Parę dni trwało zanim Remus wreszcie zdecydował się na działanie. Może to za sprawą tego, że tęsknił już za Tonks, a może dlatego, że miał już dosyć żywienia się suchym chlebem i kiełbasą i miał ochotę na prawdziwy obiad. Oczywiście zawsze mógł odwiedzić Molly. Ona z pewnością ucieszyła by się mogąc nakarmić go do syta różnymi smakołykami, jednak musiałby wtedy przyznać się jej jak potraktował Tonks i obawiał się, że pani Weasley mimo swojej ogromnej wyrozumiałości poprze Nimfadorę, a jemu może nie udać się ujść z tego z życiem.
Zastanawiał się też czy nie odwiedzić Syriusza, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Wiedział bowiem, że Black nie omieszka wyśmiać jego sytuacji. Poza tym nie sądził, że przyjaciel może pomóc mu rozwiązać problem. Black żył zawsze w wolnych związkach, z żadną dziewczyną nie był dłużej niż dwa miesiące i nigdy nie zamierzał założyć własnej rodziny. To nie on powinien doradzać Remusowi. W takim razie kto? Nikt. Tą decyzje Lupin musiał podjąć samodzielnie. I zrobił to.
Rodzice Tonks mieszkali w małym domku na przedmieściach Londynu. Zbliżał się wieczór kiedy Remus stanął na ganku i zapukał. Usłyszał szybkie kroki i po chwili w drzwiach stanęła Tonks. Wyglądała o wiele lepiej niż kiedy się ostatnio widzieli. Nie była już tak zmęczona, choć po jej oczach było widać, że wciąż często płacze.
-Cześć - Remus uśmiechnął się i podał żonie bukiet słoneczników.
Nimfadora odwróciła się, zajrzała do pokoju, po czym wyszła do męża na ganek.
-Dobrze cie znowu widzieć, Remusie – szepnęła i przytuliła się do Lupina, który nie potrafił ukryć zdziwienia, ale jednocześnie bardzo się cieszył, że tak łatwo poszło.
Objął żonę, przytulił i pocałował w czoło.
-Przepraszam – wyszeptał.
Kiedy wreszcie odsunęli się od siebie Remus spojrzał na Tonks. Uśmiechnęła się do niego przez łzy i wzięła bukiet.
-Chciałam wrócić jak tylko tu przyjechałam, ale bałam się, że będziesz na mnie zły. - powiedziała ocierając oczy i siadając na ławce. - Bardzo za tobą tęskniliśmy.
Remus nie wiedział co ma powiedzieć. Był tak szczęśliwy, że nie musi błagać jej o wybaczenie, że tylko ją przytulił i wyszeptał:
-Ja też bardzo za wami tęskniłem.
Siedzieli tak przez chwilę przytuleni, nie odzywając się i wyglądali jak młodzi kochankowie korzystający z ostatnich chwil razem przed rozstaniem, cieszący się każdą minutą spędzoną wspólnie.
Drzwi znowu się otworzyły i pojawiła się w nich Andromenda.
-Witaj Remusie. - uśmiechnęła się do zięcia. - Doro, mały cię woła.
-Już idę – Tonks wstała, uśmiechnęła się do męża i zniknęła w domu.
-Mogę? - zapytała Andromenda siadając obok Lupina
-Oczywiście, proszę. - odpowiedział natychmiast uśmiechając się.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, po czym Remus nagle odezwał się.
-Przepraszam.
-Nie przepraszaj mój drogi, dobrze cię rozumiem, wiem jak to jest kiedy w domu jest małe dziecko. Kiedy Dora się urodziła też często kłóciliśmy się z mężem. To normalne, każdy przez to musi przejść.
Lupin spojrzał na nią. Była tak podobna do siostry, do Bellatrix Lestrange. Miała tak samo długie, ciemne i kręcone włosy i bladą cerę. Tylko jej spojrzenie było zupełnie odmienne, spokojne, ciepłe, a nie szalone i zimne. Remus przyglądał się jak zachodzące promienie słońca mienią się we włosach jego teściowej. Pomyślał o tym jaką ona jest wspaniałą kobietą, jak dużo w życiu przeszła i jaką miłości darzy wszystkich bliskich jej ludzi, bez względu na to co zrobią. Poczuł do niej ogromną wdzięczność za to, że wybaczyła mu doprowadzenie jej córki do tego, że musiała wyprowadzić się z domu.
Lupin tak się zamyślił, że odruchowo wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Zorientował się co robi dopiero gdy Andromenda zaśmiała się cicho.
-Ojej, przepraszam, ja normalnie nie.. to znaczy tylko czasami.. - zaczął się tłumaczyć.
-Nie tłumacz się, przecież nic nie powiedziałam. - uśmiechnęła się do niego serdecznie. - Chodzi mi o to, że przypomniało mi się jak będąc młodą dziewczyną uciekałam z domu na całe dnie, chodziłam po Londynie i paliłam mugolskie papierosy w tajemnicy przed rodzicami.
Remus poczęstował teściową papierosem, odpalili je od różdżki i zaciągnęli się. Poczuł jak dym dostaje mu się do płuc, wypełnia je po czym ulatuje przez uchylone usta i nos. Od razu spłynęło na niego uczucie spokoju. Zaczął zastanawiać się, czy to nikotyna sprawia, że czuje się spokojniejszy i odstresowany, czy te głębokie wdechy które bierze paląc wprawiają go ten stan spokoju. I do tego ta odrobina rozkoszy kiedy zlizuje słodki smak z filtra.
-Black Devil'e... och Remusie, co ty wiesz o prawdziwych Blackach? - Andromenda wyrwała go z zadumy.
-Niestety nie wiele – odrzekł spokojnie nie odrywając wzroku od zachodzącego słońca
-Wiesz czego mnie nauczyło życie w rodzinie Blacków? - wypuściła dym z płuc. - Że nie warto być tym za kogo postrzegają nas inni, trzeba być tym, kim się czuje, że się jest. - zagasiła papierosa i wstała. - Naprawdę Remusie, zapamiętaj to.
Poklepała go po ramieniu i weszła do domu. Lupin siedział jeszcze przez chwile patrząc na zachód słońca. Dobrze wiedział co Andromenda miała na myśli mówiąc mu to wszystko. Zawsze bał się nowych znajomości, bał się, że ludzie będą go oceniać przez pryzmat jego wilkołactwa. Czuł się na przegranej pozycji, czuł się gorszy. Gdyby nie Tonks, która pokazała mu jak cieszyć się z życia nigdy nie miał by rodziny. A teraz, kiedy ma już rodzinę to wciąż jej unikał i ją krzywdził, myśląc że bardziej ją skrzywdzi zostając przy niej jako niebezpieczny wilkołak. Andromenda miała rację, nie ważne kim jesteśmy, ważne kim się czujemy.
Zgasił papierosa, wstał i wszedł do domu, żeby przywitać się z synem i zabrać go razem z Tonks do domu. Obiecał sobie, po raz kolejny, że już ich nigdy nie skrzywdzi.
