Londyn zamieniał się w wielkie bagno zawsze na początku jesieni. Brudy podłych, ubogich ulic spływały drogami, one same bardziej podobne były do rzek. Kostki brukowe rozjeżdżały się, piasek spomiędzy nich wymywała woda. Deszcz ściekał po dachach, kapał żałośnie na parapety, zacinał w okna, uniemożliwiał jakiekolwiek spacery. Jedynym zajęciem w te ponure dni było wygrzewanie stóp przy kominku, w którym bierwiona nieuchronnie dogasały, a iskry strzelały wesoło, co było całkowitym przeciwieństwem aury na zewnątrz.

Holmes chodził po domu zły, nieco przygaszony, we znaki dawała mu się przedłużająca bezczynność. Całymi dniami siedział głęboko w fotelu, zasnuwając cały salon dymem, nie pozwalając nawet najlżejszemu podmuchowi wiatru wedrzeć się do środka. Uznałem, że pokłócił się najwyraźniej z powietrzem, skoro nie pozwala nikomu nim oddychać.

Pani Hudson, gdy była rozsierdzona, potrafiła kłócić się z moim przyjacielem po kilkanaście razy dziennie. Nie żeby nie przeszkadzało mi jej ciągłe narzekanie i wymijające odpowiedzi Holmesa, ale jednak wolałbym zaznać upragnionego spokoju. Nie było to możliwie przy kapryśnym charakterze detektywa, z którym zdecydowałem się zamieszkać pod jednym dachem. Nie żałuję, ale jednak mogłem trafić na mniej wymagającego towarzysza.

Właśnie doczekałem się kolejnego smętnego i zdecydowanie bardzo irytującego koncertu na skrzypcach, po którym mogłem spodziewać się jedynie, że Holmes pogrąży się znów w tej beznadziejnej melancholii, która nie opuszczała go nawet na krok od przynajmniej tygodnia. Nawet niedawno odniesiona rana zaczynała zwracać się przeciwko mnie, dopingując mego towarzysza w sprawianiu mi bólu. Teraz walczyłem już na dwóch frontach. Fizycznym – owa rana - i psychicznym – apatia Holmesa.

Dzień, w którym Holmes mógł zrobić coś nieodpowiedniego zbliżał się ogromnymi krokami, już widziałem te jego nieodpowiednie i rozmarzone spojrzenia rzucane w stronę mojego, niezbyt dobrze z resztą ukrytego kuferka z przyrządami medycznymi i lekami. Groźne i deprymujące spojrzenia, które mu rzucałem odpierał jedynie takimi przeraźliwie ponurymi i przepraszającymi.

Zaczynałem się denerwować, jeszcze kilka dni, a Holmes się złamie. Na to pozwolić nie mogłem. Dlatego właśnie, kiedy w naszych drzwiach pojawiła się spłoszona kobieta, przyjąłem ją najgościnniej, jak potrafiłem i zaproponowałem jej, aby poczekała na mego przyjaciela kilka minut, bowiem zaraz miał wrócić z niecodziennego spaceru. Była ona wysoka, miała więcej niż pięć i pół stopy wzrostu. Cechowała ją szczupła sylwetka, ostre, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, oraz ta bijąca w oczy duma, zapewne z nieposzlakowanego drzewa genealogicznego, bądź statusu społecznego. Suknię miała wytworną, nowoczesną, z tego, co się orientowałem, była też zgodna z najnowszymi trendami. Nosiła ją pewnie, doskonale świadoma swojego gustownego i zwracającego uwagę wyglądu. Posiadała także kapelusz, jeden z tych droższych, ogromnych, przewiązanych grubą wstęgą. Torebkę, najpewniej skórzaną, położyła na swoich nogach, trzymała ją swobodnie, oznaczało to, że wie, po co tu przyszła. Jednak wyraz jej twarzy nieco odstręczał mnie w jej wyglądzie. Pewność siebie, tak doskonale wyćwiczoną, zaburzał cień strachu, oczy miała rozbiegane, wrażenie, że na każdy głośniejszy odgłos zerwie się z fotela i ucieknie z krzykiem, nawiedzało mnie nieustannie. Usta ułożone miała w pogardliwy półuśmiech, gdy lustrowała nasz skromny dobytek.

- Doktorze Watson, ufam, że jest pan bardzo miłym i błyskotliwym dżentelmenem, lecz przybyłam tu porozmawiać z tym jakże znanym detektywem, któremu pan tak dzielnie towarzyszy. Niech pan mnie nie zwodzi i powie, czy go dziś zastanę – powiedziała władczym głosem, nie podobało mi się ani jedno jej słowo. Nie podobała mi się też ona sama, kojarzyła się raczej z podstępnym wężem, czającym się gdzieś w trawie, by ukąsić pierwszego napotkanego wędrowca.

Zanim jednak zdążyłem jej odpowiedzieć do salonu wszedł Holmes, jeszcze w płaszczu, butach i kapeluszu. Ten ostatni rzucił z rozmachem na stół. Pani Hudson, która dreptała zaraz za nim, wydała z siebie cichy okrzyk i porwała go, po czym wybiegła z pokoju. Holmes uśmiechnął się pod nosem i szarmancko ukłonił się w stronę siedzącej damy. Jego brwi zmarszczyły się, gdy rzucił okiem na jej twarz.

- Wybaczy pani, ale czy my się przypadkiem nie znamy? – zapytał, całując jej dłoń i opadając na fotel. Jego czoła nie przecinała żadna bruzda, twarz znów przypominała pokerową maskę, z której nie dałoby się wyczytać żadnego nowego spostrzeżenia.

- Przykro mi, lecz muszę przyznać, że widzimy się po raz pierwszy. Jeśli dobrze rozumiem, pan Sherlock Holmes? – spytała, emanując pewnością swoich słów.

- Oczywiście, milady de Winter. A jak się ma pani mąż? Widziałem go ostatnio...

- Ja właśnie w tej sprawie, detektywie. Mój mąż został znaleziony nieżyw dzisiejszego ranka – rzuciła szybko, Holmes zmarszczył czoło i zamyślił się.

- Będzie pani tak miła i opowie, co zaszło?

- Naturalnie. Dzisiejszego ranka jak zawsze wstałam wcześniej, codziennie budziłam się przed mężem. Wstawałam wtedy i schodziłam na dół, do jadalni, aby napić się kawy i przeczytać ranne gazety. Jednak dziś, kiedy tylko się obudziłam, poczułam irracjonalny strach. Natychmiast ubrałam mój peniuar i zajrzałam do łazienki, a także wszystkich pokoi na piętrze. Nic nie znalazłam, więc uznałam moje odczucia za urojenia i...

- Używa pani kremu do rąk z rana, milady?

- Ja – wydusiła zbita z pantałyku. – Owszem.

- Czy dziś rano także go pani nałożyła?

- Tak, jak tylko się budzę, od razu z niego korzystam.

- Dobrze, niech więc pani kontynuuje.

- Wtedy poszłam do kuchni, jak zwykle. Około piętnaście minut później usłyszałam kroki w naszej sypialni. Niewątpliwie należały do mojego męża.

- O której obudziła się pani dzisiejszego dnia?

- Sądzę, że było zaledwie kilka minut po ósmej – powiedziała wyniośle, a Holmes pokiwał głową. – Do kuchni weszła służąca, rozmawiałam z nią jakieś pięć minut. Nakazałam jej iść do naszej sypialni i zapytać mego męża, czy już zamierza zejść na śniadanie. Znalazła ona klucz w drzwiach do pokoju i natychmiast zbiegła po mnie na dół. Rozumie pan, służący nie mają prawa wejść do naszej sypialni.

- Kto miał klucze do tych drzwi?

- Ja, mój mąż i właściciel domu, brat męża.

- Czy zauważyła pani, że któregoś z nich brakuje?

- Nie, mam swój klucz zawsze przy sobie. Nikt nie wiedział, gdzie mój mąż chowa swój.

- A jego brat?

- Sądzę, że przechowuje go w sejfie, który trzyma w swoim gabinecie.

- Nie słyszała pani żadnych hałasów dochodzących z piętra?

- Absolutnie żadnych.

- Proszę mi opowiedzieć, co zobaczyła pani i zrobiła, gdy weszła do pokoju.

- Drzwi nie były zamknięte na zamek, a na pewno je zamykałam. Klucz nadal można było znaleźć w otworze. W środku, tuż przy łóżku, tak jakby został zaatakowany tuż po wyjściu z niego, leżał mój mąż. Miał zakrwawioną głowę, a gdy sprawdziłam jego puls, nie mogłam go wyczuć. Natychmiast posłałam jednak pokojówkę po lekarza i policję.

- Czy zauważyła pani coś niezwykłego? – spytał Holmes, patrząc na nią tym swoim przenikliwym spojrzeniem. Kobieta nieco zmieszała się.

- Nie, sądzę, że nie.

- Proszę się zastanowić, to bardzo ważne – powiedział spokojnie, a dama poczerwieniała na twarzy. – Nie? Dobrze. W takim razie, niech mi pani powie, dlaczego zgłosiła się pani do mnie?

- Myślałam, że to oczywiste! – rzuciła z oburzeniem. – Mój mąż został dziś rano zamordowany!

- Tak, doskonale to rozumiemy. Ale dlaczego zdecydowała się pani opowiedzieć mi o tym wszystkim. Skoro i tak pani kłamie, może się przyznać także do zabójstwa męża!

- Jak pan śmie! – krzyknęła i gwałtownie wstała.

- Proszę uspokoić się i usiąść. Nie wypada się pani tak unosić – mówił flegmatycznie. Nie poruszył się ani odrobinę, gdy kobieta zamachnęła się na niego. To ja złapałem jej rękę, tuż przed jego twarzą. – Myślę, że wiem o tej sprawie prawie wszystko, brak mi jedynie dowodów i motywu, milady. Dlatego zamierzam udać się do pani domu już teraz.

Kobieta odetchnęła i nakryła twarz po raz kolejny maską.

- Proszę bardzo, panie Holmes. Ale uprzedzam, że i tak pan nic nie znajdzie.