Dla kim-onki. Złamane promienie czyni to kramikiem tolkienowskim.

Metaloplastyka


To miło, myślał Celebrimbor, to bardzo miło, że się fatygowali, nie musieli przecież. A ponieważ to jego pierwsza myśl, to odruchową pierwszą reakcją było podziękowanie posłańcom, dopytanie, czy czego im nie trzeba, czy są dobrze traktowani. Na różne szykany są przecież narażeni ci, którzy przybywają do Gondolinu, w jawne miejsce wymiany wieści, z rodu Fëanora (z twojego rodu, poprawia zaraz głos w myślach; Celebrimbor go ignoruje, ma wprawę).

Posłańcy popatrzyli po sobie z przyganą, lecz bez zdziwienia. Najwyraźniej niczego innego nie spodziewali się po zdrajcy i wyrodnym synu. Celebrimbor nie miał siły ani ochoty wyprowadzać ich z błędu. Nie miał zresztą nawet pewności, że są w błędzie, dodał w duchu, dokładny jak zawsze, żegnając się oficjalnie, uprzejmie, setki razy wyrażając wdzięczność tak wobec posłanych elfów, jak stryjów.

W kuźni złapał się na tym, że nie zapytał o szczegóły, nie zapytał, co się stało z ciałami, czy też spłonęły, czy jednak były pogrzeby (miał wrażenie, że w opowieści była wzmianka o godnym pochówku, ale nie był pewny, zresztą, chować można i popiół, czy nie sprawili symbolicznego pogrzebu dziadkowi?) on, zwykle lubujący się w pedantycznych rozważaniach! Na co ci szczegóły, pytał sam siebie, przecież wiesz, przecież ich znasz, znałeś, przecież wszystko jest jasne – tak gra słów, jasne, jasne, silmarile, wywołała parsknięcie śmiechem – atak, oblężenie, zwycięstwo, które okazuje się klęską, rzeź obrońców, śmierć małych dziedziców, to wszystko, co dobiegło Gondolinu już wcześniej. O konkretnych padłych synach Fëanora nie wiedziano, niewielu już utrzymywało bliskie kontakty z rodem. Niewielu by zresztą ta informacja obeszła, sądząc z szeptów, które przez tygodnie poprzedzające i następujące po wieści milkły na widok Celebrimbora (jakby mógł ich nie dosłyszeć wcześniej, jakby nie słyszał ich w snach, w najgorszych podejrzeniach).

Szkoda, że nie wszyscy zginęli. Trzech! Nadal za mało. Przeklęci. Dzieciobójcy. Szkoda, naprawdę szkoda, że ktokolwiek pozostał...

Szkoda, powtarzał Celebrimbor przed snem, owszem, naprawdę stała się szkoda, nawet nie wiecie, jaka. Nawet nie rozumiecie, o wy, którzy się nie boicie śmierci, którzy możecie powrócić, a jeśli nie, to spoczywacie w halach Mandosa i wiecie, wiecie z pewnością niezbitą, gdzie podziewa się dusza, że nie ma końca, o wy, którzy kpicie z niepokoju ludzi i wiary krasnoludów, które dla was znaczą tyle, ile kamienie, nie, wy nie rozumiecie, co mówicie ani co myślicie, kiedy mówicie „śmierć" albo „pozostanie", nie tak, jak my, jak oni i jak ja, jak on, ci, którzy przysięgali – których bliscy przysięgali – którzy wiedzą, że dla nich za bramą nie ma nic, jest przedwieczna pustka. Nie powrócą nigdy i nic nie pozostaje z ich duszy. Żadnej nadziei, może poza złudą, żadnej pewności, może poza kresem.

Jego ojciec umarł, jego stryjowie nie żyją. Jak dziadek, czyli bezpowrotnie, bez żadnej pociechy, koniec, prawdziwy koniec, inny niż ten Finroda czy któregokolwiek z elfów. Mówią, że stryj Caranthir dobrze rozumiał ludzi, że wolał ich niekiedy nad towarzystwo elfów, czemu Celebrimbor się nie dziwił – jedno było przeznaczanie synów Fëanora, krasnoludów i ludzi, dla tych ostatnich tym cięższe, że nie sami je wybrali. Brak nadziei, konieczność przemijania w świecie, który się pławił we własnej chwale, blasku, absolutnej pewności istnienia. Nadzieja ludzi, o której z takim patosem opowiadały elfy, samemu Celebrimborowi wydawała się pozbawioną życia teorią, gadaniem kogoś bez pojęcia o praktyce, jak dworskie pieśni bardów opiewające pracę kowala. Nie dziwił się, że sami ludzie owo gadanie odrzucali. Nie dziwił się, że opowieści o powrocie w kamień tak gniewały krasnoludy.

Ale te wszystkie myśli zachowywał dla siebie, wiedząc, że gdziekolwiek go przyjmują, to z litości i bez zaufania. Że jest wiecznie pod obserwacją, poddawany próbie, że musi się starać o to, co inni dostają od razu.

Jego ojciec walczył w bitwie, którą sam wywołał. Nie pierwszy raz. Jego ojciec nie miał racji, a przynajmniej nie miał racji, za którą mógłby Celebrimbor podążyć. Jego ojciec zginął, jak wojownik, zginął tak, jak sam wybrał, nie było tu żadnej niesprawiedliwości, ba, może była sprawiedliwość. Nie było powodu do łez ani rozpaczy; takowe urągałyby niewinnym ofiarom, nad których losem płakał nieomal cały elfi świat. Śmierć Curufina tenże świat raczej cieszyła.

Nie było wreszcie powodu, powie Celebrimbor po wielu, wielu latach Narviemu, w pewien spokojny, mroźny wieczór, kiedy wypili już zbyt dużo, nie było powodów, by sądzić, że ktokolwiek z elfów, choćby mi bliskich, zrozumie, a po cóż innego okazujemy smutek, powie bardzo, bardzo cicho, jeśli nie w nadziei na pocieszenie, na zrozumienie właśnie?

Twój ojciec umarł, odpowie wtedy Narvi, tak, jak umarł mój; nigdy go już nie spotkasz. Nawet najsurowsi strażnicy wśród mego ludu nie widzą hańby w opłakaniu bliskich, wiemy bowiem, że tracimy ich na wieczność.

I chociaż minęły już wieki od dnia, gdy przyniesiono mu wieść o śmierci Curufina, Celebrimbor, jedyny elf-sierota w całym Śródziemiu, przymknął powieki, pozwolił sobie na szloch, a Narvi objął go i kołysał, jak małe, maleńkie dziecko.