A/N: Witajcie po kolejnej krótkiej przerwie. Cieszę się, że Inside me pisze mi się tak szybko i już teraz mogę dodać kolejny rozdział.

Zdradzę Wam w sekrecie, że mam niemały wzgląd na myśli Malfoya i muszę przyznać, że straszna z niego Drama Queen.

I dum dum dum, forma trzecioosobowa.

Nie zabijcie mnie za te błędy. Wiem, że są ale nie mam pojęcia gdzie! Wybaczcie :))


Życie Dracona Malfoya stało się znacznie trudniejsze odkąd zrozumiał, że został sam. Nigdy nie przypuszczałby, że to właśnie samotność będzie tym, co go zniszczy, co podetnie mu skrzydła. Ale tak właśnie było. Nigdy nie należał do osób, które uwielbiają mieć wokół siebie wiele ludzi. Ojciec zawsze powtarzał mu, by był samodzielny i polegał wyłącznie na sobie, by trzymał wokół siebie ludzi tylko po to, by móc wykorzystać ich do swoich celów lub pogrążyć ich, gdy pełni zaufania wyjawią mu swoje tajemnice. Lucjusz Malfoy uważał, że inni ludzie nie byli potrzebni a sympatia do nich była słabością. Draco dopiero w samotności zrozumiał, w towarzystwie jakich bzdur przyszło mu dorastać.

Przebywając w Hogwarcie, czekał na swój proces. Wiedział, że prawdopodobnie trafi do Azkabanu. Nie miał złudnych nadziei. Zasłużył na wszystko, co dostanie.

Myślał, że został wybrany, że stał się kimś wyjątkowym gdy Voldemort powierzył mu tak ważne zadanie. Jego szczęście pękło jak bańka mydlana, gdy zrozumiał, że Czarny Pan wcale nie chciał by mu się udało. On chciał, żeby Draco sobie nie poradził. Była to kara, za niepowodzenie jego ojca.

Teraz się z tego cieszył. Wolał już trafić do Azkabanu niż służyć Voldemortowi. Wiedział, że nie potrafiłby zabijać z zimną krwią. Nie był w stanie zabić Dumbledore'a, którego miał jak na widelcu na wieży astronomicznej więc prawdopodobnie nie udałoby mu się zabić nikogo. Nie potrafił i nie chciał. Mimo swojego ślizgońskiego charakteru i mrocznego znaku na ręce, wcale nie nadawał się na Śmierciożerce. Tak bardzo cieszył się, że już nigdy nie będzie musiał nim być.

Był samotny. Jego matka umarła a ojciec wylądował w Azkabanie, gdzie było jego miejsce. Crabbe również był martwy a Goyle razem w wieloma innymi ślizgonami uciekł z kraju zaraz po zakończeniu wojny. Więc został sam. Dlatego właśnie nie obchodziło go czy trafi do Azkabanu czy nie. I tak nie miał już nikogo.

Po krótkiej rozmowie z McGonagall Draco postanowił udać się na boisko Quiddicha. Oficjalnie był uziemiony w zamku więc ucieszył się, gdy okazało się, że może wyjść choć na chwilę. Latanie jest tym, czego potrzebował. Z miotłą w dłoniach wyszedł na zewnątrz. Wciągnął świeże, letnie powietrze. Zostały trzy tygodnie wakacji, trzy tygodnie do jego procesu, trzy tygodnie do rozpoczęcia kolejnego roku szkolnego.

Zdziwił się, że nie spotkał jeszcze Pottera. Mogło by się wydawać, że do tego czasu zdąży już się obudzić. Potter był jedynym Gryfonem, oprócz Weasley'a i Granger, którzy zostali w zamku na lato.

Odkąd okazało się, że lochy jako jedyne w pełni przetrwały wojnę i nie doznały żadnego uszkodzenia, zrobiono z nich miejsce do spania dla wszystkich uczniów oraz nauczycieli, którzy byli w zamku a także pomniejszoną wersję Wielkiej Sali, która nie mogła być już nazywana "wielką", oraz w jednej z większych sal urządzono tymczasowy szpital.

Cieszył się, że przynajmniej dormitorium miał całe dla siebie. Nienawidził samotności ale to wcale nie znaczyło, że miałby ochotę przebywać w towarzystwie jakiegoś drugorocznego Puchona. Choć tak właściwie, to na początku miał z jednym mieszkać, lecz ten poprosił McGonagall o zmianę pokoju a ona się zgodziła. Puchoni to straszni tchórze. Gryfon z pewnością by został aby udowodnić wszem i wobec, że nie straszne mu węże, że jest dzielny i odważny, otwiera Komnaty Tajemnic i jest... Potter!

Draco zatrzymał się nagle, gdy zauważył postać na miotle, lecącą wysoko nad boiskiem. Nie musiał się wysilać by rozpoznać, że to Potter. Nie dlatego, że było w nim coś szczególnego, lecz dlatego, że nikt inny nie byłby tak gryfońsko kretyński by robić tak ryzykowne manewry znajdując się w tak dalekiej odległości od ziemi. Potter stał na miotle z jedną ręką wyciągniętą przed siebie, jakby chciał czegoś dosięgnąć. Draco domyślił się, że był to znicz, lecz nie mógł go dostrzec z powodu odległości. Ślizgon wstrzymał gwałtownie powietrze gdy dostrzegł, że Harry stracił równowagę i przez chwilę spadał. W ostatniej chwili zdążył złapać miotłę jedną ręką. Wisiał tak przez parę sekund, po czym niezdarnie wciągnął się z powrotem na miotłę. Po chwili Gryfon znów, jakby nigdy nic, zataczał kółka na boisku.

"Bezmyślny idiota", pomyślał.

Chociaż nie widział wyrazu twarzy Gryfona to domyślił się, że ten nad czymś rozmyśla ponieważ zdawało się, że w ogóle nie myśli nad kierunkiem lotu a od kilku sekund stał w miejscu. Draco dokładnie pamiętał jaki wyraz twarzy Potter miał przez większość szóstego roku. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że po prostu nad czymś się zastanawia. Był to udręczony, zmęczony i zmartwiony wyraz twarzy i od razu można było dostrzec, że gnębił go jakiś problem. Po jakimś czasie ta mina stała się jego normalną, codzienną miną, z którą prawie nigdy się nie rozstawał. Marszczył wtedy czoło i zaciskał usta i ogólnie zdawał się wydawać, jakby myślami był na innej planecie choć wokół przyjaciół zachowywał się normalnie.

"Boże, naprawdę tak wiele czasu spędziłem na wgapianiu się w tego gryfońskiego idiotę? W takim razie nic dziwnego, że naprawianie tej cholernej szafy zajęło mi tak dużo czasu! Oczywiście! To wina Pottera!", pomyślał.

Draco nadal stał w miejscu. Jego myśli powróciły na niebezpieczny tor. Przez chwilę oczami wyobraźni zobaczył siebie w Pokoju Życzeń, podczas bitwy o Hogwart. Gdy ogniste bestie szalały paląc i zjadając wszystko na swojej drodze i gdy był pewny, że umrze pochłonięty przez Szatańską Pożogę. Gdy ostatnie nadzieje znikły, spalone doszczętnie jak wszystko wokół, nagle dostrzegł Pottera, lecącego w jego kierunku, a za nim Weasley'a i Granger. Wszystko działo się tak szybko. Po chwili siedział już za nim. Potter uratował mu życie i wyciągnął z łap śmierci. Na początku czuł zdziwienie i szok lecz po jakimś czasie i po tysięcznym razie odtworzenia sobie tej sceny od nowa w myślach, doszedł do wniosku, że nie nienawidzi go już tak bardzo jak powinien i czuje coś w rodzaju głupiej wdzięczności. Wdzięczny Ślizgon, też mi coś!

Widząc, że Potter znajdował się już na ziemi i kieruję się w stronę zamku, Draco podjął decyzję. Stwierdził, że podejdzie do niego i zagada. Skoro i tak nie miał niczego lepszego do roboty. Nie to, że chciał się z nim zaprzyjaźnić. Nic z tych rzeczy. On chciał jedynie powiedzieć, by ten nie wyobrażał sobie nie wiadomo czego tylko dlatego, że uratował mu życie.

Tylko to. Nic więcej. Bo niby czego innego miałby od niego chcieć?

Po chwili zmienił zdanie. Wycofał się i wrócił do zamku niezauważony.


Komentarze motywują do dalszej pracy :))

Pozdrawiam :)