Obudził ją wesoły śpiew ptaków i przebijające się przez firanę promienie wschodzącego słońca. Uchyliła delikatnie powieki i odnalazła stojący na etażerce zegarek. Kiedy do jej zaspanego umysłu dotarła odczytana informacja, jęknęła głośno i przewróciła się na brzuch, szczelnie zakrywając głowę poduszką. Nie pomogło nawet odrobinę. Do jej uszu nadal docierało pogodne ćwierkanie, które w tamtej chwili tak strasznie irytowało. Po blisko trzydziestu minutach dała za wygraną. Sen, mimo usilnych próśb, gróźb i przeróżnych metod, nie nadszedł. Westchnęła i przeciągnęła się, odrzucając jednocześnie na bok złocistą kołdrę.

Nie podniosła się jednak od razu. Z czułością przyglądała się swojej nowej sypialni. Nie była za duża, ani też za mała. Było to średniej wielkości pomieszczenie o kwadratowym kształcie. Na każdym kroku podkreślono barwy jej domu: złoto i czerwień, a ogromne, zajmujące jedną ze ścian, okno, wpuszczało do wewnątrz calutką masę rozmigotanych promieni, sprawiając, iż było jeszcze bardziej przytulnie. Wydawać by się mogło, że sypialnię przygotowano specjalnie pod jej osobę - prosto, ale jednocześnie gustownie. Jasne, sosnowe łóżko było zdecydowanie większe od tego, które zajmowała w Norze, a cztery kolumny z czerwonymi kotarami wręcz zachęcały, aby się na nim położyć i już nigdy z niego nie wstać. Po jednej stronie ustawiono etażerkę z budzikiem, a po drugiej nie za wysoką szafę z szufladami, w której bez problemu pomieściła większą część swoich rzeczy. Po przeciwnej stronie pokoju postawiono szafę, regał z najróżniejszymi książkami, a tuż przy drzwiach zmieściło się nawet niewielkie biurko.

Roześmiała się pogodnie i podniosła z łóżka. Miała fantastyczny humor. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie śnił jej się ani jeden koszmarny sen. Nie miała pojęcia, czy tak działa na nią ten zamek, czy raczej to pomieszczenie. Zanurzyła bose stopy w puchowym, czerwonym dywanie, a następnie porwała z oparcia krzesła ręcznik i wpadła do łazienki.

Szybki, letni prysznic przyniósł natychmiastowe orzeźwienie i zmył z niej resztki snu. Okryła ciało ręcznikiem i przetarła zaparowane lustro. Nie zaskoczyło jej to, co zobaczyła. Włosy miała napuszone i sterczące na wszystkie możliwe strony. Cera była szara i ziemista, a gdzieniegdzie nadal widniały malutkie blizny i nacięcia. Oczy miała przekrwione i napuchnięte od płaczu, a tuż pod nimi można było dostrzec wyraźne cienie. Westchnęła. Napięcie ostatnich kilku miesięcy wyraźnie odbiło się na jej wyglądzie. Schudła, stała się nerwowa i przewrażliwiona, a wszystkie emocje starała się kryć gdzieś głęboko w sobie. Momenty takie jak poprzedniego wieczoru zdarzały się tylko wtedy, kiedy miała pewność, że nikt jej nie widzi i były raczej formą zebrania się w sobie. Łzy oczyszczały ją ze wszystkich wyrzutów, koszmarów i wspomnień, dając na krótki okres siłę i motywację do działania.

W tamtym momencie wydawało jej się, że nic nie jest w stanie zniszczyć tego fantastycznego humoru. Na ten jeden, krótki moment zapomniała o prześladujących ją od miesięcy wspomnieniach. Ale przecież teraz w ogóle ma być inaczej! Nauka i Hogwart pochłonie ją do reszty. Skupi się na tym, co uwielbia najbardziej. Uśmiechnęła się i spryskała twarz chłodną wodą.

Narzuciwszy na siebie mundurek i szkolną szatę, pochwyciła torbę i, nucąc wesoło pod nosem, wyparowała z sypialni. Przemierzając pokój wspólny, pomachała siedzącej na kanapie Hannie, a będąc tuż przy drzwiach, pokręciła głową z uśmiechem i zajrzała do torby, aby upewnić się, czy na pewno wzięła wszystko. W momencie, kiedy chciała wyjść, portret sam się przed nią otworzył. Hermiona uniosła głowę z roztargnieniem, a dobry humor uleciał z niej szybciej niż się spodziewała. W głowie delikatnie jej się zakręciło, a po plecach przeszedł dreszcz. Stalowoszare oczy odnalazły ją niemalże natychmiast. Przez dłuższą chwilę wyglądał tak, jakby się nad czymś zastanawiał.

Czy tak będzie wyglądał jej każdy poranek? Czy za każdym razem będzie musiała oglądać tą znienawidzoną twarz? Czy za każdym razem, ilekroć ich tęczówki się spotkają, przed oczami Hermiony będą przelatywać jej te wszystkie obrazy? Wspomnienia, których za wszelką cenę chciała się pozbyć?

I ledwo przez głowę Hermiony przecisnął się owy żal, natychmiast go stłamsiło nowe, nieposkromione uczucie. Oburzenie i złość wymieszane z niedowierzaniem. Powrócił bunt z poprzedniego wieczoru i palące uczucie niesprawiedliwości. Wyprostowała się i rzuciła mu pełne obrzydzenia i nienawiści spojrzenie. Był śmierciożercą. Zabijał tak jak oni. Tak samo brutalnie i bez skrupułów jak oni. Dołączył do nich, spowodował śmierć Dumbledore'a!

Kiedy otwierał usta, by coś powiedzieć, wzięła głęboki wdech. Wyciągnął dłoń, aby ją zatrzymać, ale udało jej się go wyminąć.

- Cholera jasna, Granger! – warknął, ale go nie usłyszała.

Musiała porozmawiać z dyrektorką. MUSIAŁA! I to natychmiast.


Hermiona przemierzała korytarze z prędkością światła. W jej głowie nieustannie toczyła się walka. Nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Jaki był tego cel i gdzie w tym wszystkim ukryto jakikolwiek sens? Po jaką cholerę Draco wrócił go szkoły i dlaczego McGonagall się na to zgodziła?! Dotarła do kamiennej chimery, a wściekłość wezbrała się w niej ze zdwojoną mocą.

- Hasło?

Rozszerzyła oczy w zdumieniu. Poprzedniego dnia było niepotrzebne. Ten stwór sam wiedział, że ma ją wpuścić.

- Nie znam, ale muszę się pilnie zobaczyć z dyrektorką.

- Bez hasła nie ma przejścia.

- Cholera jasna! – krzyknęła, a z każdą kolejną minutą była coraz bardziej zła.

- Panna Granger? Co cię do mnie sprowadza o tak wczesnej porze?

Hermiona obróciła się w miejscu i spłonęła rumieńcem.

- Pani dyrektor, ja… To ważne. - Spuściła wzrok.

McGonagall przyglądała jej się przez chwilę w milczeniu, a następnie skinęła głową.

- Rozumiem. Pieprzne diabełki – rzuciła w kierunku chimery, a ta natychmiast odskoczyła, ukazując przejście.

Hermiona poczłapała za nauczycielką, a z każdą sekundą rodziło się w niej coraz większa ilość wątpliwości i zmieszania. Początkowa wściekłość i agresja ulatywała z kolejnym pokonanym schodkiem, aż w końcu, kiedy dotarły do drzwi, pozostał już jedynie wstyd i gigantyczne wątpliwości. McGonagall przemierzyła swój gabinet i usiadła za biurkiem, patrząc na Hermionę pytającym wzrokiem. Dziewczyna westchnęła cichutko, opadła na jedno z krzeseł i utkwiła wzrok w swoich kolanach. Przez kilkanaście długich minut panowała niezręczna cisza, a w głowie Hermiony ponownie rozgrywała się bitwa w poszukiwaniu odpowiednich argumentów, a przede wszystkim sposobu na rozpoczęcie tego drażliwego tematu. Gdzieś głęboko w jej głowie czaiła się również myśl, że jeżeli za moment nie rozpocznie rozmowy, McGonagall wyrzuci ją z gabinetu, narzekając, że ma ważniejsze rzeczy do roboty.

- Jak minęła noc, panno Granger?

Hermiona uniosła głowę i zauważyła, że dyrektorka nie jest ani zła, ani zażenowana. Wręcz przeciwnie - jakby rozumiała, że powód, dla którego się tutaj znalazła, jest dla niej niezręczny i w jakiś sposób kłopotliwy.

- W porządku – odpowiedziała ostrożnie.

- A jak podoba ci się twoja nowa sypialnia?

Przy tym pytaniu Hermiona odnotowała, że oczy dyrektorki jakby rozbłysły, zupełnie jak kiedyś oczy Albusa. Zastanawiała się, czy McGonagall zrobiła to nieświadomie, a owe odruchy są nawykiem nabytym poprzez wieloletnią współpracę z Dumbledorem, czy może raczej uczyniła to celowo.

- Jest fantastyczna – wymruczała Hermiona, nadal bijąc się z myślami. – Zastanawiam się jednak, dlaczego w tym roku jest aż czterech prefektów naczelnych, pani profesor.

McGonagall pochyliła się delikatnie do przodu, podpierając podbródek na jednej z dłoni i zmrużyła oczy niczym kotka. Hermiona zrozumiała, że nauczycielka zaczyna rozumieć, dokąd zmierza ta rozmowa.

- Prefekci konsultują się z opiekunem swojego domu, aby przekazywać pozostałym jego członkom niezbędne informacje. Jak zapewne doskonale wiesz, Hermiono, prefektów wybiera się dwóch na piątym roku z każdego domu, co daje nam ośmiu co rok. Z tej niewielkiej grupki wybiera się tych, którzy najbardziej zasłużyli się dla szkoły. Prefekt naczelny to osoba, która ma władzę nad innymi prefektami i której powierza się najważniejsze i najpilniejsze sprawy. Do tej pory wybieraliśmy jedynie dwóch, uważając, że tylu was wystarczy. Niestety, biorąc pod uwagę aktualną sytuację, stwierdziliśmy, że przyda nam się wsparcie.

- Nam? – Uniosła pytająco brwi. – Myślałam, że Minister już się nie miesza w sprawy Hogwartu.

- Tak, panno Granger, nam.

Nauczycielka uśmiechnęła się łobuzersko i oparła się z powrotem, a Hermionie serce zabiło gwałtowniej na dźwięk owego głosu. Uniosła nieśmiało głowę i rozdziawiła usta.

Albus Dumbledore patrzył na nią znad swoich okularów połówek, a spojrzenie jego jasnoniebieskich oczu było tak przeszywające, że Hermiona poruszyła się niespokojnie na swoim krzesełku.

- Jesteśmy po wojnie. Zamek był zniszczony, ale nie to najbardziej nas martwi. W takim okresie najczęściej pojawiają się bunty czy próba sprzeciwu ze strony czarnej magii. Potrzebujemy zjednoczenia bardziej niż kiedykolwiek do tej pory, a czterech prefektów naczelnych, po jednym z każdego domu, ma być tego symbolem. Macie współpracować, Hermiono. - Jego ton nagle się zaostrzył, a twarz przeszył cień. Hermiona nie wiedziała, czy jest to wynik gry światła.

Współpraca. Czy on nie wymagał za dużo? Zawsze starała się likwidować wszelkiego rodzaju spory, ale załagodzenie sytuacji między nią a Malfoyem wydawało jej się niemożliwe! Wpatrywała się w oczy byłego dyrektora, a z każdą sekundą rosło w niej coraz większe oburzenie i wściekłość. W końcu przeniosła wzrok na McGonagall i odparła:

- Obawiam się, że to jest niemożliwe. Współpraca pomiędzy czterema domami nigdy nie wychodziła nam za dobrze. Zawsze jeden z nich, a pani doskonale wie który, stwarzał najwięcej problemów. Nie wydaje mi się, aby tym razem było inaczej, zwłaszcza…

- Panno Granger! – nauczycielka przerwała jej gwałtownie, a Hermiona spłonęła rumieńcem gniewu. Nie zauważyła, że każde wypowiadane przez nią słowo staje się coraz głośniejsze, stanowcze i ostre. Twarz McGonagall także straciła łagodny wyraz. - Nie wyraziliśmy się jasno? Macie współpracować. Raz w miesiącu będą zebrania. Chcemy udoskonalać nasz system, a najlepiej uczynimy to w momencie, kiedy poznamy spojrzenie z waszej strony. - Podniosła się z krzesła i spojrzała na Hermionę znacząco. - Wierzę, że dołożysz wszelkich starań, aby ta szkoła stała się lepszą niżeli osiem lat temu, kiedy pojawiłaś się tu po raz pierwszy.

Hermiona również podniosła się z miejsca. Przez moment obawiała się, że nogi odmówią jej posłuszeństwa. Dłonie, w których trzymała swoją torbę, niebezpiecznie drżały i nie próbowała już kryć oburzenia.

- Czy możemy spać we własnych domach? – rzuciła ozięble.

- Jeżeli czujesz taką potrzebę i nie patrolujesz danego wieczoru korytarzy - oczywiście.

Obie stały teraz naprzeciwko siebie i mierzyły się wzrokiem.

- Miałam na myśli to, czy mogę się tam przenieść.

- Z powodu? - McGonagall uniosła brwi.

- Malfoya. - Hermiona z trudem wypowiedziała jego nazwisko, a profesorka delikatnie pobladła.

- Hermiono - ton jej głosu był tak przeraźliwie łagodny i jakby przerażony, że Hermionę na moment zbił z tropu - musisz zrozumieć, że nie wszystko jest takie, jakie ci się wydaje. Pan Malfoy…

- Jest jednym ze śmierciożerców! – przerwała oburzona, a jej głos stopniowo przeszedł w krzyk. - Mordował, knuł, torturował, a teraz jak gdyby nigdy nic będzie sobie chodził po szkole, która ma być odzwierciedleniem naszej potęgi?!

- Panno Granger…

- Symbolem tego, że nasz świat wraca do normalności?! Ma z nami współpracować, aby doskonalić coś, co praktycznie zniszczył?!

- Hermiono…

- On nie ma prawa tutaj być! Nie ma prawa! Powinien razem z ojcem zajmować jedną z cel w Azkabanie, a pani pozwoliła mu na to, żeby tu wrócił i puszył się jeszcze bardziej niż do tej pory! Pozwoliła pani, aby..

- Dość!

Hermiona uciszyła się natychmiast. Zrozumiała, że przekroczyła niewidzialną granicę. I chociaż w tej chwili usta McGonagall były tak zaciśnięte, że aż pobielały, to w momencie kiedy przemówiła, jej głos był łagodny, ale zarazem stanowczy. Hermiona zrozumiała, że dyskusja właśnie się zakończyła.

- Patrole rozpoczynacie od dzisiejszego wieczoru. Ponieważ jest was dużo, zmieniamy system. Co wieczór, aby zapobiec niepotrzebnym problemom i sprzeczkom, będziecie się zmieniać. Dziś wieczór patrolujesz wraz z Malfoyem. Jutro z Hanną, a pojutrze z Terrym. W najbliższą sobotę jest pierwsze spotkanie grona pedagogicznego oraz prefektów naczelnych. Każdy z was ma jeden dzień w tygodniu wolny, a ustalimy to na najbliższym zebraniu. - Hermiona już otwierała usta, aby coś powiedzieć, ale dyrektorka podniosła głos: - To wszystko, panno Granger!

Wściekła zarzuciła torbę na ramię i podeszła do drzwi. Z jedną dłonią na klamce odwróciła się w stronę dyrektorki i wyrzuciła na bezdechu i z obawą, że przesadzi:

- Gdyby nie on, profesor Dumbledore nadal by żył.

McGonagall pozostała niewzruszona. Stała z kamienną twarzą i ustami zaciśniętymi jeszcze mocniej niż przed chwilą. Jedynie po zaciśniętych pięściach można było się domyślić, że to zdanie wyraźnie ją dotknęło.

- Czasami, panno Granger, coś się dzieje, bo musi, a my powinniśmy pozostać jedynie biernymi obserwatorami. - Spokojny głos Albusa dotarł do jej uszu, ale ona nie dała się zbić z tropu. Zrozumiała ową wypowiedź ledwo rozpoczął zdanie. Jej umysł zadziałał sam.

- A co było z wami? – zapytał Harry.

- Ja wróciłam bez przeszkód – odpowiedziała Hermiona. – Doprowadziłam Rona do stanu używalności… trochę to trwało… pobiegliśmy do sowiarni, żeby przesłać wiadomość, ale spotkaliśmy Dumbledore'a w sali wejściowej... już wiedział… bo powiedział tylko: „Harry już tam jest, tak?" i popędził na trzecie piętro.

- Myślisz, że on chciał, żebyś to zrobił? – zapytał Ron. – Przecież wysłał ci tę pelerynę - niewidkę i w ogóle.

- No wiecie – wybuchnęła Hermiona. – Jeśli tak było… to znaczy… to okropne… mogłeś zginąć.

- Nie, to nie tak – powiedział Harry z namysłem. - To dziwny facet, ten Dumbledore. Myślę, że chciał mi dać szansę. Chyba wiedział, co się tutaj dzieje. Wiedział, co zamierzamy zrobić i, zamiast nas powstrzymać, pomagał nam, żebyśmy potrafili tego dokonać. Uczył nas.

Ale teraz już wiedziała, że to nie była taka nauka, o której wtedy rozmawiali. To był plan. Skomplikowany i rozłożony w czasie. Mający na celu tylko jedno.

- Dla większego dobra, panie profesorze? – rzuciła ozięble i z pewnym rodzajem satysfakcji zauważyła, że wesołe ogniki w oczach Albusa oraz serdeczny uśmiech znikają, aby ustąpić miejsca zakłopotaniu, a może nawet gniewu?

- Tak, Hermiono, dla większego dobra…

Ale ostatniej części jego wypowiedzi Hermiona już nie słyszała. Wciągnęła powietrze oburzona i wyszła z gabinetu, trzaskając drzwiami. Nim zbiegła po schodach w dół, oparła się o delikatnie chropowate drewno i wzięła trzy głębsze oddechy, aby się uspokoić. Do jej uszu dotarły przytłumione głosy.

- No nie wiem, Albusie. Ona ma sporo racji.

- Nic im się nie stanie, Minerwo. To przeznaczenie, a o nim decydować nie można.


Siedziała w Wielkiej Sali i grzebała widelcem w swojej jajecznicy. Swoje brązowe oczy utkwiła w jasnej sylwetce Dracona. Była wściekła. Nie potrafiła zrozumieć, jak dwoje tak mądrych i wykwalifikowanych czarodziei przystało na coś tak idiotycznego i niedorzecznego! Dla większego dobra! Też coś! Ciekawa była, kiedy oboje się zorientują, że to bardziej zaszkodzi niżeli pomoże. Już teraz, a widziała to doskonale, biorąc pod uwagę to, że siedziała niemalże naprzeciw niego, czuł się jak ryba w wodzie. Rozmawiał ze swoimi dawnymi kolegami, a na jego twarzy czaił się uśmiech satysfakcji i pogardy. Nigdy nie uwierzy w to, że ten człowiek mógłby się zmienić. Nigdy!

W pewnym momencie stalowoszare oczy odnalazły owe ciepłe, roziskrzone, tak intensywnie w niego wpatrzone. Gdyby wzrok potrafił zabijać, od przeszło trzydziestu minut byłby martwy. Gniew i bunt sprawił, że ciało Hermiony przeszywał dreszcz za dreszczem. Jej dłoń mocniej zacisnęła się na widelcu, który teraz delikatnie drżał. Całą siłą woli powstrzymywała się od tego, aby pochwycić różdżkę i cisnąć w niego zaklęciem. Jakimkolwiek. Kiedy ich oczy się spotkały, po raz pierwszy nie odwróciła wzroku. Nie uciekła niczym speszona dziewczynka i nie zarumieniła się. Ona spłonęła! Potężny szkarłat oblał jej twarz w momencie, kiedy na jego twarzy pojawił się ten drwiący uśmiech!

- Ciekawa jestem, kto pozwolił mu wrócić – usłyszała równie mocno zbulwersowany głos tuż przy swoim uchu i aż podskoczyła, kiedy ktoś opadł na ławce przy niej.

Odwróciła twarz i odetchnęła z ulgą. Ginny przez moment wpatrywała się w Malfoya z nienawiścią, aż w końcu pochwyciła dwa tosty i słój dżemu.

- Jak McGonagall mogła się na to zgodzić?! – wybuchnęła po chwili i spojrzała na Hermionę zaróżowiona od gniewu.

Przez chwilę patrzyły sobie w oczy, a następnie ponownie obrzuciły Dracona nienawistnym spojrzeniem. Przez moment Hermionie wydawało się, że delikatnie się zmieszał, ale kiedy zamrugała, na jego twarzy dostrzegła jedynie drwinę i delikatne znudzenie.

- Dla większego dobra – wyszeptała tak cicho, że tylko siedząca przy niej Ginny mogła to dosłyszeć.


Hermiona zajęła swoje tradycyjne miejsce na tyłach klasy, gdzie zazwyczaj siadała z Ronem i Harrym. Tuż obok niej opadła Ginny, uśmiechając się nieśmiało. Hermiona nieustannie zapominała o tym, że skoro powtarza ostatni rok, to automatycznie znalazła się w jednej klasie z Rudą. Odwzajemniła uśmiech i schyliła się po książkę, na której wyraźnie odbiła się ich tułaczka. Niektóre strony były postrzępione, tu i ówdzie widniały kępki trawy, a niemalże cała była powyginana pod wpływem wilgoci, która panowała w namiocie. Nie było to jednak problemem. Znała przecież ten podręcznik na pamięć. Nie tylko w teorii, ale również w praktyce...

W klasie panował harmider. Nie było dla niej zaskoczeniem, że obronę przeciw czarnej magii mają razem ze Ślizgonami. Zawsze tak było. Przetarła dłonią książkę i rozejrzała się dookoła. Klasa zmieniła się diametralnie. Podczas sześciu lat nauki w tym zamku co roku owa klasa należała do innego nauczyciela. W związku z tym jej wystrój zmieniał się z każdym kolejnym. Teraz była tu cała masa poustawianych na regałach książek, a ściany pokryły ilustracje podobne do tych, które wisiały tu za czasów Snape'a.

Podczas obserwowania jednego z obrazów jej wzrok spoczął na Malfoyu. Siedział w najbardziej odległym kącie, a tym, co ją najbardziej zaskoczyło było to, że ławkę zajmował samotnie. Podbródek oparł na dłoni i obserwował coś za oknem.

Nie miała jednak zbyt wiele czasu, aby się nad tym zastanawiać. Do klasy właśnie weszła nowa nauczycielka i w sali natychmiast zaległa cisza. Wszystkie oczy zwróciły się teraz na postać jasnowłosej kobiety stającej przy katedrze. Wszystkie poza stalowoszarymi.

- Witam, nazywam się Valerie Foster i będę was nauczać obrony przeciw czarnej magii. Mam utrudnione zadanie, ponieważ, w przeciwieństwie do innych nauczycieli, w Hogwarcie jestem po raz pierwszy i zupełnie was nie znam, jednakże wiele o was słyszałam. – Uśmiechnęła się pogodnie. Hermiona mogłaby przysiąc, że kobieta jest niewiele starsza od niej. – Przekazano mi również spis materiału, który już przerobiliście, oczywiście ten podręcznikowy – roześmiała się perliście – i uważam, że, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, chyba najlepiej będzie przejść do zaklęć, które umożliwiają ukrycie naszej obecności.

W tym momencie przybrała dużo bardziej poważny ton. Jej oczy się zwęziły i bacznie obserwowały klasę.

- Zaklęć takich jest cała masa i na pewno są bardzo przydatne. Oczywiście nie sugeruję, że będą wam one potrzebne tak bardzo jak kilka miesięcy temu, ale wiem od dyrektorki, że duża część tej klasy chce zostać aurorem po zakończeniu szkoły. Jak zapewne większość z was wie, każdy z aurorów musi przejść specjalistyczne szkolenie, gdzie tego typu zaklęcia są wręcz priorytetowe.

Foster wzięła głęboki wdech i z nieznanymi klasie ognikami rozejrzała się dookoła. W końcu jej zielone oczy zatrzymały się na Hermionie i nim zdążyła zadać pytanie, cała klasa zaczęła bacznie ją obserwować, wiedząc, co za moment się wydarzy.

Ale nie stało się to, co zazwyczaj. Ręka Hermiony nie wystartowała w powietrze, nie podniosła się z ławki do odpowiedzi i nie wykrzyknęła na wdechu wszystkiego, co wie na ten temat. Na jej twarzy wykwitły potężne rumieńce, a po plecach przeszedł ją dreszcz. Oczy rzuciły niepewne spojrzenie na boki. Na ustach Ślizgonów czaiły się szydercze uśmiechy. Gryfoni natomiast byli wyraźnie zaciekawieni. Nie dziwiło jej to. Ilu z nich wiedziało, co tak naprawdę się wydarzyło? Oczywiście świat obiegła informacja, że to ona, Harry i Ron przyczynili się do pokonania Voldemorta, że odbyli wielotygodniową tułaczkę, ale ilu z nich tak naprawdę zadawało sobie z tego sprawę? Z tego niebezpieczeństwa, zagrożenia, obawy? Z tego palącego głodu i pragnienia, strachu o to, że za chwilę ktoś ich odnajdzie, że cały plan, który codziennie budowali i powtarzali od nowa legnie w gruzach?

Uniosła oczy i odnalazła twarz nauczycielki. Łagodny uśmiech, zrozumienie, a nawet dodanie otuchy. Poprawiła się nerwowo na krześle, chrząknęła i wyszeptała niepewnie:

- Salvio hexia. – Głos jej delikatnie drżał.

Nie było już osoby, która by na nią nie patrzyła. Znikły ironiczne uśmiechy, a napięcie i zaciekawienie wzmogło się przeogromnie. W dodatku w klasie zrobiło się duszno i Hermionie aż zakręciło się w głowie. Wzięła głębszy oddech i całą siłą woli skupiła się na ignorowaniu stalowych tęczówek, których spojrzenie wyraźnie na sobie czuła.

- Protego totalum. – Nie potrafiła.

Drzemiące w niej uczucie niesprawiedliwości i buntu dało o sobie znać. Nie miał prawa tu być. Jej oczy odnalazły bladą cerę, a w okolicy serca coś jej zadrżało. Gniew. Wściekłość. Nie umiała nad tym panować. Jego twarz nie wyrażała totalnie nic i chyba to wkurzyło ją jeszcze bardziej. Ewentualnie delikatne znudzenie, które okazywał, ponownie wpatrując się w okno.

- Repello mugoletum. – Głos Hermiony przybrał na sile.

Emocje w niej buzowały i najprawdopodobniej dało się to wyczuć, bo odwrócił twarz w jej stronę. Trzydzieści sekund zajęło im odnalezienie swoich oczu. Nie spuszczali z siebie wzroku nawet wtedy, kiedy głos ponownie zabrała nauczycielka.

- Wspaniale! Trzydzieści punktów dla Gryffindoru! Czy ktoś jeszcze zna jakieś zaklęcia?

Malfoy prychnął i niechętnie odwrócił wzrok, aby spojrzeć na profesorkę.

- Naprawdę uważa pani, że to wystarczy? Kawałek patyczka, trzy zaklęcia i już? Jesteśmy bezpieczni? – ironizował, a cala klasa wstrzymała oddech.

- Obawiam się, że nie…

- Oczywiście. – Wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu. – Nie rozumie pani, ale pomimo wszystko stoi tu przed nami i próbuje nauczyć, jak skutecznie się bronić!

Cisza aż brzęczała w uszach Hermiony, a wściekłość wzmogła się jeszcze bardziej. A więc po to wrócił? Żeby ironizować i wyśmiewać metody nauczania? Otworzyła usta z oburzenia, ale uciszył ją jednym spojrzeniem. Tak przenikliwym, że aż poczuła dreszcze na plecach. Stalowoszare tęczówki wypełnił nieznany błysk, a niesamowicie blada cera wyostrzyła się. Hermiona utkwiła w nim swoje oczy i, pomimo wszystko, nie umiała odwrócić wzroku. Obraz jej się rozmazał, a do uszu docierało już tylko to, co wypływało z ust Malfoy'a.

- Czarna magia to potęga, której większość z czarodziei nie potrafi zrozumieć. Jak więc możemy mówić o obronie, skoro nie mamy pojęcia przed czym się bronić? Ten rodzaj magii nie bez przyczyny nazywany jest „czarną". Uzależnia. Kusi, a następnie pochłania. Kiedy raz ją pochwycimy, nie ma odwrotu. Człowiek jest podatny na obietnice, a czarna magia rzuca ich całe mnóstwo. – Jego głos przeszedł w szept, ale pomimo to Hermiona słyszała go wyraźnie. Nikt nie odważył mu się przerwać. – Dopiero po jakimś czasie orientujesz się, że to wszystko brnie za daleko. Że nie chodzi już tylko o ciebie, ale o rodzinę…

- Co mu się stało?

- Jest rozszczepiony. Harry, prędko, w mojej torebce jest buteleczka z napisem „Esencja dyptamu"…

- W torebce… zaraz…

- SZYBKO!

- O przyjaciół i najbliższych...

- Nie.

- Nie.

- Harry. HARRY!

- Ale wtedy już jest za późno. I nie chodzi o to, abyś przeżył. Chcesz ratować ich. Twój ból i cierpienie nie mają znaczenia.

- Crucio!

- HERMIONO! Nie! HERMIONO!

- Skąd macie ten miecz? Skąd?!

- Znaleźliśmy go… znaleźliśmy… NIEEE!

- I możesz się ukrywać, rzucać te cholerne zaklęcia – głos Malfoya delikatnie zadrżał – ale on... On i tak cię odnajdzie, nieważne, jakich zaklęć użyjesz.

- Daj spokój, Hermiono, dlaczego jesteś taka uparta? Vol…

- HARRY, NIE!

- ...demort szuka Czarnej Różdżki!

- To imię jest Tabu!

Hermiona poderwała się z krzesełka w tym samym momencie, w którym Draco zakończył swój wywód. Wszystkie pary oczu zwróciły się w jej kierunku, ale ona tego nie dostrzegła. Patrzyła z niedowierzaniem na Malfoya, a głowa rozbolała ją od kolejnych wspomnień, które próbowały się dostać do jej świadomości i które skutecznie blokowała. Stalowoszare tęczówki na moment zelżały. Wykonał nawet delikatny ruch w jej stronę.

- Granger…

Pochwyciła swoją torbę i wybiegła z klasy.

- Hermiona! – Ginny poderwała się z miejsca, ale Hermiona właśnie zatrzaskiwała drzwi z hukiem.

Dopiero za nimi poczuła się bezpieczna. Oparła się o chłodną ścianę i zjechała po niej w dół, opadając bezwiednie na podłogę. W jej głowie echem odbijały się słowa Dracona, a ona sama czuła się tak, jakby przebiegła tysiące mil. Dlaczego to powiedział? Przecież był jednym z nich! Po jaką cholerę szukał usprawiedliwienia?! Dlaczego wyrzucał z siebie to wszystko?!

Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Otarła szybko spływające łzy i podniosła się gwałtownie z podłogi. Jej oczy rozszerzyły się w zdziwieniu i na chwilę zbił ją z tropu. Na moment. Kiedy upewnił się, że są sami na korytarzu, domknął drzwi i podszedł do niej stanowczym krokiem. Jego twarz była bledsza niż pięć minut temu. Ręce zacisnął w pięści, a cienie pod oczami stały się jakby wyraźniejsze. Widać było, że ten gest sporo go kosztuje. Nie wypowiedział ani jednego słowa. Stał i patrzył, wyraźnie zastanawiając się nad tym, jak zacząć. Prychnęła.

- Pieprzona tchórzofretka! – wysyczała tuż przy jego twarzy i schyliła się po torbę. – Nie potrafisz nawet wziąć odpowiedzialności za śmierć tych wszystkich ludzi! – odwróciła się, ale nie odeszła zbyt daleko.

- Nie usprawiedliwiam się. – Jego chłodny, obojętny ton doprowadzał ją do szału.

- Nie? Uzależnia. Kusi, a następnie pochłania! To jest twoja linia obrony?! Po to tu wróciłeś?! Aby utwierdzać wszystkich w przekonaniu, że ty i twoja arystokratyczna, wyniosła rodzina zostaliście do tego zmuszeni?! Że to nie była wasza wina, że wam kazał?! – Po jej policzku spłynęła łza. Łza bezsilności i gniewu. Gdyby tylko mogła wyciągnąć różdżkę... - Jesteś żałosny, Malfoy! – warknęła i odwróciła się, aby odejść, ale pochwycił ją za łokieć i przyciągnął do siebie.

Jego twarz wykrzywił grymas wściekłości, a oczy drgały niebezpiecznie. Hermiona pisnęła przerażona.

- Wydaje ci się, że wiesz wszystko, a tak naprawdę nie masz o niczym pojęcia, Granger – wyszeptał jej niemalże do ucha. – Jesteś taka sama jak Dumbledore! Dla większego dobra – prychnął. – Nic nie rozumiecie. Ani ty, ani święty Potter, ani ta cholerna nauczycielka.

Gdzieś w oddali rozbrzmiał dzwonek. Puścił jej rękę, poprawił szaty i pomknął korytarzem. Pogłębiła oddech i schyliła się po książki, które upuściła. Dla większego dobra. Ile razy jeszcze to usłyszy? I co Dumbledore ma z tym wspólnego?