Choć Sherlock ostatecznie nie musiał strzelić i wysadzić ich obu w powietrze, John miał wrażenie, że po sytuacji na basenie coś się pomiędzy nimi zmieniło. Zaraz po tym, jak Moriarty opuścił pomieszczenie, Sherlock złapał taksówkę i pomimo protestów Johna, zawiózł go do szpitala na badania. Okazało się, że od uderzenia doznał lekkiego wstrząśnienia mózgu i kilka kolejnych dni powinien spędzić wypoczywając. Początkowo zamierzał ignorować te zalecenia — sam w końcu też był lekarzem i doskonale wiedział, co mógł, a czego nie, jednak okazało się, że po powrocie na Baker Street Sherlock nieustępliwie pilnował zaleceń doktora za szpitala i nie pozwalał Watsonowi robić praktycznie nic. Mimo że w jego „opiekuńczości" brakowało emocji — robił wszystko, cóż, mechanicznie — John nie śmiał narzekać. Zresztą, nie wszyscy mechaniczni byli naukowcami spędzającymi długie samotne godziny w laboratoriach — część z nich wybrała karierę lekarzy i sprawdzała się w tej roli świetnie, nierzadko mając skuteczność lepszą od „zwykłych" lekarzy. Widocznie empatia nie była wcale w tym zawodzie najważniejsza. I widocznie w przyjaźni też nie tylko o to chodziło.


Którejś nocy John obudził się niespodziewanie o drugiej nad ranem spragniony. Dzień wcześniej zapomniał wziąć ze sobą do sypialni butelkę wody, więc teraz chcąc nie chcąc musiał zejść na dół. Nie chciał budzić Sherlocka, który często spał z uchylonymi drzwiami, bo nie miał głowy, by je zamknąć, dlatego nie zapalał światła — co tym razem poskutkowało tym, że gdy schodził już z ostatniego stopnia, niemal wpadł na czarny skórzany fotel Holmesa, który normalnie nie blokował przejścia. John odskoczył, prawie przefikołkowując przez mebel i, ku jego jeszcze większemu zdziwieniu, okazało się, że na fotelu siedzi nie kto inny a jego właściciel, obecnie wyglądający tak, jakby został właśnie w bardzo nieuprzejmy sposób wyciągnięty z łóżka. Watson zapalił światło, całkiem zapominając o swoim pragnieniu.

— Dlaczego przestawiłeś swój fotel? — zapytał. — To miała być pułapka, żeby mnie zlikwidować? — zażartował, zapominając, że Sherlock najpewniej nie zrozumie, że nie mówił tego poważnie.

Sherlock podniósł się i przeciągnął, jakby zupełnie nic się nie stało, a potem podszedł do okna, zabierając jeszcze z biurka skrzypce.

— Hm? — dopytywał John. — Masz dla mnie jakąś odpowiedź?

— A ty dlaczego zapomniałeś wziąć ze sobą butelkę wody? — odparł w zamian. John już nawet nie pytał, skąd wiedział.

— Będziemy tak rozmawiać na pytania? — burknął. — Zresztą, co mnie to obchodzi, ustawiaj fotel jak sobie chcesz, tylko następnym razem mnie ostrzeż, że robisz z salonu labirynt — dodał, wychodząc do kuchni po wodę. Gdy wrócił, Sherlocka już w salonie nie było, ale fotel dalej blokował drogę. John westchnął i bezceremonialnie wdrapał się po nim na schody.

Gdy rano zszedł znów na dół, fotel Sherlocka stał w swoim zwyczajowym miejscu.


Jakiś czas później okazało się, że od pewnej śmierci na basenie uratowała ich niejaka Irene Adler. Choć John z początku czuł wobec niej dziwną, niewypowiedzianą wdzięczność, to uczucie szybko przerodziło się w coś zdecydowanie mniej przyjemnego. Zainteresowanie Adler Sherlockiem było co najmniej irytujące i chociaż nigdy by tego przed swoim współlokatorem nie przyznał, bardzo działało mu na nerwach. Z kolei Sherlockowi, oczywiście, fascynacja pięknej i inteligentnej kobiety zdawała się wyjątkowo pasować. Panowała między nimi swoista rywalizacja, w której raz górą był on, a raz ona. John obserwował tę grę z boku, z każdym kolejnym jej etapem coraz bardziej podenerwowany. Nie wiedział do końca, co tak bardzo irytowało go w relacji Holmesa z kobietą i, szczerze mówiąc, nie chciał w to wnikać, faktem jednak pozostawało, że od kilku tygodni nie było dnia, by nie wrócił temat panny Adler. Sherlock opowiadał o niej niemal z przyjemnością, a John brał dodatkowe dyżury do dodatkowych dyżurów, byleby o niej nie słyszeć.

Na szczęście (na szczęście?) Adler zniknęła tak szybko i niespodziewanie, jak się pojawiła. Mycroft nie wyjaśnił mu do końca, jak doszło do tej fatalnej egzekucji, faktem jednak pozostawało, że Irene należała już do przeszłości, tak samo jak jej zupełnie dla Johna niezrozumiała i pokręcona relacja z Holmesem. I to było najważniejsze.

Kiedy oddawał Sherlockowi jedyną po niej pamiątkę, smartphone Blackberry, przypomniał sobie rozmowę, którą z nią nie tak dawno odbył.

— Nie jesteśmy parą. Sherlock taki nie jest — zapewniał.

— Owszem, jesteście — odparła Irene z uśmiechem.

— Zejdę do pani Hudson, prosiła, żebym dzisiaj wpadł na chwilę — odezwał się po chwili, wciąż obserwując, jak Sherlock obraca w dłoni telefon.

— Tak, tak, idź — mruknął mężczyzna w odpowiedzi.

Schodząc po schodach, słyszał jeszcze, jak kilkakrotnie powtarzał jej imię, i musiał długo przekonywać sam siebie, że przecież Sherlock nie ma uczuć.


Po otrzymaniu informacji o tragicznej śmierci Irene Sherlock długo był jakiś nieswój. Przez tygodnie właściwie nie wychodził z mieszkania, nie brał spraw ani nie odbierał telefonów Lestrade'a. John obserwował to wszystko z początku mocno zdziwiony; w końcu jednak doszedł do wniosku, że Holmesowi musiało po prostu brakować zagadki, jaką była kobieta, i stąd jego dziwne zachowanie.

Któregoś przedpołudnia w końcu mu to zasugerował.

— Może powinieneś znaleźć sobie nową zagadkę do rozwiązania? — zagaił, składając gazetę i zerkając na leżącego na kanapie mężczyznę. — Wiesz, coś, żeby rozruszać trochę kości. Całkiem skapcaniejesz w tym mieszkaniu.

— Czuję się świetnie, dziękuję bardzo — wymamrotał Sherlock, obracając się na drugi bok, tak że leżał do niego plecami.

— Skoro tak uważasz — odparł John i wrócił do czytania gazety.

Na drugi dzień w ich mieszkaniu pojawił się Henry Knight.


Sprawa Henry'ego dość szybko — przynajmniej dla Sherlocka, Johnowi nieco dłużej zajęło dostrzeżenie potencjału tej historii — okazała się znacznie ciekawsza, niż z początku się mogło wydawać. Prędko została zarządzona delegacja służbowa, na którą oczywiście mieli pojechać razem. Watson czuł się dosyć dziwnie — choć znał Sherlocka już jakiś czas, do tej pory dzielili razem tylko mieszkanie i pracę; wspólna podróż, nawet jeśli mająca związek z tą pracą, wydawała mu się jakby kolejnym krokiem w ich relacji. Przynajmniej do czasu, aż sobie przypomniał, że dla Holmesa nie istniało przecież nic poza pracą. Nawet właściciele małego hotelu, w którym się zatrzymywali, sugerujący, że on i Sherlock są parą, nie zdołali już zmienić jego myślenia.

Irytowało go, że co jakiś czas musiał sobie o tym przypominać. Ta „cecha" Sherlocka, jego mechaniczna niezdolność do posiadania tak zwanych uczuć wyższych, ciążyła nad nim jak śmiertelna choroba. Gdy tylko o niej zapominał, gdy zaczynał już czuć się szczęśliwy u boku tego pokręconego mężczyzny, świadomość zalewała go jak zimna woda, jak gorące poty, i znów musiał układać sobie to wszystko od nowa. Dochodziło już do tego, że gdy po okresie samouświadomienia widział Sherlocka, chciał na niego nawrzeszczeć, dać mu w twarz, zrobić cokolwiek, by ulżyć swojej złości. Był wściekły na niego za to, co sobie zrobił, co zrobił im obu, bo teraz, kiedy tylko zaczynał się do niego przywiązywać, zostawał brutalnie sprowadzany na ziemię przez tę właśnie świadomość, że jego uczucia, jakiekolwiek by nie były, nigdy nie będą odwzajemnione, po prostu nie mogą być. Był wściekły na to, jak samolubna była decyzja wszystkich mechanicznych, jak pozbawiona choć chwili zastanowienia nad tym, co stanie się, gdy ktoś inny postanowi obdarzyć ich uczuciem; co wtedy?

Oczywiście nie mówił tego wszystkiego Sherlockowi. Trzymał to, tak jak większość swoich przemyśleń, tylko dla siebie. W końcu on i tak by nie zrozumiał.


Sprawa tajemniczego monstrum z wrzosowiska coraz bardziej się przeciągała i wyglądało na to, że Sherlock zaczynał do niej tracić cierpliwość. John z niepoprawnym zaciekawieniem obserwował, jak ta historia trawi go kolejny dzień. Było coś nietypowo dla niego ludzkiego w tym, że istniały rzeczy, których nawet on nie był w stanie przeskoczyć.

Wszystko nabrało zupełnie innego obrotu, gdy wieczorem poszli z Knightem w miejsce rzekomego spotkania z bestią, a Sherlock wrócił do gospody cały roztrzęsiony. John zaproponował, by zeszli do restauracji napić się whisky, a mężczyzna, nic nie mówiąc, poszedł za nim.

— Henry ma rację — odezwał się w końcu Sherlock; jego głos brzmiał zupełnie inaczej niż normalnie.

— Co?

— Ja też to widziałem.

Co?

— Ja też to widziałem, John.

— Chwilę… Co konkretnie widziałeś?

— Bestię. Tam, w tej dolinie. Ogromną bestię.

— Posłuchaj, Sherlock… Musimy podejść do tego racjonalnie. Ty, ze wszystkich ludzi, nie możesz po prostu… — Urwał, badając go wzrokiem. — Okej, trzymajmy się tego, co wiemy, trzymajmy się faktów.

— Jeśli wyeliminowałeś niemożliwe, cokolwiek pozostaje, nieważne, jak nieprawdopodobne, musi być prawdą — odpowiedział, patrząc na niego.

John zmarszczył brwi.

— Co to ma oznaczać?

Sherlock trzęsącymi się dłońmi sięgnął po szklankę whisky. John nie spuszczał z niego wzroku.

— Spójrz na mnie - boję się, John. Boję się. — Wychylił kilka łyków.

— Sherlock…

— Zawsze umiałem się zdystansować. — Przełknął ciężko. — Odseparować się od… uczuć… A teraz spójrz! Widzisz? Moje własne ciało mnie zdradza. Interesujące, prawda? Emocje. Jak drzazga w oku.

— T-Tak, w porządku, Spock, uspokój się… Ostatnio nie miałeś chwili wytchnienia, zdajesz sobie z tego sprawę. Musiałeś się zwyczajnie przepracować.

— Przepracować? — powtórzył Sherlock z niedowierzaniem.

— Było ciemno i strasznie.

— Ja? Ze mną jest wszystko w porządku.

— Sherlock… — powtórzył John jak najspokojniej umiał. — Sherl…

— Ze mną jest wszystko w porządku, rozumiesz?! — podniósł głos, aż paru innych gości siedzących obok nich odwróciło się. — Mam ci to udowodnić? Szukamy psa, wielkiego psa, to jest twoja jakże błyskotliwa teoria. Cherchez le chien! Gdzie powinniśmy zacząć? Może od nich? — Wskazał na kobietę siedzącą ze swoim synem przy stoliku vis a vis. — Sentymentalna wdowa i jej syn, bezrobotny rybak. Odpowiedź to „tak".

— „Tak"?

— Ma West Highland White Terriera o imieniu Whisky, dokładnie to, czego szukamy!

— Sherlock… Na miłość Boską…

— Spójrz na jego sweter, praktycznie nienoszony, ewidentnie go nie lubi. Możliwe, że przez materiał albo ten okropny wzór, który sugeruje, że to prezent, prawdopodobnie świąteczny. Chce się przypodobać matce. Dlaczego? Pewnie chodzi o pieniądze. Zaprosił ją na obiad, ale jego porcja jest mała, co oznacza, że chce jej zaimponować, ale oszczędza na własnym jedzeniu.

— Może nie jest głodny…

— Nie. Mały talerz, przystawka, a praktycznie go wylizał. A ona prawie nie ruszyła swojego deseru. Jeśli to ona by go zaprosiła, mógłby zamówić, co tylko by chciał. Jest głodny i biedny, widać po mankietach i butach. „Skąd wiesz, że jest jego matką?". Tylko matka dałaby mu taki prezent na Święta. Mogłaby być jeszcze ciotką albo starszą siostrą, ale to, że to jego matka, jest najbardziej prawdopodobne. Był rybakiem, ma widoczne nawet z daleka blizny od haków rybackich na dłoniach. Są stare, co sugeruje, że od dość dawna jest bezrobotny. Więc zwrócił się do owdowiałej matki. „Owdowiałej?". Tak, to jest oczywiste. Nosi na łańcuszku na szyi męską obrączkę, z całą pewnością jej męża - jest za duża na jej palec. Jest dobrze ubrana, ale ma na sobie tanią biżuterię, mogłaby sobie pozwolić na lepszą, ale zatrzymała tę - sentyment. A pies? Przed kolanem widać małe białe włoski, ale powyżej już ich nie ma, czyli to mały pies, najpewniej terier. To West Highland White Terrier, Whisky. „Skąd, do diabła, możesz to wiedzieć, Sherlock?" - ponieważ była z nami w pociągu i słyszałem, jak go wołała. To nie jest oszukiwanie, to słuchanie. Używam moich zmysłów, John, w przeciwieństwie do niektórych ludzi. Jak widzisz, wszystko ze mną w porządku, a prawdę mówiąc, nigdy nie czułem się lepiej, więc po prostu zostaw mnie w spokoju z tymi swoimi emocjonalnymi problemami!

Odwrócił się wreszcie do Johna i ich spojrzenia się spotkały. Sherlock dyszał tak ciężko, jakby właśnie przebiegł maraton.

— Okej, dobrze. Dobrze. — Przełknął gorzką ślinę. — Dlaczego miałbyś mnie słuchać? Jestem tylko twoim przyjacielem.

— Ja nie mam przyjaciół — wyrzucił ostatnie słowo z odrazą.

John chciał mu jeszcze coś powiedzieć, ale uznał, że nie ma sensu. Sherlock, jak zwykle, miał rację. Nie miał przyjaciół, bo nie mógł mieć, a nie mógł mieć, bo ich po prostu nie potrzebował. To on próbował szukać szczęścia, choć jasne było, że te drzwi są zamknięte i zaryglowane. Pragnął się oszukiwać, że jest inaczej, ale istnieją kwestie, których po prostu nie da się zmienić. Sherlock był jedną z nich.

Nie dopijając nawet whisky i nie patrząc więcej na mężczyznę, wyszedł z budynku.


Nie mógł zasnąć przez całą noc. Co prawda nie dzielił z Sherlockiem jednego pokoju, ale ich „jedynki" były oddzielone tylko cienką ścianą, tak że słyszał wszystko, co działo się w pomieszczeniu obok. Odkąd wrócił do swojego pokoju, nasłuchiwał, kiedy Holmes postanowi uczynić to samo, jednak nic nie usłyszał. Nie miał pojęcia, gdzie Sherlock podziewał się całą noc, ale bardzo go to niepokoiło. Niepokoiło go także to, że go to niepokoi.

Rano wyszedł się przejść, przynajmniej tak próbował sobie samemu wmówić — wyszedł na spacer, a nie szukać Holmesa.

Szybko okazało się, że Sherlock wpadł na ten sam pomysł.

Podszedł do niego tak, jakby podchodził do ładunku wybuchowego; ostrożnie i niepewnie. Watson nie był pewien, na ile to faktyczna rozwaga Sherlocka, a na ile wyuczenie i manipulacja typowa dla bardziej obeznanych w świecie mechanicznych.

— Więc… znalazłeś coś więcej na temat tej wiadomości Morsem? — odezwał się cicho. John podniósł na chwilę na niego wzrok, ale potem znów go spuścił.

— Nie.

— U, M, Q, R, A, tak? Umqra. Um…

— To nic — powtórzył. Szedł pewnym krokiem przed siebie, słysząc kroki mężczyzny tuż za sobą.

—…qra.

— Zapomnij o tym. Myślałem, że to ma jakiś związek ze sprawą — ewidentnie nie ma.

— Na pewno?

— Tak.

— Co z Louise Mortimer, udało ci się z nią?

— Nie.

— Szkoda. A zdobyłeś jakieś informacje?

— Och, teraz starasz się być zabawny? — prychnął.

— Miałem nadzieję, że to trochę przełamie lody — odparł szczerze.

— Żarty do ciebie nie pasują. Zostałbym przy lodzie.

— John…

— W porządku.

— Poczekaj… To, co zdarzyło się zeszłej nocy… Stało się ze mną coś dziwnego, coś, czego wcześniej nie doświadczyłem.

— Tak, mówiłeś. Strach. Sherlock Holmes się przestraszył.

— Nie, nie, nie. — Sherlock chwycił jego ramię i odwrócił go, tak że ich twarze znalazły się niebezpiecznie blisko siebie. — To było coś więcej, John. Zwątpienie. Czułem… zwątpienie. Zawsze mogłem ufać moim zmysłom, dowodom, które miałem przed oczyma, aż do ostatniej nocy.

— Chyba nie wierzysz, że naprawdę widziałeś tę bestię?

— Nie, nie wierzę, ale widziałem, więc pozostaje pytanie: „jak?". Jak?

John patrzył na niego przez chwilę, bijąc się z myślami. Ostatecznie doszedł do wniosku, że musi wreszcie odpuścić.

— Och, tak. Oczywiście. Więc teraz masz czymś, czym możesz się zająć, co cię zainteresuje. Powodzenia — odpowiedział, odwracając się i odchodząc.

— Posłuchaj — rzucił za nim — to, co wczoraj powiedziałem… Mówiłem prawdę. — John zatrzymał się i spojrzał na niego ostrożnie. — Nie mam przyjaciół. Mam tylko ciebie. — Oczy mężczyzny, gdy wypowiadał te słowa, wyrażały coś tak nieskończenie bolesnego, że John, choć chciał odejść i znaleźć wreszcie kogoś, kto mógłby go zrozumieć, nie potrafił tego zrobić. Sherlock był jedyny w swoim rodzaju, był tego pewien, i być może to sprawiało, że nie mógł go zostawić, mimo że wiedział, że z tego po prostu nic nigdy nie będzie; że nie istniała taka techniczna możliwość.

Tylko że teraz, po raz pierwszy, od kiedy się poznali, Sherlock wyglądał tak, jakby on też żałował tego wszystkiego, co kiedyś jedną, być może zbyt pochopną decyzją, sobie i jemu odebrał.

— W porządku — odezwał się po chwili, choć nic nie było w porządku i obaj zdawali sobie z tego sprawę.


Po ich dramatycznym pojednaniu Holmes szybko rozwiązał sprawę, jakby fakt, że znów miał przy sobie Watsona, uruchomił w jego umyśle dodatkowe pokłady geniuszu. Siedząc w pociągu powrotnym do Londynu, John wyglądał za okno na zachodzące powoli słońce. Uśmiechnął się lekko do siebie, a słowa same wypłynęły z jego ust.

— Zastanawiasz się czasem, jak twoje życie będzie wyglądało za kilkanaście lat?

Sherlock początkowo nie odpowiadał i John stwierdził, że pewnie „odfiltrował" to pytanie jako niewarte odpowiedzi. Wtedy zupełnie niespodziewanie się odezwał:

— Nie, po co?

John zerknął na niego.

— Nie wiem, tak po prostu. Ludzie tak robią. — Wzruszył ramionami.

— Dlaczego miałbym to robić, skoro w obecnej chwili podoba mi się moje życie dokładnie takie, jakie jest? — zapytał retorycznie.

— I nie chciałbyś nic zmienić? — zaryzykował. Wiedział, że zaczyna być natarczywy i że Sherlock tego nie znosi, ale mężczyzna tak rzadko rozmawiał z nim na tak osobiste tematy, że po prostu musiał wykorzystać tę okazję.

Sherlock spojrzał mu prosto w oczy, a John nie mógł odwrócić wzroku.

— Nie. Nie chciałbym nic zmienić.

— Ja też nie chciałbym nic zmienić — skłamał.

Holmes jeszcze przez chwilę na niego patrzył, jakby czuł, że gdzieś tam w Johnie jest druga część tej wypowiedzi, lecz w końcu odwrócił wzrok. Watson całą podróż zastanawiał się, o czym mężczyzna mógł myśleć.