTTER! – wybuchnęła i w przytłaczającym napadzie agresji, zaczęła okładać go najtwardszą – w jej mniemaniu – butelką szampana.
─ Nie tak ostro, skarbie… – zaśmiał się James, próbując złapać jej ruchliwy nadgarstek. Ruda wzmocniła atak. ─ …Evans – poprawił się, kiedy już złapał ją za przegub z dłoni z refleksem absolutnie godnym szukającego. ─ Uspokój się, okej? Chcę dożyć do północy.
Po tych słowach puścił jej nadgarstek, a potem znowu zapanowało milczenie. Lily zastanawiała się, czy znowu go nie przerwać, ale zaraz potem doszła do wniosku, że zapewne znowu się pokłócą. Z pewnych powodów wcale nie chciała mieć wrogich stosunków z Jamesem Potterem. Przynajmniej nie tej nocy.
Lily i James szli ramię w ramię przez następne uliczki, zakręcając prawie zawsze w lewo (czy też w prawo – rudowłosa od zawsze miała problem z odróżnieniem tych dwóch kierunków) oraz – co było bardziej dziwne – w pewien sposób oddalając się od miasta, chociaż dziewczyna dałaby sobie rękę uciąć, że uliczka, na której mieszkali Potterowie znajdowała się w samym centrum.
Z tymi sprzecznymi sygnałami, biedna, zagubiona Evansówna szła ufnie przy boku wieloletniego mieszkańca Doliny Godryka, licząc, że zaraz zobaczy jakiś punkt, dzięki któremu skojarzy, gdzie się obecnie znajdują.
─ Masz zerową orientację w terenie – zaśmiał się James, po kilku minutach obserwowania miny Lily i jej charakterystycznie zmarszczonych brwi. Co do niego podobne – ani trochę już jej nie zaczepiał, a jego głos brzmiał po prostu sympatycznie, a nie złośliwie, jak kiedy nazywał ją kochaniem, skarbem i raczył innymi takimi afektonimami .
Lily westchnęła. Dla odmiany teraz jej brakowało energii i chęci na pogawędkę.
Nie może mnie zmusić do odpowiedzi, zauważyła, mocniej zaciskając wargi. Do sklepu monopolowego szli jakieś dziesięć minut, a szósty zmysł podpowiadał jej, że mniej więcej tyle już minęło. Muszą być gdzieś w pobliżu domu…
─ Nie możesz zabronić mi ze sobą rozmawiać – zauważył chytrze James. ─ Tak zachowują się tchórze, a ja nigdy cię za podobną osobę nie uważałem.
Cóż za dziecinna prowokacja, oburzyła się w duchu. Wiedziała, że Potter dobrze zdawał sobie sprawę, że mimo jej niezwykłej asertywności (a przynajmniej to ona myślała, że jest asertywna), tekst rodem: „jesteś tchórzem" albo „po prostu przyznaj, że się boisz" zwykle nagabywał ją do zrobienia wszystkiego, nawet jeśli bardzo jej nie odpowiadało. Lily, zupełnie jak James, nosiła w sobie wielką dumę i tego typu infantylny komentarz nie mógł zostać przez nią zignorowany.
Dlatego, chociaż wiedziała, że daje się zaczepić, odwróciła głowę w jego kierunku i – dbając o to, żeby jej wzrok dosłownie zabijał – wycedziła:
─ O co ci znów chodzi? Przecież rozmawiamy.
─ No tak, ale… na taki nieciekawy temat. Ja chętnie podyskutowałbym o… ─ zastanowił się James, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że irytuje swoją towarzyszkę ─ …na przykład, jak ci minęły Święta? A szczególnie Wigilia? – poruszał sugestywnie brwiami.
Lily otworzyła usta z oburzenia. Oczywiście! Można by pomyśleć, że James będzie miał w sobie na tyle taktu, żeby nie przypominać tego horrendalnego (chociaż powiem wam uczciwie, że w tym przymiotniku było naprawdę dużo przesady) doświadczenia, czyli pocałunku u niej w domu.
Do tej pory dziewczyna myślała o nim bardzo dużo, nawet więcej niż o fakcie, że Chase jest jej bratem, co było niepokojące, ale przecież musiała przewijać i przewijać ten moment w swojej głowie! Chciała przecież znaleźć przyczynę swojego psychicznego zachowania. Napisała nawet listę przyczyn, które mogły ją do tego podkusić, a wyglądała ona tak:
POWODY MOJEGO SZALEŃSTWA:
napisane przez Lily Annabeth Evans dnia 29.12.1976 r.
Z psychologicznego punktu widzenia – prawdopodobnie zaczęłam objawiać zachowania znacznie odchylające od normy przez: stres, nadmiar nauki, nacisk zewnętrzny, problemy w domu, brak nikotyny, której zażywanie rzuciłam, bo nie mam ochoty zginąć z tak żałosnego powody jak rak płuc (chyba pójdę kupić sobie Camele), źle zbilansowaną dietę, bezsenność lub nadmiar snu, oraz przez przebywanie w nieodpowiednim dla mnie towarzystwie (jak moja siostra, macocha albo James Potter), które negatywnie odbija się na moim samopoczuciu.
Miałam w organizmie ogromną ilość endorfin przez ten czekoladowy tort, jaki zjadłam, kiedy wszyscy skakali wokół tej imitacji choinki, która stoi u nas w salonie, jakby było nad czym się rozpływać. Jestem prawie pewna, że mam uczulenie na cukier, bo inaczej nie zachowywałabym się tak szalenie.
Prawdopodobnie po tym, jak dowiedziałam się, że jednak rodzina Evansów nie jest w połowie tak psychiczna jak myślałam, bo Jo Prewett się do niej nie zalicza, ulga przyćmiła mój umysł, euforia i inne chwilowe wariactwa kompletnie mnie ogarnęły, że aż… cóż, że aż zrobiłam, co zrobiłam.
Nie mogę zapominać, że jestem dojrzewającą nastolatką, w której organizmie szaleją te wszystkie hormony i inne zło. Zaatakowała mnie fenyloetyloamina czy coś podobnego, co widziałam w książce od biologii Tunii.
Ktoś zatruł mnie eliksirem miłosnym. To pewnie Black, bo tylko on ma takie kretyńskie pomysły i tylko on warzy takie badziewie eliksiry, że skłoniły mnie TYLKO do pocałunku. Ja oczywiście nic tutaj nie sugeruję, ale jako miłośniczka eliksirów, wiem, że zazwyczaj działają one trochę inaczej. I ponownie mam ochotę zabłysnąć tymi dziwnymi terminami, które teraz przepisuję to znaczy, które zapamiętałam z podręcznika Tunii.
Potter zwodzi mnie swoją chorobą dwubiegunową, a mój mózg fiksuje, idąc w jego ślady.
To wszystko równocześnie.
Lily czuła się więc przygotowana na tę rozmowę, bo przygotowane przez nią wymówki naprawdę były sprzedajne.
─ Nie będę o tym z tobą rozmawiać – oświadczyła jedynie, czując, że już przegrała tę wojnę.
─ W takim razie ja będę mówić – zadeklarował się James. – A ty będziesz potakiwać na znak, że się zgadzasz.
─ Zwykle nie potakuje, kiedy ktoś gada bzdury.
─ O to się nie martw, kochana, nie powiem niczego, co nie byłoby prawdą.
Zabrzmiało złowieszczo, pomyślała.
Westchnęła ciężko. Jedyną rzeczą gorszą od rozmowy o pocałunku, było wysłuchanie monologu Jamesa na jego temat. Znała już tego chłopaka i jego niepowtarzalne wiercenie dziury w brzuchu. Potrafił zmusić kogoś do przyznania mu racji, nawet jeśli sam wiedział, że jej nie ma.
─ W takim razie będę rozmawiać – skapitulowała. ─ Ale tylko przez pewien czas.
─ Bardzo dojrzałe – pochwalił ją Potter, jakby miał jakiekolwiek pojęcie o dojrzałych rzeczach. – Świat byłby o tyle lepszy, co nie, gdyby wszyscy mogli przestać gadać w tym momencie, kiedy już wiedzą, że przegrywają.
─ Po prostu nie chcę zdeptać sobie mózgu przez tę rozmowę, ale bardzo się cieszę, że usłyszałam twoją hipotezę, bo teraz wiem, jak mój pomysł odebrał ktoś chory na głowę.
─ Dobrze, Lily – poddał się James. ─ Nie będziemy o tym teraz rozmawiać. Ale – jak sama zaproponowałaś, możemy dać temu czas.
Nie do końca o to jej chodziło. Dziewczyna chciała zakończyć rozmowę równie szybko i niespodziewanie, jak się zaczęła, czyli po jakiś pięciu minutach. James jak zwykle wszystko odwrócił na własną korzyść, ale… czy faktycznie jedynie na jego korzyść? Lily, jeśli dostałaby ten czas, o którym mówił, mogłaby przygotować się psychicznie na tę rozmowę i – co za tym idzie – ostatecznie ją wygrać. Ostatnie, czego sobie życzyła, to to, że Potter odwróci kota ogonem, ona chwilowo zgłupieje i „dojdą" do tak przerażającego wniosku, jak… jak że on jej się podoba czy coś takiego.
─ Czas? – wydukała głupio. James kiwnął głową. Towarzyszył mu charakterystyczny błysk w oku, który zazwyczaj zwiastował tragedię:
─ No wiesz… nie poruszymy tego tematu aż… aż będziesz chciała, żebyśmy go poruszyli – zaoferował wspaniałomyślnie. Lily nie chciało się wierzyć w to, co usłyszała. James Potter rezygnujący z gierek słownych? To jakiś sen?
─ A… a gdzie jest haczyk? – spytała nieufnie.
─ Pogadamy o tym przed północą.
─ C…co?
Ta propozycja nie trzymała się kupy. O ile pamięć jej nie myliła, z domu Pottera wychodzili około dwudziestej. W sklepie tej dziwnej baby siedzieli około piętnastu minut. Rozmowa o pocałunku, nawet jeśli zostanie odłożona teraz, to dosłownie za kilka chwil, znowu do niej wrócą. Ale… Jeśli rozegrałaby to wystarczająco zmyślnie, być może do północy nawet by się nie spotkali. W końcu u Potterów siedzi jakieś pięćdziesiąt osób, a podczas ich nieobecności mogło ich nawet trochę dojść. Nietrudno wtopić się w tłum… a gdyby postawiła przed nim jeszcze jeden warunek.
─ Nie obchodzi mnie czy to będzie teraz, czy o dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt dziewięć, Evans – powtórzył spokojnie James. Jego oczy podejrzanie się błyskały. – Ważne, żeby było dzisiaj. Chcę dać ci czas, żebyś mogła uzupełnić swoją kolekcję wymówek, w które nikt nie wierzy.
Lily się zawahała. Nie miała najmniejszego doświadczenia w takich układach, i szczerze wątpiła, że uda jej się pokonać dzisiaj Pottera. Mógł on przecież ją wytropić, zaciągnąć gdzieś i zmusić do rozmowy. Albo po prostu nie przystać na ten jeden warunek, który gwarantowałby jej nietykalność…
─ Zgoda – podjęła spontanicznie decyzję. – Ale ja też mam haczyk.
James parsknął. Najwyraźniej wątpił, że to może zmienić cokolwiek, w huncwockim planie, który powoli rysował sobie w głowie, ale – jak przystało na prawdziwego gentelmana – oddał jej głos:
─ Natychmiast po północy zapominamy o całej sprawie i nie wracamy do niej, chyba że obydwoje będziemy chcieli do niej wrócić – wydeklamowała swój warunek jak formułkę na pamięć.
─ Mówiąc po ludzku, po prostu chcesz mieć pewność, że uda ci się nawiać – przetłumaczył, uśmiechając się pobłażliwie, jakby wątpił, że ktokolwiek czy cokolwiek jest w stanie mu uciec.
─ Proszę, niech każdy interpretacje warunków zostawi dla siebie – odparła profesjonalnie.
Potter uniósł jedną brew, a następnie wyciągnął rękę, niczym pracodawca, która wita w swojej placówce nowego podwładnego. Można to znakomicie porównać do tego, że okularnik uroczyscie witał ją w świecie przekrętów, bo faktycznie, od tego momentu Evansówna rozwinęła skrzydła w tej dziedzinie. Lily z pewną siebie miną uścisnęła jego rękę. Nie miała wtedy jeszcze pojęcia, w co się pakuje.
─ Hestia, czy mogę zamienić z tobą słówko? – starczała jej nad głową kolejna osoba, która twierdziła, że świetnie ją zna, chociaż Hestia mogła przysiąść, że te szafirowe oczy czy długie, połyskujące, złociste włosy nie wyglądają ani a ani znajomo, chociaż powinny. Dziewczyna nie miała w zwyczaju zapominać o osobach z oczami o barwie minerałów. Słyszała, że taka barwa oczu to symbol…
Symbol…
Hestia zamrugała oczami, zdezorientowana. Na pewno wiedziała, czego to symbol, przynajmniej kiedyś. Teraz próbując znaleźć odpowiedni fragment układanki w głowie, widziała jedynie czarną czeluść zapomnienia. Nie jednak takiego typu zapomnienia, które po kilku gorączkowych wysiłkach nagle ustępują miejscu uczuciu ulgi i triumfu, kiedy rzecz, która pomalutku uciekała nam z głowy, została złapana i przywrócona na swoje miejsce. Nie. Jonesówna obawiała się, że nie przypomni sobie kompletnie nic ani o symbolice szafiru, ani o właściwościach jakiegokolwiek innego minerału.
Nic.
Nie wiedziała nic o szafirach.
Nic o szafirowych oczach.
I nic o posiadaczce szafirowych oczu.
─ Nie – odpowiedziała i chwyciła ostatnią butelkę whiskey, która została na stole, a po którą w ogóle wyszła z maskującego ją tłumu.
Dlaczego niby miała rozmawiać z obcymi ludźmi? A przynajmniej z takim rodzajem obcych, których nie znała ona, a którzy znali ją. O wiele sympatyczniej bawiła się wśród obcych w dwie strony, którym był tłum, sprowadzony przez tę rudowłosą wilę, której imienia Hestia za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć. Dlatego właśnie już miała wracać do tego przystojnego chłopaka, który opowiadał jej jakąś przezabawną historię i wziął ją do tańca pięć razy pod rząd, kiedy czyjaś ręka zacisnęła się na jej nadgarstku.
To ta blondynka.
Znowu.
Hestia westchnęła ciężko, siląc się na sztuczny uśmiech.
─ Nie znam cię – odparła gniewnie, wyrywając swoją rękę z jej uścisku. ─ I jestem lekko zajęta.
─ To zajmie chwileczkę – nalegała blondynka. ─ Chce tylko ci coś przekazać.
A potem… Jonesówna zobaczyła tylko znajomy przedmiot. Taki, który naprawdę coś jej przypominał. Blondynka wrzuciła go na jej ręce i to była generalnie ostatnia rzecz, którą pamiętała tamtej nocy.
─ Gdzie jesteśmy?! ─ wybuchnęła Lily, stając na środku drogi wzdłuż oszronionej i ciemnej alei. Nigdy nie słynęła z cierpliwości, ale James wprowadził ich na tę prowadzącą donikąd drogę już godzinę temu, jak nie więcej, a w dodatku cały czas zabawiał ją rozmową o niczym, jakby wcale nie zgubili się gdzieś w środku zimnej i śnieżnej nocy; a więc zapewne każdy inny człowiek zacząłby dostawać w tej scenerii szewskiej pasji.
─ Jeszcze w kraju ─ odpowiedział tym samym beztroskim tonem jej towarzysz, ale również się zatrzymał, by wyciągnąć jeden z szampanów. ─ Och, nie martw się, Evans, nic nam się nie stanie.
Rudowłosa spiorunowała go swoim najbardziej paskudnym spojrzeniem, ale gdy to działanie nie przyniosło spodziewanego efektu, a James wciąż z dziecinnym uśmiechem próbował otworzyć butelkę, kopnęła go z całej siły w łydkę. Chłopak zachwiał się przez to, a korek od szampana niespodziewanie wystrzelił w powietrze, sam napój zaś zadowolił się niższym lotem – prosto na jej sukienkę.
─ No i widzisz, Evans? Teraz nawet jeśli powiesz, że nie piłaś, to nikt ci nie uwierzy – zacmokał Potter i z ciężkim westchnięciem stwierdził, że w butelce nie ma już ani krztyny trunku.
─ Mam tego dość! ─ warknęła, wymachując rękami. ─ Nie mam pojęcia, co sobie myślałam, w ogóle idąc gdziekolwiek Z TOBĄ, ale jeśli myślisz, że łażenie po całej Dolinie Godryka ZIMNĄ NOCĄ i włóczenie się jakimiś uliczkami godzinami jest…
─ Zimno ci? ─ zmienił temat James, dotykając cienkiego materiału jej kurtki, niczym nadopiekuńcza babcia. ─ Och, Evans, Evans, nie potrafisz o siebie zadbać… ─ westchnął i odłożył butelki na ziemię, zapewne, żeby rozbić tutaj swój obóz i zacząć pić.
─ Co proszę? – prychnęła Lily, gotowa wymienić mu powody, które dowodzą, jak bardzo o siebie dba, a jak bardzo tego dzisiaj nie widać, bo w ogóle pojechała do niego na Sylwestra. Tę tyradę powstrzymał jednak nieoczekiwane opadnięcie czegoś ciepłego i ciężkiego na jej ramiona.
James oddał jej swoją kurtkę, stojąc teraz przed nią w samej białej koszuli i poluzowanym krawacie. Evansówna zamrugała oczami bez zrozumienia.
─ Co ty robisz? – spytała podejrzliwie.
─ Oddaję ci kurtkę – wzruszył ramionami Potter. – Skoro jest ci zimno.
─ Ale teraz tobie będzie zimno – zauważyła trzeźwo.
─ Przeżyję.
Chłopak znowu chwycił sprawnym ruchem alkohol w jedną ręką, a drugą wyciągnął, by ponownie złapać ją za nadgarstek, ale Ruda zaprotestowała.
─ Nie, nie przeżyjesz! Ja mam przynajmniej sweter, a ty…
─ Ale mi wcale nie jest zimno, kochanie – odparował. – W twoim towarzystwie zawsze jest gorąco.
Puściła ten komentarz mimo uszu.
─ Weź… weź przynajmniej mój sweter – upierała się.
─ Nie, Evans – westchnął. – Nie ubiorę damskiego sweterka, nawet jeśli jest twój. Chodź – chwycił jej rękę – to już blisko. Nim szybciej dotrzemy do domu, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że dostanę zapalenia płuc i umrę.
─ Okej – skapitulowała, poprawiając sobie jego kurtkę na ramionach. ─ Dzięki.
Szli w milczeniu jeszcze kilka minut, a w oddali stopniowo coś zaczęło się pojawiać. Najpierw był to jedynie cień, potem zamazana sylwetka czegoś dużego i kolorowego, a na koniec już wielka, żywa mozaika wszystkich neonowych barw świata.
To na pewno ta bogata uliczka, gdzie mieszka Potter, pomyślała z ulgą Lily, dopóki nie przypomniała sobie, że ta uliczka znajdowała się naprzeciwko wielkiego sklepu miotlarskiego. Którego nie było. Tak samo jak nie było żadnej uliczki.
─ Gdzie my jesteśmy? ─ szepnęła niespokojnie, rozglądając się we wszystkie strony.
Ten sklep musi gdzieś tu być…, powtarzała sobie w myślach, niespokojne myśli kojąc faktem, że nigdy nie należała do spostrzegawczych osób. Swidrowała spojrzeniem okolicę.
Dostrzegła jakiś park. To nie to.
Zauważyła zamknięty sklep odzieżowy. Nie to.
Ujrzała również klub nocny, z którego dobiegała głośna muzyka.
Żadnych sklepów miotlarskich.
─ W Manchesterze ─ odparł beztrosko James, tonem, jakby mówił jej, kto wygrał poprzednie mistrzostwa w Quidditchu i dlaczego nikt nie był zaskoczony (Francja i to po raz trzeci z rzędu).
W Manchesterze… W Manchesterze…
W MANCHESTERZE!
─ Gdzie?! ─ wrzasnęła Lily, mając nadzieję, że jej towarzysz zaraz zachichocze i przyzna, że to tylko żart. Tylko głupi, infantylny, szczeniacki żart, a oni wcale nie są… oni wcale nie są…
─ Wyluzuj – poklepał ją po plecach. ─ Dolina Godryka znajduje się praktycznie tuż pod Manchesterem, a maskuje ją czar dekoncentrujący. Pół godzinki i będziemy z powrotem.
Pół godzinki i będziemy z powrotem.
PÓŁ GODZINKI I BĘDZIEMY Z POWROTEM!
Czy on się dobrze czuje? Czy James Potter jest zdrowy na umyśle? Najwyraźniej nie. Najwyraźniej trafiła na jakieś odludzie w Manchesterze z niezrównoważonym psychicznie tyranem. Jak mogła być tak głupia i w ogóle godzić się przyjechać do niego na Sylwestra? Jak mogła nie wyczuć podstępu? Sama jest sobie winna. Sama jest winna temu, że przebywa teraz sam na sam z psychopatą gdzieś w Manchesterze, około dwieście mil z dala od domu.
─ PÓŁ GODZINKI I BĘDZIEMY Z POWROTEM? Odbiło ci już do reszty, czy zdołałeś się już nieźle napić?! – krzyknęła histerycznie. – A może i jedno, i drugie?!
─ Och, daj spokój. Zobaczysz – nie pożałujesz, że tu ze mną przyszłaś – obiecał, uśmiechając się huncwocko. Lily mogła przysiąc, że niewiele brakowało, a zaczęłaby go dusić.
Wdech, wydech, Lily, powtarzała sobie. Wdech, wydech…
─ Po co tu w ogóle przyleźliśmy? – jęknęła rozpaczliwie. – Jaki jest w tym wszystkim cel?!
─ Zobaczysz ─ powtórzył, otaczając ją ramieniem. Lily nie miała nawet siły go strzepnąć.
Przez kilka minut milczała, pogrążając się w otchłani własnej furii. Umarła w niej nawet chęć, by zrobić taką scenę, jakiej James Potter nie zapomni do reszty swojego nędznego życia. W Manchesterze mieszkali przecież mugole, a ze względu na to, że była to sylwestrowa noc, na pewno mnóstwo ich wałęsało się o tej porze na zewnątrz. I mnóstwo z nich mogło pomyśleć sobie o niej parę rzeczy, gdyby znowu zaczęła okładać swojego towarzysza butelkami szampana. Przy obcych ludziach czy kasjerkach w Dolinie Godryka nie miała takich oporów. A może po prostu gardło bolało ją już za bardzo, by znowu zacząć się wydzierać? Tego nie mogła do końca stwierdzić.
Ważne jest jednak to, że odtwarzając w myślach milion sposobów na zamordowanie Jamesa Pottera przed północą (żeby nie dożył wieku rocznikowych siedemnastu lat i nie przyniósł wstydu całej społeczności pełnoletnich ludzi), nawet nie zdążyła zorientować się, że jej towarzysz wykorzystał fakt, iż chwilowo przestała mówić (co było bardzo rzadkim wypadkiem) i doprowadził ją do finału całej wyprawy. Odkrząknął parokrotnie, zanim rudowłosa wróciła na ziemię. Kiedy już to zrobiła, natychmiast chciała wrócić do bujania w obłokach. Rzeczywistość była bowiem zbyt brutalna.
─ Wesołe miasteczko ─ powiedziała Lily po kilku sekundach przyglądania się stojącym przed nią karuzelom i straganikom, takim, gdzie można wygrać wielkiego pluszaka za zbicie rządku szklanek czy zastrzelenia ruchomych figurek kaczek. ─ Proszę, powiedz, że żartujesz.
─ Nie ─ zaśmiał się James i zaczął intensywnie wdychać powietrze. O mało nie zadławił się wonią unoszącej się w powietrzu własnej satysfakcji.
─ To nie jest zabawne, Potter.
─ Ależ jest, Evans.
─ Czyli… chcesz powiedzieć, że zrobiliśmy tyle mil od Doliny Godryka do Manchesteru, żeby obejrzeć zamknięte wesołe miasteczko? – Mówiąc to, o mało nie wybuchnęła płaczem.
─ Tak.
Tak. Tak. Tak. Tak. Tak. Tak. Tak, krzyczał jego natrętny baryton w jej głowie.
Lily zazgrzytała zębami, w myślach licząc do dziesięciu, byle tylko się uspokoić.
Jeden.
─ Dobrze – westchnęła, siląc się na spokój. ─ Co chciałeś przez to osiągnąć?
Dwa.
─ Osiągnąć? W sumie to nic – przyznał bezwstydnie okularnik.
Trzy.
─ W takim razie czy możemy już, PROSZĘ, wrócić?
Cztery.
─ Nie.
Pięć. Sześć. Siedem…
─ Dlaczego? – wycedziła, uśmiechając się sztucznie.
─ Bo wesołe miasteczko to idealne miejsce, żeby trochę się poobmacywać.
Lily zadrżała z wściekłości.
OSIEM. DZIEWIĘĆ. I PÓŁ.
─ Dobra, dobra – zaśmiał się James. – Wrócimy do tego tematu później. Póki co – wygram dla ciebie jakiegoś miśka.
Dziesięć.
─ NIE. CHCĘ. OD. CIEBIE. NICZEGO – wycedziła. Zazwyczaj taktyka liczenia do dziesięciu lekko ją uspakajała, ale James jak zwykle zburzał wszystkie możliwe bariery samokontroli.
Co za paskudny chłopak.
─ Nie musisz dziękować – złapał ją za rękę, nie zważając na jej poprzednią deklarację, i pociągnął do pierwszego z mugolskich straganików.
Krótka instrukcja, przybita gwoźdźmi do budki, informowała, że aby wygrać, należało trafić lotką w sam środek zawieszonej kilka stóp dalej tarczy, a do wygrania były – naturalnie – wielkie pluszami wielkości połowy Lily, a może nawet i Jamesa. Chłopak poszukał na ladzie stołu jakiś lotek, kiedy jednak ta penetracja zakończyła się fiaskiem, podparł się dłońmi i łokciami o stolik, odbił nogami od trawy i sprawnie przedostał na drugą stronę stołu, grzebiąc za ladą właściciela straganu. Lily wywróciła oczami.
Po niecałych dwóch minutach James wziął przepisowe trzy rzutki i ponownie przedostał się na drugą stronę stołu.
─ Żeby było sprawiedliwie ─ dodał, cofając się do zaznaczonego na chodniku czerwoną tasiemką miejsca, skąd powinien rzucać. Chwycił jedną lotkę, poprawił okulary, przykucnął i z perfekcyjnym, wyćwiczonym od Quidditcha ruchem nadgarstka, wycelował w tarczę.
Lotka trafiła w sam środek.
James chwycił drugą.
Przyczepiła się tuż obok.
Trzecia znalazła się nieznacznie dalej.
─ Ty tu jesteś ekspertem – zwrócił się chłopak do Lily i z łobuzerskim uśmiechem wskazał na swoje dzieło. – Wygrałem?
─ Imponujące – odparła bezbarwnie. James wyszczerzył do niej zęby.
─ No, zgodnie z naszą umową – Cmoknął ją z zaskoczenia w policzek i wrócił do samego stołka, zanim Lily zdążyła choćby kopnąć go w goleń – którego chcesz? ─ spytał, wskazując palcem na poprzyczepiane do dachu budki wielkie pluszaki.
─ Nic od ciebie nie chcę.
James ponownie ją zignorował. Bawił się zbyt dobrze, żeby zwracać uwagę na jej humor.
─ Tę pandę? Okej ─ uśmiechnął się, ponownie naskoczył na stołek, ale teraz wygiął się, by sięgnąć do nagród i pieczołowicie rozpoczął odwiązywanie wielkiej, pluszowej pandy.
─ To jest kradzież, James – odezwała się nagle Lily, kiedy moralność dała górę nad wściekłością.
─ Nie, nie jest – parsknął James. – Przecież wygrałem. Sama tak powiedziałaś.
Nim Lily zdążyła to zripostować, już uwolnił pandę od sznurów, które przyczepiały ją do dachu straganu i zeskoczył ze stołka, po czym wrócił do rudowłosej i z rozbrajającym uśmiechem wręczył jej pluszaka. Dziewczyna przyjęła go niechętnie.
─ Idziemy dalej! – klasnął w ręce James i ponownie – nim zdążyła zareagować – pociągnął w głąb wesołego miasteczka, bawiąc się jak małe dziecko. Szkoda tylko, że entuzjazmem bynajmniej nie zaraził swojej towarzyszki.
─ Chcesz może watę cukrową? – zapytał, wskazując na kolejny stragan.
─ Nie.
─ To nawet lepiej – rzekł optymistycznie – bo nie wiem, jak włączyć to dziwne coś. Idziemy dalej!
Lily zakręciło się w głowie od tego „chodzenia dalej", a poza tym w jej umyśle powoli zaczęły odzywać się charakterystyczne dla niej, wyemancypowane hasełka, dzięki którym zmotywowała się do postawienia Jamesowi:
─ Nie, nie idziemy.
─ Czyli akceptujesz plan obmacywania? – poruszał sugestywnie brwiami. – Nie powiem, odpowiada mi twoja sugest… - Lily wymierzyła mu z butelki prosto w brzuch. ─ AUA! Evans!
─ Zachowuj się – warknęła.
─ Jeśli masz takie zapędy, to na przyszłość okładaj mnie pluszakiem, okej? – wywrócił oczami James, ale wedle jej oczekiwań stracił połowę swojego wigoru i przestał biegać jak wariat po zamkniętym wesołym miasteczku. ─ Co proponujesz?
─ Wracajmy.
─ A coś innego? – ponowił pytanie. Lily spiorunowała go swoim popisowym spojrzeniem. James, wyjątkowo odporny tego wieczoru, kompletnie się tym nie przejął. ─ Jak już tu doszliśmy, to chociaż trochę posiedźmy, kochanie.
─ W takim razie usiądźmy gdzieś i porozmawiajmy jak cywilizowani ludzie, zanim ktoś nas zauważy i zgłosi, że rabujemy park rozrywki po nocy – poddała się.
─ Lubię rozmawiać – zgodził się James.
─ Zauważyłam.
Na miejsce swojej poważnej i cywilizowanej rozmowy Lily i James wybrali mniej poważne miejsce, czy – by być perfekcyjnie szczegółowym – JAMES wybrał, a Lily, z obawy, że zedrze sobie dzisiaj gardło i szkołę przywita z koszmarnym jego bólem, przystała na to bez wyjątkowo ostrych sprzeczek – a było to podwójne, znajdujące się najbliżej ziemi krzesełko diabelskiego młyna o prawie czterdziestostopowej średnicy koła.
Zanim Lily zdążyła się dobrze rozsiąść, po raz kolejny tego wieczoru zbeształa się za brak instynktu samozachowawczego, a tym razem – ku jej rozpaczy – skutki mogły być najbardziej opłakane.
Ponieważ właśnie wtedy, kiedy ona i James usiedli na dwuosobowym krzesełku, jednym z wielu w mechanizmie wielkiej, okrągłej karuzeli, znikąd zmaterializował się zwiastun największych tragedii i prawdopodobnie w poprzednich życiach wyobrażenie starożytnych Greków boga rozpusty – Syriusz Black III.
Lily powinna w tej chwili prawdopodobnie zerwać się z miejsca i uciekać gdzie pieprz rośnie, byle jak najdalej od diabelskiego młyna i Pottera, ale nie miała pojęcia, że Syriusz jest do tego stopnia niezrównoważony i że posunie się do tego, co zrobił w następnych minutach. Dlatego siedziała, głęboko poruszona i lustrowała spojrzeniem kolejno to Jamesa, to Blacka.
Zmowa – to pierwsza myśl, która przeszła jej przez głowę. Wszystko – ta cała farsa – jest tylko jedną, wielką zmową. Rozejrzała się wokół – całe to wesołe miasteczko było zmową. Spojrzała na swoje ręce – cała ta panda była zmową. Zerknęła na plecy – cała ta kurtka była zmową.
Zmową. Zmową pomiędzy Syriuszem Blackiem a Jamesem Potterem. Pomiędzy tymi dwoma zdradliwymi, przebiegłymi kretynami.
─ Czyż nie mamy dzisiaj pięknej nocy, Evans?! ─ parsknął Syriusz, nucąc pod nosem coś, co brzmiało jak Venus Shocking Blue.
O, zgrozo. Lily natychmiast przestała myśleć o zmowie Pottera i Blacka przeciw niej, bo oskarżenia utraciły zasadniczą pozycję w jej głowie na rzecz wizji, co wyprawia Dolina Godryka na Sylwestrze w tej chwili. Skoro sam Black jest już nieźle wzięty, a niecałą godzinę temu był po zaledwie dwóch piwach... w pamięci dziewczyny Syriusz na wszystkich imprezach wykazywał się niezłą głową. Jej przyjaciele i reszta Hogwartu pozapraszana w ostatniej chwili przez Mary, musiała jakoś sama załatwić sobie alkohol, kiedy ona i James nie pojawiali się od takiego czasu. Tylko… skąd Black się tu wziął?
Dziewczyna spojrzała na swojego towarzysza, mając nadzieję, że wyczyta z jego twarzy, na co się zanosi. James wcale nie wydawał się przerażony stanem swojego kumpla, wręcz przeciwnie – nawet nie starał się ukrywać rozbawienia. Szkoda tylko, że uśmiech tak szybko opuścił jego twarz.
─ Black, dobrze ci radzę, lepiej wracaj już tam, skąd przyszedłeś, i… no właśnie, JAK w ogóle się tu znalazłeś? – zamrugała rudowłosa, wciąż bezmyślnie siedząc na krzesełku karuzeli. – Śledziłeś nas czy co?
Syriusz roześmiał się z uciechą.
─ Kiedy… hik! wyleźliście od Millie… ─ znowu się roześmiał. – To nietrudno było się domyślić, że nie wracacie… hik! do siebie… znaleźć sobie pokój.
Ruda wywróciła oczami. Black nie był w tamtej chwili ani a ani komunikatywny. Najwyraźniej jego przybycie na zawsze już pozostanie zagadką, bo dziewczyna śmiała wątpić, że Syriusz będzie pamiętał cokolwiek z tej nocy.
─ Nie widziałam cię za nami – drążyła temat, rozmawiając bardziej ze sobą niż z nim. – I… ej, co jest…? ─ wychyliła się, zauważając cień czegoś znajomego za Blackiem. ─ Przyjechałeś na motorze – stwierdziła, rozpoznając nagle czarną Husqvarnę, o której wiedziała tyle, że należy do Syriusza. ─ Jechałeś PIJANY na motorze?! Czyś ty zwariował do reszty?! – podniosła głos.
Syriusz ziewnął wymownie. Ruda ukryła twarz w dłoniach. Jutro w Proroku Niedzielnym z pewnością pojawi się wiele informacji o wypadkach w okolicy Doliny Godryka z udziałem motocykla. Nigdy, naprawdę nigdy, nie spotkała tak nieodpowiedzialnego człowieka.
Prawdopodobnie właśnie w tym momencie – kiedy Lily zaczęła rozpływać się nad brakiem rozumu jej kolegi – on i James wysłali do siebie jeden z tych sygnałów, które rozumieli jedynie chłopcy, bo coś takiego musiało mieć miejsce. W porządku, Syriusz zawsze był lekko niezrównoważony, a jeśli dodać do tego jego wątpliwą trzeźwość, mógł wpaść na tak szalony pomysł, jaki kilka chwil później wprowadził w życie; ale nawet pomimo tych faktów Lily nie chciało się wierzyć, że nie było tam żadnej niewerbalnej zachęty ze strony Jamesa.
A o co dokładnie chodzi? Wszystko przebiegło tak:
Syriusz, ponownie wykorzystując fakt, że jest pełnoletni i bezkarny, wyciągnął swoją różdżkę i zaczął oglądać ją z każdej strony, jakby chciał dopatrzeć się na niej jakiś zabrudzeń, korzystając jedynie ze światła księżyca. Na tym etapie Lily wciąż w myślach załamywała się nad jego bezmyślną jazdą Husqvarną. Kiedy chłopak zakończył swoje oględziny, coś przykuło jego uwagę, a co jeszcze bardziej obciąża Jamesa – Potter zrobił to samo dokładnie w tym samym momencie. To coś Evansówna zauważyła dopiero, kiedy nic już nie dało się zrobić.
Black zainteresował się dźwignią, która uruchamiała karuzelę. Szarpnął nią, ale nic się nie wydarzyło. Wtedy – robiąc minę, jakby doszedł do niezwykle ważnej i zmieniającej obliczę nauki konkluzji – wyciągnął różdżkę i z łobuzerskim uśmieszkiem szepnął coś, celując prosto w Lily i Jamesa, jak wydawało się Rudej. Dopiero później odkryła, że chłopak celował w krzesełko, na którym siedziała.
Barierka bezpieczeństwa z głośnym hukiem opadła na nogi Evans i Pottera, dociskając ich do siedzeń. To był właśnie znak dla rudowłosej, że Black szykuje coś nikczemnego, który na dobre wyrwał ją z zamyśleń. Rozdziawiła usta z oburzenia i szarpnęła barierkę, ale ta nie chciała ustąpić. James poszedł w jej ślady, ale nawet mu nie udało się oswobodzić i – jednocześnie – uratować ich dwoje w ostatniej chwili.
Od tej chwili byli skazani na łaskę i niełaskę Syriusza Blacka, pijanego motocyklisty.
Pięknie.
─ Wypuść nas, Black – zażądała Lily zmęczonym tonem. Syriusz zachichotał i pokręcił głową, jak mały chłopiec, który ma zbyt wielką uciechę, żeby się teraz zatrzymać.
─ Poważnie, Łapo. Krew nie dopływa mi do nóg – pożalił się James, ale nawet to nie poskutkowało. Syriusz odważył się bowiem zrobić następny ruch, ruch, który Lily przewidziała o sekundę za późno i ostatecznie brakiem spostrzegawczości przypieczętowała swoją nędzną dolę.
Ów ruch udało jej się przewidzieć dopiero po tym, jak karuzela ruszyła.
James zbladł.
Młyńskie koło działało bardzo powoli, ale w tym wypadku pod żadnym pozorem nie była to zaleta. Lily wolałaby jak najszybciej znaleźć się na górze, żeby stamtąd zrzucić coś bardzo twardego na Blacka. Miała chyba przy sobie…
─ Zabrał butelki?! – zdumiała się, zauważając, że po szampanach nie pozostało ani śladu. James zignorował ją i zaczął krzyczeć coś do swojego przyjaciela, bezskutecznie, bo ten odkrzykiwał mu tylko głośne, pijackie: COOO?!
Cóż, zawsze pozostawała jeszcze panda, pomyślała Lily. Ale rzut pluszakiem z czterdziestu stóp nie byłby już tak efektowny.
Krzesełko Lily i Jamesa powoli, w ślimaczym tempie, zbliżało się na sam szczyt. Syriusz, butelki i ziemia oddalali się coraz bardziej, jednak Potter wcale się nie poddawał i wciąż wydzierał, ile sił w płucach, do Blacka, a ten wciąż odkrzykiwał mu: COOO?!
─ Koniec zabawy, BLACK! – wydarła się Lily, wiedząc, że jej dziewczęcy, wytrenowany, wysoki głos ma o wiele większe szanse, by dotrzeć do Syriusza, niż baryton Jamesa. ─ COFNIJ ZAKLĘCIE I OBIECUJĘ, ŻE DOŻYJESZ DO NASTĘPNEGO SYLWESTRA!
─ MAM COFNĄĆ ZAKLĘCIE?! ─ odkrzyknął Syriusz, a jego głos zabrzmiał tak wyraźnie, że na pewno użył zaklęcia Sonorus.
─ TAK! – odwrzasnęli równocześnie użytkownicy karuzeli.
─ Wedle życzenia!
Chłopak machnął różdżką, a karuzela stanęła. Krzesełko Lily i Jamesa znajdywało się na samej górze. Lily odetchnęła. Syriusz Black chyba właśnie udowodnił, że ma coś, czego posiadania nie był do końca pewny – sumienie.
─ Tylko nie świńcie! – To były ostatnie słowa Syriusza, zanim cofnął zaklęcie (ale zrobił to zupełnie inaczej, niż Lily by sobie życzya) i – kompletnie ignorując wszelkie wrzaski, krzyki i piski – dosiadł swojej czarnej Husqvarny i odjechał, podśpiewując I'm your Venus, I'm your fire at your desire, czego – niestety lub stety – Potter i Evans już nie słyszeli.
Picie samotnych dusz rozpoczęli za radą Jamesa Dorcas i Remus, ale nie minęło wiele czasu, a dołączyła się do nich Bree, Marlena, Emmelina, Peter i wiele innych osób, które pozapraszała Mary, a które nie miały partnera. Nie minęła godzina, a pokój Jamesa i Syriusza został paradoksalnie nazwany „klitką singli", gdzie stadami przychodziły kolejne samotne i zrozpaczone dziewczęta, które wręcz oblegały dwie czwarte pozostałych, obecnych w tym pokoju Huncwotów.
Dor nie czuła się zbyt dobrze. Zazwyczaj na imprezach nie miała problemu z odnalezieniem się, ale dzisiejszej nocy wolała siedzieć w klitce singli niż zejść na dół i się zabawić. Bała się, że spotka tam Blacka albo, co gorsza, że James i Lily wrócą ze swojej wyprawy po alkohol (─ Wyprawa po alkohol. To brzmi jak rozdział jednej z tych książek, których dziewczyny nigdy nie kupują! ─ wzdrygnęła się Emmelina) i któreś z nich zmusi ją do konfrontacji z Blackiem. James zrobi to, bo jest Jamesem, a poza tym Meadowes odnosiła wrażenie, że dzisiaj chce ją popchnąć w ramiona swojego najlepszego kumpla, a Lily… Lily zapewne podbuntuje ją swoimi zgryźliwymi uwagami, zmusi do zostania niezależną i śmiałą na chwilę i każe przejść obok Syriusza obojętnie czy coś równie niemożliwego do zrealizowania. Jak taniec. Tak… Evansówna mogłaby kazać jej zatańczyć i przez całą tę farsę, trwającą piosenkę (pewnie wolną), wygłaszać pod jego adresem złośliwości.
I to był problem ich wszystkich – zmuszali ją do działania. Nikt nie dawał jej czasu, by mogła pomyśleć, przeanalizować swoją sytuację czy zrobić listę za i przeciw powrotu do strefy przyjaźni/nieprzyjaźni z Syriuszem. Dorcas wiedziała, czego chciała, ale była wolna. Robiła niepewne kroki. Zazwyczaj nie brakowało jej pewności siebie czy pozytywnej energii, ale jeśli chodziło o chłopców, a dokładniej chłopców, na których bardzo jej zależało, stawała się nieśmiała i niepewna. Oni wszyscy – Lily, Marley, James, Remus, Peter, czy sam w końcu Syriusz tego nie rozumieli. Nikt z jej znajomych tego nie rozumiał. No dobrze, z jednym wyjątkiem.
Emmelina Titanic. Tak, ta sama Emmelina Titanic, przez którą Dorcas w ogóle ma takie problemy jak Syriusz Black i kwestia ich przyszłej przyjaźni/nieprzyjaźni. Ta sama Emmelina Titanic, która podstępem zaaranżowała domniemaną zdradę jej byłego chłopaka. Ta sama Emmelina Titanic, która chodziła z nim po Dor przez trzy miesiące i ta sama, którą Black z nią zdradzał.
Przy tym jednak ta sama, która została przez niego okrutnie oszukana, kiedy to Syriusz dla samej zabawy podał jej zmodyfikowany eliksir wielosokowy i zamienił w Gretę Catchlove. Ta sama, która dowiedziała się o jego zdradach podczas epidemii mononukleozy w Skrzydle Szpitalnym. I ta sama, która popadała w depresję i dostała nawrotu bulimii.
Tylko ta sama Emmelina mogła ją w tej sytuacji zrozumieć.
Dlatego właśnie dziewczyny zawiązały na tę noc przymierze. Dorcas wyjęła z torebki te same zaczarowane papierki po gumach do żucia, które używała z Lily podczas swojej pierwszej randki z Syriuszem w Hogsmeade, i na których miała napisać S.O.S, w razie wszelkich problemów1. Pokrótce wyjaśniła Emmie jak to działa, a tamta przysięgła, że jeśli tylko dostanie wiadomość, natychmiast przyjdzie jej z pomocą.
Dor siedziała więc na kanapie w ostatnim pokoju, gdzie alkohol jeszcze nie znikął, z piwem w prawej ręce i mugolskim długopisem w drugiej. Problem w tym, że nawet tak niezwykle przezorne położenie nie mogło uchronić jej przed Huncwotem.
Wszystko zaczęło się od Hestii, która lekko już podpita, wpadła do klitki singli z bandą innych podchmielonych osób, śmiejąc się z czegoś wniebogłosy. Wśród nich Dor zauważyła lekko zakłopotaną Emmelinę, obrońcę w gryfońskiej drużynie Quidditcha i – w najbardziej szampańskim humorze – Blacka, który nieoczekiwanie wrócił stamtąd, gdziekolwiek był, obładowany alkoholem i ponownie uwielbiany.
Dorcas niebezpiecznie poruszyła się na sofie. Przybycie całej bandy popularnych dzieciaków do klitki singli nigdy nie zwiastowało dobrych rzeczy. Już miała wstać i uciec na dół, pod pretekstem, że idzie do toalety albo coś takiego, gdy Hestia złapała ją w pasie i cmoknęła w policzek, mówiąc: „a gdzie ty się wybierasz, kochanie?" zupełnie nie swoim tonem. Emanowała z niej wyczuwalna woń alkoholu.
─ Zagramy w siedem minut w niebie, co ty na to?! ─ zaśmiała się serdecznie Jonesówna, a kilka jej wziętych koleżanek wzięło z niej przykład.
─ Hestia, ale my wcale nie chcemy grać… ─ odezwała się za nią, wedle przymierza, Emmelina, bo Dor zbyt sparaliżowało.
─ Ja zagram – wyrwało się Dor.
Pisząc „wyrwało się" mam na myśli ten typ wyrwania się, kiedy mówi się coś kompletnie się nad tym wcześniej nie zastanawiając, z przyzwyczajenia, albo przez chwilowy przypływ szaleństwa, a nie ten, kiedy coś, co bardzo chce się powiedzieć wypada z ust, chociaż normalnie brakuje odwagi, żeby to wygłosić na głos.
Bo Dor nie chciała grać w siedem minut w niebie. Nie miała zamiaru obserwować z zainteresowaniem kręcącą się butelkę, wyrocznię, która skaże ją na zamknięcie w szafie z prawdziwym bogiem albo z kimś z piekła rodem. Myśl o tym, że z bandą pijanych dzieciaków będzie podsłuchiwać (albo sama zostanie podsłuchana), co para zamkniętych robi w szafie, w ogóle jej nie podniecała.
Hestia podskoczyła tak wysoko, że omal nie uderzyła głową o sufit i wydała z siebie uszczęśliwiony, pijacki dźwięk. Emmelina otworzyła szerzej oczy.
Kilka sekund zajęło Dorcas zrozumienie, co palnęła. Natychmiast potem zaczęła się jąkać:
─ A… a… le… ja…
─ Siadaj! – rozkazała Hestia, łapiąc ją za rękę i ciągnąc za sobą na podłogę.
Meadowes, czując się jakby grała w to po raz pierwszy, po prostu przyglądała się w ciszy, jak cała ich grupa – pewny siebie Syriusz, rozentuzjazmowane koleżanki Jones, kilku rozchichotanych członków gryfońskiej i puchońskiej drużyny Quidditcha, w końcu lekko zdezorientowany Remus, beznamiętna Bree, zakłopotana Marlena i wkurzona Emmelina – siadają w kręgu, w środku którego Chris Wood położył pustą butelkę po szampanie. Gdy Black już klaskał w dłonie, a Hestia z przejęciem wrzeszczała: KRĘĆ! KRĘĆ!, Dorcas przypomniała sobie, że potrafi mówić, i wydukała:
─ Może najpierw ustalimy jakieś zasady, co?
Humor towarzystwa natychmiast się popsuł, ale teraz targało nim jedno, podobne uczucie – konsternacja. Wyglądało to tak, że kilkanaście osób przez kilka chwil patrzało się prosto na nią, jakby nie wiedząc, czy żartuje czy jednak nie. Pierwsza ochłonęła Delly Shacklebolt, która zaśmiała się niezręcznie i powiedziała tonem, jakby zwracała się do małego dziecka:
─ Zasady? Chyba coś ci się pomyliło.
─ Do gry w siedem minut w niebie niepotrzebne są reguły – obudziła się Hestia, kręcąc w głową, jakby sama chciała się do tego przekonać. – No wiesz… butelka losuje… zamykasz się w szafie… po siedmiu minutach ktoś cię otwiera… jeśli było nudno pod kątem dźwiękowym pijesz karniaka. PROSTE.
─ Karniaka? – powtórzyła Marlena, mrugając bez zrozumienia. – Jeszcze nigdy nie spotkałam się z tym, żeby przez hmm… ubogie wydawanie dźwięków piło się karniaka.
─ A zresztą nie mamy alkoholu – dodała ze smutkiem Sally McDonwer. ─ Zostało tylko piwo.
Hestia wydała z siebie zawiedziony dźwięk, jakby fakt, że mają piwo zrujnował cały przyszły rok.
─ Piwo? To nie ma po co grać!
Syriusz przyjrzał się jej poważnie (a raczej – na tyle poważnie, na ile pijany Huncwot może się przyjrzeć), potem spojrzał na butelkę, a następnie znowu na Hestię. Jego kuzynka podtrzymała spojrzenie, a potem nieoczekiwanie złapała za rękę Dorcas, która siedziała obok niej, kiwając głową.
Bardzo jej się to nie spodobało.
─ Skoro mówisz, że nie ma po co grać, to może po prostu…
─ NIE! – przerwała jej Hestia, podnosząc do góry wskazujący palec, jakby nagle coś sobie przypomniała. – Skoro nie mamy kary za brak akcji – no wiecie, nie ma karniaków – to musimy uzgodnić jakieś minimum.
Reszta towarzystwa (z wyjątkiem tych osób, którzy jeszcze jako tako zachowali trzeźwość, mowa tu o Emmelinie, Dorcas, Marley i Remusie) wydała z siebie pomruki aprobaty. Jonesówna ponownie klasnęła.
─ Postanowione! To jakie mamy wymogi?
─ Nie zaliczamy, jeśli ktoś wyjdzie z taką samą zapiętych guziczków, jak kiedy wchodził – postanowił za wszystkich Black. Ponownie mniej świadoma część towarzystwa przyjęła jego propozycję bardzo pozytywnie.
─ A może bramka trochę niżej? – zaproponował Remus, który postanowił lekko ostudzić atmosferę. ─ Może, no nie wiem… damy żyć po jednym pocałunku?
Larissa Richardson ziewnęła.
─ On ma rację ─ poparła go Marlena. ─ Nie wszyscy są tacy podchmieleni jak wy.
─ Niech ci będzie – zgodziła się niechętnie Hestia, wywracając oczami. – JA KRĘCĘ PIERWSZA!
Towarzystwo nie miało o tym oczywiście pojęcia, ale ja mogę wam zdradzić, że Jones miała spore doświadczenie w kręceniu butelką. Dawno temu, kiedy jeszcze chodziła do Beauxbatons długo trenowała ruch nadgarstka, dzięki któremu mogła zakręcić w taki sposób, żeby szyjka butelki wskazała na osobą, którą ona chciała, żeby wskazała. Ćwiczyła głównie po to, żeby wykręcić Chase' a Reagana, ale tego – naturalnie – nie pamiętała.
Z dziecinną radością wykręciła Syriusza. Rozległy się piski i okrzyki zadowolenia.
O, tak. Zaraz ktoś wygra siedmiominutowe obmacywanie się w szafie z Syriuszem Blackiem, gdzie pocałunek jest gwarantowany. Emocje sięgają zenitu. Szkoda tylko, że Hestia zdążyła już wybrać idealną partnerkę dla Blacka…
─ Ja? – pisnęła Dor, otwierając usta. ─ Pasuję.
Rozległ się okrzyk niedowierzania. Sam Syriusz uniósł jedną brew w górę, nie wierząc, że Dorcas Meadowes – ta sama Dorcas Meadowes, która nie mogła oprzeć się pocałunkom z nim nawet, kiedy był w związku – odrzuca go teraz, wolnego i gotowego na wszystko.
Rzadki widok.
─ To kręć jeszcze raz – podekscytowała się Belle Norton, jedna z Piękności. Widocznie chciała zostać wylosowana. Hestia pokręciła głową.
─ Zasady są jasne – uparła się. – Sama chciałaś zasady, Dor. NIE MA, że pasujesz. Wchodzisz do szafy albo dostajesz zadanie – dokończyła, brzmiąc lekko złowieszczo na koniec.
─ Niech będzie więc zadanie – skapitulowała Dor, podnosząc ręce. ─ Przełknę wszystko.
Hestia uśmiechnęła się radośnie i pochyliła się ku niej, by szepnąć kilka słów, które zrobiły na dziewczynie piorunujące wrażenie. Z każdym słowem oczy Meadowes robiły się większe i większe, a kiedy Jonesówna nareszcie skończyła i odsunęła się z daleka od niej, padając na ziemię i zaczynając zataczać się ze śmiechu, Dor przełknęła głośno ślinę.
─ To jak? – uśmiechnęła się diabolicznie Hestia. Szatynka spojrzała na nią nienawistnie.
─ Idę do szafy – zawyrokowała. Kilka graczy (a raczej graczek) wydało z siebie okrzyk niezadowolenia, za to zarówno Hestia, jak i Syriusz zatarli ręce.
Jak tylko Dorcas zauważyła znajome iskierki w oczach Blacka, wstała gwałtownie z podłogi i z gracją ruszyła w kierunku szafy, mając nadzieję, że następne siedem minut minie szybko i bezboleśnie. Przykro mi to mówić, ale – podobnie jak kilka minut wcześniej jej rudowłosa przyjaciółka – bardzo się pomyliła.
Szafa, do której weszła była bardzo, bardzo mała, a wręcz klaustrofobiczna. Zapach naftaliny niemiło gryzł jej nos. Dziewczyna spróbowała przykucnąć przy ścianie szafy, ale zawieszone płaszcze i żakiety uniemożliwiały jej najmniejszy ruch.
Kilka minut później do szafy wszedł Syriusz, a woń naftaliny zmieszała się z intensywnym zapachem jego wody kolońskiej. Gdy tylko chłopak schował głowę i jakoś upchnął się w ciasnym meblu, który dzielił z nią i wieszakami, ktoś już zamknął za nim drzwi z takim impetem, że szafa aż się zatrzęsła. Zapanowały egipskie ciemności. Dorcas widziała przed oczami jedynie ─ czarną nicość, ale wzrok to jedyny zmysł, który w tej chwili ją opuścił, bo i słyszała głęboki oddech jej towarzysza, i czuła ciepłe powietrze, które łaskotało ją w szyję, i w końcu nie mogła ignorować tego paskudnego zapachu z nutką bergamoty i lawendy.
Siedem minut… to tylko siedem minut…
─ Chyba powinniśmy przystąpić do akcji, co nie, Meadowes? – usłyszała znajomy, filuterny szept. Skrzywiła się, słysząc jego baryton. Cóż za absolutnie okropny głos! ─ Mamy wytyczne.
Dorcas co prawda nie widziała nic a nic, ale dała sobie rękę uciąć, że na twarzy Syriusza pojawił się ten słynny, zawadiacki uśmieszek. Miała ochotę dać mu w twarz, ale na pewno by chybiła.
─ Przesiedzimy tu te idiotyczne siedem minut, nie odzywając się do siebie i – to już na pewno – nie dotykając się – wysyczała.
Syriusz posłał ku niej pobłażliwe spojrzenie. Czego ona się spodziewała? Że postąpi jak dżentelmen i naprawdę zostawi ją w spokoju? Dlaczego w ogóle godziła się na tę głupią grę? Dlaczego nie wyczuła podstępu? Z każdą sekundą i z każdym kolejnym wdechem woni bergamoty i naftaliny, stawała się coraz bardziej zła na samą siebie. Jest sobie winna tej sytuacji. Gdyby ruszyła głową i uciekła z klitki singli, kiedy tylko banda tych zdemoralizowanych dzieciaków wpadło tam z butelką i otworzyło szafę, nie doszłoby do tak potwornej sytuacji. Mogła sobie pogratulować. Mogła sobie pogratulować braku najmniejszego instynktu samozachowawczego.
─ Przecież sama naciskałaś, żeby ustalić reguły i zacząć się całować – przypomniał jej. Dorcas warknęła, przytknęła rękę do swoich ust i bardzo głośno pocałowała piąstkę. Nim Syriusz zdążył sę odezwać, już kopnęła go z całej siły w goleń i szepnęła mu do ucha (a przynajmniej tam, gdzie intuicyjnie czuła, że jest ucho):
─ Zamknij się.
─ Żądam powtórki! – prychnął Syriusz, tak głośno, że jego głos doszedł zapewne do tej bandy idiotów, którzy teraz sterczeli pod szafą, próbując coś usłyszeć. ─ …bo jeszcze nie można tego ZALICZYĆ – odparł, specjalnie nawiązując do ich poprzedniej rozmowy.
Dorcas zalała fala wściekłości, tak wielkiej, jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyła. Gniew kompletnie wykluczał u niej logiczne myślenie, sprawiał, że trzęsła się tak, jakby było jej zimno, a nawet przez sekundę poczuła, że chętnie by coś rozwaliła. W ciągu swojego życia zdarzały jej się wybuchy złości, ale jeszcze nigdy, nigdy…
Z całej siły kopnęła drzwi szafy, mając gdzieś to, że przegra grę i dostanie jakieś okropne, ośmieszające zadanie. Nie było nic gorszego niż siedzenie tu przez następne sześć minut z NIM.
Drzwi ani drgnęły.
Dorcas zaczęła bić w nie pięściami i kopać, ile miała sił w nogach.
Nic.
─ Otwieraj, Hestia! – wrzasnęła. ─ Poddaję się!
Rozległy się głośne chichoty po drugiej stronie, Dorcas nie miała najmniejszych problemów z ich usłyszeniem. Następnie poczuła, że ktoś z drugiej stronie szarpie drzwi.
Ani drgnęły.
─ Alohomora! – powiedział ktoś. Poczuła, że szafa się trzęsie, ale gdy ponownie kopnęła drzwi, one znowu nie zaskoczyły.
─ Co się dzieje?! – krzyknęła. Rozpacz chwyciła ją za gardło.
Black roześmiał się i sam zaczął mocowanie z drzwiami szafy, jakby sądził, że choć Dorcas i cała banda po drugiej stronie mogli wspólnymi siłami otworzyć mebla, on to zrobi najmniejszym palcem u lewej ręki.
Drzwi nie zaskoczyły.
─ Chyba się zablokowały! – usłyszała głos Hestii, a potem ktoś jeszcze raz rzucił Alohomorę.
Dorcas miała wrażenie, że to jakiś koszmarny sen.
─ To nie ma sensu! – krzyknął do nich Syriusz. Słychać było, że jest bardzo rozbawiony. ─ To mi wygląda na kontratak Jamesa Pottera.
ok.23
─ To była najbardziej dziecinna rzecz, jaką zrobiłeś w życiu, Potter, a prawdopodobnie złamałeś jakieś prawa fizyki, żeby pobić to, co dotychczas myślałam, że jest najbardziej dziecinne, a co uprowadzenie na szczyt diabelskiego młyna bezkonkurencyjnie zdegradowało.
Lily i James zaczęli kłócić się natychmiast, kiedy tylko Syriusz zniknął im z oczu, co trochę trwało, ponieważ z wysokości czterdziestu stóp przez długi czas mogli obserwować jego niezdarną jazdę motorem, jak również – nawiasem mówiąc – pooglądać panoramę pokaźnej części Manchesteru.
Evansówna w przeszłości uwielbiała karuzele, zwłaszcza nocą, nawet jeśli bywały tak powolne (albo w ogóle stały w miejscu) jak ta tutejsza. W sercu Cokeworth stała karuzela, na którą chodziła swego czasu codziennie, roztrwaniając na bilety całe swoje kieszonkowe i pieniądze zebrane na lody i czekoladę. Pamiętała dokładnie, jak to wyglądało – po szkole, zamiast udać się na obiad do domu – siadywała na karuzeli. Potem z niecierpliwością czekała, aż jej krzesełko uniesie się hen, do góry, a gdy znalazła się na zadowalającej wysokości, rozglądała się po uliczkach miasteczka i porównywała znane jej obiekty z śmiesznymi kształtami, którymi stały się, gdy patrzało się na nie z lotu ptaka. Bloki mieszkalne zamieniały się w postawione na zielonym biurku linijki. Ludzie wyglądali jak muszki owocówki, siedzące na kolorowych gazetach. Uliczki przypominały rozrzucone, szarawe tasiemki bibuły. W przeszłości naprawdę ją to fascynowało.
W przeszłości, bo dawała galeona o to, że po sylwestrowym incydencie z dwoma Huncwotami, diabelski młyn, jak sama nazwa wskazuje, będzie jej się piekielnie kojarzył.
─ Nie miałem pojęcia, że Syriusz uwięzi nas na karuzeli, Evans – odparł bezwstydnie James, kiwając głową z aprobatą, jakby jego kumpel tym wyskokiem bardzo mu zaimponował.
Och, oczywiście! Bo przecież ich tabu na rozmawianie o pocałunku, które skończy się o północy i które miała szansę wykorzystać tylko w dużej przestrzeni i tłumie osób a uwięzienie na samym szczycie diabelskiego młyna, z którego nie ma zbytnio możliwości ucieczki, to jedynie zbieg okoliczności! Co ona sobie myślała, wchodząc z nim w jakieś układy?! Że będzie grał fair? Że nie znajdzie jakieś niedoskonałości w ich umowie, niedomówienia, które pozwoli mu wygrać? Przecież mowa o Jamesie Potterze. Tym samym Jamesie Potterze, który podpisał pakt z diabłem! O Huncwocie, jakiemu kaktus szybciej wyrośnie na dłoni niż który nie da jej popalić!
Lily, nie mając już siły, żeby się choćby złościć, westchnęła tylko ciężko i tonem męczennicy, poprosiła:
─ Miej tyle honoru i przestań kłamać.
─ Nie kłamię – odparł, jak zwykle przygotowany na każdą odpowiedź, James.
─ No to nie kłam.
─ Nie kłamię.
Lily podniosła desperacko ręce, jakby chciała wezwać o pomstę do nieba. Wycierpiała się tego wieczoru już tyle, że obawiała się o swoje zdrowie psychiczne.
─ Możemy zakończyć tę jałową dyskusję? Niezbyt odpowiada mi rozmawianie z kimś, kto jest tak kopnięty, że porwał mnie na szczyt karuzeli – poinformowała go, krzyżując ręce na piersi.
─ To Syriusz – odpowiedział spokojnie James, jakby wcale nie został nazwany „kopniętym" i „niewartym rozmowy".
I się nie przyzna! Co za paskudny człowiek…
─ Syriusz, Sryriusz – prychnęła. – Ty i on macie mózg na spółkę. Na pewno o tym – popukała paznokciem w barierkę bezpieczeństwa – wiedziałeś.
─ Jest niezły – przyznał James. Jego oczy były nieobecne, co jedynie dolewało oliwy do ognia. Lily nie znosiła, kiedy ktoś ignorował ją tak jawnie jak teraz Potter, albo podczas rozmowy nie patrzał w oczy. Miała wtedy wrażenie, że ta osoba kłamie albo się z niej naśmiewa w myślach.
─ W czym? – spytała ironicznie. – Bo chyba nie dzieleniu mózgu. Ewidentnie ci go gdzieś zostawił, bo nie mógł go mieć, odjeżdżając tym motocyklem po pijaku. Lepiej go poszukaj. Kiedy znajdziesz już ten mózg – wtedy możemy pogadać.
James uśmiechnął się nieprzyjemnie i z udawanym przejęciem, spytał:
─ Serio?
─ Nie – wycedziła w odpowiedzi.
Zapanowało kilkuminutowe milczenie, a dokładniej przerwa na zgromadzenie dostatecznej ilości amunicji, którą w tym przypadku były bezsensowne argumenty i jeszcze bardziej beznadziejne kontrargumenty. Lily skrzyżowała ręce na piersi, nie zamierzając zabrać głosu. Wymyślanie bezsensownych argumentów może trochę z początku pomagało jej rozładować gniew, ale szybko przestało skutkować i dziewczyna musiała znaleźć inny sposób, by powstrzymać mordercze instynkty.
Odkryła, że prawdziwym lekarstwem dla duszy jest to, czym zajęła się po stwierdzeniu, że jest zabezpieczona w razie ataku (a raczej skrajnego szaleństwa Jamesa, bo tylko tak można nazwać przypadek, gdyby nagle postanowił ponownie się odezwać) i że ma wystarczająco dużo osobliwej, argumentacyjnej amunicji – a było to wyobrażanie sobie, że barierka bezpieczeństwa Pottera nagle się podniesie, a ona bez oporów będzie mogła zrzucić go w dół.
Problem w tym, że James przerażająco szybko podjął to skrajne szaleństwo, o które go nie podejrzewała i otworzył buzię:
─ W zakładzie – odparł beztrosko, jakby wcale nie rzucił czegoś ni to z gruszki, ni z pietruszki.
─ Co? – spytała wściekle.
─ Pytałaś się, w czym jest niezły – odparł spokojnie. – Syriusz. W zakładzie. Założyliśmy się, kto bardziej cię dzisiaj wkurwi.
─ Yhym – mruknęła z przekąsem.
─ No tak – James dał jej sójkę w bok. Kroczył po naprawdę cienkiej linii… – Ciebie i Meadowes, mówiąc ściślej. On wylosował ciebie.
Wylosował… wylosował… Ach! Wylosował w zakładzie.
Cóż, poniekąd naprawdę się przykładał, żeby go wygrać.
─ To dobrze – odparła pusto. – Przynajmniej nikt nie będzie dręczył Dori.
Właśnie ta myśl pomagała jej jakoś funkcjonować. Black był skupiony na piciu, doprowadzaniu jej do szału i jeździe w stanie pozostawiającym wiele do życzenia na motocyklu, a to mimo wszystko dosyć zajmujący zestaw. Nie znajdzie czasu, żeby prześladować jeszcze biedną, niepewną i pewnie – niestety – również podpitą Dorcas. A James nie będzie mógł próbować tego robić, bo… no cóż, utknął z nią na szczycie karuzeli.
Może faktycznie nie miał nic wspólnego z diabelskim młynem? W końcu zbytnio nie powinno uśmiechać mu się to, że przegra zakład, tkwiąc z nią czterdzieści stóp nad ziemią. Może Syriusz zdecydował się na ten ruch i po to, żeby wygrać, ale również po to, żeby zdyskwalifikować przeciwnika?
Nie. Zakład to kłamstwo. Nie ma żadnego zakładu. Jest tylko gierka Jamesa Pottera. Ewentualnie zmowa jego i Blacka. Nic innego.
─ Będzie – odparł zdawkowo James. – Hestia będzie.
Lily zaśmiała się perliście. Tak, z pewnością – dziewczyna, która nie pamięta nawet do końca, jak się nazywa, skupi się na rujnowaniu życia Dor. To, że Potter jest mitomanem, wiedziała już dawno, ale z tym przeszedł sam siebie.
─ Hestia jest przez was stracona – odparła z powagą. – To dziewczyna, James. Nie pamięta co prawda mnie czy Dorcas, ale nie pamięta też ciebie i Syriusza, no i jest w tym zakładzie Szwajcarią. A biorąc pod uwagę fakt, że jest dziewczyną, a wy pomimo atrakcyjności fizycznej jesteście jej rodziną, powinna wesprzeć dziewczynę, czyli Dor. Prosta matematyka – zakończyła dumna ze swoich sensownych wniosków.
Teraz to James się zaśmiał.
─ Wynająłem ją.
─ Co zrobiłeś?!
Wynajął… o czym to ten chłopak gadał? Lily zamrugała parokrotnie i z zaabsorbowaniem przysłuchała się temu, co miał do powiedzenia:
─ Och, zasugerowałem, żeby nieco ją – mam na myśli Dorcas – podpiła, a potem wyskoczyła z grą w siedem minut w niebie, aha, i powiedziałem, że mogą użyć tej szafy, która po zatrzaśnięciu się nie otwiera przez jakieś tam zaklęcie, które ćwiczył mój ojciec. Zatrzaśnięcie na amen nie było do końca pożądanym skutkiem, ale w środku nie ma nic cennego, a każdemu żal ją zniszczyć. Aha, jest odporna na magię. Można ją otworzyć tylko po mugolsku, wiesz? Po prostu ją rozsadzając.
Lily uderzyła go pandą.
─ Za co to?
─ Za terroryzowanie mojej przyjaciółki!
Przetarła dłonią twarz. Czy to mogła być prawda? Czy James Potter ponownie wkręca ją w jakąś okrutną gierkę? Głowa rozbolała ją od układania tych wszystkich hipotez, a miała wrażenie, że wciąż nic nie jest pewne.
Przyjmując jednak, że zakład pomiędzy nim a Blackiem faktycznie istniał – czy oboje nie zastosowali identycznej techniki, ale w nieco inny sposób? Syriusz, jak to on, zrobił wielkie przedstawienie i uwięził ją i Pottera na szczycie karuzeli. Przy tym nie wiedział – nie mógł wiedzieć – że okularnik zorganizuje wycieczkę do wesołego miasteczka, a więc prawdopodobnie działał spontanicznie. James nie był na tyle kreatywny, ale zamykając Blacka i Dorcas w szafie poniekąd zmusił do fizycznego kontaktu, a Black poprzez barierki bezpieczeństwa generalnie odgrodził Lily od swojego kumpla. Aczkolwiek oboje – w pewnym sensie – zagnali ją i Dor do miejsca, z którego nie ma ucieczki. Chyba z tym swoim zakładem naprawdę szli łeb w łeb.
─ Och, daj spokój… przecież to tylko dokładnie to samo, co Syriusz zrobił nam – przytoczył jej myśl na głos. – Lepiej pogadajmy na jakiś przyjemniejszy temat – zaproponował z błyskiem w oku. – A więc… uważasz, że jestem atrakcyjny fizycznie?
Lily spiorunowała go wzrokiem.
─ Przysięgam, że jak znowu zaczniesz odwracać kota ogonem, to ktoś tajemniczo wypadnie z barierki zabezpieczającej i poleci w dół, zapewne ze skutkiem śmiertelnym, spadając z takiej wysokości.
─ Panda? – spytał kretyńsko, pokazując palcem na wielkiego, pluszowego misia.
─ Nie – zaprzeczyła Lily i przytuliła pluszaka z całej siły jakby bała się, że Potter zaraz wyrwie z jej rąk przedmiot, który z godzinę temu sam jej sprezentował.
James prychnął:
─ Nagle tak się, przed śmiercią, laski, zżyłyście?
─ To nie o niej mówiłam – Lily przytuliła przytulankę jeszcze ściślej, na potwierdzenie swoich słów.
─ Ale skoro nie możesz wytrzymać, żeby zobaczyć, co się stanie, kiedy coś zacznie z zawrotną prędkością stąd spadać…
─ Nie uważasz, że powinnam o nią dbać? – weszła mu w słowo i z cwanym uśmiechem rozepchała się na krzesełku, tak, że barierka bezpieczeństwa nieprzyjemnie wżynała jej się w żebra, sadowiąc obok siebie pandę i obniżając swoją barierkę, niczym mała dziewczynka, która troszczy się bardziej o swojego misia niż o siebie. James przyglądał się tej scenie z politowaniem, ale szybko zreflektował się, bo odnalazł jakiś punkt, który mógł obrócić na swoją korzyść:
─ Bo to prezent ode mnie, kochanie? Od chłopaka, który jest tak niezwykle atrakcyjny fizycznie?
─ Nie jesteś atrakcyjny – zaprzeczyła bezlitośnie. – Pod żadnym względem. Ale pierwsza część pierwszego zdania jest prawdą. Muszę o nią dbać, bo to prezent. O prezenty należy dbać. Nawet jeśli są od marginesu społeczeństwa.
─ Zaprzeczamy samemu sobie, Evans? Najpierw zaręczasz, że moja nadludzka atrakcyjność może spowodować, że Hestia pomimo że nie pamięta o mojej atrakcyjności wewnętrznej, zdradzi własną płeć, a teraz…
─ To było wyjęte z kontekstu – zaparła się. – Wcale nie uważam, że jesteś przystojny.
─ Nie… wcale… ─ zgodził się James. Jego głos przepełniała ironia.
Lily przejechała otwartą dłonią po twarzy. W co ona się wpakowała?!
─ Powtarzam, Potter – ja cały czas mogę cię stąd zepchnąć – oświadczyła zmęczonym tonem. – Black ułatwił mi morderstwo.
─ Och, nie rozpaczałabyś po tak niezwykle atrakcyjnym i przystojnym – kolejny epitet, Evans, rozkręcasz się! – chłopaku?
Ich rozmowa zaczęła przeobrażać się w grę, polegającą na odbijaniu piłeczki. Lily odbijała ją swoją rakietką jak najmocniej umiała, a James wszystko zręcznie odbierał i posyłał jeszcze raz taki pocisk, który rudowłosa nie była w stanie już odeprzeć, bo należał do takich poniżej pasa.
─ Sądzę, że dostałabym za twoje zabójstwo Order Merlina Pierwszej Klasy.
James parsknął.
─ Och, tak, i specjalne miejsce u Munga. W izolatce.
─ Wyrządziłabym światu taką przysługę, że mogłabym przełknąć przebywanie w izolatce – zadeklarowała.
─ Wiesz co, Evans? To w sumie dobrze, że jestem tak niepoprawnie przystojny i atrakcyjny – wrócił do pierwotnego tematu. Lily westchnęła. – Jedno z nas musi.
─ Sugerujesz, że jestem nieatrakcyjna? – zakpiła, unosząc prawą brew.
─ Ależ nie, w życiu! – zaprzeczył James z udawanym przejęciem. – Ja sugeruję coś zupełnie odmiennego – że atrakcyjności ci brakuje.
Bilans ciosów poniżej pasa: James – 100, Lily – 0. Pora wyrównać rachunek.
─ W takim razie nie mam pojęcia, dlaczego za mną latasz? – zapytała, wzruszając teatralnie ramionami.
─ Szczerze? Ja też – przyznał James, poirytowany tym, że ktoś wykorzystał jego własną broń (ciosy poniżej pasa) przeciwko niemu samemu.
─ Cóż, to chyba potwierdza moją teorię, że to tylko kpiny – wyrwało się Lily, zanim zdążyła pomyśleć.
Zakryła usta dłonią. Co się dzisiaj z nią działo?! Do czego ona zmierza? Czy ma zamiar wypaplać każdy szczegół swojego życia, każdą tajemnicę, jaka została jej powierzona i najlepiej jeszcze każdą myśl, która przeszła jej przez głowę? Mogła być zła w grze na posyłanie ciosów zadanych piłeczką pingpongową poniżej pasa, ale chyba nikt – nikt na całym globie pełnym ludzi, którzy jak ona nie potrafią grać w tenisa stołowego – nie jest aż tak kiepski, że zaczyna wygadywać rzeczy, których w normalnych okolicznościach NIGDY by nie powiedzieli.
Potter natychmiast odwrócił głowę w jej stronę. Jego spojrzenie było tak przeszywające, że Lily miała wrażenie, iż zaraz wypali na jej twarzy dziurę.
Źle, źle, źle...
─ Naprawdę tak myślisz? - spytał James, tym razem bez złośliwej otoczki.
Lily doszła do wniosku, że w swojej opłakanej sytuacji ciosem najbardziej poniżej pasa będzie udawanie głupiej:
─ Że co?
─ Że chcę umówić się z tobą dla kpin.
Nie odpowiedziała.
James przetarł z rezygnacją twarz.
─ Kiedyś doprowadzisz mnie do grobu, Evans.
─ Mam nadzieję – odparła gorzko.
Nie chodziło o to, że tak myślała, bo... no dobrze, umawianie się dla kpin było jej ulubionym pretekstem, który stosowała, gdy traciła zdrowy rozsądek i do głowy przychodziły jej tak szalone i horrendalne myśli jak to, że James Potter jest całkiem uroczy. Wystarczało wtedy, że transmutowała swój mózg w mugolską kuchenkę, wkładała na patelnię swoją uniwersalną hipotezę i odgrzewała ją, przekonując tą część umysłu, która zaczęła wariować i przywoływała ją do porządku.
On chce umówić się z tobą dla kpin. On chce umówić się z tobą dla kpin.
Lily nigdy nie zastanawiała się, ile ta teoria ma się do prawdy. Nie myślała nad nią. Była jej ostatnim kołem ratunkowym, uniwersalnym rozwiązaniem na wszystkie jamesowe problemy. Nie chciała nad nią gdybać. Nie chciała o niej rozmawiać. Nie mogła pozwolić na to, że zostanie rozwiana, bo wtedy straci nad sobą resztki kontroli.
Najwyraźniej jednak do tego zmierzała, bo tylko nagłą chęcią uśpienia rozsądku można sobie wytłumaczyć to, co powiedziała do Jamesa.
Potter głośno zaklął.
─ Nawet nie wiem, co powiedzieć, wiesz?– parsknął. Jego głos był nieprzyjemny.
─ Więc milcz – poradziła mu Lily, nie odrywając ręki od twarzy.
James znowu prychnął, tym razem głośniej.
Mógł sobie prychać, ale w ten sposób nie sprawił, że Lily przestała rozpływać się nad własną głupotą. Poruszać taki temat! TAKI temat na karuzeli. Na samym szczycie karuzeli!
Uderzała się otwartą dłonią w czoło prawie rytmicznie, podczas gdy jej towarzysz urządził sobie koncert przekleństw, z których dziewięćdziesiąt procent nigdy nawet nie słyszała, ale brzmiały tak wulgarnie, że miała pewność, że są przekleństwami. James szeptał do siebie kolejne słowa, które zaczęły brzmieć nawet nieco obco, jakby zmieniał języki jak Hestia, kiedy jeszcze leżała w Mungu. Była mu za to wdzięczna – chociaż targały nią różne emocje, na pewno nie pragnęła wiedzieć, o czym on mówi.
W końcu, po paru minutach monologu we francuskim, niemieckim, hiszpańskim i czymś, co brzmiało jak niderlandzki (chociaż James nie znał żadnego z tych języków) w końcu się zatrzymał, skierował wzrok na nią, a dokładniej na jej twarz ukrytą w dłoniach i spytał tonem tak zmęczonym, jakby nie spał przez kilka dób.
─ Ty wciąż się nie domyśliłaś, prawda?
─ Wracamy do rozmowy o domyślaniu się?
─ A czy kiedykolwiek odbyliśmy rozmowę o domyślaniu się?
─ Tak – odparła. James zamrugał, szczerze zdumiony. - Nie pamiętasz? Pierwsza noc szóstej klasy.
─ Ach! – potaknął, mrużąc oczy. – Ale wtedy też nie za bardzo nagadaliśmy się o domyślaniu się.
─ A chcesz nagadać się teraz?
─ Wiesz… w sumie mamy mnóstwo czasu. Jesteśmy na karuzeli i w ogóle.
─ To, że zwisamy czterdzieści stóp nad ziemią nie sprawi, że nagle zachce mi się z tobą myśleć.
─ Wiesz, wcale nie musimy myśleć, skoro preferujesz czyny. Na przykład możesz zasygnalizować mi, dlaczego myślałaś, że chce umówić się z tobą dla żartów i dlaczego uważasz, że nie jestem atrakcyjny.
─ Zamknij się, dobra? Po prostu SIĘ ZAMKNIJ.
I jej posłuchał. Zapisał sobie ten temat na listę rzeczy, o których porozmawiają pół godziny przed północą.
19.00
Potrzeba zorganizowania pierwszego sabatu pojawiła się wtedy, kiedy banda sąsiadów z Brighton rozstała się, wybierając różne szkoły. Z początku oni wszyscy – Jo, Jilly, Isaac, Tony, Dean i Prim – chodzili do Durmstrangu, gdzie swego czasu nauczał pan Prewett, zanim skazano go na dwudziestoletnią odsiadkę w Azkabanie. Wśród profesorów znani byli jako grupa tak zwanych „spadochroniarzy", to znaczy, że przez cały swój niezwykle krótki pobyt w szkole wahali się pomiędzy stanem normy a zawieszeniem, a następnego semestru albo wyrzucano ich z Instytutu (do którego po następnych kilku semestrach, w tajemniczych okolicznościach, nagle wracali), albo doczepiali się do jakieś wymiany uczniowskiej. I tak w kółko, i w kółko. Odejście-powrót, odejście-powrót, odejście-powrót…
Grupa spadochroniarzy przez swój charakter dość szybko została rozbita i z tego powodu, aby mogła spotkać się chociaż raz do roku, powstał pomysł sabatów – sylwestrowych imprez, które zawsze, zawsze, kończyły się tragicznie – albo śmiercią (Jilly, Dean), albo kalectwem (Prim), albo obłąkaniem (dziewczyna Deana czy Tony), albo rozprawą sądową (pozostałe przypadki). Ale było zabawnie.
Zastanawiała się, kogo zaprosił Isaac na miejsce dotychczasowych bywalców swoich imprez, bo opcja, że ona i on będą siedzieć w samotności i się na siebie patrzeć, nie wchodziła w rachubę. Być może zapełni czas do północy jakimiś dziwnymi rozrywkami – jak oglądanie walk agresywnych psów czy coś równie krwawego. Z najgorszymi przeczuciami przeszła przez starą, rozpadającą się kładkę. Stawiała kroki bardzo ostrożnie, czując, że jej brak zaufania do dzieł mugoli zostaje wystawiony na próbę, a złe przeczucia potęgował fakt, że prymitywny, drewniany most nie dość że odgradzał centrum miasta od peryferii, to jeszcze została – w istocie beznadziejna – zawieszona nad bagnami. W normalnych okolicznościach przeszłaby się parkiem naokoło, by dotrzeć na Spinner's End, ale intuicja, a raczej samokrytycyzm, podpowiadał jej, że ryzykując w ten sposób, bezdyskusyjnie się zgubi.
Na kładce stała parka opojów z butelkami Ballentine's i Heinekena. Krzyknęli coś do niej, ale Jo – ledwo zaszczycając ich spojrzeniem – szła dalej, a jej myśli krążyły po zupełnie innych, pozaziemskich wymiarach, do których wrót owe pijaczyska nigdy nie dostaną klucza, gdy coś sprowadziło ją z powrotem do nędznej rzeczywistości i tej prozaicznej kładki. A byli to – paradoksalnie – opoje.
Ten błysk w oczach, przypomniała sobie Jo, a z jej ust wyrwał się zduszony okrzyk. Odwróciła się na pięcie.
Opojów nie było.
Heinekena i szkockiej również.
Pokręciła głową. Co się dzisiaj ze mną dzieje?, pomyślała z przekąsem, wracając do ostrożnego, aczkolwiek nie do końca pozbawionego bujania w obłokach, chodzenia po kładce. W końcu cechą ludzką jest bagatelizowanie błogosławionego zmysłu wzroku (zwłaszcza, kiedy nasze spostrzeżenie zalicza się do zjawisk surrealistycznych) dopóty, dopóki podobna wizja do nas nie wróci ponownie za drugim, trzecim, a czasami nawet piętnastym razem. Ten problem dotyka także czarodziei, którzy powinni (lecz nie są) być przygotowani do widywania tak dziwnych rzeczy jak powracający z grobu starzy przyjaciele.
Jo nie zawracała więc sobie na razie głowy Deanem Walkerem i jego wątpliwym kontaktem z kostuchą. Na razie.
Nie ciężko było trafić pod dwunastkę z ułamkiem na Beacon Close czy – jak kto woli – Spinner's End. Nie dało się ukryć, że na tej ulicy nie istniało coś takiego jak oznaczenie, nie wspominając o jakieś krótkiej informacji turystycznej dla Gotów czy wyznawców tego okluczegoś, jakkolwiek to określił Jordan, ale jednak w jakiś osobliwy sposób nawet ktoś do tego stopnia pozbawiony orientacji w terenie jak Jo, potrafił zorientować się gdzie co stoi. A 14 ½ B wyglądało jak jeden skansen z fatalną ekipą kustoszy.
Prewettówna wzięła kilka głębokich, rozpaczliwych oddechów i gotowa na najgorsze postawiła przed siebie prawą (taj jej się przynajmniej wydawało) nogę, a nim zdążyła się zorientować naprzód ruszyła i lewa, po czym – niczym grupka skautów, z którymi Jo pojechała na narty – zaczęła rytmicznie maszerować – prawa, lewa, prawa, lewa…
Gdzieś przy szóstej lewej Jo – zbyt zajęta liczeniem kroków – wpadła prosto na jakiegoś chłopaka, a dokładniej jego klatkę piersiową. Klatkę piersiową dobrze znanego jej chłopaka.
─ Isaac? – wyjąkała, rozpoznając znajome perfumy. Natychmiast się odsunęła, zażenowana własną niezdarnością. Monroe wlepił w nią swoje oczy barwy podobnej do wściekłego morza w trakcie sztormu i uśmiechnął się chłodno.
─ Ktoś cię podprowadził? – spytał głosem wyprutym z emocji. Brew Jo powędrowała do góry.
Czyżby odpłynęła na tyle, że straciła kontrolę, a Isaac spenetrował jej umysł? Czy dowiedział się o Jordanie? Czy już udało się wszystko stracić?
─ N…nie – skłamała, udając zdumienie. – Dlaczego?
Wściekłe oczy Isaaca zdawały się wysysać z niej radość życia. Pomyślała, że warto byłoby go zapisać na terapię do Jordana. Ten chłopak miał dar do poprawiania nastrojów u ludzi. Zapoznałaby tę dwójkę z całą pewnością, licząc po cichu na to, że Steele zamieni jej przyjaciela we własnego mugolskiego bliźniaka, z pozytywnym nastawieniem do życia i z brakiem znajomości tajnik oklumencji. Aha, i bez tego strasznego wyrazu twarzy.
─ Po prostu nie mogę uwierzyć, że gdzieś trafiłaś bez prowadzących cię za rączkę nianiek – wzruszył ramionami, patrząc jej głęboko w oczy. Bardzo głęboko. ─ Wchodź – westchnął, odsuwając się i kiwnięciem głowy wskazując dom.
Jo zamrugała. Od rana wiedziała, że przyjdzie jej wejść do tego zagrzybiałego miejsca zamieszkania zabijającego żony szaleńca, ale dopiero teraz poczuła się nieco skrępowana. Tyle ludzi na nich patrzało! Co pomyślą sobie o nich mugole? Nigdy nie patrzała na sabaty w taki sposób, ale teraz zaczęła się zastanawiać, czy ich specyficzny sposób imprezowania nie zaszkodzi mieszkańcom.
─ Jak znalazłeś to miejsce? – spytała głupio, mając ochotę puknąć się w czoło, gdy tylko do jej uszu doszedł żałosny ton własnego głosu. ─ Nie spodziewałam się po tobie, że dla rozrywki zwiedzasz nawiedzone domy mugoli.
─ To nie jest mugolski dom – odparł zagadkowo Isaac i – najwyraźniej zapominając o dobrych manierach – wyprzedził ją i zniknął w otwartych drzwiach. Jo jęknęła i z miną jak na ścięcie, weszła do słynnego domu czternaście i pół B na Spinner' s End.
Kiedy tylko usłyszała głośne skrzypnięcie drzwi i poczuła ciężką, cuchnącą woń domu, doznała dziwnego wrażenia, że to miejsce jest dziwnie znajome. Rozejrzała się z grubsza po brudnych panelach w przedpokoju, pozdzieranych tapetach, odsłaniających pasy białego, sypiącego się tynku, a nawet po misternych sieciach, stworzonych w słoneczne, długie popołudnia przez wygłodniałe pająki.
Szósty zmysł podpowiadał jej, że nawiedzony dom faktycznie ma w sobie coś magicznego, ale…
─ Kto tu mieszka? – szturchnęła Isaaca w łokieć, podchodząc do półki zawieszonej na przeciwnej do wejścia ścianie. Postawiono na niej kilka zdjęć w drewnianych ramkach. Nie mogła stwierdzić, czy sfotografowani poruszają się czy nie, bo wszelki widok zasłaniały wielkie, zaschnięte plamy krwi.
Okropność.
Isaac uśmiechnął się zagadkowo, zabrał ramkę ze zdjęciem i bezceremonialnie cisnął nią o podłogę. Jo zamrugała.
─ Co ty…?
Zamarła, kiedy zobaczyła, co wypadło z roztrzaskanej ramki. Obok zdjęcia, rodzina, o której mowa (a Jo już znała jej nazwisko) przechowywała w ramce kwiaty. Tak, dokładnie – wysuszone, niezbyt urodziwe, ale niezwykle charakterystyczne roślinki.
Tak dziwne kwiaty Prewettówna widziała tylko raz w życiu, ale miała stuprocentową pewność, że nigdy pamięć o nich nie opuści jej głowy.
─ Walkerowie – szepnęła, odwracając w kierunku swojego towarzysza. ─ Jak mogłeś powiedzieć mi, że nie widziałeś się z Tonym!
Cała się rozpromieniła na myśl, że Isaac spotkał się z Tonym Walkerem. Uwielbiała tego chłopaka – miał w sobie tyle zaraźliwego entuzjazmu, zawsze potrafił zachować twarz i – podobnie jak ona czy Monroe, ale o wiele skuteczniej – był wybornym aktorem. Nie znała człowieka z taką doskonałością udającego niewiniątko. Swoim poczuciem humoru trochę przypominał jej Jordana, tyle że oczywiście nie miał tak dobrego serca jak on.
Co nie zmieniało pozytywnych stron tego faktu – skoro odnalazł Tony' ego, przy okazji wytropił jej ostatniego sojusznika. Merlinie, Tony Walker! Jo nie mogła się doczekać, żeby go zobaczyć! On na pewno zrozumie to nieporozumienie z medalionem, jeszcze raz porozmawia z Isaakiem i stawi się za nią i jej nowym planem, jak tylko go usłyszy. Wszystko dobrze się skończy. Musi.
Och, jakie miała dzisiaj szczęście! Tony Walker! Odzyska Tony' ego Walkera! Sabat jest uratowany!
─ Nie – zgasił ją Isaac. Jo zrzedła mina.
Albo i nie.
─ Ale rozmawiałem z kimś z jego rodziny – wzruszył ramionami.
Dziewczyna jęknęła z rozczarowaniem. Już miała rzucić jakiś solidarny tekst, coś w stylu, że powinni w trudach swojej sytuacji zjednoczyć się i skupić na odnajdywaniu Tony' ego, ale plan nawijania tego, co ślina jej na język przyniesie, został zduszony w zarodku.
Zza sąsiednich drzwi coś głośno skrzypnęło. Jo zmarszczyła brwi i odwróciła głowę w kierunku źródła szmeru. Kątem oka zauważyła, że Isaac złośliwie się do siebie uśmiecha.
─ To duch Walkerów nawiedza to miejsce? - spytała, czując, że dobry humor opuszcza ją tak szybko, jak się pojawił.
─ Jeśli jakiś duch nawiedza dzisiaj to miejsce, to tylko dobrej zabawy – uśmiechnął się niemrawo Isaac. Jo zamrugała.
Nie chodziło nawet o to, że Isaac Monroe zachowuje się niepewnie, co wystarczająco mówiło o specyficzności jej sytuacji, ale o jego zagadkową uwagę. Zabawa? Nawiedzony dom? Isaac? Przecież to trzy przeciwieństwa.
Spojrzała na swojego towarzysza z podobnym brakiem odwagi, ale on jedynie wzruszył ramionami i wskazał na drzwi. Brakowało tylko zielonej maseczki z ogórków i cwaniackiego uśmieszku na twarzy, kiedy mówi: "Sama się przekonaj" i pomyliłaby Isaaca z własną matką.
Ponieważ należała do osób, które zbyt długo nie zastanawiają się nad podjęciem decyzji, ruszyła w kierunku drzwi, chwyciła za klamkę i – prawie już pewna, że po otwarciu ujrzy scenerię z najgorszych koszmarów – rozdziawiła ze zdziwienia usta.
Za drzwiami była impreza. Tak – w samym środku nawiedzonego domu na ulicy o największej przestępczości w całym Surrey – jakiś wariat urządził imprezę sylwestrową. A ten wariat miał imię.
Isaac Monroe.
Odwróciła się w jego kierunku, zamykając i otwierając usta w wyrazie niemego szoku. Wykrakała! Wykrakała, że będzie impreza! Miała ochotę usiąść i się rozpłakać. Tak, prosiła w myślach o przyjęcie, ale w głębi duszy WCALE tego nie chciała. Nad sabatami krąży klątwa! One zawsze kończyły się śmiercią, postradaniem zmysłów, utratą wolności albo kalectwem! Źle kończyły się, kiedy w ich skłąd wchodziło siedem osób i źle, gdy tylko trzy! A teraz... teraz... w tym pokoju było ich około pięćdziesięciu!
─ Szczęśliwego Nowego Roku – mruknął Isaac i minął ją w drzwiach, jakby wcale nie naraził świata na śmiertelnie niebezpieczeństwo.
Tutaj kończy się cała historia, którą brunetka właśnie odtwarzała w myślach. Siedziała na wielkiej kanapie, pijąc gin i patrząc na wszystkich wilkiem, i myślała nad tym, co strzeliło do głowy jej przyjacielowi. Spodziewała się, że przesiedzi w tej pozycji całe przyjęcie, ale coś po raz kolejny pokrzyżowało jej szyki. Gdy miała wstać, by dolać sobie następną porcję trunku, właśnie wtedy ...
Wtedy…
─ Jilly? – szepnęła, dostrzegając w tłumie osób znajome, ciemne loki, układające się w pewien wyjątkowy sposób, który idealnie pasował do zestawu charakterystycznych dla pewnej osoby rzeczy… i kojarzył jej się z marcepanem, śniegiem i lukrecją.
Z Jilly.
Przepchnęła się przez tłum, nie zwracając uwagi na to, czy mija znajomego, wroga czy też osobę zupełnie innej kategorii. Nic się teraz nie liczyło. Jilly, Jilly, Jilly, Jilly…
Do dziewczyny podszedł jakiś chłopak, ale Jilly roześmiała się i odesłała go ręką tam, skąd przybył. Śmiała się tak samo, jak kiedyś. Ale urosła. Urosła, odkąd Jo ostatnią ją widziała. Urosła od swojej śmierci.
To nie może być ona!, odezwała się jedyna część umysłu Prewett, która jeszcze miała się dobrze. Jilly Monroe nie żyje od… od prawie czterech lat.
Jo przyśpieszyła kroku, ze zdumieniem odkrywając, że kolejna osoba podchodzi do Jilly, tym razem była to jakaś blondynka z wytrzeszczonymi oczami. Trąciła ją w ramię i szepnęła coś ostrzegawczo, a Jilly roześmiała się równie pobłażliwie jak w kierunku tamtego chłopaka i znowu skutecznie się jej pozbyła.
─ Jill! – wrzasnęła Jo, wpadając na Mulcibera, który uśmiechnął się do niej lubieżnie. Ślizgonka wyminęła go, ignorując jego sugestywne uwagi i zaczęła biec, taranując kolejnych ludzi, którzy weszli jej w paradę, aż dotarła do swojej przyjaciółki.
─ Jilly! – trąciła ją w plecy, zdumiona, że dziewczyna nie zareagowała do tej pory na jej nawoływania. Siostra Isaaca odwróciła się na pięcie.
Była nią. Stała przed nią w całej okazałości Jilly Monroe, żywa jak nigdy dotąd i wyglądająca identycznie, co we wspomnieniach Jo. Może miała trochę dojrzalsze rysy, nie wyglądała już jak piętnastolatka, ale… ale jakby wciąż była rówieśniczką Prewettówny. Jakby nigdy nie umierała i nigdy nie przestawała dojrzewać. Jakby to wszystko było tylko kłamstwem.
─ Jilly…
Monroe spojrzała na nią z wyraźnym rozbawieniem, a potem stało się coś dziwnego – tak samo jak wcześniej, z tą dziewczyną i chłopakiem – podniosła ręce, jakby chciała odprawić ją z kwitkiem i zaczęła się zmieniać.
Czarne, kędzierzawe włosy zaczęły jaśnieć, a potem przechodzić w bardziej ciepłe kolory. Mahoniowy. Czekoladowy. Orzechowy. Kasztanowaty. I w końcu… rudy. Jilly zaczęła się kurczyć, złośliwy uśmiech przemienił się w wyraz irytacji, a ciepłe, niebieskie oczy Monroe' ów nabrały migdałkowych kształtów i ohydnej, zielonej barwy… Nie minęło pięć sekund a przed nią stała – w całej okazałości – Lily Evans.
Jo wrzasnęła.
─ Co ty zrobiłaś?! – wrzasnęła do Lily. – Gdzie jest Jilly?! CO JEST GRANE?! – złapała dziewczynę za ramiona i mocno wstrząsnęła, czując, że łzy napływają jej do oczu.
Po tylu latach… zobaczyła Jilly po tylu latach, a potem… a potem jej jedyna przyjaciółka zmieniła się w niedoszłą siostrzyczkę, która nienawidzi Jo z całego serca. Co za okrutny żart?! Kto to wymyślił?!
Ona nie potrzebuje teraz Lily Evans! Nigdy nie potrzebowała! Jilly wyglądała jakby miała ponad osiemnaście lat, jakby nigdy nie przyszło jej odejść z tego świata i ostatnie cztery lata spędziła właśnie tutaj, na Beacon Close, w tym okropnym domu Walkerów. Jakby nabrała ich wszystkich! Jakby… jakby zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach dla zabawy, jak to Jilly. Jo była w stanie nie zawracać sobie głowy tym, jak siostra Isaaca mogła przetrwać i co robiła w czasie, kiedy powinna blada i wiotka leżeć w trumnie, bo zbyt cieszyła się, że znów ją zobaczyła, podczas gdy… podczas gdy…
Podczas gdy to wszystko było tylko iluzją.
Nie, to nie iluzja. To żart. Jilly żyje i sobie żartuje. Na pewno…
W amoku zobaczyła, jak w stronę jej i swojej niedoszłej siostry podbiega Isaac, a potem ignorując wszystkich, rzuciła się na swoją towarzyszkę.
─ Jo, uspokój się – usłyszała zmęczony głos Isaaca, który łagodnym, aczkolwiek stanowczym ruchem rozdzielił dwie dziewczyny, a dokładniej wybawił Lily Evans ze szponów roztrzęsionej Prewett. Jo krzyknęła desperacko, czując tyle sprzecznych uczuć.
Jak Isaac może kazać jej się uspokoić?! Czy sam nie zauważył, że wpuszcza na imprezę WŁASNĄ SIOSTRĘ, która najwyraźniej ZMARTWYCHSTAŁA, a teraz ma jakieś nadnaturalne zdolności zmieniania swojego ja?
Jak może tego nie rozumieć?!
─ Tam była Jilly, Isaac! – wrzasnęła, próbując wyrwać się z jego objęć. – Zanim nie zmieniła się… zanim się rozpłynęła się…
─ Miałaś przestać – powiedział Monroe.
Jo odtworzyła usta, zszokowana. Jak może kazać jej przestać, skoro dowiedział się dopiero co o tym, że jego siostra wstała z martwych? Jak może być takim ignorantem? Jak może nie umieć postawić się w jej sytuacji? Już miała na niego nakrzyczeć, kiedy zrozumiała, że Isaac nie mówił do niej. On zwracał się do Evans.
─ Ale to takie zabawne, Isaac – zaśmiała się kokieteryjnie rudowłosa, co tak bardzo do niej nie pasowało, że Jo – mimo tego, że znała i widywała ją jedynie przez cztery miesiące i w dodatku bardzo nieczęsto – od razu zrozumiała, że ma do czynienia z kimś, kto nie jest ani Jilly, ani Lily.
Isaac przyjrzał się przez kilka sekund owej dziwnej osobnicze w ciele Lily Evans, a kiedy ta uśmiechnęła się słodko i filuternie, odwrócił wzrok, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce. Zmieszały go słodkie słówka Lily Evans? A może on widział na jej miejscu kogoś zupełnie innego?
Przestała się szarpać. Z drżeniem ręki wskazała na „Lily".
─ Czym jest ten potwór? – spytała zimno.
„Potwór" prychnął, rozjuszony tym określeniem, a sekundę później zaczął przemieniać się ponownie, tym razem przybierając postać góra dwunastoletniej dziewczynki nieznanej Jo. Miała ona lśniące, kruczoczarne włosy, które sięgały jej prawie do kostek, szlachetne rysy twarzy i długie, odstające uszy. Emanowała z niej dziwna, silna aura, trochę podobna do tej wil, ale o wiele bardziej niebezpieczna. Jo ze zdumieniem zauważyła, że jej oczy są takiego samego, sztormowego koloru jak Isaaca i Jilly.
─ Ładna mi odpłata – prychnęła brunetka, krzyżując ręce na piersi. ─ Ona mi się nie podoba, Isaac.
─ Jo nie podoba się prawie każdemu – potaknął chłopak. ─ Luthien, to Jo Prewett, nie wydaje mi się, żeby istniało jakieś pokrewieństwo pomiędzy nią a wami. Jo – to Luthien. Kuzynka – dobrze mówię? – zwrócił się do Luthien, która prychnęła głośno. – Tony' ego.
─ Znam tego obłąkańca i byłabym wdzięczna, gdybyś nie szukał między nami pokrewieństwa – grymasiła. ─ Chociaż jakieś tam istnieje.
─ Kim jesteś, dziecko? – spytała lekceważąco Jo, czując, że nie polubi tej smarkuli, która dla zabawy zamienia się w Jilly.
─ Jestem dwa razy od ciebie starsza, wiedźmo – prychnęła Luthien. – I nie będę z nikim rozmawiać, dopóki nie dostanę tego, o co prosiłam.
Ponownie uśmiechnęła się w kierunku Isaaca, który jednak nie zareagował już z równym zakłopotaniem, jak wcześniej. Najwyraźniej bardziej od Luthien onieśmielała go forma, którą wcześniej przybrała.
─ Jest z Ilsurich – uściślił, patrząc na Jo porozumiewawczo. – Potrafi przybrać postać każdej dziewczyny, nawet nieznanej. Tylko dziewczyny – podkreślił, jakby to małe ograniczenie mocy wszystko zmieniało. Jo zamrugała.
─ Z Ilsurich? Z Ilsurich od strony twojej matki? – zdumiała się Jo. – To oni jeszcze nie wymarli?
─ Nie. I nie jesteśmy nawet gatunkiem zagrożonym – prychnęła dziewczynka, krzyżując ręce na piersi. Isaac odchrząknął.
─ Czy mogłabyś zostawić mnie i Jo na minutkę samych? - zapytał uprzejmie. Luthien pokręciła głową.
─ Umawialiśmy się - wytknęła mu. - Tylko nasza dwójka. ONA mi przeszkadza.
─ Nic jej nie powiem - obiecał Isaac z wyczuwalnym zmęczeniem głosie. - Nie naruszę obietnicy. Proszę.
Jo rozchyliła lekko usta i szepnęła jakieś "wow", bo nie dowierzała własnym uszom, że Isaac Monroe PROSI O COŚ dziecko. Nawet jeśli to dziecko umiało zmieniać się na zawołanie w jej przyjaciółki z dzieciństwa, to i tak coś tutaj nie grało. Skąd wziął się taki respekt do jej osoby? Musieli zawrzeć jakąś umowę. To prawda – brzmiało to absurdalnie, ale dziewczyna nie mogła znaleźć żadnego innego w miarę logicznego wytłumaczenia.
nie szanował dzieci. Isaac nawet ich nie lubił.
On i Luthien wymienili się długimi, przeszywającymi spojrzeniami. Ten swoisty pojedynek wygrał doświadczony w onieśmielaniu ludzi zwrokiem Isaac, bo dziewczynka – pomimo całego arsenału możliwości przemieniania się w postaci o równie bazyliszkowych wzrokach – skapitulowała i odeszła, mamrocząc pod nosem jakąś przyprawiającą o dreszcze mruczankę.
Jo spojrzała na niego z naganą.
─ Co ty wyrabiasz? ─ syknęła, pokazując na brunetkę palcem. - Najpierw organizujesz imprezę, a potem zapraszasz na nią DZIECI?!
─ Ta impreza byłą pomysłem Luthien ─ odparł, wzruszając ramionami. Jo zaklęła pod nosem.
─ A dlaczego jej słuchasz?
─ Bo jest mi potrzebna – warknął, nagle przestając być opanowany i miły. - Koniec przesłuchania?
─ Dopiero początek – odparła. ─ Nie odpuszczę, dopóki nie dowiem się, co cię rypnęło – obiecała. ─ DLACZEGO jest ci potrzebna?
─ Bo to plan B! ─ warknął. ─ Zawiodłaś z medalionem, dlatego muszę znaleźć inne rozwiązanie, a ona JEST INNYM ROZWIĄZANIEM.
─ Straciłeś zmysły do reszty?! Traktujesz DWUNASTOLATKĘ jak broń? Poważnie, Isaac?!
─ Ona. Nie. Ma. Dwunastu. Lat ─ wycedził.
Jo zamrugała i przypomniała sobie, co ta mała do niej powiedziała:
Jestem dwa razy od ciebie starsza, wiedźmo. Wiedźmo... Użyła tego słowa nieprzypadkowo. Z pewnością chciała ją obrazić, ale niewykluczone, że kryło się za tym coś więcej. Wiedźmo... Tak jakby sama nie była magiczna.
Ale to przecież nonsens! Bóg świadkiem, jak zmieniła się z dwunastolatniej smarkuli w Jilly, a potem w Lily Evans! Zmieniła się. Przetransmutowała. Transmutacja jest dziedziną magii. To niemożliwe, że nie jest czarownicą. Mugolom nie zdarzają się takie rzeczy.
A jeśli nie jest ani czarownicą, ani mugolką? A jeśli tak – to kim? O co chodziło?
─ Ale i tak nie nadążam za twoim rozumowaniem – parsknęła. - Myślałam, że doszliśmy do wniosku, iż wykorzystamy plan Tony' ego.
─ Luthien jest częścią planu Tony' ego ─ potaknął.
─ Nie, nie jest! To dziwadło nie ma tam najmniejszego udziału! Jak już to skupmy się na odbiciu Tony' ego, dobrze? Od namierzenia go i odbicia z psychiatryka.
─ Na to przyjdzie czas.
─ Już przyszedł! Lepiej nie zamiast wchodzenia w kontakty z takimi obsesyjnymi fankami transmutacji zajmijmy się tym! O co w tym wszystkim chodzi? Masz zamiar mi kiedykolwiek o tym powiedzieć?
─ Mam. Kiedy zawiążę z nią umowę.
Jo zamrugała. Spodziewała się raczej tego, że po słynnym „nie jesteśmy już dłużej przyjaciółmi" Isaac zacznie robić problemy, tymczasem on traktuje ją tak, jakby nigdy nic. Chłopak ten nie miał zwyczaju rzucania słów na wiatr, a jeśli zdarzyło mu się coś podobnego, to tylko wtedy, gdy ktoś bardzo zalazł mu za skórę. Kto to mógł – hipotetycznie – być? Luthien? To znaczy, że jak długo ma z nią kontakt? Skąd oni się w ogóle znają?
Po raz kolejny tego wieczora na Jo spadł grom z jasnego nieba – z początku był to szok, kiedy zobaczyła Jilly (a raczej Luthien), a teraz czysta, głęboka ciekawość. Zastanawiała się, czy Isaac celowo trzyma ją w niepewności czy też NAPRAWDĘ nie może jej teraz wtajemniczyć w ten cały dziwaczny układ pomiędzy nim a kuzynką Tony' ego.
─ W takim razie KIEDY zawiążesz tę umowę? - spytała z rezygnacją.
─ Kiedy kuzynka przywiezie mi najprawdziwszą Demencję.
tuż przed północą
Lily nie miała do tej pory pojęcia, że gwiazdy są takie piękne. Zwykle trzymała się kurczowo rzeczywistości, stąpała twardo po ziemi, a w jej życiu nie było miejsca na bujanie w obłokach czy – jak kto woli – gapienie się w gwiazdy. Ale teraz, na szczycie karuzeli, gdzie nie musiała już dbać o wszystko i wszystkich, a bezczynność i milczenie powoli ją zabijały, nie czuła żadnych wyrzutów sumienia, kiedy powoli uciekała myślami do Nibylandii.
Myślała o Jamesie. To znaczy – nie marzyła o nim, ale myślała. Myślała nad tym, co jej powiedział o… no cóż, poniekąd to o domyślaniu się. Zastanawiała się, z którym rodzajem Jamesa rozmawiała. Z którym alter-ego. Z tym pozytywnym, które to nigdy by nie żartowało albo przesadzało w rozmowie na temat kochania się w kimś, czy też z tym drugim, innymi słowy z żywą kopią walniętego Syriusza-więziciela-na-karuzelach-Blacka, które bez mrugnięcia nakarmiłoby ją kłamstwami, żeby w duchu nabijać się z jej naiwności.
Rudowłosa starała się zawsze dostrzegać w ludziach dobre cechy, ale jednocześnie wśród zalet, których dopatrywała, nigdy nie znajdowała się bezinteresowność. Ona osobiście była osobą, która nie wierzyła w dobre intencje ludzi, a raczej w altruizm czy poświęcenie dla drugiego człowieka. Uważała, że takie rzeczy jak przyjaźń mogą funkcjonować jedynie jeśli każda strona coś od siebie da, a wątpiła w istnienie miłości, a zwłaszcza nieodwzajemnionej. Te poglądy powinny od razu rozwiać jej problem, przekreślić istnienie tego pierwszego, pozytywnego oblicza Jamesa, tłumacząc sobie, że jest ono jedynie iluzją i 55twierdzić ją w przekonaniu, że Potter jest bez serca i ponownie urządził osobisty maraton bawieniem się jej kosztem.
Ale tak się nie stało. Tym razem jej przekonania, postawy i myśli nie roztoczyły wokół niej bariery, osłony, która odbiłaby pociski snajpera, czyli Jamesa. Wręcz przeciwnie. Lily skapitulowała sama, opuściła most zwodzony i zrobiła coś, czego nie robiła nigdy – rzuciła broń.
Bo wcale nie uważała, że James żartuje. Wierzyła, a może nawet miała nadzieję, że jest on poważny. Wierzyła, że to pozytywne alter-ego istnieje i że jeśli coś tu jest iluzją, to tylko ten grubiański, cyniczny i samolubny Potter. Kiedy ta myśl pojawiła się w jej głowie, natychmiast zatrzymała swoje gdybanie.
To oczywiste, że buta i arogancja nie są iluzją. To dominujące cechy Jamesa. Tak samo jak zdolność do manipulowania ludźmi, co robi teraz, z nią.
Zbliżała się północ i nieuchronne kolejne oblężenie, tym razem o wiele bardziej niebezpieczne niż wszystkie powszednie. Lily nie mogła ulec. Nie mogła rzucić broni, chociaż przez pewną chwilę miała na to ochotę. Nie mogła.
─ O czym myślisz? ─ zapytała Przyczyna jej mętliku w głowie.
Evansówna uśmiechnęła się delikatnie, tak, żeby James jej na tym nie przyłapał.
─ O głodzie na świecie – skłamała. – A ty?
─ O pragnieniu tego świata.
Głód, pragnienie… czy to wszystko nie są przypadkiem synonimy pożądania?, przeszło jej przez myśl. Natychmiast się za to zrugała.
Zapanowało milczenie, kolejne zresztą tego wieczora. Nie było jednak krępujące. Nawet w najmniejszym stopniu.
─ Powinniśmy porozmawiać, wiesz? Obiecałaś, że do północy pogadamy.
Rozmowa… pocałunek… obietnica… Faktycznie. Pomyśleć, że zdążyła już o tym zapomnieć! Lily przymknęła powieki, układając sobie w głowie listę tych wszystkich wymówek, które układała kilka dni temu. Nic nie przychodziło jej do głowy.
─ Pamiętam – skłamała, otwierając oczy, jak ktoś obudzony z letargu. ─ I… słucham cię.
James zamrugał, najwyraźniej zdumiony, że nie miała przyszykowanego żadnego zgryźliwego tekstu na dobry początek, jak „mów pierwszy, bo panie mają pierwszeństwo", czy inne z tych odezw, których w normalnych okolicznościach miała aż za wiele na końcu języka.
Gapienie się w gwiazdy zmniejszyło mi objętość mózgu, pomyślała.
─ Okej… ─ zgodził się, wciąż patrząc na nią dziwnie. ─ Wiem, że czas nam się kończy i te sprawy, ale… Najpierw może wrócimy do tego, co przerwaliśmy… ─ zawahał się i przełknął ślinę. ─ Naprawdę myślisz, że chcę umówić się z tobą dla kpin? – spytał, poważny jak nigdy.
Lily zrobiła kwaśną minę. Zazwyczaj zawsze miała coś do powiedzenia, ale kiedy obok był ten przeklęty chłopak jakimś cudem zapominała o języku w gębie. Dla przykładu – całkiem niedawno o umawianie się dla kpin zapytała ją Dorcas, a ona potrafiła wymienić przynajmniej dziesięć powodów, które potwierdzały tę hipotezę i brzmiały dość sensownie. Teraz… Kiedy James zadał to pytanie nagle nie dość, że zapomniała o każdym z tych powodów, to jeszcze żaden nie wydawał się na tyle sensowny, żeby go sobie przypominać.
─ Nie… ─ wydukała wbrew sobie, przeciągając sylabę – …zawsze.
James zlustrował ją tak specyficznym spojrzeniem, że miała ochotę zapaść się pod ziemię czy raczej – co bardziej pasowało do jej sytuacji – spaść z karuzeli.
Poczuła, że różowieje. Miała nadzieję, że gwiazdy nie dają takiego światła, żeby James mógł zobaczyć jej wypieki na policzkach.
─ Ale zazwyczaj – dokończył za nią chłopak.
─ Posłuchaj – odwróciła się w jego kierunku. Barierka bezpieczeństwa niemiło wżynała jej się w brzuch. ─ Powinieneś postawić się w mojej sytuacji, okej? Ty… - parsknęła. – Od pierwszego roku robiłeś wszystko, żeby mnie zdenerwować. My… my się nienawidziliśmy, James. Dokuczałeś Severusowi, zmieniałeś dziewczyny jak rękawiczki i zgrywałeś wielkiego Don Juana czy… czy Blacka – dokończyła, drapiąc się po głowie. James już otwierał usta, by zapytać kim jest Don Juan, ale ona nie pozwoliła mu na to, kontynuując swoją tyradę: ─ To taki szlachcic. Casanova. Męska dziwka. Nieważne… Chodzi mi o to, że kiedy po raz pierwszy spytałeś mnie o randkę, dosłownie dwa dni przedtem naśmiewałeś się z mojego braku powodzenia.
─ Tak wyglądają pierwsze zaloty, Evans – parsknął chłopak, na samą myśl o sobie sprzed dwóch lat. ─ A przecież nie powiedziałbym ci tego tekstu o braku powodzenia, gdyby było prawdziwe. Nie sądziłem, że ktoś taki jak ty weźmie sobie do serca jakąś żałosną dogryzkę na podryw.
Dogryzkę na podryw? Dogryzkę na podryw? Dogry… Lily pokręciła głową, zbyt zszokowana zastrzykiem nowych informacji. Co ten chłopak wygadywał! Naprawdę upił się do tego stopnia tą jedyną puszką piwa, którą wypił w drodze do Manchesteru?
─ Dogzykę na podryw? – wydukała, czując się coraz bardziej głupio. – O czym ty…?
Wywrócił oczami.
─ Nie musisz teraz zgrywać nieświadomej, Evans. Przecież wszyscy wiemy, że nie brakuje ci powodzenia.
Nie brakuje jej powodzenia! Co ten chłopak zaczął dzisiaj wygadywać? Brwi Lily wędrowały coraz to bardziej ku górze.
─ Czy… - parsknęła, by ukryć zakłopotanie. – Przecież jeszcze dzisiaj powiedziałeś, że brakuje mi atrakcyjności! – przypomniała sobie, dumna, że nareszcie jej mózg zaczął pracować jak należy i podsuwać jej odpowiednie argumenty.
─ Cóż… technicznie rzecz biorąc, to ty powiedziałaś mi to samo – zauważył trzeźwo. – I znowu, Evans, nie spodziewałem się, że bierzesz do siebie to, co mówię.
─ Nie biorę sobie do serca jedynie kłamstw! – wybuchnęła nagle. ─ I nie musisz mi uświadamiać, że nie mam powodzenia, bo o tym wiem. I… mam to gdzieś – odparła szczerze, ale ku jej zdumieniu, głos jej lekko zadrżał.
Co się z nią dzisiaj dzieje?!
James najwyraźniej również wyczuł tę rozpaczliwą nutę w jej głosie, bo rozszerzył oczy jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle fizycznie możliwe, i śmiertelnie poważnie (jakim on jest świetnym aktorem!, pomyślała Lily) odparł:
─ Masz powodzenie.
─ Nie, nie mam.
─ Masz.
─ Nie… nie mam, James.
─ Masz.
Lily, cała czerwona ze wstydu, postanowiła zostawić ten temat za sobą, bo obawiała się, że za kilka chwil kolor jej policzków będzie świecił w ciemności, jak nos Rudolfa.
─ Ale… no wiesz, James, kiedy wtedy zapytałeś mnie o randkę… zrobiłeś z tego niezłe przedstawienie i… a poza tym… ─ westchnęła ciężko. Przetarła dłonią twarz, próbując wziąć się w garść.
Potter przyglądał jej się tymi swoimi ciepłymi, orzechowymi oczami, a ona znowu przypomniała sobie swoją teorię o jego alter-ego. Chyba jeszcze nigdy nie pozwolił swojej „lepszej" osobowości do tego stopnia go zdominować. Ten James niby wciąż był taki zadziorny i upierdliwy, i… poniekąd wciąż bezczelny, ale w pewien sposób wcale jej to nie przeszkadzało. Te cechy na co dzień doprowadzały ją do szaleństwa, ale kiedy zostawali sami, a Potter odsłaniał swoje drugie oblicze, w pewien sposób dodawały mu uroku i sprawiały… to głupie, ale sprawiały, że był bardziej Jamesem. Że był bardziej Prawdziwym Jamesem. Że… cóż, że był bardziej jej.
Przełknęła głośno ślinę.
─ My… nikt nie chciał się ze mną umówić, o czym nie omieszkałeś mi przypomnieć, a tu nagle podchodzisz do mnie i… i pytasz, czy mam wolne Hogsmeade. Co miałam sobie pomyśleć, James?
─ Długo zbierałem się do tego, żeby cię gdzieś zaprosić – przyznał, teraz i on był zakłopotany. ─ I dlatego… no cóż, dlatego często wyskakiwałem z takimi tekstami. Ale, Lily, bądźmy teraz poważni – jak możesz mnie winić? NIKT nigdy by nie pomyślał, że ktoś taki jak TY…
─ Ktoś taki jak ja? – przerwała mu niegrzecznie. – A co sprawia, że ktoś może być jak ja? Czy tworzę jakiś odrębny gatunek?
James uśmiechnął się lekko.
─ Zawsze myślałem, że nie obchodzi cię, co myślą o tobie ludzie. Takie sprawiałaś wrażenie… no wiesz… Wyniosła, niedostępna, mająca swoją opinię na każdy temat – wzruszył ramionami. – Nie ukrywam, że byłaś lekko przerażająca, zwłaszcza kiedy mieliśmy po czternaście lat, ale podobało mi się to. I ty też mi się podobałaś.
─ Oł – to tyle, ile zdołała wycisnąć z siebie Lily.
Zapanowało milczenie. James oblizał nerwowo wargi i zaczął dudnić paznokciami w bramkę bezpieczeństwa, co w normalnym wypadku byłoby denerwujące, zwłaszcza, że wybijał dość prymitywny rytm, a Lily, urodzona w rodzinie muzyków, nie znosiła takich rzeczy. Teraz jednak jej zszargane codziennością i dzisiejszym dniem nerwy, jakby kompletnie ją opuściły. W ciągu ostatnich lat chyba nie doświadczyła takiego uczucia – takiego relaksu i spokoju ducha. Od zawsze była dosyć drażliwą i emocjonalną osobą.
I znowu, równolegle do robienia czegoś, co nie leżało w jej naturze (za pierwszym razem przecież zaczęła myśleć o niebieskich migdałach przez dobrą godzinę, gapiąc się w gwiazdy) – myślała o Jamesie. Ale inaczej niż dotychczas.
Co jeśli… co jeśli nie ma dwóch Jamesów w Jamesie? Co jeśli on naprawdę nigdy się nie zmienia, a to wszystko nie jest nawet dobrą grą aktorską? Co jeśli Zły James i Jej James to naprawdę to samo, tyle że ona nie znosi tego pierwszego z zasady? Może po prostu stworzyła Złego Jamesa, żeby mieć kogoś do nielubienia? Niewykluczone, że alter-ego było jedynie jej wymówką, bo nie chciała przyznać, że podczas zeszłego semestru polubiła swojego niedoszłego wroga, chłopaka, który otwarcie z niej kpił.
Temu chłopakowi się podobała. I poniekąd jego kpiny były… – jak on to określił? – dogryzką na podryw? Czy cel nie uświęcał środków? Czy nie powinna darować mu tylu przykrych sytuacji, dlatego… dlatego że chciał dobrze? Cóż, poniekąd łatwe odpuszczanie nie było do końca jej rzeczą. Zachowała się jednak dzisiaj już kilka razy zupełnie nie w swoim stylu, więc czy jeszcze jeden raz zrobiłby jakąś różnicę? A może… może takie uczynki wcale nie wykraczają poza jej styl? Może ma on zupełnie inny charakter, niż dotąd myślała? Może… może to James zmieniał jej osobowość?
To wszystko nagle zaczęło wybuchać w jej głowie, hipoteza za hipotezą rodziła się, a żadna z nich nie umierała, odrzucona natychmiast. Jej mózg hibernował przez całą wcześniejszą rozmowę z chłopakiem, a teraz obudził się i pracował tak dobrze jak nigdy przedtem. Lily nagle zapragnęła znowu go uśpić.
To wszystko złe myśli, alarmowała ta część mózgu, która jeszcze nie zwariowała. Pamiętasz, Lily? ZMOWA. Padłaś dzisiaj ofiarą kilku zmów, czyż nie?
Co jeśli naprawdę James nie miał nic wspólnego z uwięzieniem na karuzeli?, spytała druga półkula, ta mniej rozsądna.
W głębi duszy wiesz, że w to nie wierzysz.
A może wierzę.
Może.
─ Wszystko okej? – konflikt jej umysłu rozstrzygnął James, który swoim niskim, przyjemnym barytonem przywołał ją do porządku.
─ Tak – powiedziała krótko. ─ To… która godzina? – spytała głupio. Chłopak podciągnął rękaw swojej koszuli i spojrzał w zegarek:
– Za dziesięć Nowy Rok.
Lily przełknęła głośno ślinę.
─ Czyli mamy dziesięć minut, żeby pogadać o… o Wigilii, tak?
─ Musimy pożegnać siedemdziesiąty szósty szczeniacką rozmową, nie sądzisz? No wiesz… za dziesięć minut technicznie będziemy pełnoletni, a to chyba niestety ogranicza poziom naszych rozmów.
Evans była pewna, że w Nowym Roku jeszcze niejednokrotnie pogada o niczym z Potterem. Chyba w pewnym sensie to lubiła. Nikt nie miał takich zdolności do spłycania tematu rozmowy i w efekcie robienia z nawet dobrze zapowiadających się konwersacji, pogawędkę od rzeczy.
─ Okej – przystała na to, chcąc mieć już wszystko z głowy.
James przez chwilę milczał, kilka razy otwierając i zamykając buzię, a kiedy wreszcie przemówił, przybrało to nieco inny obrót, niż się spodziewała:
─ Wiesz, tu chyba jest miejsce, kiedy zaczynasz mi przerywać i wmawiać mi jakieś sensacyjne scenariusze, które usprawiedliwiają twoje godne pogardy zachowanie – zaczął z udawanym przejęciem, idealnie naśladując jej tok myślenia. Lily wywróciła oczami – i… nie, nie przerywaj mi! To ważne. Zanim w ogóle zaczniesz sprzedawać swoje tanie wymówki, choć NIE MA, powtarzam – NIE MA niczego, co mogłoby chociaż w najmniejszym stopniu zminimalizować twoją winę, Evans. Obawiam się, że jesteś już po prostu stracona. Nie śmiej się! To jest poważne – nawijał, piorunując ją niezwykle srogim spojrzeniem. – Sądzę, że na tak nikczemny czyn nie ma zadośćuczynienia. Wiedz więc, że zanim w ogóle zaczniesz przepraszać mnie na kolanach, że wciągnęłaś mnie w to ZŁO, przez co straciłem do siebie szacunek… och, dobrze wiedzieć, że tak mimo iż zrujnowałaś mi życie, to bawi cię moje nieszczęście, jakbym żartował!
Lily aż rozbolały policzki od śmiechu.
─ Wybacz mi – podniosła pokojowo prawą dłoń. – Ale… ty traktujesz to jakby wcale nie było niczym takim, a przecież…
─… a przecież ludzie całują się codziennie, Lily, i jakimś cudem nasz świat dalej funkcjonuje – dokończył za nią, niespodziewanie poważniejąc. ─ I po raz pierwszy dzisiejszego dnia, naprawdę cię proszę – przestańmy kłócić się o nic, dobra? Nie patrz tak na mnie – prowokowanie ciebie nadal jest moją ulubioną rozrywką, ale chciałbym ją zachować, a obawiam się, że jak jeszcze jeden raz się tak zabawię dzisiejszego dnia, bezpowrotnie mi się to znudzi.
Lily wyobraziła sobie świat, w którym nie kłóciłaby się z Jamesem. Niby sprzeczki wykańczały ją psychicznie, ale z drugiej strony stanowiły również pewną codzienność, do której zdążyła się przyzwyczaić. I nie wszystkie kłótnie z Potterem zaliczały się do naprawdę wrogich. Czasem… cóż, czasem kłócili się po prostu, żeby się pokłócić, bo chyba w tej materii przyznawała chłopakowi rację – rzadko, naprawdę bardzo rzadko, ale jednak – kłótnie te również funkcjonowały w jej oczach jako rozrywka. Często to przyznawała, bo zgadzała się z tą rzeczą w całości – nie było drugiej tak zdolnej osoby w kłóceniu się jak James (no, może oprócz niej) – on tak samo jak ona był uparty, większość obelg odbijało się od niego jak grochem o ścianę, umiał odwracać kota ogonem, doszukiwać się we wszystkim drugiego dna i – co najważniejsze i co ich najbardziej różniło – potrafił wykazać się opanowaniem, a nawet uspokoić drugą osobę, jakby lał oliwę na wzburzone morze.
─ W takim razie… ─ wzięła wielki haust powietrza. – Dlaczego chciałeś ze mną o tym porozmawiać? Po co… po co zawieraliśmy ten układ?
James wzruszył ramionami.
─ Bo byłem ciekaw, jak to się potoczy.
─ A tak poważnie? – ponowiła pytanie.
Chłopak westchnął ciężko, jakby doszli do tego momentu dyskusji, którego się obawiał. Oczywiście, zakładając, że był w stanie się czegoś obawiać, co było wątpliwe przez fakt, że zaprzedał duszę diabłu.
─ Kiedy czas goni, zawsze dochodzi do ciekawych konsekwencji – odparł z huncwockim uśmieszkiem. – Jestem… jestem po prostu ciekawy nie twoich wymówek – zaczął zastanawiającym tonem – co twoim zdaniem spowodowywało fakt, ale raczej twoich przeżyć po tym fakcie – zakończył z satysfakcją, jakby wszystko było jasne. Lily zamrugała.
─ Masz na myśli… nie mam żadnej depresji ani…
James parsknął.
─ Bez zgrywania się, Evans. Dukać możesz jeszcze długo, bo przez osiem minut.
Osiem minut? Osiem… ach. Osiem minut do północy. Osiem minut do padnięcia umowy. Osiem minut… osiem minut do – mimo wszystko – przegranej. Rozmawiała przecież z Jamesem, a dokładniej zrobiła z siebie zakompleksioną idiotkę przez te odzywki o braku powodzenia. Czy… czy granie na zwłokę tylko nie dopełniłoby obrazu nędzy i rozpaczy? Czy nie zrobiłoby z niej jeszcze większej idiotki? I w końcu – czy nie przypieczętowałaby swojej przegranej jeszcze bardziej?
Granie na zwłokę jest w pewnym sensie najbardziej pospolitą oznaką paniki, a panika – strachu. Z kolei zwlekanie jest unikaniem problemu, a unikanie problemu zwykłym tchórzostwem. A Lily nie chciała być tchórzem. A postrzegałaby się w ten sposób, gdyby zrobiła to, o co podejrzewa ją James. Nie tyle co tchórzem, ale przede wszystkim osobą niedojrzałą. A… a za osiem minut przestanie być dzieckiem.
Przełknęła głośno ślinę.
─ Nie gram na zwłokę – oznajmiła ze sztucznym poirytowaniem.
─ Oczywiście, że nie – zgodził się ironicznie James. – Po prostu udajesz głupią.
─ Nie udaję głupiej! – prychnęła, teraz już z prawdziwą złością. – Ja… ja po prostu nie wiem, o co ci chodzi.
James przetarł dłonią czoło, z rezygnacją.
Właśnie dlatego Lily wolała się z nim kłócić o pierdoły – wtedy oboje mieli tak wiele do powiedzenia, że aż zaczynali się przekrzykiwać. Kiedy próbowali nawiązać kulturalną rozmowę, kończyło się to w taki oto sposób – obydwoje ciężko wzdychali, nie wiedzieli jak ująć obraz w słowa i przede wszystkim co parę sekund zapadało takie okropne, wstrętne milczenie.
─ Dobrze – westchnął Potter. – Walimy prosto z mostu.
─ Walimy.
─ Pytam się, czy coś to dla ciebie znaczyło.
O!
Czy coś to dla ciebie znaczyło.
Czy coś to dla ciebie znaczyło?
Nie, to nie było pytanie. Przynajmniej tak nie brzmiało. To było… to był… to była… zgorszenie? Rozkaz? Prośba?
A może wszystko na raz?
Zakładając jednak, że to było pytanie… czy to coś dla niej znaczyło? Czy to coś…
─ Nie wiem – wypaliła bez zastanowienia, udzielając najgłupszej możliwej odpowiedzi.
Nie wiem. Nie wiem.
Poważnie, Lily?!, skarciła się. NIE WIESZ!?
─ Nie wiesz – powtórzył James, znowu zadając pytanie bez odpowiedniego tonu.
Zapanowało milczenie. Podczas niego oboje ponownie zaczęli gorączkowo myśleć i obojgu szło to różnie – Lily po raz kolejny przyłapała swój mózg na tym, że kompletnie nie współpracował, najwyraźniej buntując się przeciwko tak głupiej właścicielce. Głupiej do tego stopnia, że kiedy chłopak, którego nienawidzi, pyta się jej, co znaczył dla niej pocałunek z nim, odpowiada, że nie wie.
Z kolei praca Pottera i jego mózgu musiała być bardziej prężna, bo zaraz po konsternacji i braku wyrazu, na jego twarzy pojawił się słynny, firmowy, wybitnie teraz niepożądany, huncwocki uśmieszek.
─ Nie wiesz, to znaczy, że nie jesteś pewna? – spytał z błyskiem oku. Lily aż się zapowietrzyła.
To pytanie na pewno ma gdzieś ukryty podtekst!, ostrzegła się. Ale… ale…
Nie wiedzieć… nie być pewnym… to chyba znaczy mniej więcej tyle samo. Tyle, co nic. Synonimy. Wyrazy bliskoznaczne. Gdzie tu można wepchnąć jakiś haczyk?
─ Poniekąd – potaknęła Lily, przeczuwając najgorsze. James ponownie zadumał się nad jej odpowiedzią, mamrocząc jej „poniekąd" do siebie.
─ Czy to znaczy, że chcesz się upewnić? – spytał, pochylając się nad nią tak, że barierka bezpieczeństwa na pewno zwiększyła głębokość jego pępka.
Upewnić… upewnić… upewnić.
O, Merlinie.
─ Nie! – wrzasnęła, nagle pojmując, o co mu chodzi.
─ Dlaczego nie? – James bawił się doskonale, wykorzystując fakt, że jej mózg wziął sobie dzisiaj wolne i nachylił się nad nią jeszcze bardziej.
─ Bo… bo…
Był coraz bliżej… Podciągnął kolana na krzesełko, jakby chciał na nim stanąć, dzięki czemu mógł odchylić się tak, że barierka bezpieczeństwa prawie w ogóle nie krępowała jego ruchów. Uśmiechał się. Uśmiechał się i był coraz bliżej…
─ To przez hormony! – wypaliła spontanicznie, przypominając sobie jedną ze swoich gotowych wymówek. Chyba tą najgłupszą. James odsunął się od niej, ciężko wzdychając.
─ Miało się obyć bez takich tekstów – wypomniał jej. ─ Nie pamiętasz? Przyczyny mnie nie interesują… Za to skutki…
─ Chodzi mi o to, Potter, że wykorzystujesz moje hormonalne wahania nastrojów do własnych celów, co jest tak jakby molestowaniem – odparła, dumna, że nareszcie powiedziała coś sensownego.
James zacmokał.
─ Molestowaniem, powiadasz? Rozmawialiśmy dzisiaj o molestowaniu, nieprawda? Ja powiedziałem, że nie pogardziłbym molestowaniem przez twoją osobę… to chyba idzie w dwie strony, nie?
W dwie strony… w dwie strony…
W DWIE STRONY!
Sprawa malowała się bardzo źle: Lily siedziała sztywno na krzesełku, skrępowana przez barierkę bezpieczeństwa, a James przysiadł na kolanach, podparł się rękoma w jej talii i cmoknął ją krótko w sam środek głowy, bo tylko tam sięgał bez wychylania się z własnej barierki.
Dwie strony… dwie strony… dwie strony…
─ Wiesz co, Evans? – wyszeptał zmysłowo chłopak, podciągając po raz kolejny rękaw koszuli, by zerknąć na zegarek. ─ Za równiutkie – czekaj! – dwanaście sekund mamy północ. O! Już jedenaście.
─ Dziesięć… ─ wydukała, głośno wypuszczając powietrze z ust i podejmując odliczanie. James uśmiechnął się lekko, bo jej oddech przyjemnie ogrzewał jego szyję.
─ Dziewięć… ─ wymruczał jej do ucha.
Hormony, hormony, hormony…
─ Osiem – przełknęła głośno ślinę. James przekręcił głowę tak, że teraz jego nos był na wysokości jej czoła. Dotknął dolną wargą jej skroni, ale ich nie pocałował. Zamiast tego szepnął:
─ Siedem…
Dwie strony… dwie strony… dwie strony…
─ Sześć – szepnęła Lily. Był tak blisko, że słyszała rytm jego serca. Tak cudowny rytm jego serca…
─ Pięć… ─ James zjechał ustami do jej nosa, ledwo go muskając. Jego ręce mocniej ścisnęły ją w pasie, przez co Potter podniósł ją lekko do góry. Evansówna wciągnęła nogi tak jak on, i usiadła po turecku. Teraz mogła się lepiej bronić.
Bronić… bronić, bronić, bronić…
─ Cztery ─ odparła bardziej już pewnym siebie tonem. James parsknął. Jego oddech przyjemnie ogrzewał jej twarz.
─ Trzy – kontynuował, wyciągając palec. Chwycił nim jej brodę i bardzo delikatnie przysunął ją w swoją stronę. Lily właśnie w tym momencie straciła resztę kontroli nad swoim umysłem.
Topiła się w orzechowej powodzi. Była przekonana, że na całym świecie nie istnieje trównie piękny kolor. Jego oczy się tliły.
Usychała z powodu tych głupich kilku cali pomiędzy nimi. Kto w ogóle wymyślił przestrzeń? Kto stworzył dystans? To musiał być bardzo okrutny człowiek.
Kąpała się w tych oddanych iskierkach, które – podobnie jak ona – rozpuszczały się w Orzechowym Niebie.
Hormony? Jakie hormony?
Dwie strony? A może być tylko jedna?
Bronić? Czy nie najlepszą obroną jest atak?
─ Dwa – wydukała, nie mając pojęcia, ile jeszcze zostało. Na pewno wiele… za wiele…
─ Jeden – zakończył James i skrócił jej męczarnie, pozbywając się dystansu pomiędzy nimi.
A kiedy nie było już Orzechowego Nieba, bo James zamknął oczy, i kiedy nie było już dystansu ani kąpiących się oddanych iskierek, były tylko wargi i był tylko zegar, który – chcąc zwieńczyć ten moment – zaczął wybijać godzinę dwunastą.
I na tym polegało upewnianie się. A także domyślanie.
23.00
W tym samym momencie, gdy w sercu Dorcas Meadowes bez wątpienia rozpętała się burza, jej nastrój przełożył się na zjawiska meteorologiczne. Błyskawica rozdarła niebo, a na rynnę z głośnym brzdękiem spadły liczne bryłki lodu, zwane gradzinami. Ludność Doliny Godryka, która wyszła świętować nadchodzący Nowy Rok na rynek, z jękami zawodu okryła się płaszczami i, chowając głowę między ramiona, pobiegła do swoich domów, pogodzona już z faktem, że Sylwester zakończy się po prostu odsłuchaniem radiowej audycji z rankingiem największych przebojów siedemdziesiątego szóstego.
Mary McDonald rękawem bluzki przetarła zaparowaną szybę w pokoju Jimmy' ego, aż uformowała wystarczającą szparę, by spojrzeć przez nią na ulicę. Luise Morgenstern otwierała właśnie bramę do domu Potterów, mając nadzieję, że będzie mogła się u nich wysuszyć. Towarzyszyła jej siostra, Alice. Jamesa ani nawet tej wywłoki, Evans, nigdzie nie było.
─ To nie jest śmieszne – usłyszała słodziutki głosik Emmeliny, która chwytając się pod boki, podjęła próbę moralizacji zdegenerowanego towarzystwa. – Wiecie, że oni mogą się udusić w tej szafie?
Och, kogo obchodzi w tej chwili Black i Meadowes?! Mary musiała natychmiast zobaczyć Jamesa. Tu już nie chodziło o chęć odseparowania go od Lily. Opracowała już przecież plan doskonały, który niestety zakończył się fiaskiem. Mając na uwadze fakt, że jej plany nigdy nie kończą się fiaskiem, ktoś równie przebiegły i nieustępliwy (zapewne Black) musiał maczać w tym palce. Zresztą, to już nieważne! Podczas czekania udało jej się wymyślić coś nowego, notabene bardziej błyskotliwego. A poza tym Lily Evans, ta żałosna ćpunka, nigdy nie była dla niej przeszkodą.
Chociaż Mary posiadała umiejętność przewidywania następstw wydarzeń czy rozpracowywania toku myślenia wybranych osób, coś dzisiaj nie poszło jej po myśli. Potrzebowała Jamesa. Tym razem przyświecał jej iście altruistyczny cel.
─ Mary – Emmelina położyła jej dłoń na ramieniu. – Zrób coś.
Rudowłosa roześmiała się, odwracając się do Titanicówny bokiem. Ewidentnie widać było, że Emma wcale nie przejmuje się marnym losem dwójki jej przyjaciół zamkniętych w szafie. Mogła ślubować wierność przyjaciółkom i oświadczać wszem i wobec, że się zmieniła, ale Mary przejrzała ją na wylot. Titanic dobrze zdawała sobie sprawę, że Meadowes działa na Syriusza inaczej niż inne dziewczyny, a zamknięcie w szafie daje mu i – nie czarujmy się, kompletnie bezsilnej Dorcas – niebywałą okazję do pewnych intymnych rzeczy. Emma nie mogła tego znieść. Zamiast niepokoju w jej oczach czaił się strach.
─ Gdzie jest James? – warknęła, czując, że opuszcza ją ochota nawet na pokpienie sobie z istoty tak żałosnej jak Emmelina. ─ Muszę z nim porozmawiać.
─ Syriusz i Dorcas utknęli w szafie. Nie sądzisz, że to jest teraz ciut ważniejsze?
Mary spiorunowała ją spojrzeniem.
─ Nie, nie sądzę, że ich prawdopodobna prokreacja jest w tym momencie ważniejsza.
Emmelina rozdziawiła usta jak ryba, ale natychmiast je zamknęła, zdając sobie sprawę, że tylko w niej zachowały się resztki empatii. Marley gdzieś zniknęła (jak zwykle, gdy mogłaby na coś się przydać), Peter zabawiał puste panienki jakąś opowieścią z drzewa sandałowego, Remus pukał bez sensu w szafę i powtarzał: „Syriuszu, to nie jest zabawne", gdy tamten odkrzykiwał: „TO POTTER!"; a Hestia biegała z whiskey po całym pokoju, robiąc piruety. Klasyka.
Przecież tu nie chodziło tylko o ich… no dobrze, o ich sposobność do prawdopodobnej prokreacji, ale o to, że są... hmm… niezadowoleni z obecnego stanu rzeczy! Dori przecież praktycznie rozpłakała się, kiedy usłyszała, że szafy nie da się otworzyć. Syriusz zapewne też to przeżywa, ale nie daje po sobie poznać, jak prawdziwy macho. Emmelina o mało się nie zarumieniła na samą myśl. Na szczęście w porę przypomniała sobie, jak bardzo Syriusz jest dla niej nieważny.
Blondynka poczuła, że narasta w niej panika. Mogła ostatni czasy nawiązać swoiste porozumienie z Dorcas, ale to jednak wciąż nie znaczyło, że jej ufa! W porządku, zerwała z Syrim i nie chciała mieć z nim nic wspólnego, ale to nie znaczy, że chce, żeby obściskiwał się w szafie z Meadowes! Ich gierki raniły ją przez cały poprzedni semestr i wciąż ciężko jej było się nim przyglądać. Musiała wydostać parę z tej szafy, nawet jeśli to oznaczało, że wypadnie z tego domu pomimo burzy i przetrząśnie całą Dolinę Godryka i okolice w poszukiwaniu Jamesa Pottera, osobę odpowiedzialną za to szaleństwo.
─ When I know I come back… on my knees someday! – zanuciła pijacko Hestia. Nie mogła dokończyć piosenki, bo wtedy właśnie potknęła sie o własne nogi i runęła jak długa na dywan, śmiejąc się maniakalnie.
Remus przerwał na chwilę pukanie w drzwi szafy i spojrzał na nią z niesmakiem. Mary uśmiechnęła się delikatnie. Jones z pewnością zrobi dzisiaj w takim stanie jakąś głupotę, a przyglądanie się ludzkiej ułomności od zawsze należało do ulubionych rozrywek McDonald.
─ Nic mi nie jest – wydukała Hestia, podnosząc się z podłogi. Whisky zaplamiło całą jej koszulkę.
─ Idź do łóżka – zaproponowała jej ze złośliwym uśmiechem Mary. Emma spojrzała na nią ze złością i szturchnęła lekko w ramię.
─ SYRI I DOR, MARY! – wybuchnęła, czując narastającą irytację. – Skupmy się na tym, dobrze?!
─ Nie otworzę ci tej szafy – wzruszyła ramionami. – Nie mam siedemnastu lat.
─ Marley ma – zauważyła rezolutnie Emma. – Ty jesteś mózgiem, a ona prawą ręką operacji. Powiedz, jak ich uwolnić, a ja po nią polecę.
Mary uśmiechnęła się złośliwie. Dobrze wiedziała, że akurat ta szafa padła w przeszłości ofiarą eksperymentów Setha Pottera przez co stała się odporna na magię. Belle kazała otworzyć ją tylko raz, kiedy zorientowała się, że w środku zostały jej ulubione kozaki. James wyłamał wtedy zamek.
Teraz, gdy w szafie nie było zamka na klucz, a została ona zatrzaśnięta i zamknęła się na amen przez skutek uboczny zaklęcia pana Pottera, można było ją otworzyć tylko w jeden sposób – wyważając drzwi. A póki co nie nudziła się tak bardzo, żeby kazać to zrobić.
Emmelina patrzała jej w oczy błagalnie przez kilka następnych sekund, ale szybko zorientowała się, że nic nie wskóra i z obrażoną miną wypadła z pokoju. Za nią potoczył się dźwięk skrzypiących schodów, z których zbiegała na dół, szukając tam szczęścia. Mary wywróciła oczami i, dla zabawy uwalniając trochę uroku wili, wróciła do wyglądania przez okno.
Kątem oka zauważyła, że Remus wrócił do walenia bezsensownie w drzwi, Peter posłał ku niej spojrzenie pełne uwielbienia, a Hestia wywróciła się jeszcze kilka razy, idąc za Emmeliną na dół.
─ Łapo, ale proszę cię, przestań!
─ TO. BYŁ. POTTER.
Och, tak! Mary chciałaby usłyszeć, co Jamie odpowiedziałby Blackowi, gdyby słyszał te wyssane z palca opowieści. Chyba nikt z mózgiem, no może oprócz Meadowes i Titanic, nie wierzył w to, że Potter kazał zamknąć go i Meadowes w szafie, najwyraźniej przekazując komunikaty przez mugolskie walkie-talkie ze sklepu monopolowego, gdzie zaszył się z Ev… zaraz, zaraz!
Dziewczyna natychmiast zeskoczyła z parapetu i podbiegła do szafy, popychając Lupina na ścianę. Gniew zaślepiał ją do tego stopnia, że byłaby w stanie wyrwać drzwiczki z wyważonym zamkiem gołymi rękami, tylko po to, by wydostać stamtąd Blacka i urwać mu głowę.
─ BLACK! – wrzasnęła. – COŚ TY ZROBIŁ?!
─ To. Był. Pott… eee! McDziwka? – zdumiał się Syriusz.
─ Nie, twoja matka! – warknęła, rozdrażniona. – Natychmiast wyśpiewaj mi wszystko, co wiesz o Jamesie, a dokładniej jego dzisiejszych zajęciach. Inaczej zrzucę tę szafę z okna, a WIESZ, że jestem w stanie to zrobić.
Syriusz zamilkł. Mary już chciała wezwać tu gromadkę pijanych chłopaków, którzy wspólnymi siłami byliby w stanie udźwignąć szafę, gdy nieoczekiwanie Meadowes odzyskała mowę:
─ POWIEDZ JEJ, BLACK!
Następnie z wnętrza szafy rozległ się jakiś niezidentyfikowany dźwięk, brzmiący nieco upiornie.
─ Założyliśmy się! On i Evans nie wrócą, jeśli nie wyjdę z tej szafy.
A więc tak się bawimy, panie Black? Mary zaczerwieniła się ze złości. Nie miała zamiaru dać się zaszantażować! To była jej broń! Za kogo ta kreatura się miała, że śmiała w ogóle jej zagrozić?! Odkaszlnęła głośno i z wściekłością wlepiła wzrok w Remusa Lupina, wpatrującego się w nią z lekkim zażenowaniem.
─ Proszę, idź do PIWNICY, gdzie pan Seth trzyma swoje mugolskie zabawki i przynieś mi PIŁĘ. NATYCHMIAST!
Zeszłoroczny Sylwester, ale zupełnie inna część Doliny Godryka
Syriusz może i nie był najbardziej odpowiedzialnym człowiekiem tego świata, dobrze – bądźmy tu szczerzy – nie kwalifikował się nawet do pierwszej setki, ale mógłby wysłać do podobnego rankingu swoje zgłoszenie, gdyby tylko naprawdę się postarał, na co nie miał ani czasu, ani ambicji. Osoby, które znały go lepiej, wiedziały, że Black urodził się z zainstalowanym włącznikiem i wyłącznikiem rozwagi, a swój tryb zmieniał tylko w wyniku potężnej i skutecznej prowokacji.
I to właśnie spotkało go po raz pierwszy w tym roku. W Sylwestra.
Przemierzając przez znajome uliczki Doliny Godryka, z każdym krokiem robił się coraz bardziej odpowiedzialny, a gdy już trafił na ulicę Abbota, przybrał nawet poważną minę. Okolica w jakiś zakręcony sposób przypominała mu Grimmauld Place i przypuszczał, że nawet gdyby chciał się rozluźnić, nie byłby w stanie.
Próg nowego domu DeVittów przekroczył tylko raz w życiu, szukając Jamesa. Nigdy nie przepadał za tą rodziną, zwykł nawet nazywać ich „kosmitami", bo w całym swoim życiu nie spotkał do tego stopnia konserwatywnych ludzi, którzy z nieznanych nikomu powodów, chcieli zgrywać wyluzowanych i nowoczesnych. Dobrze wiedział, że choć DeVittowie trzymali z van Weertami, Potterami czy Nassami, w głębi serca pragnęli eksterminacji wszystkich mugolaków gorliwiej niż wszyscy Blackowie w jego rodzie. Z tego co słyszał, pan DeVitt trafił nawet do Azkabanu za napaść na mugoli, a jego żona pijaczka tłukła własne dzieci.
Za Skye również nie przepadał, głównie dlatego, że nie należała do osób rozpoznawalnych, a raczej i jej uroda, i temperament, charakteryzowały się skrajną przeciętnością. James ją lubił i głównie dlatego Syriusz w ogóle zainteresował się, jak jej na imię, a gdyby nie to, Black na pewno nigdy nie dowiedziałby się o istnieniu kogoś takiego jak Skye DeVitt.
Kiedy wśród gęsto rozmieszczonych starych kamienic, znalazł tę, którą na własność wynajęła rodzina, o której mowa, musiał dać sobie kilka sekund, by zebrać się w sobie i zapukać do drzwi.
Rogacz na pewno nie byłby zadowolony z tego, że Syriusz tu przychodzi. Bądź co bądź od feralnego obozu w wakacje słowa nie zamienił z nikim, kto nie miał na nazwisko McDonald i był wtedy we Flers, a Skye w ogóle unikał jak ognia. Nawet z nim, Syriuszem, spędzał czas jak za karę. Gdyby dowiedział się, gdzie Black teraz się znajduje, niewykluczone, że kontakt między nimi zostałby doszczętnie zerwany. Z drugiej jednak strony James był jego najlepszym przyjacielem, a Łapa straciłby do siebie resztki szacunku, gdyby nie próbował wyciągnąć go z bagna, w które wpadł.
Zapukał. Po kilku chwilach usłyszała głośne kroki zza drzwi.
─ Szczęśliwego Nowego Roku – mruknęła Skye, wpuszczając go do sieni. Syriusz aż przetarł oczy na widok dziewczyny.
Minę miała mizerną, włosy rozczochrane i tłuste, a na siebie włożyła starą, dziurawą (ale nie w ciekawych miejscach) piżamę. Na policzkach i łydkach roiło się od zielono-fioletowych sińców, a przez usta i nos przechodziła długa, pionowa szrama.
─ Co… co z tobą? – wydukał, zdejmując buty. Skye wzruszyła ramionami, przecierając zmęczone oczy.
─ Dlaczego przyszedłeś? – mruknęła, bardziej do siebie, niż do niego. – Mówiłam już, że tego nie zrobię.
─ Miałem nadzieję, że zmienisz zdanie.
─ Nie zmienię.
Syriusz pokiwał głową. Nie mógł zaprzeczyć, że się tego spodziewał. Nieważne, jak bardzo Skye kochałaby się w Jamesie, raczej nie wydałaby własnego brata przed sądem, mimo że był niezaprzeczalnie winny. Nawet sam Łapa, chociaż nienawidził Regulusa tak mocno, jak tylko był w stanie, nie miał pewności, czy potrafiłby wystąpić przeciwko niemu i skazać go na Azkaban. Jeśli chodziłoby o ojca czy chociażby matkę, nie miałby podobnych skrupułów, ale do Regulusa czuł mimowolnie pewien sentyment, jakby podświadomość podpowiadała mu, że jego brat nie jest do końca stracony. Oczywiście, co innego jego głupio mądry brat, któremu zdaje się, że szkodzi, a naprawdę tego nie robi, a co innego Elijah DeVitt, ale pomimo tego Syriusz był w stanie częściowo zrozumieć Skye.
Co nie zmienia faktu, że spodziewał się po niej więcej.
─ Tu chodzi o niewinnych ludzi, Skye. Oni będą płacić za grzechy twojego brata, a…
─ On nic nie zrobił! – fuknęła dziewczyna, tupiąc nogą. – Nawet nie zna tego walniętego Deana!
Syriusz spojrzał w jej oczy ze zmęczeniem. Nie miał ochoty ani czasu, by wałkować ten temat po raz drugi. Wierzył w winę DeVittów, ewentualnie zamieszałby jeszcze Kenny' ego McDonalda, ale nie wierzył, że żaden z nich nie sprowadził Walkerów i tym samym przyczynił się do katastrofy.
Mierzyli się spojrzeniami przez jeszcze długi czas, a tę osobliwą wojnę, po wielu trudach i znojach, wygrał Syriusz. Skye, z nieukrywaną niechęcią, zaprosiła go do środka:
Dom DeVittów nie miał holu i z sieni wchodziło się bezpośrednio do bawialni. Pokój urządzono raczej skromnie, bo jedynymi meblami były dwa fotele, rozpadająca się kanapa i stolik na kawę. Prócz tego całe pomieszczenie siało pustką, a choć kamienica i dobytek DeVittów należał do naprawdę pokaźnych, Black przypuszczał, że reszta domu też tak wygląda. Możliwe też, że kryzys dopadł i osoby z największym wężem w kieszeni, skoro zaatakował rodziny tak dobrze usytuowane jak Potterowie czy Chamberlainowie.
Syriusz usiadł na jeden fotel, a Skye zajęła kanapę. W domu oprócz nich nie było nikogo.
─ Wiesz przecież, że bardzo żałuję Jamesa – mruknęła dziewczyna po kilku głębszych wdechach. – Ale on też nie jest niewinny. Przecież poniekąd faktycznie zaatakował wtedy Phila. ZAATAKOWAŁ WŁASNEGO KUZYNA.
─ Tu chodziło o tę dziewczynę – mruknął Syriusz, pamiętając, że w towarzystwie Skye nie wypada mówić o Serenie. ─ Znasz Jamesa – spojrzał na nią porozumiewawczo. – Robi wszystko, by uchronić tych, na których mu zależy, a jak już ktoś zajdzie mu za skórę… ─ pokręcił głową.
─ To dobry chłopak – potwierdziła Skye, mimo że ewidentnie ciężko jej było skleić pozytywne zdanie na jego temat. ─ Szalony, ale dobry – westchnęła ciężko.
Przez te wszystkie westchnięcia i smutne uśmiechy, dziewczyna sprawiła, że Syriuszowi zrobio się jej żal. Wciąż była tak beznadziejnie zadurzona w Rogasiu i wciąż tak beznadziejnie liczyła na to, ż e on to dostrzeże…
Pomimo Sereny, Mary, Lily Evans i wszystkich tych innych dziewczyn, które dla Jamesa były czymś więcej niż zwykłymi zabawkami, Syriusz skłaniał się do powiedzenia, że jego związek ze Skye wychodził i wyszedłby mu na dobre, gdyby do niego wrócił. Wśród tych wszystkich egocentrycznych i nieźle kopniętych niewiast, DeVitt prezentowała się najlepiej, bo ani nie była wilą, ani manipulantką, ani histeryczką, ani maniakalną feministką. Zgoda, tych dwoje pasowało do siebie jak pięść do nosa, ale przynajmniej nie podżegali się do żałosnych występków, a Skye potrafiła trzymać Jamesa w karbach.
Szkoda, że jego przyjaciel nigdy do tej pory nie pomyślał, co byłoby dla niego dobre.
─ Seth nie zmienił zdania? – spytała nagle Skye, którą wreszcie przejął los swojego byłego chłopaka.
─ Potterowie wyrazili się na ten temat dość jasno.
Zapadło milczenie. DeVitt przetarła dłonią twarz, szukając złotego środka w tej całej sytuacji. Nie chciała, żeby James miał kłopoty, ale też nie mogła zeznawać przed Wizetgamotem przeciwko swojemu rodzonemu bratu, który tym razem naprawdę nie zawinił! Włoski na szyi zjeżyły jej się, gdy doszła do brutalnego rozwiązania.
Syriusz zauważył wyraźną zmianę w jej zachowaniu. Znał dobrze charakter dziewczyny i wiedział, że zdesperowana – podobnie jak James – jest w stanie wymyślić coś tak przebiegłego, że mogłaby przechytrzyć mistrza zbrodni – samą Mary McDonald… zaraz, zaraz! Czy właśnie nie tak najskuteczniej ją sprowokuje?
─ On… martwię się o niego – zająknął się Syriusz, oblizując nerwowo wargi. – Teraz, kiedy spotyka się z Mary McDonald… ─ pokręcił głową ─ najbardziej pojebaną osobą na świecie…
Skye kiwnęła głową, wciąż zamyślona.
─ Boję się, gdzie zajdzie ta ich relacja – drążył. – Z Jamesem jest gorzej i gorzej z dnia na dzień, a Mary ma dar do psucia ludzi… Zresztą to chyba domena McDonaldów, nie zgodzisz się?
─ Brat Mary będzie odpowiadał przed sądem, prawda? – odezwała się wreszcie, szczerze roztrzęsionym głosem. – Kenny. Rowle' owie nie zdołają go z tego wyciągnąć bez szwanku.
─ Jest z nim bardzo źle – potwierdził. – Od wyjazdu Sereny Marceau nieustannie robi coś głupiego.
Wzmianka o Serenie wyraźnie zabolała Skye do żywego, ale na jej twarzy pojawiła się charakterystyczna zmarszczka, świadcząca o jej determinacji. Wpadła na coś! Znalazła rozwiązanie!
Dziewczyna przygryzła dolną wargę, ale zmarszczka nie opuszczała jej czoła. Syriusz nie odzywał się przez ładne parę minut, pewny, że DeVitt jest sprowokowana wystarczająco, by zrobić coś obrzydliwie skutecznego.
─ Mówiłeś, że Belle i Seth są skłonni zrobić wszystko, byle uchronić Jamesa, prawda? – spytała, wlepiając swoje wielkie, brązowe oczy prosto w niego.
Syriusz zmarszczył brwi, ale pokiwał głową. Nie wątpił, że Potterowie nie cofną się przed niczym, byle tylko dopomóc swojemu jedynemu synowi. Skye uśmiechnęła się niepewnie.
─ Nawet pogrążą kogoś niewinnego?
Black zamrugał. Czy Skye zgodziła się w końcu zeznawać przeciw bratu? Czy posunęłaby się do czegoś takiego? Może. Ale w takim razie po co mieszała do tego Setha i Belle?
Dziewczyna wpatrywała się w niego z oczekiwaniem, ale chłopak pokręcił głową na znak, że nie rozumie. DeVitt ponownie przygryzła dolną wargę.
─ Pomyśl, Syriuszu – kto oprócz Jamesa, mojego brata albo Kenny' ego, którego nie ma co w to mieszać, bo i tak już ma wyrok, mógłby chcieć śmierci Phila van Weerta? Kto przez niego musiał wyjechać z Francji? Kto został zmuszony do poślubienia go? Kto był przez niego tak źle traktowany?
Syriusz wydał z siebie zduszony okrzyk. Zrozumiał. Tylko jedna osoba mogła mieć jak James albo dwójka ćpunów-starszych braci, jakikolwiek motyw do usunięcia siostrzeńca Belle z powierzchni ziemi. May, ze względu na to, że jest niepoczytalna i…
…i Serena Marceau.
Skye chciała pogrążyć Serenę Marceau.
─ Przekonać Potterów to pestka, van Weertowie też pewnie kupią tę wersję… chyba nawet McDonaldowie mogą nam pomóc, w końcu Mary JEJ NIENAWIDZI.
─ Ale te wszystkie koligacje między nimi mogą przeszkadzać – pokręciła głową Skye. – Kenny i pani N. jej nie wydadzą… możemy jednak uzyskać poparcie Rowle' ów, a oni jakoś już to popchną.
Syriusz pokiwał głową.
─ James w życiu się na to nie zgodzi.
─ Nie będzie wiedział – prychnęła Skye. – Zorganizujemy wszystko w tajemnicy, nie mówiąc nic Nassom ani Jamesowi.
Łapa syknął. Miał wrażenie, że znalazł się w kropce, bo żadne rozwiązanie nie byłoby doskonałe. Obarczenie Sereny z pewnością by poskutkowało, a przeciw niej zwrócone było tak wiele osób, że bez problemów znalazłoby się świadków. Jeśliby pogrążyliby ją, nie dość, że James z oskarżonego stałby się ofiarą, to jeszcze van Weertowie przestaliby odcinać Potterów od pieniędzy i znalazłyby się pieniądze na pomoc dla May.
Z drugiej strony Serena nic nie zrobiła, a w dodatku była w ciąży. Mimo tych wszystkich nieporozumień, Marceau i on się przyjaźnili, a wkręcenie ją w zabójstwo jej własnego narzeczonego, byłoby po prostu wstrętne.
Ale czy nie byłoby mniejszym złem? W końcu James jest niewinny, a prawdziwe przyczyny zgonu Phila van Weerta są tak niewiarygodne, że Wizetgamot w życiu by ich nie kupił. Pogrążając Serenę, nie dość, że uratowałby najlepszego kumpla, to jeszcze pomógł rodzinie, która zapewniła mu dach nad głową…
─ James nabierze podejrzeń – westchnął ciężko. – Jeśli nie dojdzie do rozprawy, zacznie się pytać, co się stało. Musimy zaaranżować, że zaaresztowano kogoś innego.
─ Nie tyle, co zaaresztowano, ale wykupiono – zaoponowała Skye. – Przecież wiesz, jak wygląda czarodziejskie prawo. Wygrywa albo czystokrwisty albo z pełną kieszenią.
─ Ktoś, kto przekupiłby sędziego musiałby być kilkanaście razy bogatszy od van Weertów. Jedyną osobą, która ma takie wpływy jestem ja albo mój brat. Ja odpadam, bo zostałem wydziedziczony, a Regulusa w to nie wmieszamy.
Skye roześmiała się.
─ Jest jeszcze jedna rodzina, która bogactwem prawie dorównuje Blackom, i która nienawidzi Sereny tak bardzo, że byłaby w stanie wszystko zaaranżować. Wiesz, nie wstydziliby się wystawić kogoś, kto w mniemaniu Jamesa i Mary zostałby odkupiony…
─ Kto?
─ Mówi ci coś nazwisko Rowle? A dokładniej Angelo?
ok. 23.30
Dorcas nie twierdziła, że połączenie woni naftaliny, piżma i bergamoty od początku nie przyprawiało jej o nieprzyjemne zawrotu głowy, ale po kilku minutach wdychania tego zapachu w klaustrofobicznej szafie, w której mieściła się ledwo ona, Syriusz i parę garsonek; doszła do wniosku, że ten odór już wydał na niej wyrok śmierci. Z nim – i z Blackiem – dłużej już nie pociągnie. Oparła głowę o wewnętrzną ścianę szafy, przymknęła powieki (nie tak mocno, jakby robiła to ze strachu, ani nie tak lekko, jakby zasypiała) i rozluźniła mięśnie, mając nadzieję, że wygląda przynajmniej w połowie tak wzruszająco, jak Elaine z Shalott, o której legendę czytała dwa dni temu, gdy podebrała panu Ethanowi zbiór legend arturiańskich. Nawet rozpuściła włosy od tak, dla klimatu.
Gdyby Dorcas przygotowywała tę stylizację, żeby nacieszyć patrzałki Blacka – co, oczywiście, nawet jej przez myśl nie przeszło – powinna liczyć się z tym, że Syriusz w tych egipskich ciemnościach ledwo widział własne palce, aco dopiero jej pozę do umierania. Całe szczęście, że nie o to jej chodziło! Przecież Łapa nawet po kilku godzinach by nie zauważył całego przedstawienia, a ona zawracałaby sobie tylko niepotrzebnie głowę tym, czy spojrzał i teraz rozpływa się w istocie jej urody, czy jednak zerknął i zostawił to bez komentarza (nawet tamta Dorcas nie przypuszczałaby, że może nie spojrzeć w ogóle). Podobne kłopotanie zepsułoby cały ten romantyczny nastrój.
Dorcas więc leżała, konając na wewnętrznej ścianie szafy (i wsłuchując się w piękną symfonię wirtuoza strzelania gumką o nadgarstek, czyli Syriusza Blacka we własnej osobie), oczywiście myśląc jedynie o Lancelocie, Camelot i umieraniu, a NIE o jej towarzyszu. A incydent, gdy szturchnęła go nogą o plecy, jakby chciała żeby na nią zerknął, był tylko i wyłącznie przypadkiem.
─ Chcesz czegoś, Meadowes? – spytał z rozdrażnieniem Syriusz, wracając do strzelania z gumki.
─ Nie – prychnęła Dor. – Kopnęłam cię przypadkiem i przepraszam – przyznała, jak było w rzeczy samej.
Wcale nie chciała, żeby na nią spoglądał, mimo że wyglądała równie pięknie jak Elaine i podobnie jak ona z każdym jardem dalej od Shalott słabła, tak Dor słabła z każdym wdechem naftaliny, piżma i bergamoty (co, natebene, było najfatalniejszym zapachem wody kolońskiej na świecie, a lawendzie i bergamocie wcale nie zdarzało się mieć pewnej nuty zapachowej w jej odsłonie tego pachnidła, które Lily nazywała Amortencją). Ona skończyła z Blackiem. Nic dla niej nie znaczył. W ogóle.
Syriusz strzelił z gumki.
Black jest żałosnym babiarzem. Casanovą. Don Juanem. Męską dziwką. Tak, właśnie.
Strzał z gumki.
I wcale nie jest taki przystojny! Ma paskudne włosy. Czarne. Jakieś dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa ma taki kolor włosów. Nic takiego. A fryzura? Niby ma wyglądać nonszalancko, a naprawdę prezentuje się tak śmiesznie, jakby zrobił sobie trwałą. Black prawdopodobnie nie myje również włosów, bo są one prawie tak tłuste jak te Snape' a. Dokładnie!
Strzał z gumki.
Już w ogóle nie warto marnować czasu na debaty o jego beznadziejnym charakterze. Evansówna miała rację – i Potter, i Black mają umysły góra czterolatków. Myślenie o nich w romantyczny sposób byłoby pedofilią.
Strzał z gumki.
A poza tym wieje od niego nudą. Jego poczucie humoru wcale nie jest błyskotliwe, a raczej… żałosne.
Strzał z gumki.
Dorcas mogła przysiąc, że na świecie nie istnieje równie irytujący dźwięk.
Strzał, strzał, strzał…
Gumka, gumka, gumka…
─ Przestań! – wykrzyknęła w nagłym przypływie irytacji. – Skoro i tak przyjdzie nam umierać w tym piekle, to chociaż spraw, żeby ostatnie minuty mojego życia nie były przepełnione tym… tym… – wycedziła, czując, że zaraz się rozpłacze. Ostatni czasy stała się taka emocjonalna!
Syriusz nie skomentował jej teorii o niechybnym końcu ich egzystencji, ale klasnął z uciechy i intuicyjnie przysunął się do niej tak, że zderzyli się nosami.
─ Skoro i tak przyjdzie nam umierać, lepiej zadbajmy o aktywne spożytkowanie naszych ostatnich minut – szepnął, pochylając się nad nią.
Ciężka woń bergamoty o mało nie zwaliła jej z nóg (o ile w ogóle mogła zwalić ją z nóg, biorąc pod uwagę fakt, że leżała na dnie zamkniętej szafy). Usta jej i Syriusza zetknęły się, ale Black nawet nie musnął jej warg, najwyraźniej oczekując, że to ona przejmie inicjatywę. Dor wyrwała się z jego objęć.
─ Jesteś pijany – zauważyła, kręcąc głową. – Strasznie śmierdzisz.
Syriusz wymamrotał coś pod nosem w stylu „no i co?", ale odsunął się na „bezpieczną" odległość, a raczej na tyle bezpieczną, na ile Dorcas mogła się zorientować w środku ciemnej, ciasnej szafy.
Dorcas, szczerze zaskoczona, że obyło się bez targowania, proszenia, grożenia czy nawet interwencji fizycznej, zdecydowała się na odważny ruch – a mianowicie, na kontynuowanie rozmowy.
Prawdopodobnie po takim wstrząsie, jakim było zamknięcie w szafie z Blackiem, przeszła już niedowierzanie, zaprzeczanie, targowanie się czy też depresję. Przyszedł moment na akceptację. I stawienie czoła problemowi. A ponieważ same okoliczności były specyficzne, w identyczny sposób Dorcas rozpoczęła rozmowę:
─ Lily i James chyba jeszcze nie wrócili z wyprawy alkoholowej – zauważyła. Ze zdumieniem odnotowała, że Black uśmiecha się cwaniacko. – Wiesz… chyba Lily przyszłaby tu i zrobiła coś, by mi POMÓC. Chociażby KRZYCZĄC. W tym nie ma sobie równych…
Syriusz nie podjął tematu, co było dziwne, bo zwykle miał nastrój na obgadywanie Lily Evans.
Dorcas spróbowała jeszcze raz:
─ I chyba byśmy to usłyszeli. Jej krzyk, znaczy się. Wiesz… CIĘŻKO tego nie usłyszeć.
─ Nawet wrzask Evans nie dosłyszysz tu z Manchesteru.
─ CO?! – wykrzyknęła, wytrzeszczając oczy. ─ Czekaj… ─ zadumała się, przypominając sobie o pewnej sytuacji sprzed kilkunastu minut. ─ O TO CHODZIŁO CI, kiedy powiedziałeś Mary, że James nie wróci, jeśli nas nie wypuści? Myślałam, że ściemniasz!
Nie mieściło jej się w głowie, że Syriusz mógłby gdzieś uprowadzić swojego najlepszego kumpla i Lily, zwłaszcza, że praktycznie nie miał ku temu okazji. Dorcas odtworzyła w pamięci całą dzisiejszą imprezę: przez pierwszą godzinę stale obserwowała Blacka, z obawy, że może się do niej zbliżyć. Tańczyli. Pokłócili się o coś kompletnie bez sensu, a Meadowes zamknęła się z paroma innymi wyrzutkami w klitce singli i właśnie wtedy chłopak zniknął jej z oczu. Ile czasu minęło, nim wrócił tu z Hestią i innymi, żeby zagrać w siedem minut w niebie? Góra godzina? A może więcej? Zresztą, nieważne. Liczy się to, że podczas tej „godziny" zdążył nieźle się napić, znaleźć Lily i Jamesa, gdzieś ich zamknąć, wrócić, i jeszcze wejść z nią do szafy, z której nie ma wyjścia. Żeby zdążyć zrobić to wszystko, musiał mieć naprawdę zawrotne tempo, a Dor śmiała wątpić, że Syriuszowi chciałoby się tak latać tam i z powrotem. No chyba, że…
ZAKŁAD! Czy to nie jest to, co powiedział Mary – że on i James się założyli? Ale o co dokładnie…? Syriusz zatrzymał Lily i Rogacza gdzieś w Manchesterze, a on zamknął ją i Łapę w szafie? Chcieli zaaranżować scenerię do potencjalnej schadzki, czy co?
Chociaż nie widziała głowy, ani tym bardziej oczu Syriusza, czuła, że wlepia on w nią swoje spojrzenie.
─ Dobrze… jestem oficjalnie zaciekawiona – przyznała, przełykając głośno ślinę. ─ Co zrobiłeś Lily i Jamesowi?
Syriusz nachylił się nad nią tak, że choć wciąż go nie widziała, czuła jego oddech na swoim czole, a zapach piżma i bergamoty stał się tak intensywny, że Dor zakręciło się w głowie.
─ Zostawiłem ich samych na szczycie diabelskiego młyna.
Diabelskiego młyna… diabelskiego młyna… Ach! Tej wielkiej karuzeli, w kształcie koła, do której przyczepione są siedzenia! Diabelski młyn widziała kiedyś, kiedy z Lily odwiedzała jej rodzinę we Włoszech, a młodszy kuzyn Evans błagał je praktycznie na kolanach, żeby wybrały się z nim do wesołego miasteczka, na młyńskie koło.
Zostawił ich na samym szczycie… OCH!
─ W sensie… TAK NAD ZIEMIĄ? – wydukała Dorcas, mrugając kilkakrotnie.
─ Taa…
─ Ona cię zabije.
─ Zapewne.
Mimo że temat zszedł na bolesną i przedwczesną śmierć Syriusza, chłopak nie wydawał się być przerażony, a wręcz dumny ze swojego wyczynu. Dorcas obiecała sobie w duchu, że jeśli zrobi on dzisiaj w stosunku do niej coś głupiego, to pomoże Lily w krwawej masakrze.
─ Też byś zabiła Jamesa, gdybyś przez niego utknęła ze mną na karuzeli?
Krew lałaby się strumieniami…, pomyślała.
─ Nie wiem – skłamała, by nie wyjść na spragnioną śmierci sadystkę.
─ To co byś zrobiła, gdybyś to ty wylądowała ze mną na karuzeli?
─ Chyba bym zeskoczyła.
─ Tak?
─ No.
Syriusz zadumał się. W jego oczach odbijało się rozbawienie, więc Dor poczuła, że zalewa ją fala niepewności. Przygryzła dolną wargę, przygotowując się na najgorsze.
─ A co byś zrobiła, gdybym utknął na karuzeli z EMMELINĄ? – padło pytanie, nie przerażające, jednak poniżej pasa.
Meadowes zamrugała. Przed oczami śmignął jej obraz Syriusza i Emmy, wiszących kilkanaście stóp nad ziemią, kiedy w tle wybuchają fajerwerki. Dziwna chęć mordu ponownie do niej wróciła.
─ Naprawdę chcesz, żebym powiedziała? ─ spytała, poprawiając nerwowo włosy. ─ Wiesz, jak już się rozmarzę, to tak na całość.
─ A więc tak to wygląda, piękna? Nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego, jednak wciąż wkurzasz się o Titanic?
─ Nie wkurzam się o Titanic! – warknęła, czując, że różowieje. ─ To na ciebie jestem zła, bo porzuciłeś moją przyjaciółkę na szczycie diabelskiego młyna!
─ Och, nie bądź taka dramatyczna.
Dorcas prychnęła głośno. Zapanowało milczenie, które zostało przerwane tym razem przez Blacka:
─ Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle myślisz, że ja sam chciałbym być na szczycie karuzeli z Tiatnic.
─ Bo była twoją dziewczyną! – syknęła, nie panując nad swoim gniewem. – A poza tym, tak się składa, że ZOSTAŁA MISS CZAROWNICY!
─ Emmelina – prychnął, jakby imię tej dziewczyny było jakąś okropną obelgą. – Gdzie jej tam do ciebie.
Dorcas przełknęła głośno ślinę. Ciężko jej było zachować resztki samokontroli, kiedy Syriusz Black – nieważne czy trzeźwy czy nie – mówił takie rzeczy. Gniew gdzieś wyparował, a zastąpiło go słodkie, naiwne uczucie, które, choć Dorcas wiedziała, że było zwykłym skutkiem kolejnej gierki Blacka, naprawdę poprawiło jej humor. Zniknęły nawet jej wizje własnej śmierci.
─ Mówisz tak tylko dlatego, że chcesz wygrać zakład – pisnęła, czując, że bardziej czerwoną już być nie może. Syriusz chyba zorientował się, że przyśpieszył jej bicie serca, bo zachichotał.
─ Chemia – podsumował.
– Sugerujesz, że to moja wina? – wydukała biedna Dorcas, która do reszty straciła już samokontrolę.
─ Tak. To twoja wina, że się we mnie zakochałaś.
Meadowes już miała udowodnić Blackowi, kto tu jest w kim zakochany, gdzie nieoczekiwanie usłyszała dziwny trzask, a snob jasnego światła przeniknął do wnętrza szafy, a raczej tego, co z niej zostało.
Mary McDonald wycięła, wedle obietnicy, drzwi od szafy z miną godną uciekinierki z oddziału zamkniętego Szpitala św. Munga.
0.00
Peter Pettigrew mógł z ręką na sercu powiedzieć, że bawił się dobrze, ale z równym przekonaniem również zaręczyć, że inaczej wyobrażał sobie swoją rolę na tej imprezie. Zwykle wpadał na wszystkie przyjęcia, o których wiedział, chociaż w przeciwieństwie do swoich najlepszych przyjaciół nigdy nie był na nich zbytnio widoczny. Ot co, znikał w tłumie niepopularnej warstwy społecznej.
Z początku nie miał z tym problemu – od dziecka zadowalał się własnym towarzystwem, zwłaszcza, że ani nie miał rodzeństwa, ani jego rodzice specjalnie się nim nie interesowali. Oboje byli bardzo zapracowani, cały zbierający się stres z Ministerstwa wyładowywali w domu, najczęściej na nim. Mieszkał w Manchesterze, a jedyni sąsiedzi w podobnym do niego wieku, jakich miał, to Greengrassi, niezbyt przyjaźni i raczej mało towarzyscy czy chociażby komunikatywni (Peter wciąż wątpił, że Martha i Jared potrafią czytać), a więc nie było mowy, że to oni rozjaśnialiby jałowe dni jego dzieciństwa. Peter w swoim pokoju zawiesił nawet kalendarz, w którym odliczał lata, miesiące i dni (a nawet – kiedy chciał poćwiczyć rachunki i akurat nie miał nic ciekawszego do roboty – godziny i minuty), kiedy odjedzie z całym pociągiem innych, zagubionych, samotnych odludków do Hogwartu – domu takich osób.
Jego rodzice niezbyt cieszyli się, kiedy otrzymał list z Hogwartu – ich stan można najlepiej opisać uczuciem ulgi – w końcu odpowiedzialność za Petera, producenta wszelakich kłopotów, na calutkie dziesięć miesięcy spadnie na Dumbledore' a, a oni, wielce poważni ludzie będą mogli skupić się na równie poważnych rzeczach jak narzekanie na chlebodawców czy przypalanie puddingu świątecznego.
Nigdy nie zapomni pierwszego września siedemdziesiątego pierwszego. Był to dzień, który zamknął pierwszy, nieciekawy rozdział jego życia i otworzył wrota do nowego, wspaniałego świata. Wtedy spotkał swoich przyjaciół, którzy – tak jak się spodziewał – byli zagubieni, samotni i lekko dziwni.
On – zamknięty w sobie samotnik. Remus – wilkołak, nie potrafiący zaakceptować samego siebie. Syriusz – odrzucony przez patologiczną rodzinę, zapalczywy buntownik. A nawet James – lekko rozpieszczony, enigmatyczny chłopak, ze skłonnością do rozładowywania swoich problemów poprzez ataki na słabszych albo Ślizgonów. W pojedynkę zapewne zostaliby zagubionymi, samotnymi i lekko dziwnymi dzieciakami, takimi, którzy mogą tkwić w niepopularnej warstwie społecznej, ale razem stali się istną anomalią – lubianymi, cieszącymi się powodzeniem, ale WCIĄŻ lekko dziwnymi przyjaciółmi. Przyjaźń – to to, co ich połączyło. To na tym zbudowali swój wizerunek.
Przez pierwsze lata Peter nawet nie zastanawiał się, jak wyglądają ich relacje, za bardzo cieszył się, że znalazł prawdziwych druhów, osoby, w które wierzył i które – jak mu się zdawało – w niego wierzyły. Rozpierała go duma, że jest ćwiartką Huncwotów, grupy z potencjałem na największą legendę szkoły. Dopiero niedawno zaobserwował pewne pęknięcia w ich znajomości.
Po pierwsze – Peter wciąż był bardziej zagubiony, samotny i dziwny niż popularny i cieszący się powodzeniem.
Po drugie – chociaż w teorii był tą ćwiartką najpopularniejszej grupy Hogwartu, to w sumie nikt go wciąż nie znał z imienia.
Po trzecie – nawet jego przyjaciele traktowali go pobłażliwie, jak mniej ważnego, mało interesującego czy w ogóle upośledzonego. Na tyle nieważnego, że aż można całować się z jego dziewczyną.
Dobrze – to prawda, że okazało się, iż Jo jest lekko… zdemoralizowana. Prawdą jest również, że podobne sytuacje zdarzały się MILIARDY razy pomiędzy Jamesem a Syriuszem, ale warto zaznaczyć, że podkradali sobie oni dziewczyny dla zwykłego przekonania, a te panny nic dla nich nie znaczyły. On poczuł się urażony, zwłaszcza, że w przeszłości miewał mało dziewczyn (a przyznawał to, pomimo iż był osobą, która zaraziła cały Hogwart mononukleozą)., a żadna… no, żadna nie trzymała takiego poziomu jak Prewett. A Rogacz po fakcie dokonanym zachował się jakby nic się nie stało.
Ale niech będzie. Było, minęło. Peter nie miał ochoty marnować czasu i teraz do tego wracać.
Dlatego właśnie Pettigrew, przyzwyczajony do tego, że jest mniej znaczącym przyjacielem dla Jamesa czy Syriusza, przypuszczał, że przyjdzie mu znowu zbierać od kogoś jakieś zakłady albo sprzedawać alkohol za szalone sumy, kiedy go już zabraknie. Wtedy naprawdę można było dużo zarobić.
Nie. Odnalazł się w zupełnie nowej, NIESPOTYKANEJ dotąd roli.
─ Poważnie? ─ zarechotała Greta po wysłuchaniu kolejnej historii o tym, co on, Syriusz i James robili na swoich pamiętnych szlabanach u Slughorna. ─ I on się… on się nie domyślił?
─ Nie sądzę – potaknął Pettigrew, śmiertelnie poważnie. – Następnego dnia nawet podziękował nam za tak uroczy prezent.
Całe zgromadzone wokół niego towarzystwo równocześnie zakryło dłonią usta.
Słuchało ono już następnej przygody słynnych Huncwotów i najwyraźniej czuło się z tym bardzo dobrze. Peter rozumiał swoich kolegów – on i jego przyjaciele często zachwycali Hogwart swoimi wybornymi kawałami, a większość z nich owiana była pewną tajemnicą. Do tej pory ich koledzy zadawali sobie pytanie, jakim cudem udało im się wpuścić do szkoły żywego lwa czy przerobić na tykającą bombę w Święto Duchów dynię, spoczywającą na stole Ślizgonów w Wielkiej Sali. Teraz mieli szansę uzyskać odpowiedź.
A ludzie uwielbiają uczucie, kiedy rzeczy dotychczas niewytłumaczalne zaczynają się robić proste, realne i możliwe dla nich do zrealizowania, nawet jeśli mają zaraz potem o nich zapomnieć.
Lecz jeszcze milszym od tamtego uczucia jest pewność, że ktoś słucha cię z uwagą i że stałeś się choć na parę sekund naprawdę ważny, nawet jeśli natychmiast po zdradzeniu sekretu wracasz do niepopularnej warstwy społecznej złożonej z samotnych, zagubionych i dziwnych dzieciaków.
A Peter czuł podobną ważność przez prawie cały wieczór. I było mu miło.
Zabawa skończyła się, kiedy Mary w przypływie szału z pomocą Chrisa Wooda wyważyła drzwi szafy, uwalniając Syriusza i Dorcas od niechybnej śmierci. Można by uznać to za nawet wspaniałomyślne, gdyby nie to, że natychmiast potem dostała białej gorączki i krzyczała do Blacka (a może Meadowes?) coś, co nikt oprócz jej samej nie rozumiał. Taka sensacja zaintrygowała prawie wszystkich jego słuchaczy nawet bardziej niż opowieść o dziwnej chorobie profesora Slughorna na trzecim roku.
Prawie wszystkich, bo została przy nim Greta.
Naprawdę lubił tę dziewczynę, mimo że nie była zbytnio ładna czy mądra. Miała w sobie dużo pokory. I starała się pozostać miłą i przyjazną w każdej sytuacji. Rzadka cecha we współczesnym świecie.
─ NIE ROZUMIESZ PO AGIELSKU?! – awanturowała się Mary, biegając za Syriuszem, który prowokacyjnie zasłaniał uszy dłońmi. – ILE MAM JESZCZE PYTAĆ – GDZIE. ON. JEST?!
─ Rogaś jest zajęty – podniósł ręce Black w obronnym geście. – Nic nie poradzę na to, że ONA też ma swoich znajomych.
─ Ale jakich znajomych, BLACK! – wrzeszczała, wymachując ramionami. Przypominała w tej chwili Evans jak nigdy wcześniej. – Kto w ogóle przyprowadził tu tę gówniarę? Nie zapraszałam jej!
─ Ja też – uciął Syriusz i zastukał w swój kieliszek. ─ Dwie minuty do północy, młodzieży! Puszczamy hit roku!
Z tymi słowami podkręcił odbiornik radiowy i rozległa się głośna, energiczna muzyka. Tak głośna, że nie było słychać nawet McDonald i jej pretensji.
Zauważył, że prawie wszyscy ruszyli w tany, łącząc się w pary, trójki, a nawet prymitywne kółeczka, więc – w nagłym przypływie odwagi – chwycił Gretę za rękę i zaciągnął na sam środek „parkietu".
Dziewczyna poróżowiała jak piwonia, mamrocząc pod nosem, że nie umie tańczyć. Peterowi zbytnio to nie przeszkadzało – on sam również nie wiódł prymu w tej dziedzinie.
Syriuszowi hit roku okazał się wolnym kawałkiem. Peter szczerze mówiąc nigdy go nie słyszał, ale podejrzewał, że to niemagiczni muzyka, bo Potterowie, jako najwięksi fani mugoli, jakich znał, pewnie mieli w swoim domu tylko takie radio. Serce praktycznie mu stanęło, kiedy poczuł, że Greta wplata dłonie w jego włosy.
Kołysali się powoli, w rytm muzyki, dopóki ktoś z tłumu pijacko nie wrzasnął:
─ DZIESIĘĆ!
Kątem oka zauważył Syriusza, który już przy „DZIEWIĘĆ!" rozpoczął długi, francuski pocałunek z Dorcas. Kilkanaście par, w tym Hestia z jakimś chłopakiem, którego nie mógł rozpoznać, poszło w jego ślady.
Greta oblizała nerwowo wargi, w tłumie wyłapując swoją puchońską koleżankę, która przyległa do pewnego chłopaka. Chyba czuła takie same skrępowanie, jak Peter, który myślał o teraźniejszych doznaniach swoich przyjaciół.
Żadne z nich specjalnie się nad tym nie zastanawiało, tak po prostu wyszło. Pół pokoju nagle zastygło w pocałunku, a strzała Amora przeszywała kolejne i kolejne pary. Fala namiętności zarażała wszystkich po kolei, nie omijając Grety i Petera.
W oknie pojawiły się fajerwerki.
0.00
Marlena nie miała pojęcia, jakim cudem przetrzymała przez całą tę imprezę. Siedziała raczej na uboczu i kiedy podchodzili do niej podpici znajomi, uśmiechała się nieśmiało, ale w duchu obiecywała sobie, że do końca życia będzie wypominać im (zwłaszcza Hestii) niektóre incydenty z tej nocy.
Jej zdaniem koniec roku powinno spędzić się hucznie, aczkolwiek na tyle, by zachować trzeźwość i pamięć. Nie widziała sensu w dobrej zabawie i miłych chwilach w przypadku, gdy następnego dnia już nic się nie pamięta. Ona sama wolała do sylwestrowej nocy wracać przez następne trzysta sześćdziesiąt pięć dni, czego wielu z gości domu Potterów zwyczajnie nie będzie w stanie zrobić.
Bree gdzieś zniknęła. Odtańczyła kilka tańców z Remusem, rozmawiając z nim o czymś bardzo żywiołowo, aż w końcu podziękowała, podeszła do Marley i spytała, czy nie miałaby ochoty na poncz.
─ Nie, dzięki – odpowiedziała wtedy Marley i właśnie od tego momentu ślad po jej kuzynce zaginął.
Parę razy podbiegła do niej Mary McDonald, wykrzykując coś o niej i nieświadomie przeklinając Marlenę (mówiła o niej per TEN SKOŃCZONY IDIOTA!), za to, że zaprosiła Bree na tę imprezę, ale Marley szczerze powiedziawszy nie miała ochoty dowiadywać się, o co jej chodzi.
Kiedy Remus i Mary wrócili z jakimś dziwnym mugolskim sprzętem i zaczęli mocować się ze starą szafą, trochę się zaciekawiła, ale potem, kiedy po wyjściu Syriusz kompletnie zignorował rudowłosą wilę, stwierdziła, że nie stanie się już nic godnego uwagi.
Jak bardzo się myliła!
─ Mogę prosić? – usłyszała znajomy głos, należący do bladego jak kreda blondyna. Remus Lupin, we własnej osobie, wyciągał teraz doń rękę, po tym, jak przez całą imprezę kompletnie ją ignorował. Marlena przełknęła głośno ślinę i spojrzała na niego z zaskoczeniem.
─ Do tańca?
─ Do czego chcesz – odparł i uśmiechnął się jeszcze milej. Marley przygryzła nerwowo wargę, ale ujęła jego dłoń i dała poprowadzić się na środek pokoju, niedawnej klitki singli. Ciekawiło ją, co Remus może od niej chcieć.
Kołysali się w rytm muzyki przez jakąś minutę, podczas której w Marlenie zaczęła wzrastać dojmująca irytacja. Nienawidziła owijania w bawełnę, zwłaszcza, gdy chodziło o Lupina. Wolała odbyć rozmowę o Gii i swojej orientacji teraz, kilkadziesiąt sekund przed północą niż po pół roku wzajemnego unikania się.
─ Dobrze, wiem, że to ciężki temat, ale wolę mieć już go z głowy – jeśli chodzi o Gię…
─ Jaką Gię? – zmarszczył brwi Remus. Marlena spojrzała na niego sceptycznie.
To nie było w jego stylu, żeby tak ewidentnie się z nią drażnić. Mógł się wściekać, w porządku, na jego miejscu Marlena też by się wściekała, ale na gacie Marlina, po co zgrywać głupiego?!
─ Dobrze, może wciśniesz wielki włącznik na swoim mózgu i przypomnisz sobie recenzję mojego debiutu, który przekazał ci Syriusz, dobra, bo…
─ Jakiego znowu debiutu?! – powtórzył pytanie, wciąż tak samo skonsternowany. Marlena wytrzeszczyła oczy.
─ No… tego, na kotylionie…
─ Od kiedy jeździsz na kotyliony? – zdumiał się. Zaraz po jego pytaniu ktoś głośno wrzasnął: OSIEM!
Marlena zaniemówiła.
Nie wiedział nic o kotylionie.
Nie wiedział o jej debiucie.
Nie wiedział o Gii Davis.
Syriusz Black milczał.
Miała ochotę wyrwać się teraz z objęć Lupina, podbiec do Łapy, odepchnąć od niego Dor, i dać mu długiego, siarczystego buziaka. MILCZAŁ! NAPRAWDĘ MILCZAŁ!
Roześmiała się głośno, kiedy w tle ktoś krzyknął: TRZY!
Nim Remus zdołał zadać następne pytanie, już całowała go najbardziej namiętnie, jak tylko potrafiła.
─ Titanic?
Emmelina zadrżała, słysząc znajomy głos Syriusza. W pośpiechu wytarła wilgotne powieki rękawem swetra. Odwracając się, wiedziała już, że nie ukryje tego, iż płakała. W drzwiach stał Black w całej okazałości, trochę bardziej trzeźwy niż parę godzin temu, jednak wciąż ledwo stojący na nogach. Ten fakt średnio poprawił humor Titanicównie.
─ Zostaw mnie, okej? – poprosiła słabo, czując, że jej nadwyrężone nerwy nie zniosą jeszcze przekomarzania się z byłym chłopakiem. ─ Po prostu… mnie zostaw.
Od samego początku, kiedy tylko zadecydowała, że jednak pojedzie z dziewczynami do Blacka na Sylwestra, przeczuwała, że coś pójdzie nie tak. Przypuszczała, że widok Syriego imprezującego z innymi dziewczynami lekko ją zaboli. Spodziewała się również, że to Meadowes stanie się jego głównym celem, ale chyba w jej sercu mimowolnie zrodziła się naiwna nadzieja, że Łapa zachowa na tyle przyzwoitości, że będzie się przynajmniej krył. A publiczne całowanie się z Dor z pewnością nie było dyskretne, ani nie było kryciem.
Czy to wszystko zaczyna się ponownie? Czy Dor i Black znowu się zejdą? Czy będą chodzić za rączkę, przytulać się i całować od teraz, ot tak, na jej oczach? Przestaną się chować po kątach i trzymać swój związek w sekrecie dopóty, dopóki nie wybuchnie kolejna epidemia mononukleozy? Czy naprawdę to wszystko zatoczy jedno wielkie koło?
Syriusz nie odszedł. Stał dalej w drzwiach i wpatrywał się na nią ze skupieniem. Chyba nigdy nie widziała go aż tak poważnego.
Minęło kilka sekund, zanim odważył się i podszedł bliżej. Przysiadł na łóżku, na którym siedziała już Emmelina. Była to sypialnia rodziców Jamesa.
Czując, że chłopak jest tak blisko niej, blondynka rozszlochała się jeszcze bardziej. Nie mogła znieść jego obecności. Raniło ją wszystko, co tylko się z nim wiązało – to, że mówi, to, że oddycha, to, że się z kimś całuje. Niczego nie żałowała bardziej niż tego, że kiedykolwiek go poznała, że się w nim zakochała. To przyniosło za sobą tylko ból.
─ Dlaczego ONA, Syri? – nieoczekiwanie wybuchnęła, kiedy z jej oczu zamiast łez zaczynało lać się tsunami. ─ Dlaczego tak bardzo ci na niej zależy? Dlaczego TO ZAWSZE musi być ona?!
Black westchnął. Nie był potworem i wbrew tego, co powszechnie o nim mówiono, wcale nie zależało mu na pobiciu rekordu świata w łamaniu serc. Uważał po prostu, że jest wolnym ptakiem, a długie związki zwyczajnie go męczyły, jednak jeśli czegoś już chciał uniknąć, to późniejszych dziewczęcych lamentów, jak ten teraz, w wykonaniu Emmeliny, królowej dramatów.
Wcale nie wiedział, dlaczego tak uczepił się Meadowes, a raczej już nie był pewny. Kiedyś ta dziewczyna zwyczajnie działała mu na nerwy i zapraszał ją na randki wyłącznie, żeby ją podenerwować, ale teraz, kiedy okres wzajemnej nienawiści mieli już za sobą… chyba po prostu fakt, że to ONA z nim zerwała, wytrącił go z równowagi. Ale to jednak nie do końca było to…
─ Nie wiem… Emma – wydukał, po raz pierwszy od kilku tygodni wymawiając jej imię. ─ Tak po prostu jest.
Blondynka podciągnęła głośno nosem. Syriusz otoczył ją ramieniem, w pocieszającym geście.
Zastygli w milczeniu. Emmelina wciąż wylewała morze łez, plamiąc koszulę Blacka, ale on znosił to z niewiarygodną cierpliwością. Minęło parę ładnych sekund, zanim zdecydował się wyciągnąć z tylnej kieszeni spodni małego, beżowego pudełeczka.
Poczuł się głupio, równie głupio jak wtedy, gdy przeszło miesiąc temu wylosował dziewczynę w szkolnej loterii mikołajkowej. Długo zastanawiał się, co jej kupić, a prezent, który wybrał dwa tygodnie temu w Hogsmeade oddał wrednej sąsiadce Potterów. Chyba dopadło go coś, co doznawał bardzo nieczęsto, a mianowicie – wyrzuty sumienia. Z nimi pojawiła się dziwna potrzeba, by kupić Emmelinie coś, co chociaż w połowie zrekompensuje cały ten numer, który wyciął jej w zeszłym semestrze. Ten, z zamienieniem jej w Gretę Catchlove. To chyba było trochę… zbyt brutalne.
─ Wylosowałem cię w loterii mikołakowej – powiedział, kiedy Emma wlepiła w niego swoje wielkie, niebieskie oczęta. – Wiesz, tej, którą tak przeżywała Meadowes.
Titanicówna uniosła brwi, ale drżącą ręką sięgnęła po pudełeczku, przeczuwając najgorsze.
W środku jednak wcale nie znajdowała się bomba masowego rażenia ani larwa jakiegoś robactwa. Z nieukrywanym zdumieniem chwyciła za srebrny łańcuszek, a gdy wyciągnęła go całego, zauważyła, że wisi na nim mała zawieszka w kształcie serca. Emmelina, która niejednokrotnie widziała biżuterię tego typu, chwyciła je i otworzyła. Tak jak przypuszczała, dostała magiczne puzderko.
Di wyjaśniła jej kiedyś, że naszyjnik ma to do siebie, iż we wnętrzu serca pojawi się magiczne zdjęcie kogoś, kogo kochamy najbardziej na świecie. Titanicówna była pewna, że jak tylko otworzy puzderko, w środku zobaczy zdjęcie Syriusza. Tak się jednak nie stało.
Jej puzderko było puste.
─ Jest… co…?
─ Wiesz na czym to polega? – spytał Black, gotów wtajemniczyć ją w sekret swojego prezentu. ─ Widzisz…
─ Wiem! – pokręciła głową Emma. – Ale… ono jest puste.
─ Puste?
─ Puste.
Zapanowało krępujące milczenie. Syriusz zapewne również przypuszczał, że Emmelina zobaczy jego podobiznę, bo wyraz twarzy miał bardzo skonsternowany. Co to w ogóle znaczyło, że w sercu nie ma żadnego zdjęcia? Może kupił jakąś fałszywkę? Czy to możliwe, że Emma była na tyle oschła, że nie kochała nikogo?
─ Cóż… ─ wzruszył ramionami Black. – To nawet lepiej.
─ Jesteś pewien, że to dobrze działa?
─ Tak.
─ A skąd?
─ Bo Luniak zobaczył McKinnon.
Emmelina spuściła wzrok. Miłość Remusa do Marley była wystarczającym dowodem na to, że puzderko działa, jak powinno. Ale czy to możliwe, że Emma naprawdę nikogo nie powinna zobaczyć?
Cisnęła łańcuszek z powrotem do pudełeczka i przyjrzała mu się badawczo.
Puzderko było puste.
Nic.
Zero.
Kompletnie bez zawartości.
Nie było w środku Syriusza ani żadnego innego chłopaka. Nie było nikogo.
Milczała przez chwilę, pogrążając się w refleksji. Wyrwał ją z niej Syriusz, łapiąc ją za dłoń. Dziewczyna cała zadrżała.
─ Czy mogę też cię o coś prosić w ramach spóźnionego prezentu świątecznego?
─ A czego chcesz? – spytała dziewczyna, na wpół przytomnie.
─ Rusz dalej – powiedział, całując ją w czoło. Emmelina zamrugała, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
Rusz dalej…
Zanim Syriusz zniknął za drzwiami, pozostawił za sobą jeszcze jedną, zagadkową uwagę:
─ Moje puzderko też jest puste.
ok. 9.00, 1 stycznia 1977
Hestia obudziła się z paskudnym bólem głowy, zapewne wcześnie rano, bo za drzwiami nie słyszała żadnych głosów, świadczących o tym, że domownicy byli już na nogach. Niechętnie uchyliła powieki i przeciągnęła się jak kot, gdy jej poranne, powolne przebudzenie zaburzyło coś zgoła nieoczekiwanego – najmniejszym palcem u nóg uderzyła o coś twardego, ślizgiego i… mokrego? Zmarszczyła brwi i zignorowała kilkusekundowe pobolewanie. Musiała uderzyć o pręt łóżka szpitalnego (zdaniem Hestii bardziej przypominało ono pryczę) i pewnie ta niezdarna pielęgniarka, Nancy, znowu coś rozlała. Westchnęła ciężko i nie patrząc, zaczęła macać palcami w poszukiwaniu skrawka pierzyny. Jakie było jej zdumienie, kiedy zamiast puszystej kołdry jej palce dotknęły lodowatej, mokrej cieczy.
Hestia krzyknęła i zerwała się na równe nogi, chwiejąc się na nich niebezpiecznie. Była w wannie. W wannie z wodą tak zimną, że prawdopodobnie łamiącą jakieś prawa w przyrodzie.
Naga.
Będę chora, jęknęła w myślach, podpierając się o umywalkę i suszarkę, by sprawnie wyjść z wanny. Lepiej pomodlić się do tego boga, o którym czytałam w „Centaurze", a którego imienia nie mogę sobie przypomnieć…
Woda, w której przed chwilą się kąpała (o ile można kąpać się bezwiednie), nie dość, że była okropnie zimna, to jeszcze mętna i pływały w niej jakieś dziwne substancje, które skądś kojarzyła, a których nazwy nie mogła sobie przypomnieć. Z drżącą od zimna ręką wyciągnęła z wanny korek. Ku jej radości woda zaczęła posłusznie spływać hen, daleko z jej pola widzenia.
Cała drżała z zimna. Spojrzała na swoje oblicze w lustrze – była trupioblada, a na czole utworzyła się dziwaczna niebieskawo-czerwona siateczka. Zasnęła w wannie. Co ona wczoraj robiła?
Muszę iść do dyżurującej, żeby dała mi jakiś eliksir, zanim rozwinie się u mnie obustronne zapalanie płuc, zdecydowała, ubierając najcieplejszy szlafrok, który znalazła łazience. Jak mogła być tak głupia? Spanie w wannie? Naprawdę? Kto miał wczoraj dyżur na jej oddziale i był tak mądry, że nie zorientował się, że jej brakuje i że spędziła kilka ładnych godzin w łazience? Och! A mówi się, że tylko bardzo inteligentne osoby mogą łączyć swoją przyszłość z uzdrowicielstwem. Już ona lepiej by sobie poradziła!
Złapała za klamkę, a po otwarciu drzwi ukazał jej się nieznany hol. Czy zeszłej nocy nie dość, że SPAŁA W WANNIE to jeszcze UCIEKŁA ZE SZPITALA? Jak ta nadopiekuńcza uzdrowicielka Belle się dowie to…
Nagle wszystko jej się przypomniało.
Wróciła do Potterów.
Belle i Seth wyjechali do znajomych.
Była wczoraj impreza.
Chyba odleciała po którymś kieliszku.
Niedobrze.
Na korytarzu nie natknęła się na nikogo, ale drzwi, które mijała, były pootwierane, więc przypuszczała, że wszyscy są już na dole i jedzą śniadanie. Z miną godną męczennicy zbiegła ze schodów. Nie zrobiła takiego hałasu jak zwykle, ponieważ wciąż rozglądała się po całym domu, szukając czegokolwiek wyglądającego choć odrobinę znajomo. Na próżno.
Postawiła gołą stopę na zimną posadzkę w holu. Cichutki dźwięk zdawał się przenikać przez każdą ścianę i drzwi wielkiego domu. Hestia dostawiła drugą stopę, po czym zaczęła człapać, chichutko tuptając o podłogę, by dodać sobie otuchy. Miała nadzieję, że w sytuacji, gdy nie pamięta obrazów, przynajmniej dźwięki staną się bardziej znajome, dlatego celowo dotykała tapety, pukała w ścianę czy drapała paznokciem dużego palca o podłogę. Wszystko na nic.
Intuicja podpowiedziała jej, którędy udać się do kuchni, lecz gdy konspiracyjnie zerknęła przez dziurkę od klucza (licząc na to, że ten dziecinny gest przywoła przynajmniej wspomnienia z jej najmłodszych lat) – natychmiast odskoczyła.
W środku byli ludzie. Jonesówna przez sekundę zapomniała o tym, że spędziła noc w wannie i prawdopodobnie w tej chwili rozwija się u niej obustronne zapalenie płuc, wsłuchując się (oczywiście przypadkiem, bo podsłuchiwanie nie leżało w jej zamiarach) w dialog stojących za drzwiami osób:
─ …nie jest ze mną tak źle, McDziwko.
Hestia zmarszczyła brwi. Ciężko jej było sobie przypomnieć, ale coś podpowiadało jej, że tylko jedna osoba na świecie zwraca się do drugiej per „McDziwko".
Syriusz Black.
Chociaż z początku dziewczyna naprawdę nie chciała robić czegoś tak dziecinnego, jak podsłuchiwanie przez dziurkę od klucza, z tym odkryciem natychmiast zmieniła zdanie.
Ciekawość – rzecz ludzka, a zwłaszcza dziewczęca, pomyślała i zaczęła szukać wzrokiem jakieś szklanki.
Znalazła ją leżącą na zagraconym jakimiś papilotami stoliku, zapewne była jedną z pamiątek po wczorajszym melanżu. To lepiej dla niej.
Po przyłożeniu szklanki do drzwi, słyszała praktycznie wszystko, a po kilku chwilach zdążyła zauważyć, że Mary i Syriusz o coś się kłócili, a dokładniej jej kuzyn miał jakieś wyrzuty, a rudowłosa jawnie się z niego nabijała. Zorientowała się też, że w kłótnię zamieszany jest ktoś jeszcze, na dręczeniu kogo Black przyłapał dziewczynę.
─ I dlatego wykradłaś wczoraj May Demencję? Chciałaś znowu podtruć Lily Evans, co nie? Tak jak zrobiłaś ostatnio?
Podtruć? Demencja? Lily Evans?
Po krótkim wysiłku Hestia odtworzyła w pamięci obraz Lily – to ta niska, ruda i krzykliwa dziewczyna Jamesa.
A Demencja to coś jak zażywanie płynnego akonitu, co robiła ta dziewczyna, która w kółko przychodziła do sali Hestii w Mungu. Narkotyki.
Zmarszczyła brwi.
─ Tak, Black. Bo nie mam nic ciekawszego do roboty niż patrzenie, jak Evans dowala się do każdego chłopaka na imprezie. Pamiętasz, jak jej odwaliło, kiedy ostatni raz naćpała się Demencji.
─ …kiedy ty dolałaś jej tej Demencji.
─ Tak ciężko uwierzyć, że sama ją wzięła?
─ Sugerujesz coś?
─ Daj spokój, Syriuszku – roześmiała się Mary. Jej głos zabrzmiał milej, a wręcz filuternie. – Chyba umiesz dodać dwa do dwóch. Evans swego czasu pogrążyła się bardziej niż nasza Mayie.
Mayie? Hestia przypomniała sobie bladą brunetkę, przypominającą trochę topielca, która wczoraj chodziła po całym domu z obłędem w oczach. Była Demencjonistką? Nic dziwnego. Oni tak zwykle kończyli…
─ Nie obchodzi mnie, co Evans robiła w swoim życiu, moja droga. Jeśli o mnie chodzi, to mogła być nawet prostytutką – ale jednak wolałbym, żebyś nie mieszała do tego May…
─ Powiedział facet, który wczoraj ignorował jej samopoczucie w razie, gdyby zobaczyła Colette Angelo.
─ I tak zobaczyła Bree Angelo.
─ Przecież wiem.
Hestia zmarszczyła brwi. Rozmowa zaczęła robić się coraz bardziej interesująca. Z jej powodu zapomniała nawet o swoim niefortunnym poranku i potencjalnym obustronnym zapaleniu płuc.
─ Do kogo wysyłałaś tę Demencję?
─ Do przyjaciela.
─ O kurwa, czego ja się dzisiaj dowiaduję! MARY MCDONALD ma przyjaciół!
Hestia nie mogła się doczekać by usłyszeć, jak McDonald się mu odszczeka, ale ani jej, ani Syriuszowi nie było to dane. Jonesówna usłyszała jeszcze, jak szklanka wypada jej z ręki i z głośnym łoskotem spotyka się z podłogą.
Drzwi do domu otworzyły się, a do środka weszła Belle ze swoim mężem. Seth Potter gwizdnął z nieukrywanym zdumieniem, a pani Potter rozdziawiła usta w wyrazie niemego szoku.
Wyglądało to mniej więcej tak:
Hestia stała z pochylona pod drzwiami do kuchni na samym środku doszczętnie zdemolowanego holu. Obrazy wiszące na ścianach albo pospadały na dół, albo zostały przekrzywione. Trochę tynku z sufitu pospadało prosto na roztrzaskane i popękane kafelki. Na podłodze roiło się od szkła po butelkach, pojedynczych knutów, dziwnych proszków i nawet elementów bielizny. A ona, nie dość, że dopiero co wyszła z wanny, to jeszcze stała w całym centrum tej stajni Augiasza.
Uśmiechnęła się słabo i niemrawo pomachała do swoich opiekunów.
May zleciała po schodach na śniadanie kilka minut po tym, jak po Mary przyjechał jej brat i zabrał ją na ostatni dzień ferii do domu. Kiedy stanęła w drzwiach, jej matka wrzasnęła z przerażeniem.
May miewała gorsze dni i zwykła robić podobne rzeczy, ale nigdy jeszcze nie pocięła się do ego stopnia. Krew ściekała strumieniami z jej rąk i nóg, a w oczach czaiła się przerażająca pustka i strach.
─ Zgadzam się… ─ wydukała tylko, zanim opadła jak długa na podłogę.
Śniła jej się Colette Angelo.
Isaac wstał dużo wcześniej przed Jo i Luthien. Umówił się z Nią, że nikt nie pozna jej tożsamości. Sowa z Demencją przyszła prawie natychmiast po tym, jak wygramolił się z łóżka. Na dziewczynę musiał poczekać jeszcze godzinę.
─ Rozumiem, że nasza umowa jest przypieczętowana? – spytała Ona, wskazując na Demencję, którą Monroe trzymał w dłoni.
─ Oczywiście… kuzyneczko – uśmiechnął się z zadowoleniem.
Dziewczyna uwolniła trochę aury wili w odpowiedzi.
