Rozdział drugi

Kolejne istotne wspomnienie o Tomie pochodzi z dnia nazajutrz po Wielkanocy podczas jego drugiego roku.
Właśnie zajadałem się słodyczami, które otrzymałem z okazji świąt od byłych uczniów, kiedy rozległo się pukanie do drzwi mojego gabinetu.
- Proszę - zawołałem, rozpakowując kandyzowanego ananasa. Podniosłem wzrok i zobaczyłem wchodzącego Toma Riddle'a. - Nie powinieneś się uczyć, mój chłopcze? - Spytałem, grożąc mu palcem z udawaną powagą, kiedy usadowił się na najtwardszym ze stojących wokół mojego biurka krzeseł. Zauważyłem, że zawsze siadał właśnie tam, jak gdyby nie chciał, by ktokolwiek wziął go za mięczaka. - Wiesz, że jutro znów zaczynają się lekcję.
- Wiem. - Przytaknął Tom. - Niech się pan o mnie nie martwi, panie profesorze. Odrobiłem lekcje jeszcze przed świętami.
- Oczywiście. - Zachichotałem. - Nie powinienem był spodziewać się niczego innego po tak odpowiedzialnym młodym czarodzieju jak ty.
Chłopiec uśmiechnął się, spuszczając skromnie głowę. Następnie sięgnął do kieszeni szaty i wydobył z niej pudełko czekoladek.
- To dla pana z okazji świąt - powiedział, rzucając mi je.
-Dziękuję, Tom. - Otworzyłem pudełko i włożyłem sobie do ust pralinkę. Natychmiast moje kubki smakowe wypełniły się słodyczą karmelu, otulonego mleczną czekoladą. - Są wspaniałe, naprawdę przepyszne.
- Cieszę się, że panu smakują. - Uśmiechnął się.
- Ale - przypomniałem sobie o nie najlepszej sytuacji finansowej swojego ucznia - musiały być drogie. Jesteś pewien, że nie byłoby lepiej, gdybyś wykorzystał te pieniądze na coś innego?
- Nie, jestem pewien, że chciałbym ofiarować panu prezent świąteczny, w ramach podziękowania za zaproszenie mnie na wczorajsze przyjęcie wielkanocne - odpowiedział. Machnąłem lekceważąco ręką. - Poza tym, zdołałem nakłonić Avery'ego, aby oddał mi je za bardzo niską cenę. Dobrze robi się interesy z dziećmi z bogatych, czystokrwistych rodzin, nie rozumieją wartości pieniądza.
- Tom, Tom, wiesz, że nie powinieneś wykorzystywać tych, którzy nie są tak zdolni jak ty - zwróciłem mu uwagę, choć tak naprawdę byłem pod wrażeniem jego sprytu. Ten młodzieniec szybko stawał się dumą Slytherinu. Tak, z takim umysłem Tom osiągnąłby wielki sukces w biznesie lub polityce. W końcu powszechnie wiadomo, że skłonności przestępcze są tylko zwielokrotnieniem cech, które w tych dziedzinach byłyby nie tylko dopuszczalne, ale wręcz pożądane.
- To prawda, panie profesorze. - Chłopiec nie wyglądał na szczególnie zmieszanego z powodu mojego upomnienia, dobrze wiedział, że nie mógłbym być zły ani rozczarowany z jego powodu. Mimo że byłem opiekunem jego domu, to, że nie potrafiłem być dla niego surowy nie stanowiło dla mnie problemu, zwłaszcza, że nie wydawał się tego potrzebować. Sądziłem też, że po dzieciństwie spędzonym w sierocińcu będzie dla niego lepiej, jeśli ktoś okaże mu trochę ciepła. Oczywiście, teraz wiem, że się myliłem. Powinienem był udzielić mu surowej reprymendy, kiedy zaczął przejawiać mizantropiczne skłonności, ale nie oceniaj mnie zbyt surowo. Ciemnej strony Toma nie zauważył żaden z nauczycieli poza Dumledore'em. Jeśli musisz kogoś winić, to nie mnie, lecz właśnie jego, który nie od razu osadził Toma, zamiast próbować wskazać mu właściwą drogę. - Przypuszczam, że głupcy nie mogą nic poradzić na bycie głupcami, podobnie jak potwory nie mogą nic poradzić na bycie potworami.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, dodał:
- Poza tym, chyba nie powinienem był się chwalić swoim sukcesem w interesach. Ostatecznie niezależnie od tego, jak długo poleruje się kamień, nigdy nie stanie się on złotem.
- Zdecydowanie bliżej ci do złota, niż kamienia. Nie myśl, że jesteś kimś przeciętnym tylko dlatego, że wychowałeś się w mugolskim sierocińcu. Pochodzenie to nie wszystko.
- Nie, chyba nie. - Tom wzruszył ramionami. - Poza tym, sądzę, że jestem czarodziejem półkrwi, nie mugolakiem.
- Tak? - Uniosłem brwi, zachęcając go, by kontynuował. Sądziłem, że byłoby dobrze, gdyby porozmawiał z kimś o swoich rodzicach, zwłaszcza, że biorąc pod uwagę jego zdolności, wydawało się prawdopodobne, że ma rację. Mimo że nie byłem wyznawcą idei czystej krwi, uważałem, że szczególne zdolności magiczne są dziedziczne, podobnie jak inteligencja i szaleństwo.
- Myślę, że mój ojciec mógł być czarodziejem. - Tom zacisnął swoje długie palce na oparciu krzesła. - On też nazywał się Tom Riddle. Studiowałem drzewa genealogiczne czarodziejskich rodów i nie znalazłem o nim żadnej wzmianki, ale jestem dopiero w połowie, więc prawdopodobnie po prostu jeszcze do niego nie doszedłem.
- Na pewno właśnie tak jest - odpowiedziałem, choć miałem ku temu wątpliwości. Riddle nie było czarodziejskim nazwiskiem, poza tym, nie znałem nikogo, kto by je nosił, a biorąc pod uwagę wiek Toma, jego ojciec musiałby być albo moim szkolnym kolegą, albo moim uczniem. Domyślając się, że rozmowa o tym musi być dla chłopca niełatwa, spytałem najdelikatniej jak potrafiłem:
- Mogę wiedzieć, kto powiedział ci, że twój ojciec był czarodziejem?
- Nikt, proszę pana i trudno będzie to sprawdzić, bo porzucił moją matkę, zanim się urodziłem. - Tom przygryzł wargę. - To tylko moja hipoteza. Przyjąłem, że musiałem odziedziczyć po kimś zdolności magiczne i nie wiedząc, że mogą one być przekazywane z pokolenia na pokolenie przez mogli i nie ujawnić się, wywnioskowałem, że któreś z moich rodziców musiało mieć ten dar. Potem zostałem przydzielony do Slytherinu i stwierdziłem, że musiałem mieć rację, ponieważ w tym Domu jest wielu czarodziejów czystej krwi, garstka półkrwi, ale żadnego mugolaka.
- Hmm, twoje rozumowanie wydaje się być logiczne, ale nawet najbardziej racjonalni ludzie mogą popełniać błędy, kiedy w grę wchodzą emocję. Czy rozważałeś możliwość, że to twoja matka była czarownicą?
- Nie, proszę pana. - Tom potrząsnął głową, na jego zwykle bladych policzkach pojawiły się rumieńce. - Ona... umarła przy moim narodzeniu, więc pomyślałem, że musiała być za słaba, żeby być czarownicą. W przeciwnym razie jej magia na pewno mogłaby ją uratować.
- Możliwe - przytaknąłem - Jednak musisz wziąć pod uwagę fakt, że ciąża jest bardzo wyczerpująca dla każdej kobiety i być może twoja matka była zbyt osłabiona, by uratować się za pomocą magii, bo całą siłę wykorzystała na wydanie cię na świat, za co jesteśmy jej bardzo wdzięczni.
- Może - zgodził się Tom, ale ton jego głosu sugerował, że chłopiec nie był do końca przekonany.
- Możliwe, że wykorzystała swój ostatni oddech, aby ofiarować ci najwspanialszy dar - życie. - Wychowałem w niego trzymanym w dłoni kawałkiem ananasa. - Nie lekceważ jej.
- Nie lekceważę - powiedział Tom szybko patrząc w ziemię. Wiedziałem, że kłamał. - Po prostu trudno nie mieć pretensji do kogoś, kto umarł i zostawił mnie samego w sierocińcu, gdzie byłem uważany za świra.
- Wiesz, że nie mogłeś się odnaleźć wśród mugoli tylko dlatego, że bali się oni twojej magii. - Obawiałem się, że nie będę w stanie pomóc temu czarującemu młodemu człowiekowi uporać się z cieniami, które sierociniec wyraźnie zostawił w jego sercu.
- Tak, wiem, panie profesorze. - Uspokoiłem się, gdyż tym razem w jego głosie nie było śladu kłamstwa.
- To dobrze. Poza tym sądzę, że powinieneś sprawdzić również swoich krewnych ze strony matki. Może znajdziesz w bibliotece jakieś informacje o jej rodowodzie.
- Przypuszczam, że to możliwe. - Zabębnił palcami po oparciu krzesła. - Wiem, że drugie imię - Marvolo - mam po swoim dziadku. Pójdę tym tropem, jeśli nie znajdę nic na temat mojego ojca.
Urwał na chwilę, po czym zmienił temat:
- W każdym razie nie przyszedłem tu zadręczać pana moimi sprawami rodzinnymi. Przyszedłem, aby dać panu czekoladki i poprosić o radę w pewnej sprawie, oczywiście jeśli mogę.
- Jasne, że możesz - zapewniłem go, wkładając sobie do ust kolejną z otrzymanych od niego pralinek i stwierdzając, że ich słodycz raczej gryzie się ze smakiem ananasa, którego przed chwilą połknąłem.
- Jest pan niewątpliwie świadomy, że podczas przerwy świątecznej drugoroczni mają zadeklarować, w których zajęciach chcą brać udział w przyszłym roku szkolnym.
- Tak, wiem o tym, uczyłem w tej szkole jeszcze zanim się urodziłeś. - Uśmiechnąłem się. - Oho, więc przyszedłeś zapytać, na jakie lekcje moim zdaniem powinieneś uczęszczać w przyszłości, a wcześniej chciałeś podlizać mi się, dając mi czekoladki.
- Czekoladki są wyłącznie świątecznym prezentem i podziękowaniem za zaproszenie mnie na wczorajsze przyjęcie - zaprotestował Tom odwzajemniając uśmiech.
- Cóż, nie ma znaczenia, czym są. Ostatecznie moim obowiązkiem jako opiekuna Slytherinu jest doradzanie moim uczniom w sprawie lekcji i ich przyszłości zawodowej, więc dawanie mi prezentów jest zupełnie zbyteczne. - Myślę, że obaj wiedzieliśmy, że to kłamstwo. W rzeczywistości mimo że miałem za zadanie udzielać rad wszystkim Ślizgonom, angażowałem się w pomoc jedynie tym, których uważałem za wartych uwagi. To, że osądziłbym Tomowi nawet bez prezentu było jednak faktem, w końcu nie tylko bardzo go lubiłem, ale również wierzyłem, że zajdzie daleko i będzie kiedyś w stanie mi się odwdzięczyć.
Tom był na tyle bystry, by to wiedzieć, dlatego uważam, że ofiarowanie mi czekoladek było szczerszym gestem niż wielu by przypuszczało. Większość uznałaby to po prostu za próbę przekupstwa, jednak on z pewnością zdawał sobie sprawę z tego, że w tym przypadku przekupstwo nie było konieczne. Nie, sądzę, że był to zwyczajny przejaw sympatii dla ulubionego profesora.
Jestem pewien, że wtedy jeszcze nie wszystko, co robił, było podyktowane dążeniem do potęgi. Później miało się to zmienić. Później Tom miał stać się skoncentrowany wyłącznie na żądzy władzy. Później miał uwierzyć, że moc wypełnia go całego, ale nigdy nie miało to stać się prawdą. Niezależnie od tego, co zrobił, nigdy nie zdołał przekreślić swojej przeszłości. Nawet kiedy cała Wielka Brytania bała się wymawiać jego imię, wciąż był tym samotnym, niezrozumianym chłopcem, osieroconym przez matkę i opuszczonym przez ojca.
Patrząc na niego w tym świetle, trudno winić go za potworne czyny, których dopuścił się w późniejszych latach, kiedy wyrzekł się swojej dawnej tożsamości. Trudno też mu nie współczuć, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że mimo iż ja i wszyscy pozostali nauczyciele twierdziliśmy, że uwielbiamy Toma, nikt z nas nie próbował naprawić jego złamanego serca. Może tego dnia, kiedy podarował mi czekoladki miał nadzieję, że ja zrobię coś w tym kierunku. Może gdy tego nie zrobiłem, postanowił dać sobie z tym spokój i próbował wypełnić miłość, uważając, że mniej inteligentni od niego ludzie nie mają prawa cieszyć się tym, co nie było mu dane.
Nie wiem i nigdy się nie dowiem. To moje przekleństwo. Już nigdy nie będzie mi dane porozmawiać z Tomem, więc mogę jedynie wspominać tamten dzień w moim gabinecie.
- Cóż, chłopcze, zdecydowanie przyszedłeś we właściwe miejsce - kontynuowałem. Powiedz mi, o jakich zajęciach myślałeś?
- Chciałbym uczęszczać na wszystkie, panie profesorze. - W jego głosie, jak często, dał się słyszeć głód wiedzy. - Chciałbym nauczyć się wszystkiego, co mogę, o każdej gałęzi magii. Mam zamiar spróbować zdać dwanaście SUMów, a potem dwanaście OWUTEMów, jeśli mogę.
- Robiono to już wcześniej i nie sądzę, by było to dla ciebie niemożliwe.
- Więc nie uważa pan, by było to ponad moje siły? - Wydawało się, że zadając to pytanie pozbył się ogromnego ciężaru.
- Oczywiście, że nie. - Patrząsnąłem głową. - Kończysz pracę trzy razy szybciej, niż twoi rówieśnicy. Gdybyś nie zdecydował się na udział we wszystkich zajęciach, prawdopodobnie miałbyś zbyt dużo wolnego czasu.
- Jest pan bardzo uprzejmy, panie profesorze. - Tom zarumienił się i skromnie pochylił głowę. Potem podniósł wzrok i powiedział:
- Proszę mi wybaczyć, jeśli zabrzmi to obcesowo, ale w ciągu dnia nie ma tyle czasu, bym mógł pojawić się na wszystkich lekcjach, więc sądzę, że udogodnienie w rodzaju Zmieniacza Czasu będzie konieczne.
- Oho, jesteś sprytniejszy niż myślałem. - Zaśmialem się, zachwycony tym, jak szybko pracował jego umysł. - Tak, sądzę, że Ministerstwo Magii wypożyczy ci Zmieniacz Czasu, abyś mógł brać udział we wszystkich zajęciach. Nie martw się, profesor Dippet i ja zajmiemy się tym.
- W takim razie myślę, że zapiszę się na wszystkie przedmioty. - Tom pokiwał zdecydowanie głową. - Dziękuję za pomoc, panie profesorze.
- Nie ma za co. - Machnąłem lekceważąco ręką, połykając kolejny kawałek ananasa. - Tom, próba zmiany ważnego wydarzenia, takiego jak czyjaś śmierć, może być niebezpieczna.
- Wiem, proszę pana, a poza tym bezsensowna, gdyż żadna magia nie może przywrócić zmarłego do życia. - Chłopiec wstał i podszedł do drzwi. - Miłego dnia, panie profesorze - powiedział już na progu.
- Miłego dnia, Tom - odpowiedziałem obserwując zamykające się za nim drzwi i nie zastanawiając się nad tym, skąd uczeń drugiego roku wie tyle na temat magii związanej ze śmiercią.
Niewątpliwie uznasz jego zainteresowanie tym tematem za złowieszcze, jednak ja sądziłem wtedy, że po prostu pragnie lepiej zrozumieć odejście swojej matki.
Nie, sądzę, że jeśli można było w nim dostrzec cechy potwora, którym miał kiedyś się stać, to była to jego niezależność i niechęć do sympatyzowania z kimkolwiek słabszym od niego samego, wiążąca się z przekonaniem, że skoro on radził sobie sam, będąc tylko dzieckiem, również inni nie zasługują na wyjątkowe traktowanie.
Jeśli czegoś żałuję, to tego, że pozwoliłem mu wciąż w to wierzyć, ale jak mogłem zwracać mu uwagę, skoro sam faworyzowalem swoich najlepszych uczniów, ignorując tych przeciętnych?