Nie był pewien czy chce wiedzieć. W zasadzie najchętniej nie schodziłby też na dół, na kolację, żeby mierzyć się ze wszystkimi, ale najwyraźniej nie miał innego wyjścia.
Jego ojciec zawsze był tym rozsądniejszym, tym bardziej spostrzegawczym. Dlatego Stiles nie był bardzo zaskoczony, gdy zasugerował, że powinni spytać Deatona co u licha się dzieje. Według ojca weterynarz od lat prowadził jakąś podejrzaną działalność związaną z Hale'ami, więc musiał się orientować lepiej w sytuacji.

Talia mogła mówić mu co chciała, ale po tym jak Chris Argent ich wystawił, jego ojciec prędzej zastrzeliłby kobietę, niż pozwolił jej na kolejne manipulacje.

- Czy was można zabić? – spytał niepewnie Stiles.

Laura spojrzała na niego marszcząc brwi.

- Mój ojciec ma broń i jest naprawdę wściekły… - wyjaśnił szybko.

Derek wyglądał na zaniepokojonego, ale jego siostra parsknęła rozbawiona.

- Zwykłe kule nas nie ranią na długo. Uzdrawiamy się bardzo szybko – oznajmiła mu kobieta. – Wykąp się jeśli chcesz, bo kolacja będzie już niedługo – dodała.

Stiles jednak nie ruszył się z podłogi. To była bardzo miła podłoga, taka z której było blisko do muszli. Wychylił się jeszcze raz, ale tym razem nie udało mu się niczego zwymiotować. Najwyraźniej jego żołądek był już cudownie pusty.

- Nie chcę kolacji – powiedział, opierając się z powrotem o ścianę.

Laura zachichotała rozbawiona.

- Nie da się czegoś z tym zrobić? – spytał ewidentnie zmartwiony Derek.

- Och, słońce. To dopiero pierwsze tygodnie, a mdłości mogą trwać z niewielkimi przerwami nawet do końca drugiego trymetru – wyjaśniła kobieta.

Stiles zagryzł wargę, bo to oznaczało jeszcze cztery miesiące. Nie miał pojęcia jak kobietom w ciąży udawało się zatem przytyć. On schudł przez ostatnie tygodnie od stresu i mdłości, które nawiedzały go nieregularnie. Musiał zrezygnować z treningów i kłamać Scottowi, że notorycznie ma napady grypy żołądkowej. A poważnie, ile razy można ją mieć w ciągu tygodnia?

- Zrobię ci herbaty z imbirem – dodała Laura, wychodząc.

Stiles przetarł zroszone potem czoło i spojrzał na Dereka, który siedział w pewnym oddaleniu od niego. Wilkołak jak zawsze miał ten nieczytelny wyraz twarzy. Nie potrafił też powiedzieć czy Derek cieszy się z dziecka. W zasadzie sama myśl wydawała mu się śmieszna, bo Hale pewnie raczej się nie spodziewał, że sypiając z chłopakiem dorobi się potomka.

Nigdy nie rozmawiali za wiele na temat rodziny. Nie wiedział czy chłopak chciał kiedyś założyć własną. Derek nie był rozmowny i wolał całować go, w ten sposób uniemożliwiając mu gadanie. I chyba tak było lepiej, bo dzięki temu Stiles szybko zorientował się, że Hale nie traktuje go poważnie. To co mieli nie było związkiem.
Nie zaprosiłby Dereka na bal, nie mógł go przedstawić ojcu i przyjaciołom.

- Chyba jednak się wykąpię – zaczął ostrożnie Stiles.

Derek pokiwał szybko głową, wstając. Wyciągnął też rękę, aby mu pomóc, a Stiles z wahaniem ją przyjął. Dotykanie Dereka było zawsze czymś niezwykłym, co powodowało motyle w brzuchu. A teraz uczucie było nie do opisania. Jego ciało przeszywało ciepło i przyjemność, nad którą nie chciał się po prostu dłużej zastanawiać. Nie teraz w cholernej łazience w domu chłopaka, który miał być ojcem jego dziecka.

- Czy będziesz chciał się przebrać? – spytał Derek niepewnie.

Stiles przygryzł wargę, bo zmiana ciuchów naprawdę go kusiła. Czuł się brudny i lepki. Nakładanie na siebie nie całkiem świeżego ubrania po odświeżającym prysznicu wydawało mu się obrzydliwe. Nigdy nie nosił niczego co należało do Dereka. Fakt, że teraz dostawał wszystko o czym wcześniej marzył, wydawał mu się chorą ironią losu.

- Jasne, jeśli to nie problem – odparł szybko.

Derek chyba zamierzał odejść i Stiles nie bardzo wiedział dlaczego mężczyzna zatrzymał się w pół ruchu, gdy zdał sobie sprawę, że wciąż trzyma go za dłoń. Zawstydzony puścił ją natychmiast, przyciągając zdradliwe ręce bliżej do siebie. Na wszelki wypadek zaplótł je na piersi.

Derek zmarszczył brwi.

- Zostanę – powiedział Stiles, żeby jakoś zapełnić ciszę między nimi.

Przeważnie wydawała się mniej kłopotliwa, ale najwyraźniej tak właśnie działo się, gdy ludzie się rozchodzili. Nie mieli o czym rozmawiać, a cisza, która między nimi zapadała była nieprzyjemna.

- Wiem, że mój ojciec już tak zadecydował, ale nawet jeśli by tego nie zrobił, po tym co powiedziała twoja mama, zostałbym tutaj – dodał gwoli wyjaśnienia. – Nie chcę, żeby ci się coś stało. Mówiła o łowcach i o tym, że robicie się bardziej podatni, gdy wataha się rozrasta – zaczął i urwał, bo Derek patrzy na niego z dziwną emocją w oczach.

- Gdziekolwiek będziesz chciał mieszkać, dopilnuję, żebyś był bezpieczny – obiecał mu Derek i zawisło to ciężko w powietrzu.

ooo

Herbata Laury działała cuda. Mdłości chwilowo ustąpiły, a on mógł bezpiecznie wejść pod prysznic. Zmył z siebie część stresu z całego dnia, ale tak wiele uczuć kłębiło się jeszcze pod jego skórą, że nie wiedział do końca czy da radę dzisiaj zasnąć. Nie wyobrażał sobie, że udałoby mu się wykraść z domu pełnego wilkołaków, żeby przespacerować się po lesie. Podejrzewał, że wataha patrolowała część rezerwatu, gdy przypadkowo wpadł na kogoś podczas jednej z takich wycieczek, ale na razie ostatnim czego chciał to, żeby Talia Hale uznała go za niebezpiecznego i postanowiła jakoś ochronić swoje terytorium. Cała ta pogadanka o trosce o dziecko mogła łatwo ulec zmianie, gdy zmieniały się realia.

Wyszedł z kabiny, rejestrując, że ubrania Dereka wisiały przełożone przez uchwyt na ręczniki. Posiadanie własnej łazienki miało same plusy, bo dzięki temu nikt nigdy nie pukał nerwowo w drzwi. Stiles lubił długie prysznice nawet jeśli nie oznaczały dotykania się i zawsze z ojcem kłócili się o te momenty, gdy któryś z nich spieszył się do wyjścia.
Dom był cichy. Nie dochodziły do jego uszu żadne dźwięki, ale Stiles nie był pewien czy coś z tym wspólnego miała dźwiękoszczelność czy fakt, że wilkołaki po prostu poruszały się bezszelestnie. Był pewien, że nikt nie wyszedł z domu, bo z łatwością wyczuwał emocje sześciu osób. Może po zastanowieniu potrafiłby nawet jakoś część z nich rozpoznać po samej aurze, którą wokół siebie nosili. Laura była tą spokojniejszą, która jednocześnie była najbardziej pozytywna, gdy jej matka ten sam spokój nosiła na sobie w o wiele zimniejszych tonach. Cora stanowiła zlepek niechęci i częściowo złości, ale to akurat nie było nic nowego. Nie bardzo wiedział kto wydawał się rozbawiony sytuacją, ale zapewne miał się dowiedzieć, bo Derek chyba właśnie wchodził po schodach, żeby go zawołać na kolację.

Jego ojca jeszcze nie było. Nie bardzo chciał stawać przed tymi ludźmi sam, ale Derek otworzył drzwi, prosząc już na dół.

- Jasne, już schodzę – zaczął nerwowo, podwijając rękawy przydługiej bluzy do lacrosse'a.

Nazwisko Hale wciąż błyszczało na jego plecach, wypełniając go czymś przyjemnie ciepłym.

Laura kończyła właśnie jakąś zieloną sałatkę, na którą będzie sarkał jego ojciec, gdy dzwonek do drzwi nieoczekiwanie się odezwał.

- Możecie się rozsiadać – powiedziała kobieta, gdy pojawili się z Derekiem w jadalni.

Mężczyzna poprowadził go do jednego z krzeseł, gdy szeryf wszedł do środka.

- Tato? – spytał niepewnie Stiles, bo jego ojciec miał bardzo dziwną minę.

- Gerard Argent jest w areszcie – ogłosił szeryf. – Najwyraźniej okazało się, że przetrzymuje nielegalną ilość broni i nie na wszystko ma pozwolenie – dodał jego ojciec z wyraźną satysfakcją.

Hale'owie w mgnieniu oka pojawili się w salonie w komplecie i Talia uśmiechnęła się krzywo.

- Zaskakująco skuteczne działanie – stwierdziła kobieta nie kryjąc zadowolenia.

- Okłamywanie własnego szeryfa prowadzi do niewygodnych pytań. Niewygodne pytania prowadzą do jak najbardziej niewygodnych wniosków, a te tylko do dowodów – odparł jego ojciec. – Będę go przetrzymywał u nas jak tylko długo będę mógł, ale posiadanie broni to przestępstwo federalne – wyjaśnił.

- Zdaję sobie sprawę – odparła Talia.

- Tato, nie będziesz miał kłopotów? – spytał niepewnie Stiles.

Ostatnim razem, gdy w coś wmieszany był Gerard Argent został zwolniony jeden z posterunkowych, który prowadził dochodzenie. Macki staruszka sięgały bardzo daleko.

- Chris będzie zeznawał na jego niekorzyść – dodał jego ojciec, jakby to cokolwiek tłumaczyło.

Talia zmarszczyła brwi, jakby pojęcia nie miała o co chodzi.

- Okazuje się, że trzymacie się jakiegoś dziwnego paktu, o którym nikt mi tutaj nie powiedział – ciągnął dalej jego ojciec. – Gerard go złamał, i przyznał się w chwili, gdy spytałem Chrisa wprost co zmusiło go do zabicia twojego męża. Samuel był moim przyjacielem przez lata i wasze waśnie mnie nie obchodzą. Jeśli ktoś zabija mojego przyjaciela, zostaje złapany i skazany. Jeśli ktoś zadziera z moim synem, zajmuję się tym sam. I jeśli będę musiał, zrobię to po cichu – dodał jego ojciec tonem, który wyraźnie sugerował, dlaczego przesłuchania na posterunku kończyły się zawsze sukcesem.

Derek zesztywniał na krześle obok i Stiles w pełni go rozumiał. Szeryf bowiem zerknął wprost na wilkołaka, jakby on też należał do grupy 'zadzierających z jego synem' i mógł zostać objęty specjalną troską.

Talia odchrząknęła wciąż trochę zaskoczona.

- Nie musisz robić niczego sam. Stiles należy teraz do watahy i jest również naszą odpowiedzialnością. Doceniamy to co zrobiłeś, ale moje doświadczenie podpowiada mi, że stawianie ludzi na pierwszej linii walki doprowadza do uszczuplenia ich liczebności – wyjaśniła kobieta. – Będziemy patrolować tereny wokół domu. Nasze terytorium zostało okrojone już w momencie, w którym dowiedzieliśmy się o dziecku. I Stiles będzie tutaj bezpieczny, ale musimy omówić takie kwestie jak szkoła… - zaczęła kobieta.

Jego ojciec nie wydawał się zaskoczony.

- Mogę uczyć się sam. Mam dobre stopnie i… - wtrącił Stiles.

- Chcę, żebyś poszedł na studia i jeśli nie zaliczysz tego roku to się nie uda – przerwał mu ojciec. – Mam znajomego lekarza, który mógłby stwierdzić u ciebie bardzo rzadką tropikalną chorobę. Nie będziesz mógł opuszczać domu i nikt nie będzie mógł cię odwiedzać – wyjaśnił. – Zdasz egzaminy końcowe po uzgodnieniu specjalnego terminu z dyrektorem szkoły, więc uczyć będziesz musiał się tak czy siak.

Stiles otworzył usta i zamknął je pospiesznie, bo ten pomysł był genialny.

- A co ze Scottem? – spytał nieprzekonany.

Melissa była w końcu pielęgniarką.

Jego ojciec zrobił jedną z tych min, którą miał zawsze, gdy musiał powiedzieć coś, co wcale mu się nie podobało.

- Może ci się wydawać, że pojęcia nie miałem, że się z kimś widujesz, ale zauważyłem, że Scottie nie lubi Dereka – podjął jego ojciec. – Zakładam, że to o Dereka chodziło – dodał mniej pewnie i Stiles powoli skinął głową. – Mieszkamy w centrum, a ty teoretycznie masz coś tropikalnego i nie powinieneś mieć zbyt dużego kontaktu z ludźmi. Może Derek z okazji waszego burzliwego i romantycznego jak mniemam związku – zaczął jego ojciec z czystym sarkazmem. – zaproponował ci tymczasową przeprowadzkę, skoro Hale'owie jak wiadomo są najbardziej odciętą od świata rodziną? – spytał retorycznie.

Derek o ile to możliwe zesztywniał jeszcze bardziej. Talia wyglądała na jak najbardziej przekonaną.

- Tato… My nie… - zaczął Stiles.

- Jeśli zamierzasz mi wmówić, że tylko trzymaliście się za ręce, to trochę na to za późno – rzucił jego ojciec. – Jesteś pełnoletni od dwóch miesięcy, a ja umiem liczyć – dodał i Stiles poczuł jak rumieniec wstydu zaczyna wślizgiwać mu się na policzki. – Na razie liczę na waszą korzyść, a raczej na korzyść Dereka. Ale wyciągnę konsekwencję z waszego zachowania, gdy tylko jakoś to wszystko dojdzie do mnie i przetrawię to na surowo.

Talia zmarszczyła brwi, jakby nie do końca rozumiała całą sytuację.

- Jak długo wiesz? – spytała wprost kobieta.

- Cztery dni – odparł jego ojciec. – Odkąd zemdlał w kuchni, a potem gdy się ocknął powiedział, że jest w ciąży i, żebym nie zawoził go do szpitala, bo Derek jest wilkołakiem – wyjaśnił.

- Nie powiedziałeś nikomu przez prawie dwa miesiące? – spytał Derek kompletnie zaskoczony.

- A komu miałem powiedzieć? – spytał Stiles retorycznie.