Rozdział 3. „Dziadki" i „koty"

Zamknij za mną drzwi, ja odchodzę.

Wiktor Coj (zespół Kino)**

Profesor Sniegow spożył kolację, rozmyślając w trakcie o sprawach ciężkich i mrocznych. Rozmowa z dyrektorem o miotłach nie przyniosła niczego dobrego. Stare problemy nie zostały rozwiązane, a pojawiły się nowe. Lolik po raz kolejny przekonał się, że „czarodziej–emeryt" jest postacią unikalną pod każdym względem. Rozmowa służbowa odbyła się bezpośrednio przed kolacją, w ścisku u wejścia do Wielkiej Sali i trwała raptem dziesięć minut. Jednakże w ciągu zaledwie dziesięciu minut dyrektor zdążył wniknąć w problemy ślizgońskiej drużyny, okazać współczucie i jej, i trenerowi, a także wyrazić głębokie ubolewanie, że w niczym nie może pomóc oraz wyjaśnić Lolikowi ze szczegółami, jak katastrofalna jest sytuacja finansowa Hogwartu. Sniegow musiał przyjąć do wiadomości, że cały budżet szkoły na rok bieżący jeszcze przed wakacjami pochłonęło wynajęcie do ochrony smoków i dementorów.

W tym systemie ochrony, według zapewnień dyrektora najnowocześniejszym i wydajnym, Lolik na razie miał słabe pojęcie. Smoków w ogóle jeszcze nie widział, choć obszedł okolice Hogwartu, by zorientować się gdzie co jest i jak można się skąd wydostać. Musiał się zadowolić pośrednimi dowodami istnienia smoków, w postaci łażących po zamku zagadkowych, niedogolonych osobników, nazywających samych siebie smokerami. Osobnicy owi, pokryci bliznami i siniakami (oczywistym potwierdzeniem smoczej złośliwości) byli przedmiotem westchnień uczennic ze starszych klas. Spotkać ich można było zwykle przed obiadem, po zmroku i w nocy zapewne w pocie czoła tresowali swoje jaszczury. Za dnia natomiast poskromiciele smoków byli niezbyt gadatliwi – na wszystkie pytania o swych podopiecznych robili straszne oczy i odmawiali zeznań. Uczniowie (a nawet niektórzy nauczyciele) patrząc na smokerów, zielenieli z zawiści.

Dementorów, a ściśle biorąc, jednego dementora, Lolik widział, co prawda z daleka. Akurat wybrał się wtedy z wizytą do miejscowego gajowego, Hagrida. Klucznik Hogwartu – gdyż taka była jego oficjalna posada – był wyjątkowo sympatyczny. Po tym, jak Lolik uprzejmie się z nim przywitał, gajowy, nie zaszczycany do tej pory uwagą opiekunów Slytherinu, z wdzięczności zaprosił go na herbatę do swojej chatki. Lolik nie dał się długo namawiać. Po pierwsze, chciał się dowiedzieć jak najwięcej o szkole, po drugie, Mistrza Eliksirów ogarnęła fala nostalgii. Niedźwiedziowaty, kosmaty i brodaty Hagrid wzruszająco przypominał prostego syberyjskiego chłopa. Siedząc w jego chacie, Lolik wyobrażał sobie, że nie jest w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc, a po prostu we wsi Kisielicha, gdzie mieszkała jego babcia. Że nie miał dopiero co pięciu podwójnych lekcji eliksirów z uroczymi dzieciaczkami w wieku dojrzewania, tylko zwyczajnie pracował w ogrodzie babci Melanii, a teraz odpoczywa w izbie leśniczego Jefimycza, który bez problemu uszedłby za Hagridowego brata bliźniaka. Naturalnie, istniały pewne różnice. Na przykład, zamiast ogromnego, zapchlonego i tchórzliwego psiska, Jefimycz hodował całą zgraję zajadłych wilczarzy, od szczeniaka tresowanych na kłusowników. Na stole u Jefimycza zwykle stała flaszka samogonu w towarzystwie słoja kiszonych ogórków, a nie herbata i bułeczki „Marzenie Dentysty". Poza tym u Jefimycza na ścianie, na honorowym miejscu wisiała dubeltówka, a u Hagrida... no tak... ni mniej, ni więcej – różowy parasol. Widząc, że opiekun Slytherinu gapi się na ten parasol jak cielę na malowane wrota, gajowy skorzystał z okazji, że ma się komu wypłakać w kamizelkę i opowiedział Lolikowi całą swoją biografię.

Życiorys opierał się głównie na tym, że Hagrid, z powodu swojej miłości do magicznych zwierząt nieustannie popadał w konflikt z przedstawicielami prawa i porządku. We wczesnej młodości został zatrzymany jako podejrzany o morderstwo i nawet odsiedział jakiś czas, póki go nie oczyszczono z zarzutów. W roli jego gorącego obrońcy występował jedynie świeżo upieczony dyrektor Dumbledore. On też dał niedoszłemu osadzonemu pracę, stworzywszy etat klucznika. Wtedy to po raz pierwszy objawiło się dyrektorskie hobby, polegające na przyjmowaniu na etat ludzi, których normalny czarodziej nie wpuściłby za próg. Hagrid i Snape należeli do kategorii byłych kryminalistów; całkiem niedawno w Hogwarcie uczył wilkołak; potem największy fanatyk Czarnego Lorda pod postacią stukniętego aurora; w zeszłym roku szkoła dorobiła się centaura – nauczyciela wróżbiarstwa; a teraz do tej kolekcji dołączył Lolik, który, wysłuchawszy Hagrida, przestał się czuć jak odszczepieniec.

Mistrz Eliksirów zaczął rozpytywać o parasol, ale tu gajowy poczerwieniał, wybąkał coś o świeżym powietrzu i „muszę zajrzeć do sklątek", i szybciutko wypadł na dwór. Lolik wyszedł za nim. Na zewnątrz był już późny, księżycowy wieczór. Profesor eliksirów zapalił, słuchając w roztargnieniu Hagrida, który, targany kompleksami z powodu kryminalnej przeszłości, opowiadał o swojej drugiej odsiadce, znów z powodu podejrzeń o zabójstwo.

Akurat kiedy Hagrid przeszedł do opisów Azkabanu (tak właśnie nazywało się więzienie dla czarodziejów) i pracujących tam dementorów, na skraju lasu pojawiła się podejrzana figura, okryta płaszczem z kapturem, i dziwnie gestykulując, zaczęła zbliżać się do Hagridowej chatki.

– Merlinie słodki! Dementor! – wykrztusił gajowy, wpadając w drżączkę. Kiedy postać w płaszczu była już praktycznie przy furtce, były kryminalista nie wytrzymał i zawył:

– Panie naczelniku! Ja jestem prawnie zwolniony! Żyję spokojnie, nie naruszam przepisów! – i padł zemdlony.

Pies, do tej pory rozsądnie kryjący się za Lolikiem, uznał, że jego pan umarł i ogłosił to żałobnym wyciem. Mroczną figurę w płaszczu chyba nieco oszołomiło takie przyjęcie, zatrzymała się u furtki i nawet lekko cofnęła, kiedy opiekun Slytherinu wyciągnął z kieszeni czarodziejską różdżkę. Co z nią robić, Lolik nie wiedział, lecz w miarę możności pomógł mu Hagrid. Otworzywszy jedno oko, słabo jęknął:

– Trzeba wezwać patronusa... – po czym znów przestał dawać oznaki życia.

Pies zawył ze zdwojoną siłą. Różdżka i wspomnienie o patronusie wywołały dziwną reakcję dementora. Wyciągnąwszy z głębin płaszcza wielką białą chustkę, zaczął nią wymachiwać i krzyczeć:

– Tylko proszę bez zaklęć! Zaraz wszystko wyjaśnię!

Wołał coś jeszcze, ale wszystkie słowa tonęły w ogłuszającym wyciu osieroconego psa.

Lolik nie miał pojęcia, kto to taki Patronus i jak można go wezwać, nie mając telefonu. Chciałby ocucić Hagrida i zakneblować psa, ale bał się oderwać oczu od dementora, obawiając się, że ten przy pierwszej lepszej okazji zechce podejść bliżej. Nie wiedząc jak wezwać owego Patronusa, a w myślach wołając dyrektora, Lolik dla podtrzymania autorytetu od czasu do czasu machał różdżką w stronę postaci zalanej księżycową łuną i powiewającej chustką z tamtej strony płotu. Z różdżki tryskały snopy iskier, co na dementorze, według wszelkich oznak robiło spore wrażenie. Wzdrygał się nerwowo i krzyczał:

– Nie, nie trzeba różdżką! P–panie cz–czarodzieju! O matko! Pan mnie słyszy? O rany! Niech pan wreszcie uspokoi psa!

To ostatnie nie leżało w możliwościach Mistrza Eliksirów, choć starał się robić wrażenie, ze wszystko ma pod kontrolą. Puszczając kolejny fajerwerk w dementora, Lolik wrzasnął:

– No i dobrze, zarazo ty...! Ja ci dam, śmieciu, porządnych ludzi do paki zabierać! Czekaj tylko, zaraz Patronus przyjdzie i pokażemy ci, gdzie raki zimują!

– Nie trzeba żadnego patronusa! Ja nie jestem żaden dementor! P–panie magu! Ja zabłądziłem! – rozbrzmiał w odpowiedzi żałosny krzyk. – Proszę, niech p–pan zabierze różdżkę! Ja... my... – Postać machnęła gdzieś w kierunku lasu. – To rolplay! Pan wie, co to jest rolplay, prawda?

Lolik wiedział, więc kiwnął głową, a uradowany dementor ciągnął pospiesznie:

– Ja jestem elfem! Pan rozumie, mam zadanie! Szukam obozu orków! Co z tym psem...?! Mogę podejść bliżej, żeby tak nie krzyczeć?! Nie?! Dobra, dobra!

Lolik próbował przetrawić te informacje, ale mózg mu się topił, bo psisko dorównywało syrenie okrętowej. Od strony Hogwartu dobiegał akompaniament, to brzmiący jak niski ryk, to znów zmieniający się w wysoki skowyt, jakby duszy potępionej. Widać jakiś inny pies postanowił pomóc koledze w trudnej chwili. Z lasu zaczęły wtórować wilki, zawsze chętne powyć sobie do księżyca. Patronus nie kwapił się z pomocą, za to ku nietajonej radości Lolika, pojawił się dyrektor, imponująco błyskający okularami i z różdżką w postawie bojowej. Ofiara gry rolplaying momentalnie się zmyła, Hagrid zmartwychwstał, a psia histeria skończyła się jak nożem uciął i nastała błogosławiona cisza. Lolik patrzył z wdzięcznością na starego czarodzieja i wyjaśniał, że nie było to jednak dementor, a jakiś zabłąkany elf. Dyrektor, kręcąc głową, odparł, że dementory to stworzenia podstępne i lepiej takim nie dowierzać.

Krótko mówiąc, szkoła nie miała pieniędzy na sprzęt sportowy. Zamiast pomocy finansowej, dyrektor rzucił opiekunowi Slytherinu wspaniały pomysł, że wydział już dawno powinien przejść na samofinansowanie. Dumbledore tak się zapalił do tej myśli, że postanowił zaraz po kolacji zwołać nadzwyczajne zebranie kadry i poprosił profesora Sniegowa o wystąpienie na temat, jak zdobywają pieniądze uczelnie w świecie mugolskim. Lolik natychmiast zrozumiał, że wpadł jak śliwka w kompot i każdy kęs rósł mu w ustach.

Mistrzowi Eliksirów jednak nieoczekiwanie się poszczęściło. Pod koniec kolacji z kominka w Wielkiej Sali buchnął kłąb czarnego dymu i wyszedł z niego, kichając, niski łysawy człowieczek w prążkowanej szacie. Sala przycichła. W zapadłej cichy doskonale było słychać czyjeś niezadowolone szepty: „Zarząd, jak zawsze nie w porę", „Nawet zjeść nie dadzą". Pasiasty facecik tymczasem wytarł nos chusteczką pod kolor szaty, machnął dzieciom ręką ze słowami: „Jedzcie, jedzcie..." i skierował się prosto ku dyrektorowi.

– Dobry wieczór! Witamy pana ministra! – zawołał Dumbledore jowialnie.

Minister podał dyrektorowi rękę, łaskawie kiwnął głową profesorom i rzekł półgłosem:

– Musimy porozmawiać.

– Oczywiście. – Dumbledore wstał od stołu. – Proszę do mojego gabinetu. Szanowni koledzy, niestety, zebranie będzie się musiało odbyć beze mnie. Później przeczytam protokół z posiedzenia.

Pasiasty minister podejrzliwie przypatrywał się Lolikowi, lecz dyrektor zlapał go pod mankiet i poholował w kierunku wyjścia.

– Super! – rozległo się obok Mistrza Eliksirów. Lolik pytająco spojrzał na wykładającego obronę przed czarną magią profesora Moody'ego. Ten uśmiechnął się.

– Mówię, że zebranie bez dyrektora, to, chłopcze, święto. Do tego rzadkie!

Wyświętowali się za wszystkie czasy! W czasie gdy Moody wyciągał ze schowka butelki i szklanki, McGonagall i Sprout nakrywały do stołu, a Hooch (nauczycielka wuefu) wszystkimi komenderowała, Flitwick już siedział nad kartką papieru w pozie „poeta czekający na natchnienie", przygotowując sprawozdanie z zebrania. W końcu zwycięsko machnął piórem.

– Dobra, piszę. Profesor McGonagall wystąpiła z referatem o konieczności włączenia do programu nauczania ważnego przedmiotu „Etyka i przygotowanie do życia w rodzinie".

– Co? Ja?! – zaprotestowała czarownica. – Dlaczego ja? Jeszcze w zeszłym roku Snape też z tym wyskoczył. „Proszę państwa, coś trzeba zrobić, uczniowie mają hormony zamiast mózgów..."

– Tak, tak, pamiętam – wtrącił Moody, stawiając na stole kolejną porcję trunków. – Nasz spec od trucizn ciskał się wtedy: „Wam wszystko jedno, a ja chwili spokoju nie mam! Jedną ręką warzę eliksir uspokajający, a drugą antykoncepcyjny". Spytałem go wtedy, w jaki sposób, skoro obie ręce ma tak mocno zajęte, warzy viagrę dla swojego ukochanego Tommy'ego?

Flitwick poczekał aż wszyscy ucichną i powiedział:

– Co było w zeszłym roku, stary już nie pamięta, a do protokołu styknie. Nie kłóć się Minnie, bo napiszę, że zgłosiłaś się na ochotnika, żeby tego uczyć!

Opiekunkę Gryffindoru aż skręciło, ale milczała.

– Taa, lecimy dalej... – Pióro wykonało jeszcze jeden posuwisty ruch po papierze. – Profesor Moody zaproponował kolejny sposób wzmocnienia obrony Hogwartu przed atakiem Śmierciożerców, w nawiasie... Co pisać w nawiasie, Szalonooki?

– Oj, kurczę, nie wiem! – Moody najwyraźniej nie miał natchnienia. – Pisz: schron przeciwlotniczy.

– Było! – rzuciła McGonagall.

– Niech to sklątka... No to pisz: schron przeciwlotniczy z kopułą antymagiczną, o!

– Było, było... – powiedziała Hooch. – Dawaj, Moody, wytęż móżdżek, bo się wódka grzeje!

Profesor OPCM wytężył móżdżek i podyktował:

– Schron przeciwlotniczy z kopułą antymagiczną i jeszcze ten, no... jak jej tam, cholera... kontrolą radarową, która pozwoli na lokalizację celu, kiedy znajduje się on do dwóch tysięcy mil nad poziomem morza!

Nastała chwila pełnej szacunku ciszy, mąconej tylko skrzypieniem pióra Flitwicka.

– A co ty masz zamiar tym strącać? – zapytał, skończywszy pisać.

– No jak to co? Śmierciojadów...

– Bo ja myślałem, że Boeingi – wymamrotał w brodę wykładowca zaklęć. – No dobrze. – Staruszek zwrócił się do Lolika. – Pana, młody człowieku, dyrektor prosił, zdaje się, o wystąpienie?

Lolik zmieszał się.

– E... Tak. Na temat, skąd wziąć pieniądze...

– To tak napiszemy. Profesor Sniegow wystąpił z referatem „Biznes i magia. Model przejścia Hogwartu w nowe warunki ekonomiczne w sytuacji stanu wojennego".

– Łał! – Tyle tylko był w stanie powiedzieć opiekun Slytherinu.

Flitwick z zadowoleniem obejrzał swoje dzieło.

– Nieźle wyszło. Proszę, można kończyć. Postscriptum. Referaty trwały godzinę... i, hmmm... trzy godziny dyskusji. Pieczątka i wasze podpisy. Podpisujcie się teraz, bo potem nie będziecie w stanie. A tymczasem chłopak – tu staruszek puścił perskie oko do Lolika – szybciutko poleci do kuchni po zakąski.

– A co...

– Powie pan, że jak zwykle, na radę pedagogiczną. Wszystko panu dadzą.

Lolik bał się w drodze do kuchni znów wpaść w jakiś tajny przełaz, ale obyło się bez większych przygód. Co prawda, kiedy wyszedł z pokoju nauczycielskiego, tuż za rogiem trafił na Irytka i przygotował się na niemiłe dowcipasy. Irytek, miejscowy poltergeist, był czymś w rodzaju miejscowej klęski. Żadna żywa dusza (i nieżywa także), poza nielicznymi profesorami, nie mogła uniknąć Irytkowego poczucia humoru. Można się było spodziewać wszystkiego: od szyderczych piosneczek po obrzucanie zgniłymi jajami. Lolik, bez względu na to, że był opiekunem, znalazł się na liście ulubionych ofiar Irytka. Jedyne, co łączyło Mistrza Eliksirów i poltergeista, to paniczny strach przed Krwawym Baronem. Starczyło wspomnieć o tym widmie, by obaj tracili zmysły. Tym razem jednak przed poltergeistem uratował Lolika właśnie Krwawy Baron. Duch wyszedł niespodzianie ze ściany i popłynął w ich stronę, swoim zwyczajem patrząc smutno i błyskając plamami srebrnej krwi na białych szatach. Irytek, który już otworzył usta, by zacząć szydzić, pisnął tylko i czym prędzej zniknął w kratce wentylacyjnej. Lolik odskoczył w bok i na swoje szczęście trafił na kolejny tajny korytarz, który zaprowadził go prosto do kuchni. Tam skrzaty domowe (w magicznym świecie pełniące rolę uniwersalnego personelu technicznego) wyposażyły go w tacę z wszelakimi smakołykami i Lolik wrócił do pokoju nauczycielskiego tym samym przejściem. Po drodze spotkał woźnego Filcha. Jego ulubiona kotka, Pani Norris, za każdym razem na widok Lolika dostawała choroby morskiej, której nabawiła się na ruchomych schodach, tak więc woźny nie darzył Mistrza Eliksirów szczególną sympatią. Widząc opiekuna Slytherinu z tacą, Filch chrząknął z niezadowoleniem, ale nic nie powiedział. Rada pedagogiczna – rzecz święta. Tak więc Lolik szczęśliwie dostarczył kolegom zakąski i zebranie mogło się rozpocząć.

Lolik był szczęśliwy. Rozmaśleni po alkoholu profesorowie ostatecznie przyjęli go do swego grona. Na wyścigi opowiadali mu zabawne anegdoty z życia szkoły (najczęściej o kolejnych kampaniach Nienazywanego przeciwko Złotemu Chłopcu) i objaśniali szkolny system ocen. W zasadzie ocen nie było, były za to punkty. Jeśli uczeń pokazywał się od dobrej strony: dobrze odpowiadał na lekcjach, poniósł starszemu profesorowi ciężką walizkę, pogonił Czarnego Lorda albo zabił jakiegoś Śmierciożercę, to dom takiego szczęściarza dostawał punkty (od pięciu wzwyż do nieskończoności, dzięki dobremu dyrektorowi). Natomiast jeśli uczeń zbijał bąki na lekcjach, pił wódkę i łamał regulamin, albo propagował idee Czarnego Lorda itd. to domowi małego drania punkty się odbierało (znów od pięciu do minus nieskończoności, dzięki dobremu Snape'owi). Na koniec roku punkty się podliczało i zwycięzcą okazywał się Gryffindor. Lolik zainteresował się, co będzie, jeśli jakiś wydział wyląduje na minusie. Odpowiedziano mu, że na razie nigdy wcześniej to się nie zdarzyło, choć jest szansa sprawdzić, gdyż w danym momencie Slytherin spada w punktacji coraz bliżej zera, z powodu złego zachowania, dążącego ku nieskończoności. Mistrz Eliksirów westchnął ciężko nad taką perspektywą, ale Moody go pocieszył, mówiąc, że do końca roku jeszcze sporo czasu.

Moody traktował Lolika niemalże po ojcowsku. Auror na emeryturze, po trzydziestu latach w MISA, Moody wszędzie widział spiski, nikomu nie ufał i był podejrzliwy w stopniu maniakalnym. W jednej z wielu potyczek z wrogiem Moody stracił oko i dostał magiczną protezę, pozwalającą widzieć na wskroś przez praktycznie wszystkie przeszkody. To bardzo ułatwiało mu pracę, choć złe języki twierdziły, że stary czarodziej widzi czarną magię nawet tam, gdzie jej nie ma i nigdy być nie mogło, nawet przy najszczerszych chęciach. Z powodu sztucznego oka otrzymał przezwisko „Szalonooki". Tego–Którego–Tylko–Niewychowani–Ludzie–Nazywają–Po–Imieniu razem z jego Śmierciożercami auror serdecznie nienawidził. A miał, nawiasem mówiąc, za co! Mało tego, że Moody'emu dostawało się od nich na froncie, to jeszcze dwa lata temu pewien skończony łajdak praktycznie pogrzebał jego reputację. Typ, będący jednym z pupilków Volde... przepraszam, Nienazywanego, załatwił Moody'ego na cacy. A konkretnie, udając aurora, czarnoksiężnik mało co nie utrupił samego Harry'ego Pottera! A kiedy perfidny plan zawiódł, ten sukinsyn miał czelność wykitować, nie złożywszy zeznań! A najbardziej poszkodowany był oczywiście Moody! Co więcej, stary auror spędził prawie cały rok w kufrze, po dziurki w nosie napakowany narkotykami i zaklęciami, a do tego ta voldemortowska swołocz zniszczyła mu fryzurę! Po to, by szpiegować pod postacią Moody'ego, potrzebny był specjalny eliksir, w skład którego wchodziły włosy aurora. Eliksir miał krótki czas działania, więc czarny mag co rusz otwierał kufer i strzygł swą ofiarę. Moody'ego już wcześniej trudno było nazwać przystojnym bez dania sobie w szyję, a teraz mógłby grać Quasimodo (gdyby nie śpiewał jeszcze gorzej niż Pietkun*). A po tych wszystkich mękach Moody musiał jeszcze biegać po urzędach i udowadniać swoją niewinność. Czarny mag, podlec, umarł, świadków nie było, tak więc, gdyby nie Dumbledore – obrońca wszystkich uciśnionych – z aurorem byłoby źle. Nawet teraz, choć za niego poręczył dyrektor Hogwartu, wielu byłych współpracowników Moody'emu nie dowierzało. Dając upust swej pasji kolekcjonerskiej, Dumbledore zaproponował porzuconemu przez wszystkich aurorowi etat wykładowcy w Hogwarcie. Teraz, po tych wszystkich przygodach, były oficer na magicznym froncie reagował na Śmierciożerców jak foksterier na kota. Do Snape'a Moody odnosił się skrajnie podejrzliwie, mawiając, że nawróconych czarnych magów jest równie mało jak latających słoni. Zdaniem emerytowanego aurora, gdziekolwiek teraz znajdował się Snape – w niewoli, czy w grobie – tam powinien pozostać, a Lolik jest doskonałym kandydatem na stanowisko wykładowcy eliksirów. Tak przychylny stosunek do profesora Sniegowa był spowodowany także tym, że ten ostatni zawsze był gotów chętnie słuchać opowieści frontowych starego czarodzieja, tym bardziej, że nikogo w szkole już nie interesowały.

Na zebraniu, podczas gdy damy z ożywieniem omawiały najnowsze trendy mody, od czasu do czasu chichocąc, a Flitwick spokojnie drzemał w kącie, udając, że słucha, Moody pięć raz opowiedział Lolikowi jak postradał oko, po czym zabrał się za swój kolejny ulubiony temat – krytykowanie Snape'a.

– A ja mówię, że to zdrajca i dezerter! Takich drani jak on, to ja kopniakami spuszczałem ze schodów, kiedy ty, mały, jeszcze koszulę w zębach nosiłeś. Nawiasem, przypomnij mi potem, żebym ci opowiedział, jak straciłem ten swój iluminator. Tak... To były czasy! Dziś młodzież już nie ta! Wypijmy za weteranów! – Stuknęli się z Lolikiem butelkami i były auror ciągnął dalej: – A ci jeszcze mi będą mącić w głowie: „Severusa złapali w pułapkę! On się opierał, ale siły wroga były przeważające!". Ta, jasne, opierał się. O ścianę chyba. W dyrdy poleciał do tego swojego Tommy'ego! Jak mówią, garbatego grób wyprostuje. A ty, mały, nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze. Tylko musisz nabrać doświadczenia. – Auror pomyślał i pstryknął palcami. – Słuchaj, mam pomysł! Ty jutro masz lekcje z szóstą klasą, Gryffindor – Slytherin?

– Aha... – Mistrz Eliksirów natychmiast stracił humor.

– A z samego rana co masz?

– Nic. Przygotowywać się będę. Psychicznie.

– Przygotowywać się będziesz u mnie na lekcji. Gryffindor, szósta klasa. Tych urwisów trzeba krótko trzymać! Zademonstruję ci.

* watch?v=yhQTMUSkUc4 i wszystko jasne...

Następnego ranka Lolik żałował, że zgodził się iść na lekcję do Moody'ego. Głowa mu pękała. Dwa kubki mocnej kawy, wypite podczas śniadania, niewiele pomogły, a eliksiru na kaca jeszcze sporządzić nie umiał, czego teraz gorzko żałował. Co prawda, pozostali nauczyciele nie czuli się wcale lepiej. Wszyscy siedzieli przy stole ponurzy, zielonkawi i żłopali kawę litrami. Tylko Moody był świeży jak ogóreczek, co wskazywało na wieloletnią wojenną praktykę. Uczniowie za to byli całkiem rześcy, poza drużyną quidditcha ze Slytherinu, która również szukała ratunku w kawie, krzywiąc się boleśnie na każdy głośniejszy dźwięk i rzucając pełne zrozumienia spojrzenia w stronę stołu nauczycielskiego.

Po śniadania Lolik najchętniej poszedłby z powrotem do swoich lochów i położyłby się spać. Zdobył się jednak na nadludzki wysiłek i powlókł się na lekcję starego aurora. Nie chciał obrażać staruszka.

„Jakby nie było, traktuje mnie bardzo przyzwoicie. Zapalił się do pomysłu, że zrobi ze mnie prawdziwego nauczyciela. Powinienem mu choć eliksir na reumatyzm uwarzyć, czy co..."

Reumatyzmu Moody nabawił się podczas niewoli w kufrze i teraz jesienią chodził z wełnianą tkaniną w czarną i rudą kratkę, zamotaną wokół pasa, na podobieństwo kiltu.

Choć Lolik był senny, na lekcji Moody'ego zmuszony był się ocknąć. Stary wojak wierzył, że dzieci lepiej opanują materiał, jeśli nauczyciel będzie groźnie łypał okiem, krzyczał i biegał po klasie. Biegi, co prawda, z powodu reumatyzmu niezbyt mu wychodziły, ale cała reszta robiła wrażenie. Dzieciarnia siedziała wyjątkowo cicho.

– Stała czujność! – grzmiał emerytowany auror, kuśtykając od ławki do ławki. – Czarny Lord nie śpi i w każdej chwili może zaatakować! Dlatego w każdej chwili powinniście być gotowi odeprzeć atak! Jak mówił nasz dowódca: „Najważniejsze – mieć sytuację pod kontrolą"! Pamiętam jak nasz oddział robił desant na chersońskie stepy...

– Słodki Merlinie, znów go poniosło! – jęknął ktoś z tylnych ławek.

– Ale nie będziemy tu mitrężyć, opowiem wam tę pouczającą historię później.

Po klasie przeleciało westchnienie ulgi.

– Tak więc, powinniście umieć kontrolować sytuację w dowolnych okolicznościach! Zaraz to sprawdzimy. Przerabialiście już boginy i doskonale umiecie z nimi się rozprawić. Można rzec, że bogin to dla was pestka.

Lolik nie wiedział, co to za diabeł, ten bogin, ale sądząc z pobladłych uczniów, była to pestka duża i twarda.

– Wcześniej jednakowoż stawaliście przeciw boginowi na otwartej przestrzeni i mogliście liczyć na wsparcie kolegów albo, jak już całkiem źle poszło, nauczyciela. A to was rozmiękcza! Z prawdziwym wrogiem nie będzie tak łatwo! Powinniście umieć zwyciężać przeciwnika jeden na jednego także w warunkach ekstremalnych. W tej szafie – tu profesor wskazał na wielką dwudrzwiową szafę, obok której siedział Lolik – jest bogin. Wasze zadanie to wejść do szafy i go zneutralizować. Wchodzicie pojedynczo.

W klasie zaległa grobowa cisza. Młodzież z lękiem gapiła się na złowieszczy mebel. Co by nie mówił Moody, było widać, że uczniowie wcześniej raczej nie rozwalali boginów na prawo i lewo. Lolikowi obiło się o uszy, że nauczyciele Hogwartu mieli zwyczaj w pierwszej kolejności wywoływać do odpowiedzi Pottera, żeby miał okazję błysnąć erudycją. Mistrz Eliksirów popatrzył na Złotego Chłopca. Cel agresji Czarnego Lorda siedział na krześle, bezwładny jak worek i patrzył w sufit, jakby odmawiał ostatnią modlitwę.

Moody dał dzieciom czas na psychiczne przygotowanie się do egzekucji, po czym polecił:

– Jako pierwszy... – Wszyscy spojrzeli z przestrachem na Pottera. – Pan Longbottom!

Lolik gwizdnął cicho. Neville'a Longbottoma nie znał dobrze, ale po trzech z kolei wybuchach kotła zdążył pojąć, że tego dzieciaka lepiej zostawić w spokoju. Biedak starał się, ale magicznego talentu miał chyba jeszcze mniej niż Lolik. Teraz chłopaczek z trudem podniósł się z miejsca na miękkich nogach i z drżeniem podszedł do szafy. Złapał uchwyt, ostatni raz obejrzał się na Moody'ego, ale nie doczekawszy się ułaskawienia, westchnął i z iście gryfońską rozpaczliwą odwagą wlazł do środka. Znów nastała cisza.

– No to teraz sobie poczekamy, aż pan Longbottom poradzi sobie z boginem i wyjdzie. – Moody usiadł za biurkiem.

Czekali znów w milczeniu, bacznie obserwując szafę.

„Nie na darmo Moody się przechwalał, że ma na lekcjach idealną dyscyplinę – rozmyślał Lolik. – On nimi po prostu karmi jakieś potwory. Hm... ja w takim razie pewnie powinienem poić ich trucizną. A McGonagall pewnie zamienia ich w..."

Tu myśl opiekuna Slytherinu przerwała prymuska Hermiona Granger.

– Przepraszam, profesorze Moody, ale Neville siedzi tam już piętnaście minut...

– A...? – Auror obudził się z drzemki. – Rzeczywiście, jakoś długo. Zajrzyj no, mał... To znaczy, profesorze Sniegow, czy mógłby pan zajrzeć i sprawdzić co z tym chłopakiem?

Mistrz Eliksirów popatrzył na Moody'ego jak Cezar na Brutusa, ale nie mógł stracić twarzy w obecności uczniów, więc ostrożnie otworzył drzwi szafy i zajrzał do wnętrza. W środku wisiało pełno futer.

„Na co temu staremu susłowi tutaj futra? I gdzie ten cholerny bogin? I najważniejsze, gdzie chłopak?" – Na wszystkie te pytania Lolik nie znalazł w szafie odpowiedzi.

Zauważył, że za futrami szafa się nie kończy. Pomacał – tylnej ścianki nie było.

„Do diabła, trzeba będzie tam wleźć".

Wlazł. Z tyłu ze stuknięciem zamknęły się drzwi, co wzbudziło bardzo nieprzyjemne uczucie. Z początku Lolik czuł tylko futra, pachniało sierścią, a pod nogami chrupały kulki naftaliny. A potem w oczy uderzyło go jaskrawe światło i Mistrz Eliksirów całkiem nieoczekiwanie wyszedł spomiędzy ubrań prosto w zimowy las. Lolik zacisnął powieki, potrząsnął głową i znów otworzył oczy. Dokoła błyszczały w słońcu zaspy. Lolik odwrócił się i zobaczył za sobą rząd futrzanych płaszczy.

– Bzika można dostać! – rzekł sam do siebie. – Co ten Moody tu ma, przenośny kurort narciarski?

Wówczas zza krzaków wyszedł bóbr. Bóbr jak bóbr, jeśli nie brać pod uwagę, że zwierzę było ze trzy razy większe od normalnego bobra, nosiło okulary i poruszało się na tylnych łapach. Doczłapał do Lolika i (jak w bajce) odezwał się ludzkim głosem:

– Dzień dobry! Jest pan turystą? Poproszę o wizę. Z jakim biurem turystycznym pan jedzie?

Lolik nigdy przedtem nie rozmawiał z bobrami (ani bobry z nim), więc nic dziwnego, że był nieco zdezorientowany.

– Ja... e... pieszo. Przez szafę. I nie mam wizy.

Bobra taka odpowiedź nie zadowoliła.

– W takim razie nic z tego! Bez wizy nie wolno. Już od trzech lat mamy status rezerwatu. Przyjeżdżają tu różni... Kłusownicy! – Zwierzak podejrzliwie obejrzał Mistrza Eliksirów. – Proszę wracać do szafy!

Raptem rozległ się skrzyp płóz po śniegu i po chwili nadjechała najprawdziwsza trojka. Białe konie truchtały niezbyt szybko, dzwoniły dzwoneczki przy uprzęży, powoził jakiś brodaty karzełek, a w saniach siedziała kobieta w średnim wieku – piękna, tylko trochę za wysoka i nadąsana.

Zobaczywszy Lolika, rozkazała woźnicy:

– Hej, hamuj!

Trojka zatrzymała się. Kobieta kpiąco popatrzyła na opiekuna Slytherinu.

– Cóż to, kontrola celna nie puszcza? No jak dziecko... przecież on chce w łapę! Za dwa litry nie tylko cię przepuści, ale jeszcze będzie przewodnikiem i pokaże wszystkie tutejsze atrakcje. Co prawda, tutaj jest tylko jedna – latarnia! – Kobieta zachichotała, a karzeł parsknął paskudnie.

– A co ja, latarni nie widziałem...? – wymamrotał Lolik.

Bóbr splunął na śnieg, odwrócił się demonstracyjnie i, wyciągnąwszy skądś kapciuch, zaczął sobie skręcać papierosa. Kobieta zaśmiała się i spytała:

– A ty, chłopczyku, przypadkiem nie od Voldemorta? Chociaż nie, on przysłałby Tonia Dołohowa. No dobrze... – Kobieta widocznie znudziła się Lolikiem i bobrem, rozparła na powrót w saniach i machnęła na karła.

– Chwileczkę, a Snape'a przypadkiem tu nie ma? – ocknął się Lolik.

Kobieta uniosła brwi, zaskoczona.

– Znasz Sevika? Nie, on tu nie przyjeżdża. „Żyjecie tu – mówi – jak Czukcze nad Tunguską, a na zwierzaki mogę sobie popatrzeć w zoo". No, dawaj!

Świsnął bat, trojka wkrótce skryła się za drzewami. Bóbr zaciągnął się i wypuścił w obłok dymu w mroźne powietrze.

– A pan tu kogoś szuka? – spytał już znacznie uprzejmiej.

– Owszem, szukam chłopca... i bogina.

– Aaa, trzeba było wejść do drugiej części szafy!

– Dom wariatów! – wymamrotał Lolik i wcisnął się z powrotem między futra.

Kiedy wyszedł z szafy, miał wrażenie, że w klasie minęło dopiero kilka sekund, choć w lesie spędził około dwunastu minut. Wszyscy siedzieli tak samo cicho i przypatrywali mu się z natężeniem, jakby się spodziewali, że teraz gestem iluzjonisty wyciągnie Longbottoma z kieszeni.

– Naprawdę, dom wariatów! – powtórzył Mistrz Eliksirów, wchodząc do drugiej przegrody. Dziwne, ale w tej części również nie było ciemno. Futer brak, za to znalazł się zaginiony uczeń. Longbottom, w głębokim omdleniu, spoczywał oparty o ściankę szafy, a nad nim stał profesor Severus Aleksander Snape we własnej osobie.

W to, że stojący w szafie wysoki, chudy mężczyzna z czarnymi włosami do ramion i długim nosem to nie kto inny jak zaginiony opiekun Ślizgonów, Lolik nie wątpił ani przez chwilę – widział Snape'a na fotografiach w szkolnym muzeum. P.o. Mistrza Eliksirów mógł teraz dokładnie sobie obejrzeć człowieka, którego uważał za przyczynę wszystkich swoich nieszczęść. Lolik miał sporo do powiedzenia Snape'owi, i miał zamiar to zrobić, a przede wszystkim zapytać, co on, do ciężkiej cholery, robi w szafie Moody'ego, kiedy on, Lolik Sniegow, tyra za niego na lekcjach, rozmawia z bobrami i ogólnie chyba traci rozum?! I z kim się Snape pozamieniał na głowy, że siedzi tutaj, w kurzu i naftalinie, podczas gdy jego rodzony wydział idzie w diabły? (Lolik aż sam się zdziwił, że tak mocno przejmuje się moralnym upadkiem Slytherinu.) A w końcu, co, u licha, Snape robi konkretnie w tej szafie, konkretnie u Szalonookiego?!

Naturalnie, Lolik wytrząsłby z dyrektorskiego agenta całą prawdę, a profesor–dezerter zalałby się łzami skruchy, gdyby nie dziwne zakłócenie porządku rzeczy. Czarnowłosy mężczyzna odwrócił się do Lolika, uśmiechnął... i zaczął szybko zmieniać kształt. Po paru sekundach przed Snape'owym zastępcą stał niewysoki, krąglutki i łysy facecik w białym fartuchu. W jednej ręce trzymał imponujących rozmiarów strzykawkę, a w drugiej bormaszynę i z niezdrową radością prezentował w uśmiechu wszystkie trzydzieści dwa zęby, sądząc po ich nieskazitelności – sztuczne. Lolikowi włosy stanęły dęba. Od wczesnego dzieciństwa bał się dentystów i teraz miał ochotę drapnąć gdzie oczy poniosą. Nie mógł jednak zostawić Longbottoma na pastwę straszliwego stomatologa sadysty, więc czym prędzej złapał nieprzytomnego ucznia pod pachy i razem wypadli z szafy.

Reszta lekcji Moody'emu upłynęła na próbach ocucenia Longbottoma. Opowiadał też o zwyczajach boginów i zalecał dzieciom jak najwięcej trenować. Pod koniec zajęć auror zapowiedział uczniom, że znajomość z boginem będzie kontynuowana na następnej lekcji, co spowodowało kolejne omdlenie Longbottoma i chóralny jęk reszty klasy. Lolik zdecydował, że ma na razie dość bobrów i dentystów, i odmówił uczestniczenia w jeszcze jednej lekcji, wymawiając się koniecznością przygotowania do klasówki. Dzieciaki, usłyszawszy, ze czeka ich klasówka z eliksirów, wpadły w czarną melancholię i na zajęcia do Lolika przyszły smętne i milczące, nawet zapominając pokłócić się ze Ślizgonami. Ci wpierw speszyli się w obliczu takiej bezczelności, ale dowiedziawszy się o klasówce, również sposępnieli. Po raz pierwszy od czasu zniknięcia profesora Snape'a lekcja eliksirów zaczęła się w idealnej ciszy.

„Dzieci przyszłością narodu!" – pomyślał Lolik, przypominając sobie popularne hasełko. Rozejrzał się po klasie. Gryfoni jeszcze nie otrząsnęli się po spotkaniu z boginem, a Ślizgoni – z Hagridem, który dopiero co przeprowadził z nimi lekcję opieki nad magicznymi stworzeniami. Po zajściu z dementorem gajowy zrobił się bardzo nerwowy, nie oddalał się od chaty i wszędzie nosił ze sobą swój różowy parasol. Sporo pił i mało się nie zabił w trakcie lekcji. Ostatnio u niego dzieci zajmowały się tresurą jego ulubionych zwierzaczków – sklątek tylkowybuchowych. Była to robota trudna i niewdzięczna, zwłaszcza dla Ślizgonów. Oj, niełatwo było małoletnim latoroślom czystokrwistych magicznych familii (z mieszańcami Czarny Lord się nie zadawał) cackać się z wielkimi, pokrytymi śluzem robalami, które na dodatek pluły jak wielbłądy – tyle że ogniem. Młodzież skarżyła się już profesorowi Sniegowowi na Hagrida, w nadziei, że nowy opiekun, który miał serce o wiele miększe od starego, zlituje się nad nimi i wybawi od sklątek. Opiekun pożałował ich, ale uważał, że kontakt z hagridowymi ulubieńcami wyjdzie młodym na dobre, więc pocieszył tylko dzieciarnię, że „ciężko w szkole, lekko w raju".

Profesor Sniegow przybrał mroczny i surowy wyraz twarzy, po czym niezbyt głośnym, złowrogim tonem ogłosił:

– No, cóż... Zaczynamy lekcję.

Dzieci westchnęły i otworzyły zeszyty.

– Poprzednio mieliśmy lekcję wprowadzającą do chemii organicznej. Zobaczymy, czy zostało wam coś w głowach. Kto może krótko wyjaśnić, czym jest organika? Tak, proszę, panno Granger.

– Organika to chemia zajmująca się związkami zawierającymi węgiel! – dumnie oświadczyła prymuska.

– Tak, zgadza się. Pięć punktów dla Gryffindoru.

Po ślizgońskiej stronie klasy rozległo się oburzone prychanie, które natychmiast ucichło pod surowym spojrzeniem profesora.

– Jak już mówiłem, będziemy uczyć się o rozmaitych substancjach, ich właściwościach oraz poszczególnych eliksirach, do których są używane. Niektóre eliksiry będziecie także przygotowywać. Temat dzisiejszej lekcji: gliceryna. Można zacząć notować...

W jednym stary auror miał rację, najważniejsze – nie dać dzieciakom ochłonąć, żeby nie drzemały na lekcji i nie miały czasu na wygłupy. W tym celu Lolik dyktował prędko, choć dostatecznie wolno, żeby uczniowie zdążyli wszystko zapisać. Ci, oczywiście, nie doceniali tych starań. Gryfoni cierpieli w milczeniu, sapiąc i bazgrząc piórami, z nadświetlną, jak im się wydawało, szybkością. Ślizgoni nie sapali, za to cichutko marudzili, że tak nie można, że lekcja w takim tempie to łamanie praw ucznia, i że nawet u Binnsa jest lepiej. Ślizgońscy zawodnicy quidditcha, już i tak zdenerwowani tym, że nowych mioteł nie ma co się spodziewać, kompletnie skwaśnieli. Malfoy niemalże miał wypisane na czole: „Wszystko powiem tacie!" ale przynajmniej nie awanturował się z Potterem. Lolik zdziwił się, że Chłopiec–Który–Przeżył–Sześć–Razy uczestniczy w lekcji. Spodziewał się, że po boginie gryfońska znakomitość pójdzie odpoczywać. Jednak chłopak siedział i sumiennie zapisywał właściwości gliceryny. Istotnie, gliceryna okazała się bardzo pożyteczną rzeczą w warzycielstwie i Snape przechowywał jej w swoim magazynie całe mnóstwo.

– Każdy ma na stole kolbę z gliceryną. Dokładnie zapoznajcie się z tą substancją. Postarajcie się zapamiętać kolor, konsystencję, zapach. Tak, panno Granger, można otworzyć i powąchać. Nie, panie Longbottom, nie otruje się pan.

– Snape by dodał „niestety" – szepnął któryś z uczniów nostalgicznie.

– Nie, panie Zabini, nie radzę tego pić – ciągnął Lolik.

Uczniowie, ciesząc się z krótkiego odpoczynku, z zainteresowaniem badali białawą, galaretowatą substancję, a niektórzy ostrożnie wąchali.

– Glicerynę wykorzystuje się głównie w medycynie, w eliksirach gojących. Znajduje też szerokie zastosowanie w rozmaitych eliksirach kosmetycznych... (Wszystkie dziewczyny i niektórzy chłopcy od razu nadstawili uszu.) Na przykład, na bazie gliceryny przygotowuje się praktycznie wszystkie maści odmładzające i dlatego tuż przed Nocą Walpurgii cieszą się one takim niesłychanym popytem. Tak, panno Parkinson, na pryszcze też pomaga. Nie, dziś zajmiemy się eliksirem na szybkie gojenie ran. Ten eliksir nie pomoże przy poważnych urazach, ale przydaje się na oparzenia i skaleczenia. Na tablicy macie wypisane składniki. Możecie zaczynać. Zadanie domowe: trzydzieści cali eseju o historii wykorzystywania gliceryny.

– Ale klasówka... – zaczęła gryfońska prymuska i umilkła pod ciężkimi spojrzeniami reszty klasy, pokładających nadzieję w roztargnieniu profesora. Nadzieja była jednak płonna.

– O klasówce doskonale pamiętam, panno Granger, i liczę na to, że przygotowanie do niej nie przeszkodzi wam w napisaniu eseju.

Nikt nie odważył się kłócić z profesorem, młodzież na nowo pochyliła się nad kociołkami. Mistrz Eliksirów powoli chodził między stołami, obserwował proces warzenia eliksiru, poprawiając tu i ówdzie, dając wskazówki i starając się nie spuszczać z oka stanowiska Longbottoma.

W początkach swej kariery nauczycielskiej w Hogwarcie Lolik próbował nauczyć dzieci zwracać się do niego imieniem i patronimikiem, tak jak przywykł. Jednak wymówienie „Leontij Aristarchowicz" przekraczało możliwości każdego, dla nieszczęsnych uczniów to była naprawdę wyższa szkoła jazdy. Dumbledore zrzucał owo ograniczenie na anglo–saksońską mentalność, zaimpregnowaną na rosyjskie imiona. Lolik zrezygnował więc i zaczął reagować na „profesorze" i czasem na „sir". Za to p.o. Snape'a obmyślił dla szkolnych winowajców karę, godną najprawdziwszego Ślizgona i wypróbował ją na Malfoyu. Ten, będąc nie tylko kapitanem drużyny, ale też starostą wydziału, miał do czynienia z profesorem Sniegowem częściej niż inni i opiekun, zaniepokojony moralną degrengoladą prefekta, starał się jakoś wychować bezczelnego chłopaka. Tak więc, kiedy McGonagall kolejny raz przywlokła Malfoya do gabinetu profesora eliksirów, ze słowami: „Mam dość, niech pan sam wymyśli mu jakąś karę!", Lolik zmusił wichrzyciela, by ten przez dwadzieścia cztery godziny zwracał się do niego „po otczestwu". Następnego dnia ofiara miała język złamany w kilku miejscach, za to od tej pory dowolne zaklęcie, nawet najbardziej zawiłe, Malfoy wymawiał lekko i swobodnie. Tak więc Lolik przyczynił się do polepszenia jego stopni z zaklęć i transfiguracji.

Jednak byłemu aspirantowi dziwnie było słyszeć z ust uczniów to powściągliwe „profesorze", a teraz... Wystraszony okrzyk zmusił go do odwrócenia się.

– Profesorze Snegoff! Profesorze Snegoff!

Lolik zobaczył pobladłą twarz najlepszego przyjaciela Pottera – Rona Wesleya.

– Sir! Harry chyba trochę źle się czuje!

To było delikatnie powiedziane. Potter, biały jak ściana, z czołem pokrytym zimnym potem, stał wczepiony konwulsyjnie w krawędź stołu. Nagle chwycił się ręką za głowę i osunął na podłogę, straciwszy przytomność.

„Czemu oni tu tak lubią mdleć?" – przemknęło przez myśl Lolikowi. – „Cholera, przecież to ta jego blizna! To znaczy, że Czarny Lord... Coś tam dyrektor mówił... CHOLERA!"

Profesor, nie na żarty wystraszony, podbiegł do chłopca, sprawdził mu puls i próbował ocucić.

– Panno Granger! Amoniak! Trzecia szafa, najwyższa półka. Szybko!

Kiedy tylko watka, namoczona w amoniaku, dotknęła jego nosa, Potter parsknął, drgnął i otworzył oczy.

– Garik, jak się czujesz? – spytał Lolik, pomagając chłopcu podnieść się i przytrzymując za ramię.

– Chyba w porządku.

– Panie Wesley, panno Granger, zaprowadźcie pana Pottera do szpitalnego skrzydła. A jak się pan poczuje lepiej, Harry, pójdziecie do dyrektora i opowiecie, co się zdarzyło, dobrze?

Potter przytaknął i gryfońska trójca opuściła klasę.

W czasie obiadu Lolik, któremu nie wychodził z głowy wypadek z Potterem, zapytał dyrektora, czego powinni się teraz spodziewać po Voldemorcie. Stary czarodziej wyjaśnił, że świat medycyny, tutaj reprezentowany przez głównego lekarza szkoły, madame Pomfrey, poklasyfikował wszystkie bóle głowy Złotego Chłopca. Lolik był świadkiem Ataku nr 5, który zwykle występował za każdym razem, kiedy Nienazywany był w złym humorze, wywołanym silnym kacem. Tak więc bezpośredniego ataku ciemnych sił dyrektor w tym tygodniu się nie spodziewał. Za to spodziewał się go Moody, który z zapałem chciał organizować ochotnicze patrole i kopać okopy. Ku uldze ciała pedagogicznego, dyrektor namówił starego aurora, by z okopami trochę zaczekał.

Po obiedzie Lolik miał podwójną lekcję Ravenclaw/Hufflepuff z drugoklasistami, na której dzieci wysadziły cztery kociołki i doszczętnie stargały nerwy Mistrzowi Eliksirów. Odjął uczniom mnóstwo punktów i zostawił młodocianych saperów, żeby po lekcjach zrobili porządek w klasie. Okazało się, że było to wypędzanie diabła szatanem. Lolik osłupiał ze zgrozy i zamiast iść na kolację, musiał zacząć porządki na nowo. Warzyciel stwierdził, że przy kontakcie ze środkami czyszczącymi mgła wypełniająca pracownię zgęstniała, wydzielając zapach silnie skoncentrowanego chloru i była jeszcze paskudniejsza. Przywróciwszy klasie jaki–taki wygląd, Lolik postanowił wyjść na zewnątrz, by się przewietrzyć. Idąc korytarzem do wyjścia z podziemi, zauważył w jednej z komnat gromadkę Ślizgonów. Drużyna quidditcha i kilku innych podobnych im zuchów ze starszych klas, siedzieli na stołach, paląc i rozmawiając półgłosem. Rozmowa musiała być bardzo zajmująca, bo pojawienia się własnego opiekuna uczniowie nawet nie zauważyli. Lolik już chciał iść dalej, kiedy parę słów, wypowiedzianych głośniej, sprawiło, że stanął i zaczął słuchać. Dzieciaki narzekały na swój los, który stał się jeszcze gorszy wraz z pojawieniem się Lolika, tęskniły za dawnymi czasami i Snape'em. Mówili cicho, do Lolika dochodziły tylko urywane frazy, ale wynikało z nich jedno: zdaniem uczniów, nowy profesor eliksirów podrywał autorytet starego. Nastolatkowie byli rozczarowani. „Snape wszystkich o tak trzymał!", „Chodzili jak w zegarku i kichali na rozkaz!", „Staczamy się, ludzie", „Jakby to Slytherin mógł zobaczyć, sam siebie Niewybaczalnym by strzelił. Powiedziałby: Biada ci, domu mój! Jakich czarnych dni dożyliśmy! Opiekunowie Slytherinu gryfiackie szczeniaki publicznie niańczą!", „Chłopaki, chodźmy się napić i porzucamy flaszkami w wieżę Gryfonów", „Gdzie też diabli noszą tego starego węża?!".

Gdzie diabli nosili Snape'a, Lolik chciałby się dowiedzieć już tydzień temu. Jeszcze bardziej marzył o tym, żeby wiedzieć, czy szpieg zamierza wrócić, czy nie? Wątpliwości w tej kwestii powstały nie bez pomocy Moody'ego. Wpadłszy w wir szkolnego życia, Lolik jak nigdy zaczął doceniać swobodę. Rozpaczliwie chciał wydostać się z Hogwartu i zaczynał myśleć, że Snape, jeśli tylko ma choć trochę rozumu (a na to wyglądało), nie będzie się kwapił wracać do rodzimych lochów, wylęgarni potworów, widm i reumatyzmu, do kotłów, mgły, uczniów i w końcu – do Longbottoma.

Pogrążony w ponurych rozmyślaniach, profesor eliksirów sam nie zauważył, jak zamiast wyjść na dwór, poszedł w całkiem inną stronę i ocknął się przed gabinetem dyrektora. Drzwi były uchylone, co znaczyło, że Dumbledore nie jest zajęty i chętnie by z kimś porozmawiał. Stary czarodziej wiedział o problemach Lolika z hasłami i opiekunowi Slytherinu drzwi otwierał zawczasu. Kiedy Lolik wszedł, dyrektor, grzebiący w jakichś papierach, podniósł głowę i uśmiechnął się życzliwie. Zwoje natychmiast znikły, a w to miejsce pojawiła się dyżurna herbatka i ciasteczka.

– Dobry wieczór, mój chłopcze! Proszę, wejdź, posiedź ze staruszkiem.

– Dziękuję, z przyjemnością.

Lolik usadowił się wygodnie w fotelu na przeciwko dyrektora. Paw Dumbledore'a natychmiast podszedł bliżej, zaskrzeczał coś na powitanie i wlazł gościowi na kolana. Ten ptak miał zupełnie koci charakter. Uwielbiał siedzieć u kogoś na rękach i najlepiej żeby jeszcze ten ktoś go drapał po karku. Lolik machinalnie zanurzył palce w miękkich piórach, zastanawiając się, jak tu wyłożyć dyrektorowi wszystko, co mu leżało na sercu.

– Panie dyrektorze, mnie się, oczywiście, tutaj bardzo podoba, ale w szkole jestem tymczasowo...

– Bardzo dobrze pan sobie radzi.

– Ja tak nie myślę, uczniowie również.

Ostatnie słowa wyrwały się Lolikowi mimowolnie. Zastępca Mistrza Eliksirów dopiero teraz zrozumiał, jak bardzo go uraziła podsłuchana rozmowa. To znaczy, guzik go obchodzili ci smarkacze, jak sam siebie zapewniał. To znaczy, chciałby żeby go szanowali jak... jak Snape'a? Lolik znów zaczął bić się z myślami. Dyrektor milczał, błyskając okularami i chrzęszcząc herbatniczkiem.

– Tak! Uważam, że jako nauczyciel, i tym bardziej jako opiekun, nie wypadam tak dobrze jak Snape. I w ogóle, przyszedłem spytać, czy czegoś o nim nie słychać?

Dyrektor westchnął.

– Nic. Poszukiwania prowadzi oddział aurorów „lwy morskie"...

– Dlaczego morskie? – przerwał Lolik.

– Nie wiem. A właściwie dawno już nie miałem od nich żadnych doniesień. Jeśli pan chce, możemy spróbować się z nimi połączyć.

Lolik chciał bardzo. Poza tym był bardzo ciekawy, w jaki sposób dyrektor będzie się „łączył" z aurorami. Był pewien, że bez magicznych gadżetów się nie obejdzie. No i się nie obeszło. Dyrektor wytaszczył ze skrzynki masywną kulę, najwyraźniej z mętnego szkła, osadził ją na stole i coś wymamrotał pod nosem. „Login – mętne oko; hasło – Boże, dopomóż" – dosłyszał Lolik. Po kuli zaczęły płynąć paski, potem zrobiła się całkiem czarna i wewnątrz zamigał napis „Użytkownik zalogowany, proszę czekać na odpowiedź". W końcu, w głębi kuli ukazała się czyjaś nachmurzona, nieogolona fizjonomia. Oblicze było, nie wiedzieć czemu, niebieskawe i miało rozbieżnego zeza. Być może kula miała jakieś problemy z wizją. Facet badawczo wpatrywał się w dyrektora, jakby próbował go rozpoznać, po czym żywo zameldował:

– Kapitan Jones na linii! Hik...

– Chciałbym się dowiedzieć, jak przebiegają poszukiwania profesora Snape'a, kapitanie – powiedział Dumbledore bardzo oficjalnym tonem.

Fizys w kuli rozświetliła się wręcz heroizmem.

– Wszystko idzie według planu. Nie zważając na niewła... nerwa... na złe warunki pogodowe, brak amunicji, żywności i hik... lekarstw, nasz oddział, ponosząc straty, zdołał praktycznie wejść w kontakt z hik... przeciwnikiem i prowadzi bezpośrednią obserwację. Żołnierze się hik... nie oszczędzają. Jutro przechodzimy do planu W. Jeśli zdobędziemy hik... jakąś informację, natychmiast ją panu przekażemy. Bez odbioru!

Kula zgasła.

– No i widzi pan – rzekł dyrektor do Lolika. – Na razie nic. Ale nie martw się, mój chłopcze, nie należy tracić nadziei.

Lolik zrozumiał, że rozmowa skończona, strząsnął pawia z kolan i pożegnał się.

Po drodze do swojej kwatery profesor Sniegow natknął się na zalanego w pestkę Malfoya. Chłopak próbował przejść przez ścianę, przekonany, że jest to wejście do sypialni Ślizgonów. Mamrotał na przemian hasła i przekleństwa.

„Nie ja jeden cierpię na sklerozę" – pomyślał Lolik ze współczuciem. Sam nie mógł zapamiętać ani jednego hasła, wiecznie dreptał koło portretów, udając, że podziwia sztukę malarską, a naprawdę czekając na okazję by wejść lub wyjść. Obudziły się w nim instynkty wychowawcze. „Szkoda chłopaka, a przecież całkiem niegłupi. Nie jego wina, że za jego tatusiem klawisze w pudle tęsknią".

– Słuchaj, Krako!

– Draco...

– Nieważne. Słuchaj no! Jak będziesz tyle pić... – Tu Lolik się zaciął: „Szybko się postarzejesz"? Nie. „Wylądujesz u świętego Munga"? Odpada. A, właśnie...! – Ja ci mówię, jak będziesz tyle pić, to zostaniesz w Hogwarcie jeszcze na siedem lat!

W błyskawicznie trzeźwiejących jasnych oczach Draco odbiła się czysta panika. Chłopak ni to skrzeknął, ni to zapiszczał i co sił w nogach pobiegł do sypialni.

Lolik, bardzo zadowolony, poszedł do siebie. Zatrzymał się przed portretem i popatrzał z nienawiścią na podłego typa. Ten nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, chamidło! Hasła, naturalnie, Lolik nie pamiętał, ale przyszła mu do głowy myśl, że powinno istnieć jakieś zaklęcie, otwierające drzwi na siłę. Lolik rozejrzał się w obie strony, sprawdzając, czy nikogo nie ma, wyciągnął z kieszeni różdżkę i wycelował w malowanego parszywca. Ten podejrzliwie zerknął na różdżkę i próbował wycofać się w głąb obrazu. Lolik odkaszlnął i niskim głosem powiedział pierwsze, co mu przyszło do głowy:

– Sezamie, otwórz się! Sim sala–bim!

Nic się nie stało. Typ na obrazie rżał głupio, wytykając Lolika palcem. Profesor zaklął i aż splunął ze złości na niestosownie rozweselony portret. Drzwi bezszelestnie się otworzyły. Lolik, nie wierząc własnym oczom, ostrożnie wszedł do środka. Drzwi tak samo bezgłośnie zasunęły się, boleśnie trącając Lolika w siedzenie. Aj! – złapał się za poszkodowane miejsce, ale zaraz przyszła mu do głowy dumna myśl: – „A jednak jestem włamywaczem!"

Usadowił się wygodnie w fotelu przed kominkiem, ze szklanką whisky i cygarem z profesorskich zapasów, kiedy nagle usłyszał kroki. Rozejrzał się nerwowo, ale nikogo nie widział. Raptem ukazała się przed nim jakaś postać i Lolik wydał z siebie rozdzierający wrzask.

„Halucynacje! Naprawdę wariuję" – pomyślał Lolik, patrząc na rozczochranego chłopca w piżamie i puszystych kapciach. Oczy chłopca były zamknięte, najwyraźniej spał na stojąco. Minęła dobra minuta, nim profesor Sniegow zrozumiał, że to nie halucynacja. To był Potter. Chodzący we śnie, to widzialny, to znów niewidzialny, ale Potter.

„Ciekawe, jak ten lunatyk tu się dostał?" – zdumiał się Lolik, opanowując chęć, by wyskoczyć na korytarz i obić portretowi gębę. Tymczasem Potter z tęsknotą i udręką oświadczył:

– Profesorze! Przyszedłem wyznać panu swoją miłość!

Profesorowi zabrakło słów. Myśli także. Zaczęła go ogarniać cicha panika. Chłopiec zrobił krok naprzód.

– Czemu pan milczy, profesorze?

Lolik wlazł na fotel nogami i wyrzęził histerycznie:

– Potter!

– Może pan mówić do mnie: Harry...

Jeszcze jeden krok. Lolik zorientował się, że trzyma w ręku szklankę z whisky i z rozpaczliwą determinacją chlusnął jej zawartością w twarz bohatera narodowego. Chłopak otworzył oczy i zaczął przytomnieć, patrząc na oszołomioną fizjonomię Lolika. Ten rozumiał, że opiekunowi Slytherinu nie przystoi siedzieć na fotelu jak koczkodan na palmie, ale nic nie mógł na to poradzić.

– Ach! – westchnął przeklęty bachor. – To nie Severus! To był tylko sen.

Podniósł z podłogi coś szarego i szeleszczącego, marzycielsko wymruczał: „Taki piękny sen..." – i zniknął. Potem drzwi otworzyły się i znów zamknęły.

– Potter! Minus dwieście punktów! – ryknął w ślad za nim Lolik, ale już było za późno.

Spać mu się całkiem odechciało, za to miał wielką ochotę zaczerpnąć świeżego powietrza i łyknąć coś mocniejszego. Wyszedł na korytarz z butelką whisky, blokując przedtem drzwi cegłą, żeby się nie zamknęły. Nie zdążył jednak zrobić nawet pięciu kroków, kiedy ujrzał wielkiego, czarnego psa. Psisko tylko stało, ale patrzyło na p.o. Mistrza Eliksirów bardzo podejrzliwie. Lolika zaczął ogarniać coraz większy niepokój.

– Ee... Azorek... – próbował zbadać grunt.

Pies uśmiechnął się, pokazując zęby (imponujące) i niespodziewanie przekształcił się w faceta o powierzchowności kryminalisty. Po raz drugi tej nocy z gardła profesora Sniegow wydarł się krzyk, którego pozazdrościłby mu każdy duch, nawet Krwawy Baron.

– I czego wrzeszczysz? – złowrogo wysyczał facet (oraz pies w jednej osobie). Niewierzący własnym oczom Lolik drżącą dłonią przeżegnał odmieńca, potem siebie, powiedział coś w rodzaju „Na psa urok!" i nawet splunął przez lewe oraz prawe ramię, lecz typ nie znikał, tylko uśmiechnął się zjadliwie i powiedział głuchym basem:

– Dopiero co wyszedł od ciebie mój chrześniak. Ty, ścierwo!

– Do niczego nie doszło! – zawył Lolik.

– A co, na korepetycje z eliksirów do ciebie przyszedł? – zaszydził facet.

Lolik tylko kręcił przecząco głową, starając się wyglądać jak najbardziej niewinnie. Typ o bandyckim wyglądzie podszedł bliżej i ciągnął:

– Patrz na mnie, rzodkieweczko! Za molestowanie nieletnich będziesz na kojce siedzieć i czarny smutniak zarzucać*. Jest takie sanatorium, Azkaban, wiesz? Mam tam kumpli, zrobią ci miłe przywitanie!

Facet jeszcze raz uśmiechnął się paskudnie, zmienił na powrót w psa i niespiesznie potruchtał korytarzem. Lolik powolutku osunął się na podłogę.

„Ładna praktyka mi się trafiła!" – Lolik wyobraził sobie, jak wraca do domu, siwy jak gołąb, z trzęsącymi się rękami. – „A i to w najlepszym wypadku. O, nie!"

I wtedy Lolik zdał sobie ostatecznie sprawę, że nikt nie ma zamiaru iść do Voldemorta szukać Snape'a, a sam szpieg z własnej woli do tego wariatkowa nie wróci, i że powrót starego opiekuna Slytherinu potrzebny jest najbardziej nowemu. Tak więc, jeśli Lolik chce poprawy swego losu, powinien przedsięwziąć radykalne środki!

Podniósł się z posadzki i wrócił do sypialni. Przez całą noc w pokojach Mistrza Eliksirów paliło się światło. Profesor Sniegow obmyślał plan ratunku dla profesora Snape'a.

* Będziesz siedzieć na więziennej pryczy i jeść czarny chleb [wg słownika grypsery]

** watch?v=45gRt8GoFNQ&feature=related