Stiles stwierdza, że coś jest nie tak już w chwili, gdy jego krzesło zostaje gwałtownie odsunięte w tył. Prawie przewraca się zresztą, tracąc na moment równowagę. Derek Hale jest wysokim, umięśnionym mężczyzną i ewidentnie to nie jest masa na pokaz, którą widuje się często podczas zawodów fitness czy podobnych.
Stiles przez chwilę mruga oczami, ponieważ wszystko dzieje się tak szybko, że nie rejestruje nawet, że Derek przyklęka pod jego biurkiem, ewidentnie czegoś szukając. Na ich piętrze nagle robi się cicho i Stiles naprawdę nie chce patrzeć między swoje nogi, bo jakoś nieszczęśliwie z tego kąta widzi tam tył głowy Dereka.
Szerokie ramiona mężczyzny napinają się widocznie nawet pod materiałem drogiej marynarki. I Stiles po prostu wie.
- Nie ma jej tutaj – mówi, ponieważ dwa ostatnie razy Erica bawiła się przy jego biurku.
Derek wstaje i rzuca swoje chłodne spojrzenie w stronę wszystkich, którzy wychynęli ze swoich kabinek, aby oglądać to cholerne przedstawienie. Stiles czuje się dziwnie, będąc jedynym, na którego najwyraźniej Derek nie jest wściekły. I ciągle siedzi na swoim krześle, a pewnie powinien wstać, skoro jego szef – a raczej szef wszystkich szefów znajduje się tuż obok.
Podnosi się niemal natychmiast, a Derek chwyta go za nadgarstek bezceremonialnie ciągnąc go w stronę swojego gabinetu. Mijają zaaferowaną sekretarkę, która najwyraźniej rozmawia z ochroną, a potem już tylko drzwi zamykają się za nimi z trzaskiem.
- Nie widziałeś jej tutaj? – pyta Derek i wygląda jak szaleniec. – Nie widziałeś jej dzisiaj wychodzącej gdzieś? Nie przyszła się przywitać…
- Panie Hale, nie wiedziałem nawet, że Erica znowu jest w budynku – informuje mężczyznę spokojnie, chcąc jakoś załagodzić sytuację.
Nerwy nigdy nie były dobre w podobnych przypadkach. Derek jednak zaczyna rzucać się po swoim gabinecie jak zwierzę zamknięte w klatce. Może zresztą coś w tym jest, bo Hale nijak nie pasuje na urzędnika, na kogoś kto całe dnie przesiaduje przy papierach, a na jego biurku jest kilka stosów.
- A gdzie miałaby być? Nie mogę jej zostawić nawet na chwilę, bo znika. Wyszedłem dosłownie na pięć minut – zaczyna mężczyzna.
- To nie jest pana wina – mówi Stiles i cholera, ale faktycznie tak myśli.
Po ostatniej ich rozmowie, zrozumiał jak trudne musi być samotne wychowywanie dziecka. Sam spędzał całe dnie pracując, a Hale przecież zarządzał nie jednym działem, ale całą cholerną firmą. Mówiono, że kiedyś lubił projektować, ale od lat nie miał czasu przygotowywać prac do konkursów. Zapewne nie takiego życia się spodziewał, gdy szedł na studia i Stiles potrafił to zrozumieć.
Derek zatrzymuje się w pół kroku, jakby do końca nie wiedział, co słyszy.
- Nie moja wina – powtarza mężczyzna powoli.
- Dzieci cały czas gdzieś wychodzą. Erica pewnie była przyzwyczajona do pewnej niezależności. Mogła wyjść nawet po coś słodkiego do automatów, które widziała na parterze. Musimy zacząć od nich właśnie. Jeśli zadzwoni pan do Jima… - mówi Stiles.
- Jima? – pyta Derek.
- To jest ochroniarz z parteru. Musi zamknąć drzwi albo mieć je na oku. Kiedy zniknęła Erica? – pyta Stiles rzeczowo, starając się nie zdradzać zdenerwowania.
- Pięć minut temu – odpowiada Derek i mruga oczami, jakby to dalej do niego nie docierało.
Stiles kiwa głową i bierze głębszy wdech.
- Pójdę do automatów w stronę wind. Jeśli pana sekretarka wzięłaby drugą stronę, przeszukamy to piętro w ciągu kilku chwil. Są tutaj jakieś kolorowe rzeczy? Obrazy abstrakcjonistów albo coś podobnego? To też przyciąga uwagę dzieci – mówi Stiles.
- Prywatne pomieszczenie za gabinetem Boyda – przypomina sobie Derek nagle. – Erica je uwielbia – rzuca mężczyzna i bez słowa, wychodzi z gabinetu.
Stiles nie wie czy powinien za nim podążyć, ale Jennifer spogląda na niego naprawdę podejrzliwie. Nie chce nawet wiedzieć jak scena z wchodzeniem pod biurko wyglądała dla postronnych, ale nie słyszał do tej pory słowa o nieślubnym dziecku szefa, więc mimo wpadek sekret jest dobrze utrzymywany. Pewnie pomaga fakt, że Erica i jej jasne kręcone włosy nijak nie przywodzą na myśl Hale'ów. Ich geny rodzinne były niezwykle silne. Na starych zdjęciach rozwieszonych na ścianach firmy, pokazano całą familię i Stiles widział jak charakterystyczne były choćby ich nosy czy usta. Erica je właśnie ma po ojcu i brwi, które jeszcze nie zaczęły przerażać, ale już nadrabiały ekspresją.
ooo
Znajduje Ericę siedzącą na dywanie przed wielkim bohomazem, którego nawet nie próbował zrozumieć. Boyd pewnie kupił to tylko dlatego, że doradziła mu tak dekoratorka wnętrz, a potem nie potrafił na to patrzeć, więc przeniósł to do prywatnego pomieszczenia. Erica bawiła się tam kilkukrotnie, ale nigdy nie skojarzyłby, że będzie wiedziała jak tam wejść pod nieobecność Vernona.
Dzieciak Boyda – Stiles – jak sobie Derek mgliście przypominał, podążył za nim w ciszy. Derek nie jest pewien do końca czy bardziej ma ochotę podziękować chłopakowi, czy po prostu uciec z córką daleko stąd.
- Cześć słonko – wita się nagle Stiles i Erica uśmiecha się naprawdę szeroko, jakby nagle podarowano jej gwiazdy i księżyc.
Ostatnia opiekunka dała mu wypowiedzenie dzisiaj rano.
- Wiesz, że nie wolno tak znikać bez słowa? Wszyscy cię szukaliśmy – ciągnie dalej chłopak.
Słowa są proste, tak cholernie prawdziwe. Dzieciak… Stiles musi mieć jakieś doświadczenie z dziećmi, bo wie jak rozmawiać z Ericą tak, by go rozumiała. Nie próbuje przy niej udawać idioty czy robić z niej idiotki. Nie zniosłaby tego. Jednak w prostych słowach wyjaśnia to, co Derek próbował wytłumaczyć jej przez ostatnie kilka dni.
- Nie powinnaś tego robić. Jeśli chciałaś obejrzeć obrazek, wystarczyło powiedzieć… - zaczyna Stiles i urywa, jakby nie wiedział jak dokończyć zdanie.
- Tacie – mówi Derek i czuje gulę w swoim gardle.
Rzadko nazywa tak siebie i nie ma wprawy. Nagle też czuje się cholernie zmęczony. Musi odbębnić jakiś milion spotkań, a jednocześnie nie może zostawić małej samej. Nawet pod okiem Jennifer, ponieważ ona już raz zgubiła jego dziecko.
Podnosi głowę i widzi, że Stiles uśmiecha się lekko, ciepło, zachęcająco. I pewnie sam nie powinien trzymać na rękach Erici, jakby była niemowlęciem, ale to wszystko jest nadal dla niego nowe. Dzisiaj rano nie wiedział nawet co zrobić z jej włosami i skutkiem tego miała teraz na głowie przynajmniej dziesięć gumek. Docelowo to miał być jeden kucyk, ale te włosy były nie do okiełznania.
- Przyjdź do mojego gabinetu za dziesięć minut– mówi Derek, ponieważ potrzebuje trochę czasu, aby to przemyśleć.
A jednocześnie nie ma go wcale. Jest całkiem świadom, że gdy wychodzi z gabinetu Boyda, wszyscy go obserwują, ale ma to w nosie. Nie jest w stanie zrozumieć jak tyle osób mogło nie zauważyć przekradającej się cichcem ośmiolatki.
Sadza Ericę na kanapie i podsuwa jej czyste kartki oraz kredki, ale dziewczynka patrzy na niego niepewnie.
- Jesteś zły? – pyta mała.
Zabawne jest to, że wcale nie czuje złości. W tej chwili to głównie ulga, że ona się znalazła, że jest cała, że jest zdrowa. Jakoś do tej pory nie interesował się tym jak wiele niebezpiecznych urządzeń znajdowało się na ich piętrze. Jednak nagle te wszystkie ostre nożyczki, dziurkacze, spinacze i szyby wind pojawiły mu się przed oczami.
Erica nie miała jeszcze ani jednego ataku przy nim, ale był świadom jak wyglądała padaczka.
- Nie – odpowiada spokojnie. – Po prostu nie znikaj – dodaje, nie całkiem świadom co mówi.
Erica jednak patrzy na niego dalej i jej oczy robią się jeszcze większe.
- Dobrze, ale ty też nie znikaj – mówi dziewczynka i Derek jest całkiem świadom tego, że to nie ma drugiego dna.
Nie wie co powiedzieć, ale Stiles puka do jego drzwi, więc wpuszcza chłopaka bez słowa, zamykając za nim. Nie wie kto dobiera dzieciakowi te garnitury, ale źle na nim leżą. Albo chłopak jest po prostu tak szczupły. Macha do jego córki swoimi nienaturalnie długimi palcami, nie zdradzając najmniejszego zdenerwowania, chociaż Derek widzi, że żyła na jego skroni jest odrobinę lepiej widoczna.
- Boyda dzisiaj nie ma – informuje go Derek, przygryzając wargę. – Czy przydzielił ci jakieś zadania?
- Przeglądam umowy i wprowadzam dane… - zaczyna Stiles.
- Czy jesteś w stanie zrobić to tutaj? – pyta Derek, ponieważ to jest najbardziej logiczne wyjście.
On ma spotkania i nie chce, aby Erica czuła się tutaj zbędna. Jennifer jest fatalna z dziećmi, a Derek prawdę powiedziawszy nie zna nikogo. Nie ma nikogo.
Stiles mruga, jakby nie rozumiał, czego się od niego wymaga.
- Musiałbym przenieść mój komputer, bo tylko on ma dostęp do sieci wewnętrznej firmy, ale oczywiście, jeśli da mi pan pół godziny… - zaczyna chłopak i znowu wyrzuca z siebie za wiele słów.
Derek nie ma na to czasu.
- Mój laptop jest na biurku – informuje go sucho, wskazując głową ogromny mebel, nie do przegapienia w tym pomieszczeniu. – Przeniesiecie się z Ericą na kanapę albo na podłogę, jak wam wygodniej – dodaje.
Stiles kiwa głową, chociaż ewidentnie uderza w niego jak wielkim zaufaniem go obdarzono. Na jego laptopie znajduje się tak wiele tajnych rzeczy, że Derek czasami sam boi się do niego zaglądać.
- Jeśli masz jakiekolwiek urządzenia, które mogą przenosić dane, zostaw je przy swoim biurku. Do użycia portów konieczne jest hasło. Hasło, które umożliwia wejście do sieci wewnętrznej firmy znasz – ciągnie dalej Derek. – Poradzisz sobie z tym i moją… córką? – pyta szczerze.
Erica spogląda na niego z kanapy, uśmiechając się szeroko, jakby to dzisiaj podarował jej najlepszy prezent. W ostatni weekend spędzili prawie dwanaście godzin w centrum handlowym. Kupił jej niemal wszystkie najnowsze zabawki. Misie większe od niej i ubrania, które wypełniły różowe szafki w jej nowym pokoju. Początkowo wydawała się naprawdę zafascynowana tym, że posiada tak wiele, ale szybko się znudziła i jak zawsze wróciła do szkicowania.
Zamierzał zapisać ją na specjalne zajęcia, ale nadal załatwiał kwestie prywatnej szkoły i już wiedział, że przy jej chorobie nie będzie to łatwe. Najwyraźniej miała też stracić rok, ale tym się wcale nie przejmował.
- Jasne, proszę pana – mówi Stiles i jakoś dziwnie go to uspokaja.
ooo
Erica siedziała u jego stóp zachowując się zaskakująco cicho. W zasadzie, ostatnio też nie mówiła zbyt wiele, gdy rysowała na kartkach, które je dał. Nie bez problemu próbował sobie przypomnieć, co robiły dzieci w jej wieku. Nie był ośmiolatkiem od prawie piętnastu lat. Wtedy jednak sadzano go przed telewizorem. A po śmierci matki zatopił się w komiksach i mniej więcej tak spędził kolejne lata.
Derek rozmawiał z jakimś mężczyzną. Nie wyglądało to na przyjemną konwersacje, ale Stiles starał się nie słuchać. W ciągu dwóch godzin przewinęło się przez ten gabinet pięć osób. Nawet gdyby tego nie widział na własne oczy, spodziewał się, że Derek jest niesamowicie zapracowany.
Hale w międzyczasie podpisywał umowy i odbierał telefony. Jennifer nie raz i nie dwa przynosiła mu kawę. W zasadzie po takiej ilości kofeiny Stiles pewnie chodziłby na szpilkach, ale Derek zdawał się kompletnie wyczerpany pomimo tych wszystkich dawek. Mężczyzna nigdy nie podnosił głosu, jakby nie chciał wystraszyć córki, ale pełne paniki 'panie Hale' wypełniały gabinet od czasu do czasu, gdy kolejny petenci odchodzili z kwitkiem.
Stiles wychwytał takie słowa jak 'opóźnienia', 'kary', 'terminy' i jego własna głowa zaczynała boleć. Stos papierów z jego prawej strony zaczynał maleć, gdy kolejne dane lądowały w systemie. Początkowo nie wiedział za bardzo jak obsługiwać komputer Dereka. To pewnie był jeden z nowszych modeli, możliwe, że ztuningowany przez jakiegoś szalonego informatyka, bo ilość protokołów bezpieczeństwa pewnie doprowadziłaby niejednego agenta CIA do płaczu. Jednak szybko sobie poradził i teraz spoglądał w przestrzeń, zastanawiając się czy powinien powiadomić Dereka, że już skończył.
W zasadzie już wstawał, gdy Jennifer wpuściła kolejnego gościa.
ooo
Derek oddycha z trudem, ponieważ ten cholerny kołnierzyk wydaje się go dusić. Najchętniej ściągnąłby marynarkę, ale spotkania wymagają od niego zachowania pełnego dress code'u. Zresztą kiedy Peter wchodzi do jego gabinetu, oczywiście bez zapowiedzi, czuje, że robi mu się jeszcze gorzej.
- Drogi siostrzeńcze – rzuca jego wuj, ponieważ oczywiście musi jowialnie się witać, gdy drzwi są wciąż otwarte.
Stiles zerka niepewnie na mężczyznę i Derek widzi wątpliwość w jego oczach. Wcale nie jest zaskoczony. Jako czarną owcę rodziny – zawsze trzymali Petera na uboczu. Nie bez powodu. Jego wuj pakował się nieustannie w kłopoty i Derek był pewien przez kilka lat, że Peter wszedł w kontakty z mafią. Jego matka w końcu zakazała mu przyjeżdżać do domu, gdy byli mali. Potem zrozumiał, że wuj oznaczał kłopoty całkiem innego rodzaju.
- Och, przeszkadzam? – interesuje się od razu mężczyzna.
- Tak – odpowiada krótko Derek. – Mam za dwie minuty spotkanie i oczekuję, że cię nie będzie do tego czasu. Ile chcesz tym razem? – pyta, wyciągając książeczkę czekową.
Peter ignoruje go jednak i podchodzi do Erici. Stiles instynktownie zasłania jego córkę, co jest naprawdę prawidłową reakcją. Jego wuj roztacza wokół siebie tę dziwną atmosferę. Nigdy nie zatrzymano go czy oskarżono o molestowanie kogokolwiek, ale Derek i tak nie ma co do niego zaufania na żadnym z poziomów.
Książeczka czekowa w jego dłoni zaczyna ciążyć niemożliwie.
Peter nie jest do końca rodziną. Nie widywał go przez lata aż pewnego dnia – na pogrzebie wuj pokazał się w drogim garniturze, na który nie mogło być go stać i opowieścią o tym jak wygrał w Las Vegas w pokera. Derek nie wierzył w nic. Nie wtedy. I nie teraz. I nie podobało mu się, że Peter próbuje dotknąć jego córki.
- Ma nos Hale'ów. Oczywiście z tą aureolką jasnych włosów jest nie do rozpoznania jako członek naszej rodziny, ale jeśli ktokolwiek sprawdzi zdjęcia moich rodziców, a twoich dziadków – Peter zawiesza sugestywnie głos.
I Derek go nienawidzi.
- Wyjdź – mówi krótko.
Peter uśmiecha się krzywo.
- Powiedz mi tylko, że miałeś jeszcze jakiś inny romans na boku… - podejmuje mężczyzna, a potem – pewnie na widok jego miny, uśmiecha się wrednie. – Naprawdę, Derek? To córka Kate?
- Zamknij się – warczy i wie, że nie powinien się zachowywać w ten sposób.
Nie przy Erice i nie przy Stilesie, ale chłopak wydaje się nieporuszony. Zaplata nawet na piersi dłonie, jakby chciał w ten sposób jakoś stać się większym. Jednak to niemożliwe – nie przy jego szczupłej sylwetce.
Peter zresztą nadal go ignoruje.
- Poważnie, Derek? Po tych wszystkich tekstach, gdzie Talia twierdziła, że stać cię na więcej – ciągnie dalej wuj.
Derek bardziej słyszy, że jego krzesło się przesunęło niż rejestruje, że faktycznie zerwał się na równe nogi. Cholernie wielkie biurko nadal oddziela ich ze sobą, a Peter podnosi obie dłonie do góry.
- Dzwonię po ochronę – odzywa się nagle Stiles, zaskakując ich obu.
Peter wydaje się naprawdę rozbawiony tym i może Derek przez te wszystkie lata nie powinien dawać mu tej pewności, że potrzebuje ostatniego członka rodziny, jego obecności i wsparcia. Erica przygląda im się bowiem niepewnie, jakby nie wiedziała, gdzie tutaj powinna się odnaleźć. Psycholog twierdziła, że przez pewien czas mała będzie próbowała dopasować się do jego relacji z poszczególnymi ludźmi. Będzie sprawdzała od kogo jest ważniejsza.
Na razie nie szło mu najlepiej przekonywanie jej, że praca nie stała jednak na pierwszym miejscu.
- Poproś Jima, aby załatwili to spokojnie i bez świadków – dodaje Derek, ponieważ to chyba ten czas, aby pokazać Peterowi, że naprawdę nie ma czasu na te gierki.
Nie miał problemu z dawaniem wujowi pieniędzy, ponieważ został pominięty w każdym z testamentów, ale liczył, że Peter nie będzie chociaż odwiedzał go tak często. Płacił za milczenie i był przekonany o tym, że to działa. Nie chciał czytać łzawych historyjek o tym, że Peter budował z jego matką firmę, która nigdy nie przeszła w jego dłonie. Nie chciał wspomnień o ich dzieciństwie, które zapewne sprzedałyby się genialnie, ponieważ po pożarze opinia publiczna wręcz żądała od niego ujawnienia prywatnych zdjęć.
Zamiast tego wynajął trzy firmy ochroniarskie i odciął cały cmentarz na czas pogrzebu. Tego by chcieli, a nie Petera, który kpiłby z każdego z nich.
- Już, już – prycha jego wuj. – Wiesz przecież, że żartowałem.
- Twoje żarty nigdy nie były śmieszne – informuje go sztywno Derek i nagle podejmuje decyzję, chowając książeczkę czekową do górnej szuflady.
Peter obserwuje go uważnie, w milczeniu, jakby nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Tym razem jednak przekroczył pewną granicę.
- Możesz obrażać mnie, ale nigdy więcej nie obrażaj mojej córki – rzuca Derek, siadając z powrotem na swoim fotelu.
Nawet nie wskazuje mu drzwi.
