Rozdział 2: „Forget our memories"*
,,Szelestem skrzydeł otulają złaknioną ciepła duszę,
w cierpieniu uczą cierpliwości,
podają niewidzialną dłoń stojącym nad życia przepaścią
i prowadzą przez most niepewności jutra...
Anioły...wierzę w nie...bo czuję muśnięcia ich skrzydeł..." Anna Kowalczyk
Na początku czuł ból. Jedynie to wyrywało go z ciemności, która była wszędzie. Pragnął się od niego uwolnić. Nie chciał dłużej cierpieć. Z czasem ból minął. Pozostała po nim niepewność. Uczucie, które nie dawało mu spokoju. Nie miał pojęcia, gdzie jest. Nie wiedział nawet kim jest. A mimo to było mu z tym dobrze. Ważne było to, że nie czuł już tego bólu, co na początku. Chciał już na zawsze dryfować w takim stanie. Nie czując niczego.
Niespodziewanie w głębi jego świadomości rozbłysło jakieś wspomnienie.
Dwóch ludzi stojących naprzeciwko siebie. Mężczyzna o twarzy węża i chłopak o gadzich oczach. Starszy celował czymś w młodszego.
− Pożegnaj się z życiem Harry Potterze – wysyczał.
Potem nastąpił wybuch światła. A chłopak zaczął krzyczeć.
− Doktorze Paker!
− Co się stało Suzan? – odpowiedział zmęczonym głosem Steven, otwierając oczy.
Był dziś od samego rana na nogach. Widocznie się zdrzemnął. No, ale nic dziwnego. Najpierw obchód. Próby nakłonienia Sebastiana i Kete do zjedzenia czegoś więcej niż kromkę chleba, a potem sześć półtoragodzinnych sesji, z czego jednak była dodatkowa z Sophie. Steven szczerze się o nią martwił. Odkąd zobaczyła jak ten bezimienny chłopak podcina sobie żyły była cały czas rozkojarzona. Co prawda minął dopiero tydzień - doktor martwił się również o chłopaka, który mógł zapaść w śpiączkę nawet do końca życia – a jednak nalegał, by Sophia przyszła do niego na sesję. Dziewczyna miała dopiero dwadzieścia lat. Całe życie było przed nią dlatego nie chciał, by znów próbowała coś sobie zrobić. Wiedział, że - mimo iż już z nią lepiej - nie doszła jeszcze całkiem do siebie po próbie samobójczej.
− Chodzi o tego chłopaka, który podciął sobie żyły w domu Sophii.
Steven nie czekając na dodatkowe informacje puścił się biegiem do sali, w której leżał nastolatek. Nie minęła minuta, a był na miejscu. Z pomieszczenia dochodził krzyk. Wszedł do środka.
Chłopak, mimo że był przytrzymywany przez dwóch pielęgniarzy, rzucał się na łóżku i krzyczał:
− Nie! Zostaw ich! Zabij mnie, a nie ich. Błagam zostaw – całym ciałem chłopaka wstrząsały dreszcze.
Zobaczył, jak Camil wstrzykuje w ramię chłopaka środek uspokajający, a ten stopniowo cichnie.
− Co się stało? − zapytał błyskawicznie.
Spojrzał wyczekująco na podwładnych.
− Spałeś, więc poszliśmy sami na obchód. Doszliśmy do sali chłopaka, na początku nic się nie działo, ale potem zaczął się trząść. Byłem zaniepokojony, więc kazałem Suzan cię sprowadzić. Po tym jak wyszła począł się rzucać. Byłem coraz bardziej zaniepokojony, a ciebie dalej nie było, więc postanowiłem podać mu środek uspokajający. Denis i Luke poczęli go trzymać, a wtedy zaczął krzyczeć. Zresztą sam słyszałeś – streścił mu pokrótce Camil.
Mężczyzna skinął głową. Był dosyć zaniepokojony. Jego pacjent mógł mieć w przeszłość poważne problemy. Nie był tego pewny, bo ten incydent mógł być jedynie koszmarem. Jedna szczególnie zaniepokoiło go to, co chłopak krzyczał.
− Niepokoi mnie to, co krzyczał. ,, Nie! Zostaw ich! Zabij mnie, a nie ich. Błagam zostaw." Nie wiem czy dobrze rozumiem, ale to może być koszmar lub wspomnienie. Jeśli to koszmar to nie powinien niczego pamiętać, jeśli zaś wspomnienie, możliwe, że chłopak był świadkiem morderstwa. Wtedy już może być kiepsko z jego stanem psychicznym. To wydarzenie, jeśli jest to przebłysk wspomnienia, mogło go pchnąć do próby samobójczej – stwierdził powoli.
− Czyli? – zapytał Camil.
On również był zaniepokojony całą sytuacją. Nie wiedział dlaczego chłopak tak się zachowywał. To był jego pierwszy taki przypadek odkąd pracował na oddziale.
− Czyli powinniśmy to ustalić, bo dzięki temu znajdziemy sposób, jak mu pomóc – odpowiedział.
− Poza tym samo to, że coś takiego miało miejsce to znak, że wraca do rzeczywistości. Teraz pozostaje nam tylko czekać – dodał.
Nic więcej. Tylko te niedokładne wspomnienie. Wspomnienie, które zaowocowało w nim chęć dowiedzenia się czegoś więcej o samym sobie. Jednak cokolwiek, by próbował zrobić nie mógł sobie przypomnieć niczego więcej. Jedyne co o sobie wiedział to, to, że nazywa się Harry Potter. Ale czy na pewno? A może Harry Potter to ktoś kogo znał? Tego już nie wiedział.
Nie wiedział dlaczego, ale nagle został wyrwany z stanu w jakim był. Coś ciągnęło go do świata i chcąc, nie chcąc zaczął powoli otwierać oczy.
Poraziła go jasność. Przymknął oczy starając się zasłonić je ręką. Nie udało mu się. Nim zdążył zastanowić się dlaczego, poczuł się jak pusta muszla.
Gdzie ja jestem? Kim ja jestem? Co ja tu robię? Jak się tu znalazłem? Co się stało? Dlaczego nie mogę poruszać rękami? – Takie i inne pytanie kłębiły się w jego głowie.
Ponownie spróbował otworzyć oczy. Udało mu się. Pierwszym co zobaczył był pochylający się nad nim mężczyzna. Kto to? – zapytał się w myślach. Nie ośmielił się jednak zapytać. Może to ktoś z jego rodziny? Jednak, czy w ogóle ma rodzinę? Tego też nie wiedział. Nie wiedział o sobie nic.
Spojrzał ponownie na mężczyznę, który przypatrywał mu się dokładnie.
– Witaj! – przywitał się obcy.
– Dzień dobry – wychrypiał chłopak.
Przez chwilę obaj milczeli. Mężczyzna widocznie czekał, aż on odezwie się pierwszy, ale nie widząc efektów postanowił przemówić:
– Zastanawiasz się pewnie gdzie jesteś? – zapytał.
Nastolatek skinął głową.
– Znajdujesz się na oddziale psychiatrycznym dla młodzieży, a ja nazywam się Steven Paker i jestem twoim lekarzem.
Oddział psychiatryczny? Zwariowałem? Czy to dlatego nic nie pamiętam? Nie od tego raczej się pamięci nie traci, ale może… - chłopak był zdezorientowany.
− Czy pamiętasz dlaczego się tutaj znalazłeś? – zapytał powoli lekarz.
Czy pamiętał? Nie. Nie pamiętał czemu się tu znalazł. On w ogóle niczego nie pamiętał.
− Nie – szepnął cicho.
− Ja niczego nie pamiętam – dodał nim nieznany lekarz zdążył się odezwać.
Lekarz patrzył na niego przez chwilę w ciszy. Zastanawiał się nad co usłyszał.
− Nie pamiętasz niczego? – zapytał.
Chłopiec pokręcił głową. I nagle w jego głowie odżyło w wspomnienie, które było pierwszą odskocznią od pustki.
− Chociaż… − zaczął powoli.
Przerwał spoglądając niepewnie na mężczyznę. Nie wiedział, czy może mu powiedzieć. Przecież go nie znał. A co jeśli nie jest tym za kogo się udaje? Jeśli nie jest lekarzem? Przecież może być każdym! Płatnym mordercą, porywaczem. Może chcieć mnie skrzywdzić. Przecież niczego o nim nie wiem! – rozmyślał gorączkowo. Niepewność i strach najwidoczniej odbijały się na jego twarzy, bo mężczyzna przemówił kojącym głosem:
− Nie masz się czego bać. Tutaj nikt nie chce cię skrzywdzić. Przypominasz coś sobie? Jeśli tak powiedz, bo może to być ważne – przerwał na chwilę, by po chwili kontynuować:
− Zaufaj mi. Wiem, że to może być trudne, ale nie jesteś pierwszą i nie ostatnią osobą, która niczego nie pamięta – cały ten czas przemawiał łagodnym głosem, próbując patrzeć nastolatkowi w oczy.
Nie wygląda na kłamcę, ale skąd mam wiedzieć… Chociaż co mi szkodzi? Przecież może naprawdę chcieć mi pomóc. Nie każdy jest mordercą – pomyślał przymykając oczy. Powoli i niepewnie zaczął mówić:
− Nie wiem, czy to wspomnienie, ale przypominam sobie jakiegoś mężczyznę. Nie wiem kto to. On celował w jakiegoś chłopaka, chyba we mnie, i powiedział ,, Żegnaj Harry Potterze", a potem był wybuch światła. To tyle – powiedział.
Cały czas obserwował mężczyznę niepewnym wzrokiem. Nie wiedział czemu mu to powiedział. Jakimś cudem ten lekarz wzbudził jego zaufanie. Rozejrzał się dyskretnie po pomieszczeniu. Był to jednoosobowy pokoik o beżowych ścianach. Na ścianie, przy której stało jego łóżko, wisiał jakiś portret. Nieopodal portretu stała biała, stara, drewniana komoda. Naprzeciw łóżka stał jaskrawy, prawdopodobnie również drewniany stolik. Gdy jego wzrok padł na okna zauważył kraty. Wzdrygnął się na ich widok. Następnie skierował spojrzenie na podłogę. Leżał na niej duży puchaty dywan. Poza tymi szczegółami nie było tu nic wyjątkowego.
− W takim razie przyjmijmy, że tak się nazywasz – usłyszał głos doktora Pakera.
Spojrzał na niego i skinął głową. Posiadanie imienia jest lepszą alternatywą niż jego brak. Nie wiedział, co powiedzieć więc zapytał:
− Na początku zapytał się pan mnie, czy pamiętam dlaczego tutaj jestem. Nie pamiętam, a… A czuję, że powinienem. Powie mi pan co się stało? – jego głos był cichy i w dalszym ciągu zachrypnięty.
Lekarz spojrzał na niego i odpowiedział:
− Dobrze Harry, ale będzie to dłuższa rozmowa…
* Cytat z piosenki Linkin Park - Don't Stay
Carmeline - Dziękuję za tak długi komentarz. Doceniam go i postaram się dostosować do wskazówek. Prolog został poprawiony, bo cóż... Faktycznie mi się nie podobał, więc musiałam go przeistoczyć. Mam nadzieje, że wszedł lepszy niż poprzedni. Rozdział 1 też jest do poprawienia, bo faktycznie zbyt suchy. Wczoraj już powoli zaczęłam poprawiać i myślę, że jutro skończę. Pisać, piszę już od jakiegoś roku. Cóż w porównaniu z tym, co było na początku to jest już inny poziom. Czytam dosyć dużo i staram się zwracać uwagę na stylistykę w moich opowiadaniach, co nie zawszę mi się udaje.A co do wieku... Cóż kiedyś na pewnym portalu opublikowałam pracę, a ktoś stwierdził, że jest na poziomie jedenastolatka. Nawytykał mi błędy, że styl mam za dziecinny i cóż... Za miło nie było. Od tamtego czasu wolę napisać ile mam lat, niż słuchać, że piszę jak małe dziecko. Bądź co bądź jestem dzieckiem, może nie takim małym, ale dzieckiem. Weszło mi to już w nawyk ;) Jeszcze raz dziękuję za komentarz!
