NAPRAWA
Kończyłam pakować plecaki do jeepa, kiedy przyjechał Derek. Udałam, że go nie widzę.
- To nic nie da – mruknął John. – Jedzie z nami. To nie podlega dyskusji.
- Tak jest, sir. – Zasalutowałam. Zmarszczył brwi.
- Mówiła ci moja mama o kropkach? – Kiwnęłam głową. – Sam nie wiem... Dziś coś znalazła. Jakaś firma informatyczna. Zajmie się tym razem z Cameron. Ale to wydaje mi się głupie. Te kropki.
- Są głupsze rzeczy. Na przykład zadawanie się z podejrzanymi kobietami.
Derek obejrzał się na mnie, ale nic nie powiedział. Po chwili wyjechaliśmy na ulicę. John kazał mi usiąść z tyłu. Mojego własnego auta! Włączył radio, zatrzymując się na światłach. Zanosiło się na trzy godziny milczenia. Usiadłam wygodniej, wyglądając przez okno. Myślałam o Fisherze. Wiedział, że nie wyjdzie ze spotkania z naszą trójką cało; było mu już wszystko jedno. Kłamał? Prawie cztery lata temu przeniesiono mnie w czasie. Co wydarzyło się w przyszłości?... Coś złego? John nie pozwoliłby skrzywdzić Damiena. A co, jeśli...
Nie. Odgoniłam od siebie ponure myśli. Dosyć, Erica.
Wróciłam do rozmowy z Alex. Nie chciałam, żeby gdzieś odchodziła. Nawet jeśli miałaby nauczyć się zabijać książką i krawatem. Albo zwiniętym Cosmo i podwiązką. Wykręciłam jej numer.
- Cześć, Erica. Co jest? – Brzmiała radośnie. – Prowadzę.
- Gdzie jedziesz?
- Do Sary.
- Po co?
- Zadzwoniła i zapytała, czy jej pomogę. Troszkę spanikowałam, ale powiedziałam, że tak. A ona: „Masz jakieś wyjściowe sukienki?". Ja na to: „Mam pełną szafę kiecek." „Weź coś odpowiedniego na spotkanie biznesowe i zestaw małej makijażystki. Czekamy." No i teraz do niej jadę – zakończyła wesoło.
- No proszę, wreszcie się na coś przydasz.
- Uważaj, kotek.
- A co z twoją szkołą wojskową?
- Doszłam do wniosku, że skoro Alex trzęsła budą bez przeszkolenia i nawet bez studiów, ja też sobie poradzę. Co najwyżej mogę pojechać Vica odwiedzić. Temat zostania żołnierzem zawodowym zamknięty.
- Fiu, całe szczęście! Moro to nie twój kolor.
- Wiem, wiem. Dobra, opiekuj się chłopakami, ja zajmę się dziewczynami. Papatki!
Rozłączyła się. Uśmiechnęłam się do siebie i podniosłam oczy. W lusterku wstecznym napotkałam spojrzenie Johna.
- Na drogę patrz – ofuknęłam go. Uśmiechnął się pod nosem.
Stałam i patrzyłam, jak Derek znika w budynku stacji benzynowej.
- Nie rozumiem, dlaczego chciałeś, żeby jechał z nami – mruknęłam.
- Bo się ciebie boję?
Posłałam mu spojrzenie spode łba.
- I dobrze. Teraz ja jadę z przodu.
Było grubo po czternastej, jak dojechaliśmy na miejsce. Zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu. Od razu wzięłam swój plecak i założyłam go na siebie.
- Zbierać się – powiedziałam, zakładając ciemne okulary. – Trzy godziny marszu przed nami.
- Zaraz. – Usłyszałam; Derek sięgnął po swój plecak. – Najpierw jechaliśmy trzy godziny, teraz będziemy tyle iść?
- Nie masz kondycji, Reese? – Spojrzałam na niego znad szkieł. – Robicie to tylko raz czy co?
- Erica. – John stanął między nami; miał już na sobie plecak. – Możemy ruszać?
Pokiwałam głową.
Szłam pierwsza; mężczyźni za mną rozmawiali o kropkach. W artykule O czym gadają faceci? w Cosmo kropki nie znalazły się nawet w pierwszej dwudziestce. Niespecjalnie ich słuchałam. Las był naprawdę piękny. Zieleń aż dawała po oczach. Była taka soczysta. Cudowna.
Zrobiliśmy postój. John rzucił mi wodę mineralną. Upiłam łyk.
- Picie z jednej butelki jest jak całowanie – powiedziałam, oddając mu manierkę.
- Dobrze, że mam swoją – mruknął Derek gdzieś za moimi plecami. Zignorowałam go.
Oko z łatwością odszukiwało trasę. Ze ścieżki zeszliśmy jakieś półtorej godziny temu. Wreszcie Mózg poinformował mnie o tym, że byliśmy prawie na miejscu. Podeszłam do najbliższego drzewa i nacisnęłam sęk. Kora odsunęła się. Przyłożyłam dłoń do czytnika.
- ERICA WILLIAMS. – Usłyszałam elektroniczny głos. – WITAMY.
John znalazł się tuż za moimi plecami.
- Czy ty przed chwilą zostałaś sprawdzona przez... sosnę? – Posłałam mu uśmiech.
Na ekranie pojawiła się znajoma twarz.
- Erica! – Orlando uśmiechnął się szeroko. – Wpadasz bez zapowiedzi jak zwykle?
- Aha. I nie jestem sama. Przepuścisz nas?
Chłopak odsunął się od kamery.
- Jasne. Taty nie ma. Poszedł na polowanie, ale Diane nie może się ciebie doczekać.
- Wierzę. Możesz przygotować budyń?
- Bez jaj! – Zmarszczył brwi. - Gdzieś masz znowu dziurę?!
- Kilka. – Wywróciłam oczami. – Nie wchodźmy jednak w szczegóły. Do zobaczenia.
Interfejs znowu zniknął pod korą. John dotknął drzewa.
- Zobaczysz dziwniejsze rzeczy – powiedziałam. – Za mną. I nie oddalać się, droga wycieczko.
Po półgodzinie drzewa przerzedziły się. Było już widać jezioro.
- To był Orlando Bradley? – zapytał mnie Derek. – Ten mechanik? Syn Eddie'go?
- Tak. Znałeś ich?
- Tylko ze słyszenia. Stary uważał, że można rozwalać blaszaki gołymi rękami.
- Bo można. – Posłałam mu długie spojrzenie. – Udowodnił swoją teorię. Miał rację.
Nagle usłyszeliśmy szczekanie. Między pniami zamajaczył biały kształt i po chwili zobaczyłam potężnego husky.
- Hanami! – Rzuciłam plecak i przykucnęłam. Pies od razu zaczął lizać mnie po twarzy. Przytrzymałam ją za zwały sierści przy głowie i pokazałam moich towarzyszy; zawarczała. – Są ze mną, oki? – Głaskałam ją po pysku i drapałam za uszami, aż przestała warczeć. – Są ze mną. Idź, przywitaj się.
Suka niepewnie podeszła do Johna. Chłopak stał sztywny. Zaczęła go obwąchiwać.
- Wyczuwa złe zamiary – powiedziałam. – Daj jej dłonie do powąchania.
Po chwili Hanami szczeknęła ufnie.
- Pogłaskaj ją. No, dalej.
Wyciągnął dłoń i położył ją na psiej głowie. Cały rytuał powtórzył także Derek, zanim ruszyliśmy dalej. Hanami skakała wokół nas, prowadząc do domu, który wyrastał na brzegu jeziora.
- Erica! – Usłyszałam. Diane nadbiegła z tarasu; plastykowe japonki zastukały na zmurszałych deskach. Rzuciła mi się na szyję. – Tak dobrze cię widzieć!
- Ciebie też. Znowu obcięłaś włosy? – Przesunęłam dłonią po jej krótkiej fryzurze.
- No. – Cofnęła się. – Długie ciągle wplątują się w gałęzie. A... – Urwała nagle; jej oczy otworzyły się szeroko. Wycelowała palcem w Johna. – Pan... Connor?
Chłopak roześmiał się, podchodząc bliżej,
- Bez „pan", wystarczy „John". – Wyciągnął w jej stronę dłoń.
- Diane Bradley – powiedziała. – To naprawdę zaszczyt...
- Wybaczcie mojej siostrze. – Na schodach pojawił się Orlando. – Jest w buszu chowana.
- Tak, jak ty, baranie. – Syknęła, rumieniąc się.
Po chwili weszliśmy do domu. Diane od razu zniknęła w kuchni. John i Derek osunęli się na fotele.
- Jesteście bliźniakami? – zapytał John, kiedy dziewczyna podała mu kubek soku.
- Aż tak bardzo widać? – mruknęła żałośnie.
- Trochę – przyznał z uśmiechem. – Ty jesteś tym ładniejszym.
Zarumieniła się. Objęłam ją ramieniem.
- Myślałam, że Eddie miał jedno dziecko – powiedział Derek. – Syna.
- Zawsze była nas dwójka. – Orlando oparł się o ścianę obok kominka. – Tylko, że Diane zginęła.
- Dwa lata temu – uściśliła jego siostra. – W wypadku samochodowym. To znaczy, zginęła Diane z przyszłości. Mnie uratowała Erica. – Uśmiechnęła się do mnie.
- Było warto. Śliczna dziewczyna z ciebie wyrosła. – Znowu oblała się rumieńcem.
- Powiedz to tacie – rzucił kpiąco Orlando. – Ostatnio ciągle nas myli.
- Chcesz oberwać, sieroto?! A może Erica ma posłuchać o twojej internetowej lubej, co?
- Hej, hej! – zawołałam, a Hanami powtórowała mi szczeknięciem. – Możemy liczyć na jakiś obiad?
John stał na tarasie i wpatrywał się w jezioro. Wyszłam do niego; słyszałam dochodzącą z kuchni kłótnię bliźniaków. Stanęłam obok.
- Tak tutaj spokojnie – powiedział cicho. Parsknęłam śmiechem, słysząc przekleństwa Diane. – To znaczy, tutaj, poza kuchnią. – Pokiwałam głową. – Co to za historia? Z tym wypadkiem?
- Eddie'go znałam bardzo dobrze w przyszłości – zaczęłam, siadając na balustradzie. – Orlando też. Kiedyś powiedział mi o Diane; jak zginęła... Mówił, że oderwano połowę jego duszy. Jak wiedziałam już, że zostanę wysłana w przeszłość, długo myślałam o tym, co mogłabym zmienić, jak pomóc ludziom, którzy byli dla mnie ważni. Uznałam, że uratuję Diane. Podjęłam decyzję. Bradley'owie byli świetnymi mechanikami. Chyba najlepszymi. Eddie uważał, że człowiek zawsze pokona maszynę, bo to on ją stworzył. Miał teorię o czakrach i takich tam... Wierzył, że można wygrać z terminatorem bez broni. Miał rację. Nazywał to „techniką miękkich pięści". Był świetnym wynalazcą i bardzo mądrym człowiekiem. Poprosiłam go, żeby nagrał wszystko, co mam przekazać jego młodszej „wersji". I przekazałam.
Dwa lata temu załatwiłam blaszaka, który na nich polował. Wtedy Eddie podjął decyzję o przeprowadzce do tej głuszy, żeby chronić dzieci. Osiągnął już o wiele więcej na tym etapie niż Eddie, którego znałam w przyszłości. Musisz zobaczyć Ostrza.
- Mieszkają tutaj sami?
- Sami? Mają dwa blaszaki, niezawodny system obrony, Hanami, Inu i Kitę. Nie są sami.
- Jak ty to robisz, Erica? – zapytał mnie nagle.
- Co robię?
- Moja mama i ja zawsze staraliśmy sobie radzić we dwójkę, żeby nikogo nie zarażać. A ty... Keira, Gabriel, Chris, Alex, a teraz Eddie, Diane i Orlando. Dlaczego?
- Pomogłam im wszystkim. Są mi coś winni.
- Zmieniłaś ich życie. Sprawiłaś, że rzucili wszystko i poszli za tobą.
- Uratowałam ich. Pokazałam lepszą drogę.
- To twoja perspektywa.
- Nie, John. – Spojrzałam na niego pewnie. – Eddie kocha swoje dzieci. Uratowałam Diane. Był gotowy zrobić dla mnie wszystko. Ja tylko kazałam mu kontynuować to, w czym jest najlepszy.
Patrzył na mnie bez mrugnięcia. W końcu westchnął.
- Może i masz rację – powiedział.
Za nami rozległy się szybkie kroki.
- Tata i Einstein zaraz tutaj będą – oznajmiła radośnie Diane; w zielonym podkoszulku i szarych szortach wyglądała na swoje piętnaście lat. – Możemy siadać do stołu.
- Zawołaj Dereka – rzuciłam, oglądając się przez ramię na jezioro.
Sięgnęłam po kromkę chleba, kiedy do środka wszedł Reese. Był cały mokry. Orlando rzucił mu ręcznik.
- Zawsze u was tak zimno? – zapytał, wycierając się.
- Zwykle. – Diane nie mogła oderwać od niego wzroku; kopnęłam ją pod stołem.
- Co? Radar mojej siorki znalazł nowego samca w najbliższym otoczeniu?
Nie zdążyłam nawet mrugnąć okiem, kiedy szybkie kroki Diane i Orlando zadudniły na schodach w głębi domu. Wybuchłam śmiechem.
- Ubierz się, Reese, bo mi się dzieciaki pozabijają – mruknęłam. – Na bezrybiu... – Urwałam, słysząc nowe szczekanie. Wstałam i od razu wybiegłam na zewnątrz. Eddie przywitał się z Hanami, a potem ze mną. Za nim nadbiegły psy. Oba wypieściłam, zanim zjawił się Einstein, niosąc kilka zajęcy.
- Witamy – powiedział blaszak, mijając mnie.
Wreszcie usiedliśmy przy stole. Diane poskarżyła się tacie. Eddie dał synowi szlaban na komputer.
- Co rozwaliłaś? – zapytał, dokładając sobie gulaszu. Pokazałam mu przedziurawioną dłoń.
- Plus stopa.
- Budyń gotowy – zameldował gorzko Orlando.
- Budyń? – mruknął John.
- Syntetyczna skóra – wyjaśnił mu Eddie; oparłam brodę na dłoni i wpatrywałam się w mężczyznę. Był diabelnie przystojny. Nic dziwnego, że tak wiele kobiet straciło dla niego głowę. Wśród nich była oczywiście matka bliźniaków. Eddie został ojcem w wieku osiemnastu lat, ale z nowego zadania wywiązywał się doskonale.
- W kwadracie 12-568 system zastrzelił jelenia. – Usłyszałam. Na schodach stała Justine; jej jasne włosy zaplecione były w drobne warkoczyki. – Sugeruję wysłanie po niego Einsteina.
- Niech idzie – rzucił Eddie; drugi blaszak bez słowa wyszedł na taras.
- Co ona ma na głowie? – szepnęłam, kiedy terminatorka ruszyła z powrotem na górę.
- Diane bawiła się w fryzjerkę – wyjaśnił mi cicho Orlando.
Zachichotałam.
John uważnie przyglądał się, jak Eddie ściąga z mojej ręki sztuczną skórę.
- Najlepiej obejrzeć goły metal – powiedział; chłopak kiwnął głową. – Zajmiesz się nogą?
Po chwili moja dłoń i stopa lśniły w blasku lamp chirurgicznych. Eddie pokazał Johnowi, jak obchodzić się z moimi mechanicznymi kończynami. Po niecałej godzinie dziury były załatane.
- Skórę nałożymy jutro rano. – Eddie ściągnął maskę. – Muszę zająć się jeleniem.
Zostawił nas samych. John dotknął mojej nogi.
- To twoja ulubiona – powiedziałam.
- Co?... – Zmieniłam pozycję tak, żeby mógł zobaczyć metal pod kolanem.
- Podpisałeś ją. – Przejechałam palcem po wyrytym nazwisku. J. CONNOR.
Chłopak dotknął liter.
- Mój charakter pisma – szepnął.
- Twój, twój. – Uśmiechnęłam się.
- Więc niektóre rzeczy się nie zmieniają...
- I dobrze. – Zsunęłam się z blatu na jego kolana i odepchnęłam się stopą od ziemi. Obrotowe krzesło przejechało kawałek podłogi. Wstałam i pociągnęła go za rękę. – Chodźmy. Rozpalili już ognisko. Czujesz?
Pociągnął nosem.
- Tak pachnie normalny weekend za miastem? – zapytał z uśmiechem.
- Lepiej: tak pachną słynne szaszłyki z jelenia według przepisu mamy Eddie'go.
KONIEC CZĘŚCI DZIEWIĄTEJ
