Rozdział 2

Część pierwsza

Harry obudził się i w pierwszej chwili nie wiedział, gdzie jest. Wtedy sobie przypomniał. Frankie i Johnny! Od razu też zrozumiał, dlaczego Johnny poprosił o nie strojenie sobie żartów. Stara melodia od razu wpadła mu do głowy i chłopak jęknął cicho.
― Hej, mały, wszystko dobrze? Boli cię?
Harry zmrużył oczy, starając się dostrzec Frankiego. Czego mu brakowało. No tak, nie ma okularów.
― Nie, nic mnie nie boli. Po prostu… Przypomniałem sobie piosenkę Frankie i Johnny*. Cały dzień będzie mnie męczyć.
― No, dobrze to znam. Współczuję. ― Frankie uśmiechnął się i Harry wiedział, że mężczyzna nie udaje. Młody czarodziej wsunął okulary na nos, siadając w łóżku.
― Nic to. Jeśli jest pan głodny, już wstaję i zaraz coś przygotuję. Jeśli mogę, oczywiście.
Mężczyzna pokręcił głową.
― Po pierwsze mów do nas obu po imieniu, dobra? Po drugie, wciąż nie jesteś w pełni zdrowy. Nadal masz gorączkę z powodu twoich… obrażeń i… Myślisz, że oczekuję, żebyś wstał i przygotował śniadanie?! Czyś ty oszalał?! Naprawdę wszystko z tobą dobrze, Harry?
Chłopak zamyślił się chwilę.
― Nie oszalałem. Po prostu… Jestem do tego przyzwyczajony. Mój wuj zupełnie nie dbał, czy mogę wykonywać obowiązki, jakie mi wyznaczał, czy też nie. Chyba w głębi duszy zawsze chciał, żebym nie wytrzymał i umarł. Ale nie dam mu tej satysfakcji. Przetrwam na przekór temu dupkowi. ― Frankie zamrugał, słuchając tych słów. ― Przepraszam. Na ulicy dużo rozmyślałem. Co prawda, byłem tam zaledwie parę dni, to miałem aż za dużo czasu na przemyślenie swojego życia.
― To myśl spokojnie dalej, Harry. Ja ci zrobię coś do jedzenia i naparzę specjalnej herbaty ziołowej. Zjesz i będziesz sobie odpoczywał. Wiem, że nie chcesz przeszkadzać i być obsługiwany jak obłożnie chory, ale nie pozwolę, żebyś się forsował. Jak będziesz w lepszej formie, pogadamy i wymyślimy co dalej. Ale wracając, masz ochotę wstać i zjeść z nami w kuchni?
Harry popatrzył na niego i uśmiechnął się blado.
― Tak. Chętnie. Skorzystam tylko z łazienki i spotkamy się w kuchni.
Frankie wyszedł, a Harry wysunął się spod okrycia i poszedł do maleńkiej łazienki. Następnie wrócił po kapcie i miękki, choć noszący ślady używania szlafrok. W końcu był gotów udać się do kuchni.
Frankie i Johnny siedzieli przy niedużym stole, rozmawiając o czymś ściszonymi głosami. Młody czarodziej przez chwilę stał w progu, jakby wahając się, czy nie będzie przeszkadzał, nim się zdecydował wejść.
― O, Harry! Chodź do nas i siadaj.
Usiadł na końcu prostokątnego stołu. Jego wybawiciele siedzieli na przeciw siebie. Gdy on spoczął, Johnny wstał i zaczął się krzątać przy piecu. Rozległo się ciche stukanie i szuranie kapci po podłodze, kiedy krążył między blatem, a płytą pieca. Frankie powstrzymał protestującego Gryfona, nalewając mu herbaty, którą ten bardzo chętnie wypił.
Wreszcie Johnny położył przed Harrym talerz.
― Proszę bardzo. Gotowane jajko, delikatnie przypieczony tost i herbatka. Pożywne i nie powinno ci zaszkodzić na wrażliwy żołądek. No, zajadaj, Harry.
Chłopak zaczął jeść bardzo powoli. Dobrze wiedział, że nie da rady zjeść tego wszystkiego na raz. Zbyt długo nie miał tak obfitego posiłku. Gdy zjadł tyle, ile był w stanie, Johnny podał mu kubek ziołowego wywaru.
― No, teraz, gdy się posiliłeś i, mam nadzieję, czujesz odrobinę lepiej, chcielibyśmy zamienić z tobą słówko. O twoim wuju. ― Widząc niezrozumienie na twarzy Harry'ego, Johnny wyjaśnił. ― Znęcał się nad tobą.
― Nie wrócę tam. To nie ma już znaczenia. ― Harry upił łyk ciepłego naparu, marząc, aby wiedzieć, jak zmienić temat.
Frankie posłał partnerowi znaczące spojrzenie.
― Dobra, mój błąd. Możemy cię zapisać do szkoły. Jest niedaleko, a potem…
Harry drgnął tak mocno, że omal nie wywrócił kubka.
― Nie! Nie, chodzę już do szkoły. Nie mogę!
Johnny kiwnął głową, najwidoczniej porozumiewając się z Frankiem bez słów. Następnie wstał i szybko wyszedł z kuchni.
― Jego krewni znęcali się nad nim, jak twój wuj nad tobą, Harry.
Wuj…― syknął Potter z odrazą.― Mieszkałem u wujostwa, bo moi rodzice nie żyją.
― Harry, posłuchaj mnie. To nie twoja wina, tylko jego. Pamiętaj. A co ze szkołą? Powiedziałeś?
Harry wrócił myślami do rozmowy z Dumbledorem i słów dyrektora, że musi wracać na Privet Drive, żeby magiczne osłony nabrały mocy.
― Owszem, powiedziałem. Nie uwierzyli mi. Nie zamierzam tam wracać, przynajmniej do czasu, kiedy nie będę pełnoletni.
― A właśnie… Ile właściwie masz lat, co?
Harry uśmiechnął się szeroko. To zawsze zaskakiwało otoczenie. Był drobny, jak na swój wiek i zdawał sobie sprawę, że rzadko kto dałby mu więcej niż góra piętnaście lat. Wieloletnie niedożywienie i złe traktowanie krewnych pozostawiło widoczne ślady. Czasem się zastanawiał, czy kiedykolwiek urośnie jak na przykład Ron.
― Mam szesnaście lat, prawie siedemnaście. Wiem, że nie wyglądam na tyle, ale jestem silny i mogę ciężko pracować.
― Jestem pewny, że to prawda, ale teraz zasypiasz na siedząco. Nasmaruję ci plecy i pójdziesz do łóżka. Sen to najlepsze lekarstwo ― Frankie uśmiechnął się lekko. Dobrze, że Harry był starszy, niż się zdawało. Ich pomysł mógł się okazać trafnym rozwiązaniem.
Chłopak obrócił krzesło i usiadł okrakiem, opierając się założonymi rękoma o jego oparcie. Frankie ostrożnie zsunął z niego szlafrok i przyjrzał się poranionym plecom.
― Nadal nie wygląda to dobrze, ale zakażenie zdaje się cofać. Jak się czujesz?
Harry już miał na końcu języka „Dobrze", ale zanim się zdążył odezwać, usłyszał cichy, lecz przepełniony gniewem głos Johnny'ego.
― Nawet nie myśl, że wypowiesz te słowa. Nie czujesz się dobrze. Tu nikt nie będzie na ciebie zły za to, że jesteś chory i potrzebujesz czyjejś pomocy.
Johnny ujął twarz Harry'ego jedną ręką, łagodnym ruchem obracając jego głowę. Chłopak nie przeszkadzał, ale spiął się, a po chwili ponownie rozluźnił, gdy mężczyzna wyjaśnił mu, że zamierza wsunąć mu końcówkę termometru do ucha. Okazało się, że gorączka była nadal wysoka, choć niższa niż poprzedniego dnia.
― Dobra, Harry. Jeśli chciałbyś u nas zostać, to musisz znać parę zasad i wiedzieć, że będziesz miał pewne obowiązki.
Harry pokiwał głową.
― Bardzo chętnie bym u was został. Przynajmniej na jakiś czas. Nie mam pojęcia, na jak długo będę mógł.
Frankie pokręcił głową i mruknął do partnera:
― Kochanie, Harry nie może jeszcze teraz podejmować wiążących decyzji. Wciąż jest na to zbyt chory.
Johnny położył dłoń na ramieniu Frankiego.
― Wiem o tym. Jeśli jednak zostawimy pewne sprawy, aby biegły swoim tempem, on nigdy nie zrozumie, że to prawda i nie udajemy, wyciągając pomocną dłoń. Harry?
Harry patrzył przed siebie i przez chwilę zdawał się być kompletnie pogrążony w myślach. Coś próbowało go wybić z tego stanu, nie wiedział tylko co.
Obaj mężczyźni czekali cierpliwie, aż wynurzy się ze swoich rozmyślań sam i wróci do rzeczywistości.
Był zmęczony kłamstwem i ukrywaniem swoich rzeczy. Chciał powiedzieć prawdę i poprosić o wzajemność w tym względzie
― Nie wiem… To wszystko zależy od tylu rzeczy. I macie rację, nie mogę teraz podejmować ważnych decyzji. Czuję się okropnie, jest mi gorąco, wszystko we mnie się telepie jak galaretka i plecy bolą jak jasna cholera. Zioła i maść pomagają, ale… marzę, żeby tylko się położyć i spać. Pomogę wam w czym tylko będę mógł, jednak nie pójdę do szkoły. Dumbledore albo Dursley mogą mnie dopaść.
Zaczął się okrywać, ale Johnny go powstrzymał.
― Nałożę jeszcze jedną maść i pójdziesz się położyć. Dwie minutki, Harry.
― Jak to wygląda? Bardzo źle?
― Są nieźle pocięte i miejscami zainfekowane, zwłaszcza tam, gdzie razy się krzyżują i rana jest głęboka. Zostaną ci blizny, przykro mi.
Harry niecierpliwie się poruszył.
― To nie twoja wina. Moja też nie. Vernon to zwyczajny drań. Chciałem zostać w szkole, ale dyrektor się nie zgodził. Powiedziałem, że Dursleyowie nie darzą mnie sympatią i nie traktują dobrze. Nikomu na mnie nie zależało.
― Cóż, nam zależy. Jeśli ktoś cię będzie szukał, ukryjemy cię. Jasne?
― Dzięki. Skończyłeś? ― Harry obrócił głowę, próbując zerknąć na plecy. Johnny tylko się roześmiał i odwrócił go z powrotem jedną dłonią.
Gryfon posłusznie przestał się wiercić, opierając się o krzesło. Chciał mieć dostęp do eliksirów Snape'a i jego maści. W ten sposób przyspieszyłby gojenie i zbiłby gorączkę. Miał wrażenie, jakby znajdował się w piecu.
Johnny skończył po chwili i otulił go szlafrokiem.
― No, długo już się nasiedziałeś. Marsz do łóżka. Raz dwa!
Harry uśmiechnął się, niezdarnie salutując.
― Tak jest, szefie! Już pędzę! Skąd wiedzieliście, że… ktoś mnie bije? Nie mówię o moich plecach. I o co chodziło z tym pytaniem, czy to był mój pan? Nie rozumiem tego.
Frankie potrząsnął głową.
― Położysz się i zaśniesz, nim zdążymy ci to wyjaśnić. Odpowiemy na twoje pytania, jak się poczujesz lepiej, teraz zmykaj do łóżka.
Harry wrócił do swojego pokoju bez protestów. Instynktownie czuł, że może zaufać tym mężczyznom.
― Idę, już idę. Ale wyjaśnicie mi to potem, prawda? ― Spojrzał za siebie, wychodząc i uspokoił go nieco fakt, że zobaczył potakiwania.
Wśliznął się do łóżka i zasnął, nim jego głowa dotknęła poduszki. Frankie oparł się o Johnny'ego, kiedy obaj stanęli w progu otwartego pokoju, patrząc na śpiącą sylwetkę.
― Jest taki młody. Da radę, prawda?
― Przy naszej pomocy i jeśli tylko będzie chciał. Ale jeśli się zdecyduje, to wszyscy mu będą z ręki jeść. Będzie zjawiskowy.

oOo

W tej chwili Severus Snape nie był szczęśliwym człowiekiem, podobnie jak Albus Dumbledore. Minerwa McGonagall uznała, że dobrze zrobiła, nie towarzysząc mistrzowi eliksirów. Wybuchowy, ognisty temperament Snape'a to na pewno nie było coś, na co chciała się narażać na dłuższą metę.
― Dobrze, Albusie. Przepytam Dursleyów raz jeszcze, a Minerwa może porozmawiać z panem Weasleyem i panną Granger. ― Czarodziej machnął różdżką, przemieniając swoje szaty w wełniany, szary garnitur. Wyglądał teraz odpowiednio do swojej przykrywki – nauczyciela chemii w starej, renomowanej szkole z internatem.
Minęły święta i zaczął się nowy rok, a Harry'ego nadal nie udało się odnaleźć.
Z westchnieniem wszedł w zielone płomienie wypowiadając wyraźnie adres i nazwisko Arabelli Figg.
Kiedy zniknął, Minerwa wypuściła głośno powietrze i spytała:
― Jak on to robi?
Albus uniósł wzrok znad czytanego dokumentu i odparł:
― Ma bardzo jasno wyznaczony cel.
Kobieta mruknęła coś pod nosem i sięgnęła po proszek Fiuu, rzucając go w ogień, warknęła:
― Nora!

oOo

Molly Weasley zamrugała zaskoczona, kiedy w kominku pojawiła się profesor McGonagall.
― Proszę, proszę. Kogo ja widzę. Minerwa? Co tym razem zbroił Ronald. Tylko mi nie mów, że go wyrzucą. Ale co on mógł zrobić w trakcie przerwy…
Profesor McGonagall uspokoiła ją:
― Nie, Molly. Nie chodzi o Ronalda. Nic nie zrobił, co by wymagało interwencji. Jestem tu z innego powodu.
― Wcale by mnie to nie zdziwiło, że łobuzuje. A może chodzi o Harry'ego? Wiadomo już coś?
― Niestety nic, ale tak, dlatego tu jestem. Czy Ronald wie, że Harry zaginął?
― Nie i nie zamierzam mu o tym mówić. Obawiam się, że wymknąłby się po kryjomu i z szalonym planem w głowie pobiegł ratować tego biednego chłopca w pojedynkę.
Zatroskana matka spojrzała z przestrachem w stronę schodów.
― Dobrze cie rozumiem, ale chciałabym cię poprosić o zgodę na zadanie mu paru pytań na ten temat właśnie. Może będzie w stanie wskazać nam kierunek, gdzie szukać, może coś wie?
Molly kiwnęła głową.
― Cóż, nie widzę ku temu potrzeby. Harry nie skontaktował się w żaden sposób. Wiedziałabym coś na ten temat, bo Ron od razu by mi powiedział. Wczoraj właśnie narzekał, że nie ma żadnych wieści od przyjaciela. Herbaty?
Twarz czarownicy wyraźnie dawała do zrozumienia, że dalsza rozmowa i próby przekonywania są bezcelowe i na pewno nie wróżą niczego dobrego.
Minerwa z żalem musiała odmówić. Ciasta Molly były po prostu bajeczne i przepyszne.
― Przykro mi, ale nie. Chyba dobrze robisz, moja droga, że nie informujesz Ronalda o całej sprawie. Musielibyśmy szukać ich obu, gdyby wiedział. Muszę wracać do Hogwartu, Albus wychodzi z siebie i nawet posłał Severusa, żeby porozmawiał z Dursleyami.
Na usta Molly wypłynął szeroki, paskudny uśmiech.
― Och, naprawdę? Bardzo to ciekawe. Mam nadzieję, że Severus wykorzysta wszystkie swoje umiejętności, aby wydobyć z nich prawdę.
McGonagall nie wiedziała, co tym myśleć, więc pożegnała się i wróciła do Hogwartu.

oOo

Pani Figg czekała na niego i dłonią wskazała mu właściwy budynek pod adresem Privet Drive numer cztery, jakby on nie wiedział dokąd ma się kierować. Jedynie skinął głową i bez słowa ruszył w tamtą stronę.
Zapukał do drzwi, które otworzyła Petunia. Otworzyła i jednocześnie już próbowała je zamknąć mu przed nosem, ale Snape wsunął stopę w szparę i uniemożliwił jej to.
― Witam. Profesor Severus Snape. Wróciłem, żeby zadać państwu jeszcze kilka pytań dotyczących zniknięcia Harry'ego Pottera.
Grymas na chudej i brzydkiej twarzy kobiety powiedział mu wszystko, czego chciał się o niej dowiedzieć.
― Mam gdzieś to, gdzie ten smarkacz uciekł. Nie ma go to najważniejsze. Jeszcze zarazisz mi mojego najdroższego Dudziaczka waszymi nienormalnymi zarazkami!
― A jednak nalegam. Odpowiedz mi na jedno pytanie, kobieto! Wiesz, gdzie on może być?

― Nie! Wynocha!
Wtedy wrażliwe ucho Severusa usłyszało trzask tylnych drzwi
― Mamo! Wróciłem! Mamy coś do jedzenia?
Petunia odwróciła się i bez słowa poszła do kuchni. Snape nie zatrzymywał jej, wręcz przeciwnie, po prostu za nią ruszył.
Dudley stał przy kuchennym stole, a na jego twarzy był niemal bolesny grymas.
Kobieta postawiła przed nim spory talerz pociętych surowych marchewek i selera naciowego. Na środku znajdowała się pokaźna miseczka z dipem.
Chłopak popatrzył na to i mruknął:
― Mamo, wiesz, że nie mogę tego wszystkiego zjeść. Muszę zrzucić przynajmniej dwadzieścia kilo. A to kto? ― Dudley przyjrzał się mężczyźnie podejrzliwie.
― Profesor Snape. Wiesz, gdzie jest Harry? Może wiesz, czemu uciekł?
Dudley wzruszył ramionami, jednak jego spojrzenie spoczęło znacząco drzwiach komórki pod schodami.
― Nie za bardzo. Przykro mi. Nie było mnie tu. On jest… wyjątkowy. Nie podobał mu się sposób, w jaki ojciec utrzymywał dyscyplinę i pewnie dlatego uciekł. Nie mam pojęcia dokąd. Może do przyjaciół, eee… Nory, albo jakoś tak.
Severus zauważył wzrok Dudleya utkwiony w niewielkich drzwiach i tknięty przeczuciem, poszedł sprawdzić tamto pomieszczenie. Zaskoczyły go trzy pokaźne zamki i kłódka po zewnętrznej stronie. Po pewnej chwili otworzył je zaklęciem. Drzwi odskoczyły nieco i mógł zajrzeć do środka. Wtedy też coś pojął, widząc wyposażenie wnętrza. Dursleyowie nie mogli trzymać tu jakiegoś niebezpiecznego zwierzęcia. Odwrócił się do Dudleya i odezwał lodowatym tonem:
― Proszę mi wyjaśnić, dlaczego aż trzy ciężkie zamki były konieczne do utrzymania w środku małego chłopca?
Dudley potrząsnął głową i westchnął ciężko.
― Nie wiem. Ojciec zawsze powtarzał, że trzeba świra zlać i zamykać, bo zniszczy nam dom i nas pozabija.
Severus skrzywił się. Jego wyobrażenia o Potterze jako rozpieszczonym, aż do przesady kochanym przez krewnych bachorze zaczęły pękać niczym bańki mydlane, zostawiając go z koszmarną rzeczywistością w chwili, gdy jego oczy spoczęły na napisie w kącie tuż nad cienkim materacem.

Jestem Harry Potter.
Mam osiem lat.
Chyba nie dorzyje nastempnego roku.
Jestem taki głodny.
Ale bardziej chce mi się pić. Nie dałbym rady jeść.
Nieh ktoś o mnie pamienta. Prosze.**

Oszołomiony tym wydrapanym w ścianie napisie nie wiedział, czy da radę rozmawiać z tymi ludźmi bez pokusy obrzucenia ich serią klątw i zaklęć sprowadzających silny ból.
― Chcę wiedzieć, co się tu wydarzyło i nie zniosę kłamstwa. Jeśli uznam, że rozmijacie się z prawdą, gorzko tego pożałujecie. Sprawię, że będziecie żałować własnych narodzin. Zrozumiano?
Petunia dotychczas milcząca i spokojna naraz zbladła, a potem jej policzki mocno się czerwieniły w miarę, jak krzyczała:
― Nie masz prawa tak do nas mówić! Ty i reszta tobie podobnych podrzuciła go nam pod drzwi i nie interesowała się, co się dalej dzieje! To był koszmar. On sprawiał same kłopoty. Wszystko wokół wybuchało, latało i… już nawet nie chcę myśleć, co jeszcze. Całe szczęście, że Vernon się tym zajął i trzymał tego potwora z dala od mojego dziecka. Daliśmy mu zajęcie. Sprzątał i gotował! A teraz wynocha!
Dudley wypchnął matkę do salonu ze słowami:
― Ja to załatwię, mamo. Zdenerwujesz się tylko i znowu źle poczujesz. Połóż się, a ja się tym zajmę.
Następnie dał znać Snape'owi, aby poszedł za nim.
―Wiem, że może mi pan nie uwierzyć, ale… Zacznę w ten sposób. ― Chłopak podniósł wzrok i po chwili milczenia, podjął: ― Wpadłem ostatnio w kłopoty, bo dręczyłem jakieś małolaty. Ale zostałem zmuszony do wzięcia udziału w terapii zapobiegającej agresywnemu zachowaniu. To, albo oskarżenie, więc sam pan rozumie, że decyzja mogła być jedna. Ojciec był wściekły, ale nic nie mógł na to poradzić. Nie chcieli, abym wylądował w poprawczaku, co by sąsiedzi pomyśleli. Na terapii sporo zrozumiałem. Co mnie złości, martwi i doprowadza do szewskiej pasji. Na przykład głupota ojca. I mamy. Już wiem, że wyrządziłem wiele zła. I naprawdę mi się to nie podoba, jaki byłem. Cóż niestety tak zostałem wychowany, choć to żadne wytłumaczenie. Teraz się zmieniam.
Znowu zapadła cisza. Patrzyli się na siebie przez moment, po czym Dudley w końcu się odezwał:
― Jeśli pan znajdzie Harry'ego, proszę go bardzo przeprosić w moim imieniu i nie zmuszać go, aby do nas wracał. Ojciec ciągle jest wściekły i agresywny. Chyba bije mamę, albo niebawem zacznie to robić. Niemal to widać w jego oczach.
Snape przyglądał się chłopakowi, próbując zauważyć choć cień kłamstwa, lecz nic podobnego nie dostrzegł i poczuł, że żołądek podjeżdża mu do gardła, gdy wszystko zaczynało się układać.
― Rozumiem. Jak sądzę, próbujesz teraz mu wynagrodzić to, jak się wcześniej zachowywałeś, tak? Co wiesz o okolicznościach zniknięcia kuzyna?
― Obawiam się, że mi pan nie uwierzy.
W odpowiedzi chłodny wzrok mistrza eliksirów wbił się Dudleya i padło ciche:
― Mów.
― Byłoby prościej, gdyby miał pan tę substancję, co powoduje, że widać krew. ― Mistrz eliksirów jedynie posłał mu spojrzenie, unosząc jedną brew i był zadowolony, że jego mina wywołuje odpowiedni efekt nie tylko na młodych czarodziejach. ― Nie chce pan wiedzieć. W telewizji psikają i od razu wszystko jasne. Ojciec zlał Harry'ego paskiem. Robił to już wcześniej, ale nigdy tak, jak wtedy. Dosłownie pociął mu plecy. Bałem się, że go zatłucze na śmierć. Krew była wszędzie. Mama się wściekła i chciała, żeby Harry ją zmył. Udało mi się ją przekonać, abyśmy sami wyczyścili podłogę. Następnego dnia dałem mu wszystkie swoje pieniądze i kazałem uciekać. To jedyne, co przyszło mi do głowy. Zniknął i nie widziałem go więcej. To prawda, przysięgam.
Severus poczuł lodowaty dreszcz i coś ścisnęło jego żołądkiem. Uniósł różdżkę i syknął:
Ostendo Ullus Cruor.
Omal cię nie cofnął, widząc rezultat czaru. Faktycznie krew była wszędzie.
Czerwona smuga ciągnęła od korytarza do kuchni, pod stół i jeszcze głębiej, w pobliże szafek. Dostrzegł rozbryźnięte krople, które wiodły w kierunku schodów, a na górze do łazienki i w końcu do maleńkiego pokoju. Drzwi do tego pomieszczenia również miały kilka zamków.
Krew była również na ścianach i to dużo starsza, niż dwa tygodnie... Severus starał się o tym nie myśleć, bo gotów był spalić ten dom jednym machnięciem różdżki. Spojrzał na Dudleya.
― Już rozumiem. Ciesz się, bo zdaję sobie sprawę, że przynajmniej ty nie miałeś nic do powiedzenia. Na pewno pojawią się tu aurorzy, odpowiednicy waszej policji. Zadbam, żeby i mugolskie służby również się zainteresowały waszą rodziną.
Dudley zrezygnowany patrzył, jak profesor wyszedł szybkim krokiem, z różdżką w dłoni
― O cholera! Niedobrze! Bardzo niedobrze.
Ruszył porozmawiać z matką. Musieli przemyśleć, jak przekazać to ojcu.

oOo

Draco usiadł przy stole, nalał sobie porannej herbaty i westchnął.
― Jak zdobędziemy przychylność Złotego Paskudy, Który Przeżył, skoro nie wiemy, gdzie jest? A kiedy go znajdą, to na pewno nie pozwolą nam się do niego zbliżyć.
Lucjusz spokojnie sączył herbatę.
― Mój drogi synu, nadal mam odpowiednie wpływy gdzie trzeba. Dzięki temu możesz wracać do domu na weekend. Praktycznie nikt nie wie o tym, że przeszedłem na zwycięską stronę. I nie, nie chodzi o Jasną Stronę Albusa Dumbledore'a. Tak naprawdę to akurat nigdy nie było takie ważne. Większości nie zależało czyje pieniądze trafiają do ich kieszeni. Natomiast Czarny Pan nie wypuści nikogo z Wewnętrznego Kręgu. Za taką zdradę przychodzi zapłacić najwyższą cenę. Cóż… Nie będę się zamartwiał, tylko się zorientuję, kto ma prawa do opieki na naszym drogim panem Potterem.
Draco spojrzał na ojca, nakładając na grzankę dżem i w końcu się odezwał:
― Jestem pewien, że to wuj Pottera, Vernon Dursley. A co?
― Cóż, chyba niekoniecznie. Sądzę, że opiekunem prawnym Harry'ego Pottera powinien być… szanowany czarodziej. Ktoś, kto mógłby przedstawić go odpowiednim ludziom. Ktoś, kto ma wpływy we właściwych kręgach. No i ktoś, kto ma syna w jego wieku, aby nie czuł się osamotniony w czasie wolnym i podczas wakacji. ― Malfoy senior uśmiechnął się z wyższością, unosząc lekko brew. ― Ktoś, kto jest w Radzie Nadzorczej w jego szkole. Ktoś taki… jak ja?
Draco zakrztusił się kęsem i dopiero po pewnej chwili był w stanie się odezwać.
― Jak zamierzasz tego dokonać? Merlinie, Dumbledore po prostu padnie. A Potter… Kiedy on się dowie, że jesteś jego opiekunem prawnym i na dobrą sprawę możesz zmusić go do wszystkiego… Możemy stracić rezydencję na skutek wybuchu magii. Nie będzie wesoło...
Lucjusz spojrzał na Draco i pokręcił głową.
― Musisz kontrolować to jak i co wyrażasz, mój synu. Nadmierna emocjonalność może odnieść odwrotny skutek od zamierzonego. Nie tylko chcę, aby Harry stał się członkiem naszej rodziny, ale i nie czuł się przy nas źle. Dobrze wiem, że to nie będzie proste. Ma wszelkie prawo, aby nas nienawidzić. ― Mężczyzna potarł swoje skronie. ― Żałuję, że zachowywałem się wobec niego zbyt impulsywnie, ale cóż, kto mógł się spodziewać, że Czarny Pan oszaleje.
― No właśnie, ojcze, zastanawiałem się nad tym. On jest… Czarna magia tworzy mroczne istoty. I zwyczajnie nie wiem, znaczy, mam jedynie niejasne przeczucie... A potem na tym zebraniu. Jak mogłeś się zdecydować na służbę u tego szaleńca?
― Byłem młody i głupi, a potem przybyło mi lat i nie mogłem się uwolnić. Voldemort szantażował mnie, że zabije cię i twoją matkę, jeśli będę myślał o odejściu i próbach wyrwania spod jego władzy. Narcyzy nie musiał. Od początku była jego wielbicielką, choć nieco mniej obłąkaną od siostry. Wiedziałem, że w razie mojej odmowy wykonania pewnych zadań będę musiał patrzeć, jak cię dręczy i zabija. Bardzo powoli. Poza tym byłem pewny, że chciałeś otrzymać Znak.
― Słucham?! Ja bym miał chcieć to obrzydlistwo, aby skalało moją skórę? Jestem na to zbyt przystojny. Ale serio, Znak nie wygląda najlepiej, mógł się bardziej postarać. Cóż, mam nadzieję, że cię to nie martwi.
― Niespecjalnie. Mogę go nosić tak długo, jak wiem, że jesteś bezpieczny. Twoja matka natomiast da sobie radę we Francji. A teraz, pozwolisz. ― Lucjusz wstał i odrzucił serwetkę na blat ― Nie dręcz skrzatów, dobrze? Ja teraz idę do Ministerstwa Magii wypełnić papiery o opiekę prawną nad małoletnim czarodziejem.
Draco wyglądał na oburzonego.
― Ja nigdy nie dręczę skrzatów. To poniżej mojej godności. I jakie papiery?
― Te, które otrzymałem od mojego adwokata w zeszłym tygodniu i dzięki nim mogę przejąć opiekę nad Potterem. Jesteśmy spokrewnieni poprzez męża mojej siostry albo równie zawiłe koligacje.
― Bardzo grubymi nićmi szyte.
― Owszem. Z drugiej strony w każdej naciąganej historii tkwi ziarnko prawdy, czyż nie? Wystarczy innym pomóc je dostrzec. Gdy je złożę, to nikt nie będzie mógł ich zakwestionować, nawet wielki i wspaniały Albus Dumbledore.
Draco wydał z siebie podirytowany syk i zmarszczył czoło.
― Zdajesz sobie sprawę, ojcze, że to mnie będą wytykać palcami w Slytherinie? Bo przecież w ten sposób Harry Potter zostanie moim przybranym bratem. A to nie bardzo mieści mi się w głowie.
― A jednak, spróbuj się do tej myśli przyzwyczaić. Pamiętaj też, że wytykanie i wyśmiewanie łatwiej znieść niż parę serii cruciatusa. Dobrze cię rozumiem, ale przetrwamy. ― Lucjusz podszedł do drzwi i rzucił z uśmiechem: ― Potrzebujesz czegoś?
― Nie, choć nie pogardzę nowym i uroczym braciszkiem. ― Draco skrzywił się nie podnosząc wzroku znad talerza. Nie lubił, jak sytuacja się komplikowała w ten sposób.


* watch?v=iqscpuCogRE – piosenka "Frankie and Johnny"

** błędy zamierzone