- Wiem, że mi na niej nie zależy. Wiem! – przekonywał się Draco patrząc na nieskazitelnie białe tereny Hogwartu z okna na półpiętrze obok biblioteki. Minął tydzień od „niewielkiego" incydentu w damskiej łazience i Draco Malfoy został obciążony możliwością bycia zakochanym w tej przemądrzałej gryfońskiej pannicy. Było piękne sobotnie popołudnie, ale to nie wydawało się pomagać.
Z daleka obserwował kilka par przechadzających się wokół Hogwartu, prawdopodobnie starszych studentów, trzymających się za ręce i szepczących do siebie czułe słowa, nieskrępowanie mówiących swoje „kocham-cię", deklarujących, że są gotowi umrzeć dla siebie nawzajem i inne bzdury. Draco zmarszczył nos w bardzo arystokratyczny sposób.
„Mam nadzieję, że zajebią się na śmierć" pomyślał z uśmiechem. To był całkiem zabawny pomysł. Wyobraził sobie nagich nastolatków padających trupem dokładnie w momencie szalonego orgazmu. Roześmiał się głośno.
- Draco, wszystko w porządku? – jakiś głos przerwał jego śmiech.
Draco odwrócił się. To byli Crabbe i Goyle, którzy właśnie wrócili z najazdu na wypieki serwowane przez skrzaty kuchenne.
- Tak, oczywiście, że wszystko w porządku – jedną ręką przeczesał swoje płowe włosy. – Po prostu przypomniało mi się coś śmiesznego.
Był zły, że ktoś zakłócił jego chwilę odosobnienia.
Goyle przestąpił z nogi na nogę i uniósł pączka.
- Chcesz?
Górna warga Draco skrzywiła się w obrzydzeniu.
- Nie – odpowiedział widząc brudną dłoń Goyle'a trzymającą pączka. – Goyle, ponieważ jestem prefektem mogę potrącić ci punkty za najmniejsze przewinienie. Następnym razem, kiedy będziesz chciał zaoferować mi ciastko... – przerwał – umyj ręce – warknął na koniec.
Goyle wzruszył ramionami.
- Dobra.
- A teraz zostawcie mnie - powiedział w końcu Draco ze złością. – Zobaczymy się na obiedzie.
Rozległ się szelest szat i szuranie butów, i Draco znów był sam. Zobaczył trzy osoby idące w kierunku zamku i od razu wiedział, że to oni. Złote Trio raz jeszcze. A w samym środku była...
„Hermiona! Cholera! Dlaczego ty?"
Obserwował ich, jak szli śmiejąc się w zimnym popołudniowym wietrze, prosto z chaty tego wielgaśnego przygłupa, Hagrida. Z jakiegoś powodu zazdrościł im. Może dlatego, że nigdy nie miał prawdziwych przyjaciół, albo dlatego, że nie śmiał się tak często jak oni, albo dlatego, że Hermiona była z nimi przez cały czas. Ostatnia myśl wydawała się najbardziej prawdopodobna.
Widział, jak Ron żartobliwie popchnął Hermionę, tak że straciła równowagę...
Hermiona zatoczyła się na lewo.
- Hej!
Harry złapał ją za ramiona. Jego serce zatrzymało się na moment. Plecy Hermiony opierały się o jego pierś i czuł zapach jej włosów i skóry, i...
- Dzięki, Harry – powiedziała Hermiona z uśmiechem. Wyprostowała się i spojrzała na Rona z uniesionymi brwiami. – To nie było fair, Ron! – wyciągnęła różdżkę i zakręciła nią figlarnie w placach.
- C-co! To dopiero nie jest fair! – powiedział Ron, szeroko otwierając oczy.
- Lepiej uciekaj, Ron, bo rzucę na ciebie Rictumsemprę! – uśmiechnęła się szeroko.
Harry patrzył, jak Ron rzuca się do ucieczki, aby ratować życie, podczas gdy Hermiona pobiegła za nim. Śmiał się, ale oczy miał utkwione w niej. Biegła z włosami tańczącymi na wietrze, włosami, które nie były już nieokiełznane, ale powiewały jak kasztanowy sztandar.
Harry zobaczył, jak Hermiona pada na ziemię, rezygnując z pościgu. Ciągle się śmiała, gdy Ron zatrzymał się kilkanaście metrów dalej, pochylając się i dysząc ciężko.
- Choroba! Myślałem, że nie odpuścisz! – wykończony Ron krzyknął z uśmiechem. - Jak na prefekta nie jesteś zbyt szybka.
- A ty jesteś najmarniejszym prefektem w historii! – ucięła, szczerząc zęby.
Harry podszedł do niej. Spojrzał w dół na nią, jak oddychała szybko. Uniosła głowę i znowu się uśmiechnęła. Jej oczy kipiały czystą radością, policzki miała zaróżowione...
- Zmęczona? – zapytał w końcu po kilku sekundach wpatrywania się w nią.
Skinęła głową i roześmiała się mimo tego, że nie mogła złapać oddechu.
- Pomożesz mi wstać? – zapytała.
Harry wyciągnął rękę i podniósł ją jednym pociągnięciem.
- Czy ty jesz, Miona? Jesteś taka lekka.
- Oczywiście, że tak! – odpowiedziała. – Po prostu mam świetny metabolizm.
- Skoro mowa o jedzeniu, jestem trochę głodny... – powiedział Ron podchodząc do nich.
- Ty zawsze jesteś głodny – Harry wywrócił oczami i Hermiona roześmiała się.
Hermiona objęła ich w pasie i poszli do zamku. Ten dzień nie mógł być lepszy. A poza tym była poza zasięgiem przeszywającego wzroku Draco.
Draco wszystko widział. Czy tak już miało być zawsze? Że on mógł tylko patrzeć na nią z daleka? Że to nigdy jego nie obejmie w pasie swoim ramieniem?
„Weź się w garść, Malfoy! To tylko jej ramię!" Tylko że on nigdy jeszcze nie czuł jej ramienia obejmującego go w pasie. I znowu szarpnęła nim zazdrość.
Nie zamierzał się w niej zakochać, w żadnym razie. Pamiętał ten zabójczy dzień, kiedy wpadł na nią w bibliotece, gdzie przeglądała książki niedaleko działu eliksirów. Był sarkastyczny i nie tracił czasu żeby ją obrazić. Oczywiście naskoczyła na niego, ale szybko umilkła, zbierając książki, które upadły na kamienną podłogę.
On tylko stał i obserwował ją z uniesioną brwią, jak gdyby potwierdzając status krwi: on wyprostowany, a ona na podłodze. Widział, jak włosy powoli zsuwają jej się z karku i widział delikatną skórę, która wyłoniła się spod jej spódnicy, gdy przesuwała nogę, żeby podnieść książkę, która leżała przy jego stopie. Jej piękne, długie palce z wdziękiem sięgnęły po oprawiony w skórę tom. Jej wiśniowe usta lekko się rozchyliły, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, żeby go obrazić. Zagryzła dolną wargę w tak niezwykle czarujący sposób, że oczy Draco lekko się rozszerzyły.
Wstała szybko tuląc książki jednym ramieniem. Stała na tle dużego okna, które wpuszczało poranne światło. Draco gwałtownie wciągnął powietrze.
Stała tam patrząc na niego przez kilka sekund, z twarzą pozbawioną wyrazu. Po czym bez jednego słowa minęła go.
Draco ciągle tkwił w miejscu. Jasny gwint! Czy to światło? Czy może jego oczy potrzebowały kujońskich, potterowskich okularów? Może to Granger... nie zmieniła się, co nie?
Po tym, szlamowata, rozczochrana, mądralińska Granger przestała istnieć. Jak gdyby zobaczył ją po raz pierwszy w ciągu tych czterech lat i kilku miesięcy chodzenia do tej samej szkoły i rywalizowania.
To była niedobra wiadomość dla Draco, bardzo niedobra, nie do zaakceptowania. Nie mógł się oszukiwać, ale mógł ukryć to przed wszystkimi, a zwłaszcza przed nią.
Tak było przed Veritaserum.
Hermiona cicho weszła do pokoju. Jej współlokatorki trajkotały zawzięcie na temat rankingu najbardziej seksownych chłopców w szkole. Hermiona była pobłażliwa dopóki nie wspomniały Dracona Malfoya.
- A ten ślizgoński niegrzeczny chłopiec to dopiero jest gorący – zachichotała Lavender.
To była ostatnia kropla. Hermiona poszła prosto do pustego pokoju wspólnego. Nareszcie sama. Rozsiadła się wygodnie na swoim ulubionym czerwonym fotelu. Oczywiście miała ze sobą wierną książkę.
Hermiona zaczęła czytać, ale po przewróceniu setnej strony zasnęła.
Harry zmęczony zszedł na dół.
- Już bardziej nie mogę zgłupieć. Harry, powinieneś być bardziej odpowiedzialny. Gdzieś tutaj musiałem zostawić swoją pracę – wymamrotał do siebie.
Zatrzymał się na ostatnim stopniu. W drugim końcu pokoju spała Hermiona. Podszedł do niej cicho. Leżała skulona w fotelu, głowę miała opartą o pluszową poręcz aksamitnego fotela.
Wpatrywał się w nią jak jeszcze nigdy przedtem. Wyglądała wspaniale. Jak to się stało, że nie zauważył tego wcześniej? Hermiona trochę jakby poruszyła się czy zadrżała. Harry szybko pobiegł do swojego pokoju przynieść kołdrę.
Kiedy wrócił, książka już jej wypadła z ręki, a ogień w kominku pokoju wspólnego wygasł. Tylko pochodnie i kilka unoszących się w powietrzu świeczek oświetlało pokój, nadając twarzy Hermiony rozmarzony i spokojny wyraz.
Harry podszedł bliżej i okrył ją kołdrą. Na krew Merlina, chciał ją pocałować. Klękał przy jej twarzy...
„Nie!" rozkazał sobie Harry. „Ona jest tylko przyjaciółką! Tylko przyjaciółką, słyszysz! Nie kimś, kogo kochasz! Harry, pamiętaj, że ona jest TWOJĄ NAJLEPSZĄ PRZYJACIÓŁKĄ!"
Wtedy przerwał. „Nie kimś, kogo kochasz?..." Nagle dziwnie się poczuł. Jakby coś się do niego podkradło znienacka. „O rany... Zakochałem się w niej!" Jak kurewsko niewygodnie. Przysunął się bliżej do jej twarzy. Może mógłby... Nie budząc jej... Nigdy by się nie dowiedziała...
Nagle Hermiona otworzyła oczy.
- Harry? – spytała zaspana.
Wziął gwałtowny wdech.
- Cześć – powiedział prędko. – Zasnęłaś. Przyniosłem ci kołdrę.
Podrapał się w tył głowy z żartobliwym uśmiechem.
Hermiona roześmiała się, a potem uśmiechnęła lekko.
- Och, Harry! – uszczypnęła go delikatnie w policzek. Serce Harry'ego gwałtownie przepompowało krew. Podniosła książkę i usiadła w fotelu. - Chyba już nie będzie mi potrzebna – poklepała kołdrę. – Jak mnie tu znalazłeś?
- Szukałem swojej pracy domowej.
- Pomogę ci – wstała od razu.
- Nie! – powiedział Harry. Hermiona spojrzała na niego zdziwiona. – Sam to zrobię. Naprawdę. Idź się położyć. Już masz podkrążone oczy – roześmiał się, żeby ukryć swoje zdenerwowanie.
- Jesteś pewien? – zapytała Hermiona lekko marszcząc brwi.
Harry skinął głową.
- Absolutnie.
Wzruszyła ramionami.
- No to dobranoc.
Uścisnęła go.
Kiedy już sobie poszła Harry odetchnął z ulgą. „Dzięki Bogu, że się obudziła" pomyślał. Pocałowałbym swoją najlepszą przyjaciółkę! Nigdy bym sobie nie wybaczył! Nigdy!"
Ale w głębi duszy czuł rozczarowanie.
