Rozdział 3

Życie pod jednym dachem z Ianto było znacznie łatwiejsze niż z mogłoby być z jakimkolwiek innym mężczyzną. Żadne z nich nigdy nie miało wiele do powiedzenia, lecz żadne też nie uważało ciszy za problem. Pod tym względem pasowali do siebie idealnie. Dość szybko wpadli w całkiem przyjemną rutynę. To Ianto zawsze budził się pierwszy – Tosh podejrzewała, że mają z tym coś wspólnego koszmary, lecz nie zamierzała pytać – i przygotowywał śniadanie. Kobieta za bardzo kochała jego kawę o poranku, by mieć coś przeciwko, jednak nalegała, by zając się robieniem obiadów. Na kolację wychodzili do baru za rogiem. To rozwiązanie było najbardziej sprawiedliwe i odpowiadało im obojgu, choć uwadze Azjatki nie umknęło, że jej młodszy kolega wciąż nie czuje się komfortowo wśród ludzi.

Przypomniała sobie ostatnią wizytę Owena i mimowolnie się skrzywiła. Lekarz zachowywał się z niepodobną do siebie delikatnością i choć Tosh miała pojęcie, co mógł przejść Ianto, wciąż nie mogła powstrzymać mdłości, gdy po jej głowie – niczym echo – obijało się jedno słowo. Tortury. To właśnie padło z ust Owena, kiedy ten stał przy drzwiach wejściowych, szykując się do wyjścia. Oczywiście Jack nie powiedział Owenowi i Gwen, co się działo z Ianto podczas jego nieobecności i ona również nie miała zamiaru tego robić – to była historia Ianto i jeśli chłopak zechce, sam podzieli się nią w odpowiednim czasie. To właśnie powiedziała Owenowi, kiedy ten zapytał, co, do diabła, stało się z tym dzieciakiem. Mimo swoich uczuć do lekarza, nie miała najmniejszego zamiaru zwierzać mu się z cudzych tajemnic.

Dwa dni po wizycie Owena były spokojne. Tosh dużo pracowała na laptopie, podczas gdy Ianto przesypiał większą część dnia. Nie martwiło jej to zbytnio – Owen twierdził, że jego ciało potrzebuje odpoczynku, a leki, które mu przepisał powodowały senność i otępienie. Zastanawiała się, czy mężczyzna nie przepisał mu też czegoś na depresję, lecz nie miała odwagi o to zapytać, choć taki krok wydawał jej się logiczny.

Trzeciego dnia, ku jej zaskoczeniu, Ianto pojawił się w jej sypialni w środku dnia. Miał rozczochrane włosy i niepewną miną. Musiał dopiero się obudzić. Zazwyczaj chłopak jadł śniadanie, brał leki i wracał do łóżka, by wstać dopiero późnym popołudniem. Właściwie nie miała pewności, czy Ianto faktycznie śpi, czy tylko zamyka się w salonie, by nie być uwięzionym z nią w jednym pomieszczeniu, lecz jego obecny wygląd raczej wskazywał na to pierwsze.

Kusiło ją, by zapytać, czy wszystko w porządku, lecz jedno spojrzenie w jego nawiedzone oczy dawało odpowiedź na to pytanie, więc odpuściła je sobie.

— Będziesz miała coś przeciwko, jeśli posiedzę z tobą? — zapytał cicho.

Kobieta zdążyła już przywyknąć, że zazwyczaj trzeba się wysilić, by usłyszeć, co mówi Ianto. Mimowolnie zastanawiała się, czy chłopiec zawsze taki był – cichy, zamknięty w sobie. A może to bitwa go zmieniła? Jak przez mgłę pamiętała noc, której dowiedzieli się o Lisie. Zniknęły wtedy wszystkie zahamowania u Ianto – nie było śladu wahania czy niepewności. Była tylko pasja i siła. Tamta noc mogła być przedsionkiem piekła, lecz musiała przyznać, że osoba, jaką zobaczyła wtedy w młodym archiwiście zyskała jej szacunek i teraz ze smutkiem patrzyła na to, co zostało z Ianto Jonesa.

Skinęła głową i przesunęła się, by zrobić dla niego miejsce na łóżku. Zastanawiała się, co skłoniło go do przyjścia tutaj, lecz podświadomie znała odpowiedź na to pytanie. W końcu ona również bała się samotności.

— Poszukam jakiegoś filmu na DVD, możemy coś razem obejrzeć — rzuciła, a słaby uśmiech, którym obdarzył ją Ianto, dał jej nadzieję, że chłopak wciąż pamięta, jak to robić.

Jack pojawił się dopiero czwartego dnia. Tosh była zaskoczona jego widokiem w progu drzwi wejściowych. Spodziewała się, że uprzedzi ją o swojej wizycie, choć z drugiej strony musiała przyznać, że czuje ulgę. Lubiła Ianto, w ciągu ostatnich kilku dni jeszcze bardziej przekonała się, że był kimś, kogo z chęcią nazywałaby przyjacielem. Mimo to czuła, że chłopiec czuje się w jej mieszkaniu jak w klatce – jakby wcale nie opuścił celi. Nie chciała, by kojarzył ją ze swoim strażnikiem więziennym.

— Przywiozłem klucze do nowego mieszkania — powiedział Kapitan, kiedy powitała go niepewną miną. — I chciałbym porozmawiać z Ianto, jeśli czuje się lepiej.

Skinęła z wahaniem głową i zaprowadziła Jacka do salonu, w którym siedział jej młodszy kolega. Na kolanach trzymał jakąś książkę z jej biblioteczki, jednak jego oczy natychmiast skierowały się w kierunku Jacka. Toshiko dokładnie widziała, jak jego mięśnie się napinają.

— Zostawię was samych — stwierdziła na głos, choć czuła, że nie jest to najlepszy z jej pomysłów.

Pogoda była całkiem zachęcająca, więc zdecydowała się na spacer do pobliskiego parku. Ianto ostatecznie był dużym chłopcem i mógł poradzić sobie z rozmową z Jackiem, nawet jeśli miała być ona mocno niezręczna. Ona sama z kolei nie miała żadnego prawa, by mieszać się w sprawy między tą dwójką. Obaj mężczyźni mieli sobie sporo do powiedzenia i czuła, że nie powinna tego słyszeć. Nie sądziła też, by Ianto potrzebował ochrony. Jack potrafił być impulsywny, lecz była pewna, że ich niedawna rozmowa dała mu do myślenia.

Droga do parku zajęła jej raptem dziesięć minut i już po chwili mijała plac zabaw pełen roześmianych dzieci i rodziców obserwujących swoje pociechy z błogimi uśmiechami. Jeszcze kilka lat temu Tosh nie miała problemu z wyobrażeniem sobie samej siebie w roli matki. Dziś obraz ten był raczej daleki i wyblakły – jak jakieś nieosiągalne marzenie, którego spełnienie wciąż i wciąż odkłada się na później, aż całkiem pokryje je kurz.

Nie było jej szczególnie smutno z tego powodu. Dzieci nie były dla niej żadnym priorytetem, wolała raczej skupić się na pracy. Oczywiście, miło byłoby mieć pewność, że będzie przy niej ktoś, kto kochałby ją bezwarunkowo, ale to samo mógłby jej dać odpowiedni mężczyzna. Rzecz jasna, o ile by go najpierw znalazła.

Przysiadła na ławce jak najbardziej oddalonej od park i oddała się rozmyślaniom, próbując wyrzucić ze swojej głowy obraz Owena. Bóg jej świadkiem, że daleko mu było do „odpowiedniego" i ona sama nie rozumiała, co takiego w nim widzi. A jednak w młodym lekarzu było coś takiego, co nie pozwalało jej logicznie myśleć, kiedy był w pobliżu.

Potrząsnęła głową sama do siebie i wyciągnęła z torby laptopa, planując dokończyć ostatnie obliczenie. Czuła, że jest coraz bliżej skończenia swojego projektu, a nic jej tak nie uspokajało, jak oddanie się liczbom.


Minęły niecałe dwa tygodnie, odkąd Ianto wyprowadził się z jej mieszkania i trochę ponad tydzień, odkąd wrócił do pracy. Od tego czasu atmosfera w Centrum była co najmniej dziwna. Tosh nie nazwałaby jej jeszcze napiętą – choć to, co było między samym Ianto a Jackiem można by opisać tylko tym słowem – lecz pojawił się między nimi wszystkimi jakiś nowy poziom niezręczności, którego nie było tam wcześniej.

Ianto rzadko odzywał się do kogokolwiek i Tosh zaczęła odnosić wrażenie, że jeśli coś się zmieniło, to tylko na gorsze. Nie była pewna, co mogłaby zrobić – nigdy nie należała do zbyt śmiałych osób i nie była do końca pewna, czy Ianto życzy sobie, by ktoś mieszał się do jego życia. Zostawiła go więc w spokoju i nie wciągała w rozmowy, na które widocznie nie miał ochoty.

Zdobyła się jedynie na przyniesienie mu kawy raz czy dwa – ot, przyjazny gest, który właściwie nic nie znaczył. Wymieniali puste uprzejmości i na tym koniec. Zastanawiała się nawet przez jakiś czas, czy nie poprosić Jacka o radę, lecz ostatecznie nie odważyła się na to.

A potem, ni z tego, ni z owego Jack oznajmił im, że wyjeżdżają poza miasto, by rozwiązać sprawę zaginięć. Podobno policja kompletnie sobie nie radziła i poprosiła ich o pomoc – nie pierwszy raz zresztą.

Tosh nie spodziewała się po tej wyprawie niczego niezwykłego, choć nieśmiało pozwoliła sobie myśleć, że kilka dni na świeżym powietrzu dobrze im wszystkim zrobi i – kto wie – może poradzi coś na tę całą niezręczną atmosferę. Zastanawiała się, czy nie jest to jednym z powodów, dla których Jack wziął tę sprawę, lecz nie zamierzała o to pytać. Od powrotu Ianto do pracy raczej unikała rozmów sam na sam z Kapitanem.

Wygrzebała więc z szafy buty na płaskiej podeszwie, które – jak miała nadzieję – przetrwają walijską pogodę. Nigdy nie wyrażała swojego zdania w tak głośny i wulgarny sposób co Owen, ale czasem naprawdę nienawidziła tego miejsca i nie mogła uwierzyć, że ze wszystkich miejsc na świecie, szczelina w czasie i przestrzeni przebiegała akurat przez Cardiff. Ale może miało to w sobie jakiś urok? Chciało jej śmiać na samą myśl o tym.

Kilka godzin w samochodzie nie polepszyło nastroju, nad którego zepsuciem pracował Owen od samego początku wycieczki. Skończyło się tak, że przez cały czas skakali sobie wzajemnie do gardeł, a co do integracji... Cóż, Ianto zdawał się całkiem zintegrowany z nożem tamtego kanibala.

Wszyscy zgodnie odmówili podróży karetką do szpitala, lecz przy samych przedmieściach Cardiff Ianto stracił przytomność i wizyta tam okazała się niezbędna. Podczas gdy chłopcem zajęli się lekarze, oni usiedli w niewielkiej kawiarence dla odwiedzających. Wszyscy wyglądali jak siedem nieszczęść i Tosh właściwie cieszyła się, że nie miała okazji, by przejrzeć się w lustrze.

— Owen, zabierz dziewczyny do domu — powiedział nagle Jack, rzucając zaskoczonemu lekarzowi kluczyki do auta. — I weźcie jutro wolne — dodał po chwili wahania.

— A co z tobą? — zaprotestowała Gwen.

Kapitan wzruszył ramionami, starając się wyglądać obojętnie.

— Posiedzę tu, zobaczę, co powiedzą lekarze. Jeśli zdecydują się go wypisać, odeskortuję go do domu, a jeśli nie... Cóż, zobaczę, czy będzie miał ochotę na moje towarzystwo. Chociaż tyle jestem mu winien.

Tosh zlustrowała uważnie jego wyraz twarzy i nie była zaskoczona poczuciem winy, jakie tam dostrzegła. Zastanawiała się, czy Jack też myśli w tym momencie o tym, na co skazał Ianto poprzez wysłanie go do UNIT-u.

— Jack, to nie była twoja wina — powiedziała Gwen głosem pełnym współczucia.

— Po prostu idź do domu, Gwen — odparł ze zmęczeniem Kapitan. — Dam wam znać, gdyby miała miejsce jakaś awaryjna sytuacja.

Cóż więc im zostało? Owen i Gwen ruszyli w stronę wyjścia. Sama Tosh również podniosła się na nogi i już miała ruszyć za dwójką współpracowników, kiedy w ostatniej chwili na moment przystanęła. Z wahaniem zwróciła się do Jacka, który siedział przy stoliku z nieczytelną miną.

— Ona ma rację, wiesz? — powiedziała cicho. — To naprawdę nie była twoja wina.

A potem uciekła stamtąd, niż zdążyła zacząć żałować, że w ogóle się odezwała.


Czasami Toshiko zastanawiała się, czy istnieją ludzie, którzy są podobni do niej; zawsze inni, nigdzie niepasujący. Właściwie nigdy nie miała prawdziwego przyjaciela. Ludzie już od dziecka traktowali ją inaczej, z góry. Była najmądrzejszym dzieciakiem w klasie, a to wcale nie przysparzało jej sympatii. Jej rodzice wielokrotnie byli wzywani do szkoły, by odebrać ją zapłakaną. Do tej pory byłaby w stanie wymienić wiele przezwisk, jakie przywarły do niej w szkole. Oczywiście nie raniły już one tak jak kiedyś, wciąż jednak odczuwała żal na myśl o tamtych czasach.

Nie tylko przyjaciół pozbawiło ją życie. Spotykała się z kilkoma mężczyznami, lecz nigdy nic z tego nie wyszło. Nie mogła szczerze powiedzieć, że wie, jak to jest być zakochanym. No cóż, był naturalnie Owen, lecz przez większość czasu wolałaby zapomnieć o swoich uczuciach. Była też święcie przekonana, że miłość powinna być szczęśliwa – zauroczenie doktorem Harperem było od tego bardzo dalekie. Doskonale wiedziała, że nie jest w jego typie. Była zbyt cicha, zbyt niepozorna. Owen nigdy by się nią nie zainteresował, nawet gdyby była ostatnią kobietą na Ziemi. To wciąż jednak zabolało, kiedy dowiedziała się, że sypia z Gwen.

Jeśli być szczerym, to nic dziwnego, że tak łatwo padła w ramiona Mary. Kobieta była – a przynajmniej wydawała się być – uosobienie każdego pragnienia jakie narodziło się w samotnym życiu Toshiko. Była przyjaciółką, kochanką, ale przede wszystkim dla Mary było naprawdę ważne to, co miała do powiedzenia. Jej koledzy w Centrum zawsze kiwali głowami, kiedy się odzywała, lecz ich oczy pozostawały nieobecne; nigdy nie poświęcali jej takiej uwagi, co ta prawie kompletnie nieznajoma kobieta. Przy niej choć na chwilę mogła poczuć się ważna, nie wstydziła się opowiedzieć o swoich problemach i uczuciach w obawie, że okażą się one zupełnie błahe.

Oczywiście nic co dobre nie może trwać. Szybko okazało się, że i dla Mary była jedynie wygodną drogą do celu. W dodatku jej zdrada wyszła na jaw. Nie zdziwiłaby się, gdyby Jack odesłał ją z powrotem do UNIT-u, choć dobrze wiedziała, że mężczyzna tego nie zrobi. Nie po tym, co jej obiecał, kiedy ją stamtąd wydostał.

Zamknęła się w sali konferencyjnej, pragnąc jedynie zapaść się pod ziemię. Wiedziała, że nie może zostać tam w nieskończoność, lecz póki co było jej zbyt wstyd, by pokazać się komukolwiek na oczy. Zapłakana nie zauważyła, że ktoś wszedł do pomieszczenia, dopóki nie została przed nią postawiona filiżanka z parującym płynem.

— Herbata? — zapytała zachrypniętym głosem i spojrzała na Ianto z zaskoczeniem.

Chłopiec odpowiedział jej bladym uśmiechem i zajął miejsce na krześle obok.

— Na uspokojenie. Chyba nie potrzebujesz już dziś więcej kofeiny.

Skinęła głową i objęła dłońmi gorącą filiżankę. Parzyło, lecz nie zwracała na to uwagi. Starała się nie płakać – nie miała do tego prawa, sama była sobie winna. Jej ciało niestety postanowiło jej nie słuchać i ciepłe łzy wciąż płynęły jej z oczu.

— Pewnie masz mnie za kompletną idiotkę — wydusiła, nie patrząc mu w oczy. — Znałam ją kilka dni, a zachowuję się, jakby to była jakaś wielka miłość.

— Kto jak kto, ale akurat ja nie mam żadnego prawa, żeby cię oceniać, Tosh — powiedział cicho.

— Ale ty zrobiłeś to dla kobiety, która była dla ciebie wszystkim! — zawołała, wbrew sobie spoglądając na niego. — Ja ledwie co znałam Mary, a zaryzykowałam dla niej zaufanie was wszystkich!

Ianto przez chwilę milczał. Wyglądał jakby prowadził walkę sam ze sobą, lecz w końcu się odezwał:

— Wiesz jak poznałem Lisę? — zapytał cicho z nieobecnym wyrazem twarzy, po czym natychmiast kontynuował: — Przedstawiła nas sobie pani Hartman. To było jakieś nudne przyjęcie na cześć założenia Torchwood. Nienawidziłem ich, zawsze było tak okropnie tłoczno; zbyt wielu ludzi stłoczonych w jakiejś zbyt eleganckiej na mój gust sali. Na takim przyjęciu ją poznałem.

Tosh zauważyła, że kącik jego ust unosi się bardzo delikatnie i nagle Ianto wyglądał jeszcze młodziej niż zwykle.

— Myślę, że to nie była żadna miłość od pierwszego wejrzenia, ale coś takiego w niej było. Sposób w jaki się poruszała, w jaki mówiła, jej uśmiech, jej oczy. Jakbym wiedział, że całe życie zmierzałem do tego miejsca, do tej kobiety. Jakbym nagle zrozumiał, że pisane mi jest ją pokochać. — Zaśmiał się krótko. — Znałem ją pół godziny i już zrobiłem z siebie pajaca, próbując zaprosić ją na randkę.

Uśmiechnęła się z trudem, jednocześnie czując iskrę ciepła w piersi. Cieszyła się, że mogła zobaczyć choć przez chwilę jak cała fasada Ianto znika. Jednocześnie zastanawiała się, do czego właściwie dąży chłopak.

— Musiała być niesamowita.

— Była — powiedział cicho, po czym głośniej dodał: — Ale to nie to jest puentą. Chodzi mi o to, że nie ma znaczenia, jak długo kogoś znasz czy ile czasu razem spędzicie. Musisz być po prostu pewnym własnych uczuć. I jeśli ją kochałaś, Tosh, to nie ma w tym nic złego.

Dotknął jej dłoni i kobieta chwyciła się jej niczym koła ratunkowego.

— Wykorzystała mnie — zauważyła, znów czując łzy w oczach.

— Ale wciąż mogła cię kochać. A ze wszystkich ludzi, jakich znam, ty jesteś tego warta jak mało kto, Tosh.

Spojrzała mu w oczy i przez krótką chwilę miała ochotę go przytulić. Pamiętała jednak o jego reakcji na czyjś dotyk, więc zamiast do jego ciała, przylgnęła do jego słów. Była tego warta. Po prostu musiała w to uwierzyć.