Siedziba główna była to mała klitka. W kącie latało kilka much. Pod płachtą, w drugim kącie, leżało kilka obrazów. Staroświecka spluwaczka, stojąca tu prawdopodobnie tylko dla ozdoby, wieńczyła trzeci kąt, w którym przy biurku siedział funkcjonariusz, szczupły, lecz z obwisłymi policzkami, w uniformie. Ostatni kąt zajmowały drzwi, które przykuły nie tyle wzrok co siły mentalne Dumbledore'a, gdy razem ze swymi przybocznymi cisnął się przy biurku funkcjonariusza.

– Dzień dobry – poważnie Albus zaczął.

Funkcjonariusz splunął do spluwaczki. Nie ozdoba…

– Witam pana. Przepraszam, że takie warunki, przepraszam, że splunąłem do tej staroświeckiej ozdoby, ale jesteśmy w dołku i musieliśmy się tutaj przenieść, więc ja… – spojrzał na czarę czystego złota w kącie – staram się dostosować do otoczenia.

– Spokojnie, widziałem gorsze rzeczy… FBI się kłania.

Pokazali karteluszki. Lupin zbladł, a Slughorn dziwnie poruszał przy tym brwiami, ale funkcjonariusz nie zwrócił na to uwagi.

– Dobrze, a gdzie te ukłony? – spytał po weryfikacji.

– Ukłony? – Dumbledore cofnął się o krok i przez to o mało co nie wyszedł na ulicę.

– Powiedział pan FBI się kłania – uniósł brwi zadziornie, lecz pokazał ułożeniem źrenic, że wcale nie żartuje.

Albus zarzucił brodę na bark, ta koniuszkiem musnęła nos mężczyzny za biurkiem i wtedy jakby wystrzeliło z niej trochę magicznych pyłków, zagłębiając się w nozdrza. Tak to sobie wyobraził Dumbledore, ale na imaginacjach poprzestał. Wiedział kiedy wstrzymać rumaki.

Wiedział.

Kiedy.

Powiedzieć.

Prrrr.

Pochylił się nad biurkiem i konspiracyjnie, patrząc to w lewo to w prawo, oznajmił dumnie, z wypiekami na twarzy:

– Mamy dla pana informacje… ważne i tajne!

– Ale co pan! Przekazuje mi pan informacje czy przechodzi przez jezdnie?

Dumbledore cofnął się o krok, marszcząc się na czole. Musnął plecami drzwi wyjściowe.

– Jak to… przez jednie?

Słaby głos Albusa zamigotał w oczach oficera jak chwiejąca się żarówka na lince.

– Nieważne, do rzeczy proszę.

– Ale… jak to jezdnie? – Albus drążył, nie szukając nawet pomocy w ślepiach przybocznych agentów.

– Nieważne.

– Sam jesteś nieważny!

– Nieważne.

– Dość, gdzie pana przełożony?

– Nieważne.

– Czy pan tutaj rządzi?!

– Nieważne.

– Więc co jest ważne? – Albus złapał się brzegu biurka jak chorowity paralityk z oczopląsem.

Oficer przemawiał teraz wyrafinowanym angielskim, zakładając nogę na nogę.

– Ważne – rozejrzał się szybko z wyższością – oraz tajne… są informację, które panowie chcecie mi przekazać, a czego z niewiadomych przyczyn nie jesteście na tyle skłonni urzeczywistnić, i nie robicie tego.

– Dobrze, dobrze, dobrze! – Albus dyszał i wziął głęboki oddech.

Potem nastąpił wydech i woda z płuc dyrektora wniosła do pomieszczenia powolny morski żywot. Wodorosty falowały, bąbelki sennie wznosiły się ku górze, a istoty wodne przemieszczały się jak flaki w oleju. Ta morskość, głęboka oceaniczność wręcz, wprowadziła na nowo nastrój normalności, jako że zanegowała dynamizm i wariactwo, które emitowało z Dumbledore'a będącego pod wpływem specyficznego sposobu bycia oficera Scotland Yardu.

– Mamy informację o pewnym seryjnym mordercy i pragniemy uzyskać od was wsparcie. Przyda nam się każda para rąk, i śmiem przypuszczać, iż zwłaszcza tak specyficznych jak pańskie. Zapewne złapał już pan wielu zbrodniarzy.

– Ani jednego. Jestem nowy na stanowisku.

– Jest pan nowy i już pana zrobili szefem?

– Nie rozmawia pan z szefem… – oficer mocno spojrzał w oczy Albusowi.

– A więc z kim?!

– Ja tu tylko sprzątam…

Albus zachwiał się, upadł do tyłu. Plecami trafił na coś miękkiego. Uwijało się wokół niego kilkoro ludzi w białych fartuchach.

– Teraz! To ten moment! – jeden z nich krzyknął profesjonalnie.

Do skroni Albusa przyłożono zimny metal. Sekundę później elektrowstrząs odwiedził jego mózg.

Tu imaginacja zakończyła się. Dumbledore wyprostował się dumnie z zamierzeniem wymierzenia siarczystego policzka temu łgarzowi, flejtuchowi i żartownisiowi od siedmiu boleści.

Wtedy ten uśmiechnął się miło.

– To co z tym mordercą? Bo ja… tylko żartowałem. Ze mnie taki senny dowcipas jest…

Slughorn parsknął wtedy stłumionym śmiechem. Tłumił jednak bardo długo – cały pobyt tutaj. A powodem głupawki, jak poprzednio, a właściwie cały czas, był fakt, że Albus Dumbledore przebrany był w garnitur.

Dziwny spokój bił z przywódcy podszywanych agentów. Udzieliła mu się senna dowcipność. Wnet stracił dech! Złapał się za rękę, ból wstrząsnął jego ciałem, tym razem na serio, żadne imaginacje już. Przewrócił się, kurz szalał wokół jego wijącego się i drgającego, starczego ciała. Oficer aż wstał. Lupin skoczył do dyrektora.

– Dyrektorze! – krzyknął z pasją.

Ten zaśmiał się Zadziornie. Złapał ich.

– I co? – spytał z szerokim uśmiechem, obserwując reakcję oficera. – Dał się pan… – otarł kącik ust wierzchem dłoni – nabrać.

– Za mało sennie. Włożył w to pan tyle serca. A skoda tej zmarnowanej energii…

– Dobrze, już naprawdę kończmy rozmówki o dupie Maryni i do rzeczy, panowie, do rzeczy! – Albus oddał się złości – Ten morderca…

– Majtki umysłowe – zaznaczył Flitwick, a oficer przeniósł na niego spokojne spojrzenie, na chwilę.

– Tak, właśnie on, zabił w niedługim czasie pięć tysięcy ludzi! O reszcie ofiar nie wiadomo zbyt wiele.

– Mamy go. – Oficer kiwnął głową znudzony.

Piątka pseudo-agentów, w tym jeden pseudo-goblin (podwójna pseudowość to zawsze więcej niż pojedyncza) drgnęła w te, jak to się mówi, pędy.

– To żarcik kosmonaucik jakiś kolejny… – Albus słabym głosem zniżył się ilorazem inteligencji do kilkuletnia dziecka.

– Gdyby to był żart, nie kiwnąłbym głową. Kosztowałoby mnie to zbyt dużo energii. Chcecie panowie wielmożowie agenci zobaczyć tego zakalca?

Lupinowi zaburczało w brzuchu.

– Ja na ciasto bardzo chętnie! – rzekł.

– Myślę, że panu oficerowi chodziło raczej o mordercę. – Snape sprostował, a na końcu wypowiedzi kąciki ust uniosły się w sarkastycznej imitacji uśmiechu.

Slughorn i Lupin stęknęli. Mieli ochotę na herbatę i ciasto. Takie popołudniowe spotkanie przy kartach.

Skierowali się, wlepiając wejrzenia w smukłe plecy oficera, do drzwi, które zajmowały czwarty kąt pomieszczenia. Pęk kluczy wynurzył się z wnętra uniformu. Metal zabrzęczał. Profesorowie zamknęli natychmiast usta, jak tylko oficer na nich spojrzał, zapraszając przodem. Musieli udawać zaprawionych w bojach. W takich klimacikach. A poza tym… to wstyd podziwiać otwieranie drzwi kluczem. Wiedzieli to. Jednak cała ta sprawa zaczęła ich przerastać, choć byli tak blisko jej końca.

Zeszli schodami. Albus wyobrażał sobie, że jarzeniówki, które oficer zapalił na dole, to… pochodnie! Chwila korytarzem do przodu, cele puste. Skręcik w lewo. Skok przez kałużę. Unik przed kroplą z sufitu. Twarzą w pajęczynę. Uchylenie głowy przy przechodzeniu otworem drzwiowym. Skręcik w prawo.

Dotarli do kwadratowego pokoiku, gdzie nie było ścian, a jedynie cele więzienne.

– To on. – Oficer wskazał latarką.

Lupin, choć samego go to dziwiło, bardziej zainteresował się faktem, skąd nagle w dłoni oficera latarka niż jak wygląda morderca. Morderca, zwany Majtkami Umysłowymi.

– My God. This is Harry Potter – szepnął Slughorn.

– Nie może być! – Albus wyparł informację z głowy. – Czy to on?! On, zwany majtkami umysłowymi?!

– Tak – oficer spojrzał na stopy, szukając tam poprawnej odpowiedzi.

– Skąd pan wie, że nazywa się Majtkami Umysłowymi?! Przyznał się, powiedział to panu?!

Zastanowił się chwilę.

– Nie wiem.

– Nie wie pan! – Lupin klepnął się dłonią po udzie, poirytowany brakami wiedzy w tym pomieszczeniu.

– Wydaje mi się, że… – zamyślił się oficer – mówił mi to, ale… nie pamiętam, żeby mi to mówił.

Teraz Albus klepnął się po nodze.

– Z panem to same takie hece!

– Proszę wybaczyć mi tamte senne dowcipy, ale teraz mam na myśli, że nie powiedział mi tego, poruszając ustami. Przekazał mi to telepatycznie.

Profesorowie spojrzeli po sobie.

– Z oklumencji był kiepski – Snape wzruszył ramionami w odpowiedzi na pytające spojrzenia.

– Zdaje się, to jakiś państwa znajomy…

– Poświeć pan na niego! – Rozkazał chamsko Lupin.

Strumień świetlny latarki przebił się przez mroki. Najpierw pokazał im twarz mordercy, potem resztę ciała. Ciemność była tak znacząca, bowiem ostatnie światła korytarza nie dochodziły już tu swymi mocami.

W snopie świetlnym latarki dostrzec można było unoszący się pył i kurz. Przypominało to trochę podmorski wojaż batyskafem. A odkrycia głębinowych podróżników były przerażające i zamierające dech w piersiach. W takich chwilach stracić można poczytalność, w takich chwilach świat odwraca się do góry nogami, czyli o kąt półpełny, to jest:

STO!

OSIEMDIESIĄT!

STOPNI!

Najpierw ujrzeli jego twarz. Była blada, opleciona szkarłatną siatką żył. Usta popękane, a oczy obłąkane. Wodził nimi po suficie, wielkimi źrenicami jak po zażyciu morfiny. Okulary wisiały przekrzywione na uszach. Jednego oka nie zasłaniały zupełnie(!). Głowę porastało mu afro o średnicy wysokości przeciętnego człowieka.

Potem oficer powoli skierował snop światła na jego tułów. Harry miał podkulone nogi w powietrzu, łokcie przytulone do klatki piersiowej z ramionami wystającymi do przodu oraz rozszczapierzonymi palcami. Utrzymywał się na samych pośladkach, jakby spinał mięśnie brzucha, aby utrzymać się w tej nienaturalnej pozie.

– Trzeba poprawić mu te okulary… – rzekł Lupin z troską.

– Nie ruszajmy go. Nie wiemy pod działaniem czego jest! – Albus zawyrokował.

Snape podchwycił temat i spytał:

– Panie oficerze, czy on coś brał?

– W takim stanie zastałem go, gdy dopuścił się tej masakry na pięćdziesięciu obywatelach Anglii! Minęło od tamtego czasu już kilkanaście godzin.

– Czyli ta masakra... w nocy… się zdarzyła… – sklecił zdanie Slughorn, półprzytomnie.

– Te okulary… – Lupin meandrował wokół swego, marszcząc się na czole – trzeba mu poprawić…

– Remusie – Dumbledore stanowczo zwrócił się do swego pomagiera – powstrzymaj na chwilę swe estetyczne zapędy i posłuchaj co ma do powiedzenia ten miły i dowcipny pan oficer!

Lupin zmarszczył się niesamowicie i spojrzał jeszcze boleśnie na Pottera zaś dyrektor niemalże obrażony odwrócił się do oficera, by kontynuować pogawędkę.

– Dowcipności nie trzeba było akurat zaznaczać – Slughorn oznajmił, elegancko gestykulując. – Nie w naszej obecnej sytuacji, Albusie.

Dumbledore tylko chwilę podyszał z rozedrganymi nozdrzami. Tak zbył wypowiedź krnąbrnego poplecznika.

– Zastanawia mnie najbardziej to afro… – Snape zerknął na Harry'ego, co też inni podchwycili, i wsparł brodę na dłoni. – Czyżby Potter zmienił nagle styl czy to coś…

– Magia, a zwłaszcza ta czarna, ostawia ślady – rzekł Dumbledore, jakby się spieszył. – Nie muszę wam przypominać, że Harry Potter zmienił swego przyjaciela, Ronalda Weasleya, w metalową kulę mniej więcej takiej średnicy jak teraz jego afro. Związek jest… Niewielki, ale…

Oficer zgubił wątek i przymknął oczy, starając się zrelaksować. Stali w ciasnym okręgu i dochodzili rzeczy dalej.

– A jeśli… – Snape spojrzał na posadzkę. – Jeśli to nie magia? Jeśli trafiło go coś innego, coś nam… nieznanego, obcego? To znaczy afro, owsem, jest to wielce prawdopodobne, iż wystąpiło tu jakieś mroczne powiązanie z uczynkiem, na który Potter się odważył. Zmienić przyjaciela w kulę… To już nawet nie czarna magia, a…

Wtedy stało się to. Przenikliwy, gardłowy wrzask przeszył uszy wszystkich.

Oderwij się małżowino! Przepadnij wniwecz! Nie zbieraj tych dźwięków!

Myślał Albus.

Potem nastąpił krzyk strachu, zaraz po tym jak rozpoczął się wrzask. Spojrzeli tam.

Remus stał przy kratach celi z ramieniem, między nimi, włożonym do środka. Harry trzymał je oburącz, zaciskając palce jak imadło. Charczał i wrzeszczał. Wyraźnie się pobudził.

– Remus! – skarcił profesora Albus.

– Nie zdzierżyłem dłużej tych okularów! Na Boga, pomóżcie!

Łapali go za biodra, barki, nogi. Ciągnęli z całych sił, ale Harry nie puszczał. Wierzgał się, nadal jedynie pośladkami dotykając posadki. Pluł, śmiał się i wrogo patrzyło mu z oczu. Wcześniej był nieświadomy obecności gości, teraz obrzucał ich wejrzeniami pełnymi nienawiści, przesiąkającymi duszę.

Oficer doczołgał się w kąt i złapał się krat dwóch celi przy rogu. Latarka, wcześniej upuszczona, zakręciła się na kamiennej podłodze. Oficer płakał i kręcił głową.

Nagle Harry puścił. Grupka ludzi odleciała do tyłu. Palce Harry'ego powoli wyprostowały się do końca z nieapetycznym mlaskiem. Albus zerwał się na kolana z szeroko rozwartymi ślepiami, błyszczącymi w ciemności od nieznanego źródła świetlnego. To przeraziło profesorów, choć głównie ich strach wirował wokół wszystkich zdarzeń, założeń i faktów dotyczących Harry'ego Pottera, tak odmienionego.

– On może być opętany! – wykrztusił i błysnął okularami połówkami, gdy pochylił się ku podłodze. – Krzyż! Pomóżcie mi coś znaleźć!

– Mam patyk! – Lupin skoczył do Albusa.

– Drugi! – Flitwick truchtem dobiegł.

– Trzeba sznurka! – przekrzykiwał Albus rechot Pottera.

– Nie ma! – Slughorn spanikował i wyrwał patyki. – Na ślinę!

Polizał i próbował połączyć.

Finalnie Dumbledore urwał kawałek materiału z garniaka. Podeszli do krat, osłaniając się krzyżem jak jedną, wielką tarczą. Potter miotał się. Afro podrygiwało, jakby to była jakaś szalona prywatka, a nie egzorcyzmy. Ale nadal wydawał się być w pełni mocy. Kilkoma fiknięciami na pośladkach Potter zbliżył się do krat, demonicznie szybko, i zębami połamał krzyż, zanosząc się chichotem zwycięzcy.

– Co się mówi?! – Dumbledore gniewnie szukał pomocy wśród pomagierów.

– Ja nie wiem! – Slughorn jęknął bezradnie.

– Czy przyjąłeś chrzest, szatanie? – blady Lupin wyrwał się do przodu i wydusił to, pokonując dyszenie.

– Jakie jest twoje imię?! – władczo rzucił to pytanie Dumbledore, a ręce wystrzeliły mu na boki.

Harry wtedy skupił moc swego wzroku na oczach Albusa, zrobionych jakoby ze szkła. Uśmiechnął się, ukazując czarną przestrzeń. Zęby poznikały. Z tego uśmiechu wypełzło na zewnątrz kilka dżdżownic. Harry zachichotał wtedy jak dziecko. Wykrztusił jeszcze trochę fioletowo-białej papki.

– Nazywacie mnie… – zachłysnął się, nabrał mocy i wrzasnął: – Majtki Umysłowe!

Cały w skowronkach oddalił się na środek celi perystaltycznymi ruchami pośladków.

– Oficer! Nie zgrywaj beksa lalki i pomagaj jakoś! – Lupin tupnął nogą, robiąc przy tym motywujący krok w kierunku przedstawiciela Scotland Yardu.

– One są potworne! To jakaś makabra! – ten wtulił się głębiej w kąt. – Mówiły do mnie! Ale telepatycznie, cały czas! To nie demon! To gorsze!

żyły uzewnętrzniły się na jego głowie. Oficer wydał kilka ciężkich oddechów, odchylając głowę do tyłu, jakby topiąc się, próbował nabrać powietrza. Legł bezruchu jak marionetka. Snape fachowo sprawdził puls.

– Nie żyje…

– No to mamy szkopuł! Mamy chłopaka seryjnego mordercę opętanego przez bliżej nieokreśloną… siłę, jeśli mogę tak powiedzieć i zwłoki oficera! – Albus tracił rezon.

Usłyszeli słabe kaszlenie z wnętrza celi. To przykuło ich uwagę. Skierowali latarkę na Harry'ego. Z ucha sterczał mu biały materiał mokry od krwi. Stopniowo wychodził, aż wyleciał z mokrym plaskiem na posadzkę.

– To jakieś zaległe pranie? – Slughorn pochylił się do przodu, lecz robiąc to tak pokracznie wytrącił Albusa z równowagi. Snop uciekł gdzieś na bok. Gdy Dumbledore nakierował go znów, nic już tam nie było. Spotkała ich dziwna niespodzianka. Harry drżał, siedząc już naturalnie, jak człowiek, z ufryzowaniem jak na niego zwykłym. Wokół niego walało się mnóstwo czarnych kłaków.

– Ten chłopiec coś musi nam wyjaśnić… – Albus starał się powiedzieć to jak dobry tekst na zakończenie akcji, ale nie wykrzesał tyle energii… wyszło jak dowcip oficera.

Snape zabrał pęk kluczy z pasa nieboszczka i otworzył bez najmniejszych oporów celę Harry'ego. Aż dziw, że to on to zrobił i to z tak przytomnym umysłem.

– Co to za ceregiele, Potter? – rzucił jeszcze przez próg, ale natychmiast wparował za kraty i wyciągnął stamtąd brutalnie chłopaka.

– Spokojnie, Severusie… – Dumbledore, gdy uspokajał, przypominał zawsze siebie. – Nie jesteśmy nawet pewni czy Harry zdawał sobie sprawę, że ma na głowie tak pokaźnej wielkości afro…

Spojrzał pytająco.

– Tak, jeśli oto chodzi, to byłem świadomy siły, która mną zawładnęła – resztkami sił orzekł. – Majtki Umysłowe… tak mi powiedziała, że się nazywa.

– Kojarzysz tę nawę, prawda? – Dumbledore uniósł brwi z wyczekaniem, wywołując stonowaną presję, lecz długotrwałą.

– Tak, raporty od majtek umysłowych… Jak mógłbym zapomnieć…

Harry podtrzymywany był przez Lupina i Slughorna, by nie upadł.

– Mam też coś ważnego do przekazania… – Harry rzekł i nabrał kilka oddechów.

– Słuchamy – Albus przyjemnym gestem ramion zaprosił do kontynuowania.

– Majtki Umysłowe zawładnęły mną tylko na tę jedną noc aż do teraz. Wcześniej, nie tyle co władały, ale były częścią… były jakby stworzone przez kogoś lub zżyte bezgranicznie jak w symbiozie, właśnie z ich twórcą, jakimś mężczyzną – zrobił pauzę, by wszyscy przetrawili nowinkę, z nim na czele. – Będąc w letargu, widywałem czasem wydarzenia, których razem dokonywali. Umawiał się na spotkania z potencjalnymi ofiarami i zabijał je. Widziałem to jego oczami. Czułem też jakiś sentyment u niego, na chwilę przed spotkaniem z ofiarą. Ten sentyment wyrażał w słowach, które mówił do niej…

– Zaiste, ciekawe… – Dumbledore jakby przestał słuchać.

Przeszedł obok Harry'ego i pochylił się nad materią, która wyleciała z ust chłopaka. Kilka dżdżownic wiło się bezcelowo na brudnej posadce, zgarniając na siebie drobinki ziemi. Jedna z nich wpełzła do fioletowo-białej papki i drążyła w niej tunele.

– Severusie, przydasz mi się!

Snape posłusznie, jak za starych, dobrych czasów, gdy walczyli z Lordem Voldemortem, pokonał w mgnieniu oka kilka kroków swymi długimi, drapieżnymi odnóżami.

– Co to za dziwna maź przypominająca konsystencją kaszkę? – dyrektor zapytał ni to retorycznie, ni to z ogromnym zaintrygowaniem.

Snape dziarskim ruchem wyjął różdżkę zza pazuchy. Oderwał papkę od ziemi przy pomocy czarów, zbliżył do twarzy i powoli rozkładał na czynniki pierwsze. Przed nosem Severusa powstała łuna niebieskiego światła. Zaczęły fruwać tam białe i fioletowe cząsteczki o różnych odcieniach. Czasem pobłyskiwały nikłym światełkiem i z cichym świstem zmieniały między sobą pozycje. Oczy Snape'a znieruchomiały, obserwując to podniebne przedstawienie i trzymając wszystkich w napięciu.

– To proszek do prania… – odezwał się w końcu. – I dodałbym, że z piekielnie źle wymierzonymi proporcjami…

– Czy oprócz niego coś tam jeszcze jest? – Dumbledore upewnił się.

– Tak. – Snape pozwolił opaść cząsteczkom, wygasając łunę światła. – Szczątkowe ilości kory platanu.

Harry poprawił okulary na nosie… coś mu to mówiło. Jednak Dumbledore przerwał jego refleksje:

– Panowie! Mieliśmy go! – na nowo wyzbył się z siebie Albusa, przyjmując tym razem żywiołowy i sformalizowany sposób bycia. – Kiedy siedzieliśmy w kabinie ubikacyjnej, to on do nas zapukał! Bredził coś o dżdżownicach i platanie!

Źrenice Harry'ego rozszerzyły się. Odpłynął w głąb siebie.

Remus wydał okrzyk oszołomienia i podziwu zarazem. Dokończył za Albusa:

– Czyli tam umówił się ze swą ofiarą! I nią był koleś, który zapukał jako pierwszy! Ten, który chciał na nas donieść!

– No cóż… – Slughorn westchnął stoicko – można powiedzieć, że naszym pobytem w ubikacji uratowaliśmy jedno istnienie.

Filius uniósł główkę do Albusa.

– A czy pamiętasz, jak wyglądał morderca?

Albus strapił się swą nieprofesjonalnością.

– Właśnie, cholera, nie… Tak mnie irytowali tym pukaniem, że odszedłem wtedy niemal od zmysłów. Pamiętam tylko, że miał na sobie taką brzydką kraciastą, markową marynarkę, firmy H&M zdaje się.

Lupi otworzył usta z oburzenia. Miał na sobie taką samą.

– Odkładałem na nią cały rok! Uważam, że jest esencją piękna mody męskiej!

Harry zabrał głos, przerywając dopiero co zaczętą kłótnię:

– To na pewno on! Zawsze używał hasła rozpoznawczego! Wcześniej umawiał się telefonicznie, z budek, na miejsce spotkania, na którym obiecywał niezłe profity, czy to za jakiś test psychologiczny, wywiad czy co on tam nie wymyślał! – Harry przywołał z pamięci informacje. – To hasło brzmiało chyba: raz pod platanem nocowałem i dżdżownice czyściły mi stopy.

Dumbledore klasnął w dłonie jak zaprawiony w bojach policmajster.

– Mamy go, mamy, panowie! Majtki Umysłowe długo już nie podziałają!

– Może nie nazywajmy tego kogoś lub czegoś Majtkami Umysłowymi… to taka głupia nazwa – Filius zaproponował ku ogólnej uciesze.

– Nie! – Dumbledore spojrzał na niego groźnie. – Strach przed imieniem zwiększa strach przed tym kto je nosi!

– Będzie dziś w pociągu… – wymamrotał Harry. – Ten morderca. Jutro wieczór odbywa się coś… ważnego dla nich, jakaś ceremonia… niezwykle ważna!

– Dla nich?

– Tak, to jakaś sekta. Morderca do niej należy. Dziś o dziewiętnastej wyrusza z dworca King's Cross i udaje się do … . Tam, na uniwersytecie, będą świętować jakąś rocznicę. Studenci, absolwenci, profesorowie. Wśród nich pojawią się członkowie sekty, również jako ludzie z zewnątrz, goście, ale będą też i tacy z podrobionymi zaproszeniami. Tam też, o stosownej porze, będzie mieć miejsce ceremonia.

– To tak dokładne dane… – Albus złapał chłopaka za ramiona. – Jesteś tego wszystkiego pewien?

Harry zaśmiał się. Był.

– To jest, panie profesorze, jak zwężająca się tuleja… Akurat te informacje od Majtek Umysłowych są najświeższe, znajdują się w najszerszych partiach tulei. Im dalej sięgam pamięcią tym przejście jest ciaśniejsze!

– Zwężająca się tuleja… – powtórzył rozumnie Albus i spojrzał po towarzyszach.

Ujrzał w nich tę samą energię do działania co w kabinie ubikacyjnej.

– Super duper… – mruknął do siebie zadowolony psor.

I istotnie było super.

Skończyli z maskaradą i przebrali się w swe zwyczajowe łaszki.