Potter nie Potter

Harry patrzył na fiolkę w swojej dłoni. Wywar Żywej Śmierci. Na razie jedyne dla niego wyjście, żeby się normalnie wyspać. Znalazł w Dziale Zakazanym przepis modyfikujący, który umożliwia obudzenie się samemu po jego zażyciu. Ne podobało mu się to ani trochę, ale chciał wreszcie odpocząć. Był niemiłosiernie wyczerpany. Nie jedząc odpowiednio, organizm nie miał z czego czerpać energii do regeneracji. Zaklęcia ochronne nie męczyły go tak, jak właśnie brak normalnego odpoczynku. Nawet spanie w dzień nie przynosiło efektów. Jego jaźń, przy najmniejszej utracie kontroli nad własnymi umysłem, zostawała atakowana wizjami. Migrena dawała mu się coraz bardziej we znaki i wiedział, że za kilka, może kilkanaście, minut znów otrzyma zaproszenie od Voldemorta.

Drgnęła mu ręka, trzymająca buteleczkę. Albo teraz, albo dopiero, gdy znów nabierze sił.

Jakby tego było mało ostatni tydzień znów podawano się za niego i to kilkakrotnie. Chyba przetarto szlak przez wszystkich jego przyjaciół. Jego własne śledztwo w tej sprawie wykazało, że ta osoba nie chciała wiedzieć nic specjalnego, tylko...

To „tylko" go zastanawiało. Kto martwiłby się o jego sen czy odżywianie? Mógłby stawiać na Dumbledore'a, ale zauważył, że w tym samym czasie, gdy jego sobowtór był z którymś z jego przyjaciół, dyrektor na przykład rozmawiał z Hagridem. Nadal na jego liście wysoko była tylko jedna osoba. Ale dlaczego on? Co chciał przez to osiągnąć? Czyżby jakiś nowy plan gnębienia go? Nie, chyba nie. Ostatnio stał się nawet znośny. Nie karał go szlabanami, najwyżej odbierał punkty za nieuwagę, czy niezdarność na zajęciach. Zatem o co mu chodziło?

Głowa odezwała się nowym, intensywniejszym bólem. Teraz, właśnie dokładnie teraz, musi to zrobić.

Usiadł na kanapie w Pokoju Życzeń i odkorkował fiolkę. Ostatni raz westchnął i wypił przygotowana modyfikację Wywaru Żywej Śmierci. Powinien obudzić się za dziesięć godzin, w sam raz na kolację.

Fiolka wypadła z jego dłoni i potoczyła się po podłodze pod drzwi.

Harry zasnął.

Severus zerknął w czasie kolacji w stronę stołu Gryfonów. Dziwne zachowanie Granger i Weasleya niepokoiło. Od samego rana nigdzie nie widział Pottera, a teraz jeszcze wystraszone spojrzenia części Złotej Trójcy.

— Granger! Weasley! — Zatrzymał ich zaraz po kolacji, strasząc nagłym pojawieniem w Wielkim Holu.

Podskoczyli jak oparzeni, rozglądając się dookoła, ale wszyscy od razu odsunęli się poza zasięg Snape'a.

— Gdzie jest Potter? — zapytał bez ogródek.

Hermiona spojrzała niepewnie na Rona, a potem na profesora.

— Nie wiemy, panie profesorze. Nie widzieliśmy go od wczorajszego wieczoru, gdy poszedł spać.

— Dlaczego nikomu tego nie zgłosiliście? Przez takich przyjaciół już dawno... — umilkł nagle, gdy dziwny strach wdarł się w jego serce.

Nie, no skądże! On przecież nie martwił się o tego bachora!

— Sprawdziliście Pokój Życzeń?

— Tak, nie chce się otworzyć, tak jakby ktoś tam był, ale Harry by nas wpuścił. Skąd pan wie, że Harry często przebywa w Pokoju Życzeń? — spytała na koniec, mrużąc oczy.

— Bo ja wiem dużo, Granger. — Minął ją i ruszył w stronę siódmego pietra.

Dwójka Gryfonów podążyła szybko za nim.

Drzwi do Pokoju Życzeń nie chciały się pojawić. Czyli ktoś był w środku. Pozostało mu jedno wyjście. Wyjął różdżkę i rozkazał Pokojowi otworzyć się przed nauczycielem szkoły. Ten nakaz działał na wszystkie drzwi w zamku, za którymi mogli przebywać uczniowie. Jeśli Pokój był zablokowany z innego powodu, po prostu się nie otworzy. Eksperymenty uczniów czasami psuły komnatę na kilka dni, zanim czary naprawcze uporały się z usterką.

Drzwi pojawiły się w ciągu kilku minut. Nacisnął klamkę i wszedł do ciemnej komnaty. Coś pękło pod jego butem i spojrzał w dół. Roztrzaskana fiolka. Buteleczka, która jeszcze nie tak dawno widział w rękach Pottera. Otworzył szerzej drzwi, wpuszczając z korytarza więcej światła do zaciemnionego pokoju. Słaby ogień kominka oświetlał postać w fotelu.

— Potter!

Żadnej reakcji. Spodziewał się tego. Jeśli faktycznie zdecydował się wypić Wywar Żywej Śmierci to teraz był pogrążony w letargu, nie oddychając, nie czując nic, będąc prawie martwym.

Granger minęła go, podbiegając do chłopaka. Dotknęła go i odetchnęła z ulgą.

— Śpi. Pewnie zasnął w tej ciszy.

Snape zamarł. Podszedł bliżej i dotknął szyi śpiącego. Zaklął pod nosem, strasząc tym Granger. Przywołał szkolnego skrzata. Ciche pyknięcie i małe, pomarszczone stworzenie już stało przed nim.

— Czy Pomfrey już wróciła ze świętego Munga?

— Jeszcze nie, profesorze Snape.

Znów zaklął i nie przejął się wcale, że wystraszył ponownie Gryfonów.

— Co się dzieje, profesorze?

— Cicho, Granger! — uciszył ją i zwrócił się znów do skrzata. — Powiadom dyrektora, że Potter zażył modyfikacje Wywaru Żywej Śmierci i nie zadziałała ona prawidłowo. Zabieram go do mojego laboratorium. Niech do mnie dołączy.

Nie zwracając uwagi na pozostałą dwójkę Gryfonów, wziął Pottera na ręce i wyszedł z Pokoju Życzeń. Kopnięciem otworzył drzwi do pierwszej sali z aktywnym kominkiem, a taki miały wszystkie klasy i przeniósł się do swoich kwater, a następnie przeszedł do prywatnego laboratorium. Położył chłopaka na jednym ze stołów, a ten transmutował w łóżko.

— Co dokładnie stało się Harry'emu? — zapytał Albus, stając w drzwiach.

— Dowiedziałem się, że bachor ma wizję z udziałem Czarnego Pana. — Dyrektor zerknął na śpiącego. — Ale zamiast komuś o tym powiedzieć, mam na myśli komukolwiek z dorosłych, to wolał cierpieć w samotności. Nie mogąc spać, a co za tym idzie i jeść, wyczerpał organizm. Wpadł na genialny pomysł wypicia Wywaru Żywej Śmierci po zmodyfikowaniu go w wersję umożliwiającą obudzenie się po określonej liczbie godzin. Oczywiście, to Potter i nie sprawdził czy jest uczulony na któryś ze składników mikstury. Teraz mamy tego efekty.

— Przecież on tylko śpi. Chyba oto chodziło, skoro go zmodyfikował?

— Nie, miał zapaść w letarg. Nie oddychać, być prawie martwym. Cały organizm miał się wyłączyć całkowicie na te ileś godzin, tak by nie mógł mieć wizji. Nie zrobił tego. Chłopak śpi, ale się nie obudzi.

— Śpiączka?

— Dobre określenie, a jeśli czegoś nie zrobimy za dwa-trzy dni umrze z odwodnienia.

Snape cały czas krążył po laboratorium, zbierając składniki i ustawiając je na jednym ze stołów.

— Ile czasu zajmie ci zrobienie antidotum?

— Nie wiem. Dopóki Pomfrey nie wróci podłączę go do magicznego odżywiania. Potem musi mi pomóc. Nie mogę jednocześnie zajmować się nim i robić eliksir.

— Powiadomię ją, Severusie. Ale i tak nie uda jej się wrócić wcześniej niż jutro. Poradzisz sobie?

— A mam inny wybór? — warknął. — W końcu to Harry Potter. Gdybym mu nie pomógł, kto uwolniłby nas od Gada?

— W takim razie już ci nie przeszkadzam. Gdybyś jednak potrzebował pomocy mogę zawołać pannę Granger...

— Ani mi się waż! Nawet jeśli jest wystarczająco inteligentna na niewiele mi się tu przyda. Składniki są wysoce niebezpieczne, a ona nadal jest uczennicą. Chcesz mieć jeszcze jedną ofiarę?

— Rozumiem, że sobie poradzisz — odparł spokojnie Dumbledore. — Informuj mnie na bieżąco. Idę do pewnej dwójki zaniepokojonych Gryfonów, próbujących właśnie włamać się do mojego gabinetu.

I wyszedł, zostawiając Severusa samego z jego zadaniem. Gdy dyrektor opuścił jego komnaty, zatrzymał się w miejscu. Obrócił się w stronę śpiącego i spojrzał na niego. Magiczny sen spowodował, że wszelkie zaklęcia ochronne, a nawet kamuflujące przestały działać. Podkrążone oczy i blada cera były teraz doskonale widoczne.

— Durny bachor! — warknął.

Jednocześnie czuł dumę z takiego zachowania Pottera. Potrafił wytrzymać tyle czasu. Gdyby nie wpadka z eliksirem, pewnie dalej radziłby sobie w ten sposób. Był też na niego wściekły. Wystarczyło poprosić o pomoc, jednak nie. Gryfon w każdym calu. Wszystko trzymał w tajemnicy. Warknął sam na siebie. Od ponad tygodnia dowiadywał się z zachowaniach Pottera, wypytując podchwytliwie jego przyjaciół. Mógł sam dostrzec, że chłopak jest na granicy załamania. Był wściekły na samego siebie, że tak długo czekał. Jednorazowa pomoc to za mało. To nadal był młody człowiek, nie musiał sam nosić tego ciężaru. Powinien...

Otrząsnął się z przygnębiających rozmyślań. Nie czas na to. Przygotował w pobliżu łóżka wszystkie potrzebne mikstury do utrzymania przy życiu Pottera. Przypomniało to trochę utrzymywanie przez mugoli ludzi, którzy zapadli w śpiączkę.

Miał nadzieję szybko odkryć co spowodowało anomalie w eliksirze, a dokładniej w jego działaniu.

Dwa długie miesiące zajęło Severusowi Snape'owi znalezienie odpowiedniego antidotum. Były to okropne tygodnie. Czarny Pan nie dawał chłopakowi spokoju. A ponieważ spał, nie mógł uciec z koszmarów. Zaklęcia Severusa i Poppy musiały być co kilka godzin odnawiane, albo chłopak byłby zamknięty w swoim prywatnym horrorze.

— Jeśli ten nie zadziała to proponuję Pocałunek niż taką wegetację – rzucił chłodno Severus do Albusa, stając przy łóżku Pottera z fiolką.

Chłopak schudł jeszcze bardziej przez ten czas, bo mikstury nie mogły zastąpić normalnego żywienia. Pewnie nie będzie też mógł się poruszać, bo mięśnie odwykły od ruchu.

Dyrektor nie skomentował jego słów. Poppy zacisnęła tylko wargi w wąską linię. Snape pochylił się i powoli wlał miksturę w usta śpiącego, masując jednocześnie jego krtań. Nie mógł mu podać jej dożylnie, czy nawet magicznie – wprost do żołądka. Musiała przepłynąć przez cały układ pokarmowy, by wchłonięta została przez organizm.

— Teraz musimy czekać. Nie wcześniej niż jutro będziemy wiedzieć czy się udało.

Dla bezpieczeństwa Pottera ciągle przebywali w prywatnych kwaterach mistrza eliksirów.

— W takim razie przyjdziemy rano. Powinieneś odpocząć, Severusie. Zrobiłeś wszystko co w twojej mocy — rzekł dyrektor i wyszedł wraz z Poppy.

Severus przysunął sobie fotel, już na samym początku transmutowany z krzesła, bliżej łóżka i zajął go czekając. Patrzenie na śpiącego dziwnie go uspokajało. Dopóki klatka piersiowa Pottera poruszała się równomiernie wszystko było w porządku. Nawet nie wiedział kiedy zasnął, ukołysany tą muzyką.

Harry otworzył powoli oczy. Zajęło mu to strasznie dużo czasu, bo powieki ciążyły mu jakby były z ołowiu. Ciało także wydawało mu się strasznie ociężałe i za nic nie chciało go słuchać. Kilka długich minut zajęło mu obrócenie głowy by móc spojrzeć w bok, a nie na kamienny sufit. Pamiętał Pokój Życzeń, ale za żadną cenę nie potrafił sobie przypomnieć sobie w nim Snape'a. Co on tu robił? I dlaczego komnata zmieniła się w laboratorium?

Chciał usiąść, ale jedyne co udało mu się to unieść na łokciu i znów opadł na poduszkę. Był w łóżku? Czyżby przespał więcej niż dziesięć godzin? I dlaczego czuł się taki słaby?

Przymknął na chwilę oczy, by odegnać zmęczenie.

— Niestety nie widzę poprawy, dyrektorze — usłyszał w pewnej chwili i zdał sobie sprawę, że chyba jednak zasnął.

— Czy jest jakaś szansa, że uda ci się odkryć jakieś inne wyjście? — Rozpoznał głos dyrektora.

— Niestety. Mogę znaleźć je jutro, a może za ćwierć wieku. Nie mamy tyle, chłopak do tego czasu umrze z powodu wizji Czarnego Pana. To one wyczerpywały go najbardziej, nie brak normalnej żywności. Mugole potrafią latami utrzymać ludzi przy życiu w ten sposób.

— Nie mogę się zgodzić na Pocałunek Dementora, Severusie. To byłoby okrutne.

— A pozwolenie chłopakowi na przebywaniu w głowie tego psychopaty jest w porządku?

— Dołączam do profesora Snape'a — odezwał się cicho Harry, tym razem nawet nie próbując unieść głowy. — Pocałunek też mi się nie marzy.

— Obudziłeś się? — Dyrektor natychmiast do niego podszedł.

Z drugiej strony łóżka Poppy już sprawdzała jego stan.

— Chyba jakiś czas temu, ale zaraz znów zasnąłem. Gdzie ja jestem?

— W kwaterach profesora Snape'a. Znalazł cię, gdy nie pojawiłeś się na trzecim z rzędu posiłku — poinformował go dyrektor.

Severus stał z boku, z założonymi rękami i obserwował wszystko z boku.

— Jak długo spałem?

— Dwa miesiące.

— Aż tyle? Hermiona mnie zabije — jęknął.

— Będzie musiała stanąć w kolejce — warknął ostro Severus. — Co ci palnęło do tego pustego łba? Pić zmodyfikowany eliksir bez sprawdzania go? — zaczął wrzeszczeć. — Już nie mówię o kradzieży i złamaniu kilku punktów regulaminu...!

— Spokojnie, Severusie... — próbował uspokoić go dyrektor.

— Nie mam najmniejszego zamiaru się uspokajać! Ten bachor omal się nie zabił, a ty mi każesz się uspokoić. Zamiast pójść do któregoś z nauczycieli i poprosić o pomoc, to od kilku miesięcy znosi wizje Czarnego Pana. W efekcie jest wyczerpany, jego reakcje są spowolnione, a co za tym idzie nie ma najmniejszych szans w razie jakiegokolwiek ataku, nawet gdy cały czas nosi na sobie czary ochronne.

Harry uniósł się z trudem na łokciu i zmrużył oczy.

— Profesorze Snape, czy chce mi pan o czymś powiedzieć?

— Słucham?

— Skąd pan to wszystko wie? Jak dotąd żaden z nauczycieli nie zauważył mojej prywatnej tarczy. Ba, nawet Hermiona o niej nie wie. Jedynie Neville ją zauważa i to tylko dlatego, że jest bardzo wrażliwy na magię innych.

— Mam swoje sposoby, Potter — odparł chłodno i pchnął go na poduszkę. — Leż.

Albus przyglądał się im milcząco, tylko z dziwnym uśmiechem na twarzy.

— Skoro Harry już się obudził to zabieram Poppy. Powinieneś sobie teraz poradzić, Severusie.

I zanim ten zdążył zaoponować już znikali w kominku.

— Pięknie, czyli zostawili cię na mojej głowie. Jakbyś nie mógł łaskawie lenić się w szpitalu — burczał pod nosem, przestawiając na stoliku jakieś fiolki. — Jesteś głodny?

— Prawdę powiedziawszy, to tak.

— Pojdę zamówić posiłek, a potem pomogę ci się umyć. Czary czyszczące to jednak nie prawdziwa kąpiel.

Harry zamrugał, ale Snape już wyszedł i nie zobaczył jego miny.

Snape chciał go wykąpać? Ma go widzieć nagiego? Za żadne skarby świata!

Spróbował usiąść, ale za nim zdążył to zrobić, profesor wrócił. A gdy zobaczył jak chłopak niezgrabnie się podnosi, natychmiast go zbeształ.

— Gdzie ci się tak śpieszy? Na spotkanie z podłogą? Chcesz dorzucić do swojej listy jeszcze złamania?

— Chciałem tylko sam skorzystać z łazienki — warknął, bardziej zły na siebie niż na mistrza eliksirów.

— Jakkolwiek byłoby to ciekawe widowisko, to niestety nie mogę ci na to pozwolić. Ledwo jesteś w stanie się ruszać. — Przerzucił sobie jego rękę przez ramię i objął, pomagając mu się wyprostować.

Gdy Harry stanął w miarę pewnie na nogach, chciał się puścić, ale Snape nadal go trzymał.

— Pamiętasz jak się chodzi? — zapytał Pottera kpiąco.

— Bawi to pana, prawda? — odparł pytaniem, zaczynając iść na drżących nogach.

— Jak cholera. Nie mam co robić i dlatego niańczę od dwóch miesięcy pewnego idiotę.

— Przepraszam — szepnął w odpowiedzi Harry.

Snape zatrzymał się w miejscu. Musiał od razu mocniej złapać Gryfona, bo ten stracił równowagę.

— Za co? — spytał.

— Wiem, że mnie pan nie cierpi i wcale nie musiał mi pomagać. Jednak zrobił to pan. Przepraszam, że zmarnował pan przeze mnie tyle swojego czasu.

Severus nie wiedział co powiedzieć, ale Potter kontynuował:

— Nie winię pana za to, że wypytywał pan moich przyjaciół przy użyciu eliksiru wielosokowego.

— Skąd...?

Ruszyli znów w stronę łazienki.

— Domyśliłem się, gdy Neville powiedział mi, że chodziłem bez zaklęć ochronnych. Nigdy ich nie zdejmowałem. Ślizgoni zbyt często stawiają na mnie pułapki, bym mógł sobie na to pozwolić.

To było coś o czym Severus nie wiedział. Do nikogo z grona pedagogicznego nie dotarły chociażby pogłoski o jakichś incydentach pomiędzy Ślizgonami a Potterem.

— Dlaczego nie...

— Powiedziałem komuś? Po co? Myśli pan, że ataki by ustały? Sądzę, że wręcz przeciwnie, nabrały by intensywności. Nie chciałem tego. Radziłem sobie na swój sposób.

Weszli do łazienki i Harry został posadzony na sedesie.

— Tak samo poradziłeś sobie z Wywarem. Mam cię rozebrać czy zrobisz to sam? Pomogę ci się umyć.

— A nie mogę sam? — poprosił.

— Gdybym był przekonany, że ci się uda to tak, ale skoro samo dojście tutaj zmęczyło cię, to raczej nie masz wyboru. I widziałem cię już nago. Niczym mnie nie zaskoczysz.

— Czyli nie mam wyboru — powtórzył za nim.

— Nie.

Harry westchnął. I tak nie mógł nic zrobić sam. Faktycznie, samo dojście do łazienki wyczerpało go jak co najmniej maraton i czuł jak drżą mu mięśnie nóg. Kto by przypuszczał, że dwumiesięczny sen może spowodować coś takiego? A może to wina eliksiru? Poczuł jak owiewa go wpierw magia, a zaraz potem chłodne powietrze. Snape rozebrał go zaklęciem!

— Hej! — oburzył się.

— Zawiesiłeś się, a ja nie mam całego dnia. — Za jego plecami szumiała cicho woda, napełniając wannę ciepłą wodą i pianą.

— Piana?

— Może i jestem okropny, ale potrafię się zachować. To pomoże ci utrzymać granicę, która tak lękasz się przekroczyć.

— Dziękuję.

— Właź do wanny! — zirytował się.

Harry'emu przyszło nagle na myśl, ze Severus na swój sposób snape'owy sposób chyba się ucieszył z podziękowań.

Podniósł się ostrożnie, przytrzymując umywalki i podszedł bliżej wanny. Wiedział, że Snape stoi tuż obok na wszelki wypadek. Niestety musiał mu pomóc, bo nie potrafił podnieść nóg. Zanurzenie się w przyjemnie gorącej wodzie było nieziemskim uczuciem.

— Zostawię cię na moment samego, ale nie zamykam drzwi w razie kłopotów. Nie utop się!

Severus wyszedł, a Harry rozluźnił się do końca, nie będąc obserwowanym. Wody było akurat tyle, że zakrywała go całego, ale nie głowę, opartą na specjalnym zagłówku. Przymknął oczy i pozwolił sobie na chwile bezczynności.

— Nie śpij! Woda zrobiła się już zimna!

Głos Snape'a ocucił go natychmiast. Znów zasnął.

— Nie śpię już.

— Zdążyłem cię umyć, więc możesz już wyjść z wody.

— Umył mnie pan? — sapnął, wyobrażając sobie jak ten mężczyzna go dotyka.

O, Merlinie!

— Nie mam zamiaru rozpoczynać rehabilitacji, gdy lepisz się do własnej koszuli.

— Rehabilitacji? Co ma pan zamiar rozbić?

— Najprostszym sposobem jest masaż. Trzeba przywrócić twoim mięśniom jak najszybciej sprawność. Tygodnie bezczynności nie spowodowały strasznych komplikacji, więc mam nadzieje, że w góra dwa tygodnie wszystko wróci do normy.

Harry nawet sam nie wiedział kiedy spłonął rumieńcem. Coś mu mówiło, że cała ta sytuacja zmieni całkowicie jego postrzeganie mistrza eliksirów. I to drastycznie.

— Potem zajmiemy się twoimi wizjami, Potter.

To naprawdę będą nieziemskie przeżycia i chyba nie tylko dla niego.

KONIEC.