Beta - Kasia

Rozdział III

Snape zrobił coś, czego nie zrobił wcześniej żaden skazaniec, a przynajmniej aurorka o tym nie słyszała.

Roześmiał się.

Dźwięk rozbrzmiewał po pokoju. Nie miał w sobie radości czy rozbawienia, ale trwał niewiarygodnie długo. Skończył się szlochem, gdy Snape ukrył twarz w dłoniach i trzymał ją tak przez długi czas. Już prawie straciła nadzieję, że wypowie kolejne słowa. Wtedy ponownie uniósł swój wzrok do jej kaptura. Jego twarz była spokojna jak żadnego z nowo skazanych, których widziała w trakcie swojej służby jako auror.

– Czy to moje jedyne przewinienie? – zapytał.

– Jedyne, za które zostaje się ukaranym w taki sposób – odpowiedziała. – Są jeszcze inne, z których bardzo dobrze zdajesz sobie sprawę.

– Czy siedem lat w tym miejscu… – mężczyzna się wzdrygnął – nie jest odpowiednim zadośćuczynieniem za tamte?

– Ministerstwo nie jest już zainteresowane tamtymi. Masz zostać ukarany tylko za tę jedną zbrodnię, niezależnie od innych.

Snape patrzył na nią twardym wzrokiem.

– Uważasz, że egzekucja jest odpowiednią karą pasującą do mojej zbrodni?

Aurorka zawahała się.

– To nie ja mam ciebie osądzać. Wizengamot zdecydował…

– Tak, tak. Ale co TY o tym myślisz?

– Dlaczego?

– Ponieważ to ty tu jesteś, nie oni.

Rozumiała, że wyznanie własnej opinii temu mordercy Snape'owi było niebezpieczne. Rozumiała, a mimo wszystko to zrobiła.

– Myślę, że każdy, kto zabija nieuzbrojonego mężczyznę, który mu całkowicie ufa, i robi to niesprowokowany i z zimną krwią, powinien zostać ukarany najwyższym wyrokiem. – Wzruszyła ramionami. – A jeśli jest to śmierć, to… – zawahała się, ale on nie zwrócił na to uwagi.

Oczy Snape'a zwęziły się, ściągając jego twarz jeszcze bardziej. Pochylił się do przodu na swoim krześle. Po raz pierwszy aurorka była wdzięczny za stół, który ich oddzielał.

– Kim jesteś?

– To nie ważne, kim jestem – odpowiedziała spokojnie.

– Pozwolę sobie mieć inne zdanie. Posiadanie tak… ugruntowanej opinii na temat kary śmierci przez kogoś, kto przekazuje tak złe wieści, nie jest normalne. Kim jesteś?

Wstała, odpychając swoje krzesło do tyłu. Najwidoczniej siedem lat uwięzienia nie przytępiło umysłu mężczyzny nawet w niewielkim stopniu.

– Spytałeś o moją opinię, a ja ci ją powiedziałam. Jaką różnicę robi to, kim jestem? – Jej oczy podążały w kierunku zamkniętych drzwi, gdy przez jakiś czas bawiła się odpowiadaniem pytaniem na pytanie.

– Zostałaś wysłana, żeby mnie zabić? Teraz? – Snape nie poruszył się ze swojego miejsca, ale obserwował ją uważnie.

– Nie! – W jej głosie było wyraźne obrzydzenie. – Nie.

– Czy zakładasz, że skoro ucieszyłaby mnie moja własna śmierć, to jestem również winny mojej zbrodni?

Aurorka przeszła przez pokój, żeby stanąć przed mężczyzną.

– Nigdy nie robiłeś tajemnicy ze swojej zbrodni, ani nawet nie okazałeś skruchy.

– Pokaż mi swoją twarz, a powiem ci, co się naprawdę wydarzyło.

Propozycja była zaskakująca.

– Nie. Wiem, co się naprawdę stało. – Była stanowcza.

– Dziewczyno, nikt inny nie wie, co się stało naprawdę! – Snape odgarnął strąki brudnych włosów ze swojej twarzy. Rękaw jego szaty obciągnął się, nieumyślnie odsłaniając sieć srebrnych blizn, które znaczyły przedramię mężczyzny od nadgarstka do łokcia. Aurorka utkwiła w nim swój wzrok.

– Mówisz, że tego nie zrobiłeś? – Jej głos był wyższy z niedowierzaniem.

– Nigdy nie było żadnych wątpliwości, że to zrobiłem. Powinnaś się raczej spytać siebie, dlaczego. – Oczy Snape'a błyszczały z dziwnym fanatyzmem, którego nie mogła pojąć.

– Ponieważ jesteś podwójnym agentem – śmierciożercą… ponieważ Czarny Pan ci kazał… jakie mogły być inne powody?

– Źle. Oba wnioski są złe. – Cień uśmieszku przebiegł po jego twarzy i po chwili zniknął.

– Robisz to, żeby uniknąć śmierci?

– Nie w takim sensie, jak myślisz.

Więc mi wytłumacz.

– Powiedz mi, kim jesteś.

Aurorka patrzyła się na niego spod kaptura. Nie miała pojęcia, czy mówił prawdę i wiedziała, że nie powinna ufać przemowom człowieka, który mógł nawet bardziej niż trochę zwariować przez swój pobyt w więzieniu. Ale faktem było, że chciała wiedzieć, co właściwie zaoferował jej powiedzieć. Prawdopodobnie nie było to nic więcej, niż wymyślnie utkane kłamstwo, stworzone by zachować zdrowe zmysły podczas siedmiu lat niemal całkowitej izolacji. Jednak ciekawość przeszkadzała jej przez całe życie, więc czy powinna pozwolić takiej okazji przejść koło nosa?

Nie?

Nie.

Ponownie zasiadając przy stole, dała sobie chwilę na uspokojenie. Wtedy, nim odwaga zupełnie ją opuściła, uniosła swoje dłonie do krawędzi kaptura i ściągnęła go z twarzy. Utkwiła wzrok na chropowatej powierzchni drewnianego stołu. Siedziała przed nim w świetle ognia zupełnie zdemaskowana przez długi czas. Wreszcie podniosła oczy i zobaczyła, że zaskoczenie widoczne na twarzy więźnia zostało zastąpione obrzydzeniem.

– Granger – zasyczał. – Hermiona Granger!

CDN.