ROZDZIAŁ TRZECI
Pierwszy weekend września był wyjątkowo upalny. Większość uczniów wyległa tłumnie na błonia, wygrzewając się w słońcu i brodząc po kolana w ciepłej wciąż wodzie jeziora. Korzystano radośnie z łaskawości kapryśnej, brytyjskiej pogody i przedłużano sobie wspomnienie beztroskich wakacji. Za kilka tygodni nawał prac domowych uwiąże uczniów przy biurkach i w bibliotece.
Promienie słońca wpadały przez wysokie okna do gabinetu Albusa Dumbledore'a, odbijając się w kryształowych lampach i oślepiając nieco siedzącą w fotelu Fede. Ta zmrużyła oczy, ale ciepłe popołudnie, gorąca herbata i dyniowe paszteciki tak ją rozleniwiły, że nie zadała sobie trudu, aby się przesiąść. W lewej dłoni trzymała filiżankę, prawą powstrzymywała usadowionego na oparciu fotela Fawkesa, który w przypływie dobrego humoru usiłował rozwalić dziobem kunsztownie upięty kok Fede.
Naprzeciwko niej, w zacienionym kącie pokoju, siedziała profesor McGonagall, która rozmawiała półgłosem z Dumbledorem, co chwila rzucając wymowne spojrzenie na rozpartą niedbale młodą nauczycielkę. Dyrektor obserwował jej kwaśną minę z dobrze maskowanym rozbawieniem. Zawsze bardzo lubił Fede, cenił jej ambicję, wiedzę i dokładność. Inni nauczyciele (oprócz profesora Snape'a) podzielali jego opinię i byli z Fede na ty. Drugim wyjątkiem była nieprzejednana Minerwa McGonagall, która zwracała się do nowej nauczycielki per „profesor Fedele". To naturalnie uniemożliwiało jakiekolwiek próby ocieplenia wzajemnych stosunków.
- Zatem wszystko już omówiliśmy – podsumował Dumbledore. – Chociaż nie. Pozostał nam jeden problem. Drogie panie, czy Dolores Umbridge wizytowała wasze lekcje?
Obie kobiety zgodnie zaprzeczyły.
- W ciągu całego tygodnia widziałam Umbridge może ze trzy razy, na korytarzu – odparła Fede.
- Ja również – przyznała profesor McGonagall. – Aczkolwiek rozmawiałam z nią wczoraj po południu. Wspominała, że zamierza wizytować lekcje i poprosiła o dostarczenie jej szczegółowego planu zajęć wszystkich klas.
- I to wszystko?
- Tak.
- Jak miałyby wyglądać te wizytacje? – Fede pokręciła głową w niedowierzaniu. – I jakim cudem jedna osoba będzie w stanie oceniać nauczycieli poszczególnych przedmiotów? Czy wiadomo, jakie ta kobieta ma kompetencje? Bo przyznam, że nie rozumiem, jak ktoś nie będący fachowcem od transmutacji czy eliksirów miałby wydawać opinie o przebiegu zajęć. Zamierza zaglądać uczniom do kociołków?
- Droga profesor Fedele, tu naprawdę nie chodzi o wydanie rzeczowej, ani tym bardziej fachowej opinii – odezwała się chłodno profesor McGonagall.
Fede zdenerwował protekcjonalny ton wicedyrektorki. Bez względu na szacunek, jaki żywiła do opiekunki Gryffindoru, nie zamierzała dać się jej besztać jak niesforne dziecko.
- To oczywiste, że Knot wsadził nam na kark szpicla – odpowiedziała. – Pytanie tylko, kogo konkretnie i w jakim celu ma obserwować ta kobieta. I w jaki sposób ministerstwo magii zamierza wykorzystać tę wiedzę… - zawahała się, ale po chwili dokończyła nieco wyzywającym tonem – … Minerwo.
Profesor McGonagall posłała jej takie spojrzenie, że Fede omal nie udławiła się własną śliną.
- No no, drogie panie – łagodził Dumbledore. – To nie czas ani miejsce na osobiste pojedynki. Fede zadała rozsądne pytanie. Dolores Umbridge pracuje w ministerstwie magii od czasu ukończenia Hogwartu. Wiemy, że nie brała udziału – przynajmniej oficjalnie – w żadnych dodatkowych szkoleniach czy kursach. Niestety, jest coś, co powinno wzbudzić naszą czujność. Kingsley i Artur próbowali się dyskretnie dowiedzieć, czym dokładnie zajmowała się Umbridge w ministerstwie. I tu okazuje się, że według naszych informatorów zajmowała się wyłącznie robotą papierkową. Oficjalnie od kilku lat jest podsekretarzem w biurze Knota. Nie ma jednak informacji ani dowodów na to, jaką konkretnie pracę wykonywała wcześniej. A wiemy, że Korneliusz Knot nigdy nie przysłałby tu osoby, która odbiera pocztę i sprawdza księgi rachunkowe. Powinniśmy zatem przyjąć, że obowiązki Dolores Umbridge są dokładnie utajnione. To nie wróży dobrze. Dlatego nalegam, aby były panie bardzo ostrożne.
- To zrozumiałe – zgodziła się Minerwa McGonagall. – Niestety, dałam jej plany zajęć…
- I dobrze zrobiłaś – przerwał jej Dumbledore. – Nie chodzi o to, aby jawnie wystąpić przeciwko niej. Zalecam jednak daleko posuniętą czujność. O Dolores Umbridge nie wiemy praktycznie nic, dlatego radzę obserwować jej poczynania.
Zapadła ponura cisza. Fede w zadumie wyłamywała palce. Profesor McGonagall utkwiła posępny wzrok w przeciwległej ścianie. Dumbledore podniósł się i zaczął chodzić po pokoju, rozmyślając nad czymś. Cisza powoli stawała się nie do wytrzymania.
Wicedyrektorka sięgnęła do tacy po kolejny dyniowy pasztecik.
- Jak rozumiem, cieszy się pani z powrotu do Hogwartu? – zwróciła się niespodziewanie do Fede. – Spodziewam się, że francuski system oświaty, do którego pani przywykła, różni się nieco od naszego?
Fede uśmiechnęła się uprzejmie.
- Owszem – przyznała – ale nie stanowi to dla mnie problemu. Młodzież, brytyjska czy francuska, jest do siebie bardzo podobna. Pewne problemy są typowe dla wieku dzieciństwa czy dorastania, aczkolwiek dobrze jest pamiętać, że uczniowie, bez względu na narodowość, nie stanowią jednolitej masy. To zbiór odmiennych od siebie indywidualności, a skoro tak, trzeba umieć trafić do każdego ucznia z osobna. Jako doświadczony pedagog i opiekunka Gryffindoru z pewnością doskonale to pani rozumie.
Profesor McGonagall, która z założenia traktowała wszystkich uczniów jednakowo i do głowy by jej nie przyszło „trafiać do każdego ucznia z osobna", odebrała te słowa jako ironię.
- Weźmy choćby jednego z pani podopiecznych – kontynuowała spokojnie Fede. – Chodzi mi o Neville'a Longbottoma.
- O Longbottoma? Coś z nim nie tak? – zjeżyła się lekko wicedyrektorka.
Fede uniosła brwi.
- Wręcz przeciwnie – odparła. – Wszystko z nim w jak najlepszym porządku. To bardzo pilny, pracowity i zdolny uczeń.
Teraz to Minerwa McGonagall uniosła brwi.
- Tak pani sądzi?
- Ja to wiem – Fede upiła łyk wystygłej już herbaty. – Miałam już zajęcia z piątą klasą… ale o tym pani wie – dodała, przypominając sobie incydent z Malfoyem, którego profesor McGonagall nie zapomni jej do końca życia. – Problem Neville'a polega na tym, że on w ogóle w siebie nie wierzy. Z góry zakłada, że mu się nie uda, a takie rozumowanie to samospełniająca się przepowiednia. W efekcie każda klęska utwierdza go w przekonaniu o swoim braku talentu. I koło się zamyka. Kiedy jednak chce, potrafi pokazać, na co go stać.
Minerwa McGonagall przyglądała się uważnie profesorce od obrony.
- Ten chłopiec jest zdolniejszy, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać – ciągnęła Fede. – Problem w tym, że jeśli na początku zyskało się etykietkę nieudacznika i fajtłapy, to taka opinia ciągnie się za człowiekiem niczym ogon i bynajmniej nie pomaga w rozwijaniu swoich talentów.
Twarz opiekunki Gryffindoru wyrażała z trudem maskowane zdziwienie.
I w tym sęk, pomyślała Fede z uczuciem przykrości. Jak chłopak może mieć o sobie dobre zdanie, skoro nie docenia go nawet opiekun jego własnego domu?
Czując narastającą irytację, wstała i podeszła do okna. Przyciskając czoło do ciepłej od wrześniowego słońca szyby, dostrzegła wracającą z treningu drużynę Quidditcha. Po barwach szat rozpoznała Gryfonów. Wytężyła wzrok. Zdawało jej się, że jeden z zawodników odłączył się od drużyny i idzie sam, na końcu, kilka metrów za kolegami. Ze względu na odległość nie była w stanie rozpoznać twarzy. Dostrzegła tylko ciemne włosy.
W pewnym momencie chłopiec skręcił w bok i zniknął Fede z oczu. Kobieta zmarszczyła brwi. Reszta drużyny była tak pochłonięta rozmową, że niczego nie zauważyła. Ale po chwili od grupy odłączył się chłopak o płomiennorudej czuprynie, który pospiesznie podążył za kolegą.
Fede w zadumie potarła palcami nasadę nosa i odeszła od okna.
Gdy wkrótce potem zaczęła zbierać się do wyjścia, profesor McGonagall spojrzała na nią z ukosa i zwróciła uwagę:
- Pani włosy.
- Znowu? – westchnęła Fede, bezskutecznie próbując doprowadzić się do porządku, ale bez lustra i sporej ilości Ulizanny było to niewykonalne. Jej karcący wzrok spoczął na Fawkesie, który wytrzeszczał na nią niewinnie czarne ślepka. – Dyrektorze, zdecydowanie powinien pan sprawić sobie kota.
Dumbledore roześmiał się. Minerwa McGonagall zacisnęła wargi i dolała sobie herbaty.
x x x x x
- Jak widzę, twoje zdanie o Eunice Fedele nie uległo zmianie – zauważył Dumbledore, kiedy Fede już wyszła. – Chciałbym ci jednak przypomnieć, że ta młoda kobieta jest tu nauczycielką. A wszelkie spory pomiędzy członkami kadry uważam za wysoce nieprofesjonalne.
- Spory? – profesor McGonagall obdarzyła Dumbledore'a spojrzeniem wyrażającym najwyższą irytację. – Między mną a profesor Fedele nie doszło i nie dojdzie do żadnego sporu. Aczkolwiek nie ręczę za siebie, jeśli ta dziewczyna jeszcze raz zwróci się do mnie po imieniu.
- Fede nie chciała być nieuprzejma – odparł Dumbledore łagodnie. – Odnoszę wrażenie, że nieco ją sprowokowałaś, besztając niczym niesfornego uczniaka. To już nie jest uczennica, Minerwo.
- Ale nią była – nie ustępowała wicedyrektorka. – Uczyłam ją przez siedem lat i doskonale pamiętam, jaka była i jak się zachowywała. Nie mów, że o tym zapomniałeś, Albusie!
- Nie zapomniałem, jednak błędy młodości…
- Trochę za dużo było tych błędów. W porządku! – Minerwa uniosła dłonie w geście poddania się. – Przyznaję, dziewczyna była bystra i dawała się lubić, jeśli jej na tym zależało. Ale Albusie… te wszystkie brednie, które opowiadała… dobrze wiesz, że Eunice Fedele była sprytną, małą kłamczuchą!
Dumbledore zastukał palcami w blat biurka.
- Weź pod uwagę, Minerwo, że ludzie często kłamią ze strachu przed konsekwencjami swoich postępków – zwrócił uwagę. – Tak robią dorośli, a co dopiero nastolatki.
- Ale tej dziewczynie wszystkie łgarstwa spływały z ust tak gładko, jakby w życiu nie wypowiedziała jednego słowa prawdy! – uniosła się profesor McGonagall. – Świetnie pamiętam, jak patrzyła mi prosto w oczy, zapewniając „to nie byłam ja", podczas, gdy widziałam ją na własne oczy. Była przy tym tak przekonująca, że mało kto umiał ją przejrzeć. I ty jej ufasz? W sytuacji, kiedy wokół czają się zdrajcy, szpiedzy i poplecznicy Sam-Wiesz-Kogo, ty sprowadzasz tutaj osobę, której kłamstwo zawsze przychodziło równie łatwo, co oddychanie?
- Eunice Fedele nie ma natury kłamczuchy, Minerwo. Tarapaty, w jakie się pakowała, zmuszały ją do ratowania własnej skóry. Owszem, przyznam, że wielokrotnie obawiałem się o przyszłość tej dziewczyny. Miałem przeczucie, że mimo swojej inteligencji pewnego dnia wpadnie w kłopoty, z których nie da się jej wyciągnąć. Zgadywałem jednak, że problemy się skończą, kiedy Eunice dorośnie i opuści szkołę. I mogę stwierdzić, że wyszła na prostą. Madame Maxime bardzo ją chwaliła, z czego wnioskuję, że nasza droga Fede zaczęła posługiwać się rozumem.
- Ale chyba nie sądzisz, że się zmieniła?
- Nie. Tylko, że teraz nie ma to najmniejszego znaczenia. Dlatego bardzo cię proszę, Minerwo. Nie patrz z góry na tę dziewczynę. Daj jej szansę. Przekonasz się wkrótce, że Eunice zasługuje na nasze pełne zaufanie.
x x x x x
Na kolejną lekcję obrony przez czarną magią piątoklasiści nie przynieśli książek, zgodnie z tym, co mówiła im profesor Fedele na pierwszej lekcji. Wyjątkiem była oczywiście Hermiona, która niemal demonstracyjnie wyciągnęła podręcznik z torby i położyła go na stole.
- Co ty wyprawiasz? – spytał ją Harry półgębkiem. – Przecież słyszałaś, że nie będą nam potrzebne książki.
Hermiona wzruszyła ramionami i nie odpowiedziała. Na widok książki profesor Fedele zwęziły się jej oczy, ale nie zareagowała. Harry zdawał sobie sprawę z tego, że trudno byłoby ukarać ucznia za przyniesienie podręcznika (chyba, że jest się profesorem Snape'm, który ukarałby ucznia za zbyt głośne oddychanie), ale zachowanie Hermiony zakrawało na jawną impertynencję. Tylko czekać, aż profesor Fedele puszczą nerwy.
- Dzisiaj przećwiczymy w parach trzy zaklęcia – zapowiedziała nauczycielka. – Expelliarmus, Protego oraz Accio. Jedna osoba próbuje rozbroić przeciwnika, druga rzuca Zaklęcie Tarczy. W momencie, kiedy przeciwnikowi nie uda się osłonić i straci różdżkę, jego partner przywołuje ją do siebie. Jeśli Zaklęcie Tarczy podziała, wówczas rzucająca je osoba przechodzi do ataku.
Wszyscy powychodzili z ławek i poodkładali torby. Fede odsunęła stoły i krzesła pod ścianę. Uśmiechnęła się z satysfakcją, widząc, jak chętnie uczniowie ustawiają się w pary.
- Na razie tylko ćwiczymy – powiedziała. – A później urządzimy sobie zawody w turach. Osoba, która zostanie rozbrojona, odpada z gry i odchodzi na bok. Po każdej turze zwycięzcy łączą się w nowe i w ten sposób pojedynkujecie się, dopóki na polu walki nie zostanie jedna osoba. Na początek zaczniemy od Accio. Spróbujcie przywołać do siebie różdżkę przeciwnika. Zaczynają osoby od strony okna.
Z Zaklęciem Przywołującym większość osób nie miała problemu. Jednym z wyjątków był Neville, któremu znowu trafiła się Hermiona do pary. Profesor Fedele podeszła do niego, skorygowała ruchy nadgarstka, ale i to nie pomogło. Zdenerwowany Neville starał się jak mógł, ale nie udało mu się przywołać różdżki Hermiony (która oczywiście rzuciła zaklęcie bezbłędnie).
- Musisz się skoncentrować – tłumaczyła profesor Fedele. – Ruchy nadgarstka są jak najbardziej prawidłowe. Nie poddawaj się i próbuj.
Nauczycielka przeszła dalej, bacznie obserwując rzucających zaklęcia uczniów. Draco Malfoy, któremu szło wyjątkowo dobrze, dostał od niej pochwałę i dziesięć punktów. Do uszu Harry'ego doleciało pochlebcze „bardzo dziękuję, pani profesor", wypowiedziane tonem pełnym najwyższego szacunku.
Neville bezskutecznie machał różdżką. Stojąca przed nim Hermiona miała wyjątkowo zirytowaną minę, co z pewnością nie pomagało biedakowi. Po obejściu całej klasy profesor Fedele znów podeszła do Neville'a.
- Nie denerwuj się tak – przemówiła łagodnie. – Na poprzednich zajęciach szło ci wyjątkowo dobrze, pamiętasz?
- Pani profesor, to może ja pomogę Neville'owi? – wyrwała się Hermiona.
Profesor Fedele zmierzyła ją uważnym spojrzeniem.
- A pomożesz mu też zdać SUM-y? – zapytała.
Hermiona odetchnęła głęboko i spojrzała na nauczycielkę z wyraźna urazą. No to teraz się doigrała, pomyślał Harry.
- To bardzo ładnie, że chcesz pomoc koledze – powiedziała profesor Fedele łagodnie – ale obawiam się, że wyświadczasz mu niedźwiedzią przysługę. Powodem, dla którego Neville nie jest w stanie rzucić Zaklęcia Przywołującego, jest jego brak należytej koncentracji. To, czy Neville będzie w stanie odpowiednio się skupić, zależy wyłącznie od niego i nie bardzo rozumiem, w jaki sposób mogłabyś mu pomóc. Mam natomiast wrażenie, że bardzo go deprymujesz swoją poirytowaną miną.
Neville, który momentalnie stał się obiektem zainteresowania całej klasy, zrobił się czerwony jak burak.
- Poza tym nie widzę powodu, dla którego miałabyś mnie zastępować – kontynuowała nauczycielka. – To ja prowadzę lekcję, nie ty. Jestem w stanie poradzić sobie bez twojej pomocy.
Hermiona wyglądała, jakby dostała w twarz. Harry i Ron wymienili zdumione spojrzenia. Takie zachowanie Hermiony wobec nauczyciela było do niej niepodobne.
- Zróbmy tak – profesor Fedele mówiła lekkim tonem. – Neville, podejdź do mojego biurka i spróbuj ćwiczyć sam, na moim notesie. Być może bez partnera będzie ci łatwiej. Hermiono, wygląda na to, że zostajesz sama. Może więc dołączysz do koleżanek – Parvati i Lavender, dobrze pamiętam? – i poćwiczycie we trójkę, na zmianę?
Wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Uczniowie przećwiczyli Accio oraz Protego, a następnie zgodnie z zapowiedzią nauczycielki, zrobili sobie zawody. Wygrała Hermiona, pokonując w finale Malfoya i zarabiając dwadzieścia punktów dla Gryffindoru.
Harry pomyślał, że dzisiejsza lekcja obfitowała w szereg bardzo dziwnych wydarzeń. Zachowanie Hermiony, wyjątkowa uprzejmość Malfoya i jego umiejętności, o które Harry go nigdy nie podejrzewał – wszystko było na opak. W dodatku profesor Fedele wydawała się nie żywić urazy ani do Malfoya za jego wcześniejsze zachowanie, ani do Hermiony, nagradzając ich uczciwie punktami, na które zasłużyli.
- Nic z tego nie rozumiem – poskarżył się Ronowi.
- Ja też nie – wzruszył ramionami przyjaciel – ale wygląda to tak, jakby Malfoy i Hermiona zamienili się na charaktery.
x x x x x
Harry chciał porozmawiać z Hermioną, ale w związku z kolejnymi zajęciami tego dnia nie bardzo miał na to czas. Wyglądało na to, że nauczyciele postanowili przerobić program całej piątej klasy w jeden semestr, tak, jakby nagle przypomnieli sobie o czekających piątoklasistów SUM-ach. Uczniowie nie odetchnęli nawet wieczorem, kiedy już rozeszli się do swoich domów.
- Zamordują nas tą nauką, do licha! – wściekał się Seamus. - Wypracowanie dla Snape'a, McGonagall, referat dla Sinistry, rysunki dla Sprout. Dobrze, że chociaż Fedele nic nie zadała, bo bym się chyba z rozpaczy z okna rzucił…
Harry, Ron i Hermiona siedzieli przy jednym stoliku, którego połowę okupywała Hermiona ze swoimi pergaminami i stosem ksiąg. Jak to często bywało, nie odzywała się do nich i warczała, kiedy ktoś próbował ją zagadnąć.
- Hermiono, mógłbym cię o coś spytać? – do ich stolika zbliżył się Neville. W dłoniach trzymał grubą książkę w twardej okładce.
- Jasne – odparła zapytana nieco burkliwie. Po chwili dotarło do niej, że ktoś coś do niej mówił. Podniosła błędny wzrok na Neville'a, który przestępował z nogi na nogę. – Tak, o co chodzi?
Ton jej głosu nie zachęcał zbytnio do konwersacji, ale Neville'owi najwyraźniej bardzo zależało na tej rozmowie.
- Słuchaj, czy wiesz coś o mugolskiej jodze? – zapytał.
Harry i Ron wytrzeszczyli oczy i wymienili między sobą zdziwione spojrzenia. Ron rzecz jasna nie mógł mieć pojęcia o jodze. Harry też nie był ekspertem, ale oczywiście wiedział, co to jest.
- O jodze? – Hermiona zamrugała. – Naturalnie, że wiem, co to takiego. Moja mama regularnie ją ćwiczy. Ja sama kiedyś próbowałam, ale to nie dla mnie, umierałam z nudów... Neville, a po co ci to? Nie miałam pojęcia, że również czarodzieje uprawiają jogę.
- Bo nie uprawiają – odparł Neville. – Pierwszy raz o tym usłyszałem. Spójrz! – pokazał Hermionie książkę, którą ze sobą przyniósł. Harry i Ron pochylili się, aby zerknąć na okładkę i omal nie stuknęli się przy tym głowami. – Profesor Fedele mi ją pożyczyła. Mówiła, że regularne trenowanie jogi pomaga w koncentracji i że na pierwsze efekty trzeba trochę poczekać, nawet parę miesięcy, ale skoro do SUM-ów zostało jeszcze trochę czasu, to warto spróbować. To co o tym myślisz, to naprawdę działa?
Hermiona zacisnęła wargi.
- Skoro profesor Fedele mówi, że to dobra rzecz, to nie wiem, po co mnie o to pytasz – warknęła.
Na oczach osłupiałych kolegów zebrała wszystkie pergaminy, wrzuciła książki do torby i bez słowa pożegnania odmaszerowała do dormitorium dziewcząt. Zapadła cisza. Kilka osób siedzących przy sąsiednich stolikach odwróciło głowy, słysząc podniesiony głos Hermiony.
- No nie. Co ją ugryzło? – wyjąkał nieco przerażony Neville. – Czy ja coś powiedziałem nie tak?
Harry i Ron wzruszyli ramionami w milczeniu. Neville skrzywił się, ale nie kontynuował dyskusji. Zabrał książkę i usiadł w fotelu, ostrożnie przerzucając kartki.
Harry pochylił się ku Ronowi.
- Neville zadał dobre pytanie – powiedział. – Co się do licha dzieje z Hermioną? Zachowuje się co najmniej dziwnie. A na profesor Fedele ma chyba uczulenie.
- Daj spokój, czy ktoś kiedyś nadążył za Hermioną? – burknął Ron, stukając końcem pióra w pergamin. Na wypracowanie spłynął pokaźny kleks, ale chłopak zdawał się tym nie przejmować. – Może coś wyszło nie tak z Krumem, nie mam pojęcia. Spytaj ją, jak jesteś taki odważny.
- Jeszcze nie zwariowałem... z Krumem? – Harry dopiero po chwili skojarzył, o kim mówi Ron. – Zaraz... mówisz o Wiktorze Krum? A co jej miało z nim nie wyjść?
- Racja, zapomniałem, przecież nie spędziłeś wakacji razem z nami – zreflektował się Ron. Miał bardzo ponurą minę. – Korespondowała z nim przez całe lato. Pisała do niego całe epistoły, a jak raz podszedłem bliżej, to mało nie odgryzła mi głowy, że niby podglądam, co ona tam wypisuje. Jakby mnie to obchodziło... Sowa Syriusza mało nie wykorkowała z wyczerpania. Pomyśl, latać non stop do Bułgarii i z powrotem...
Harry'emu coś zaczęło się przejaśniać.
- To znaczy, że oni... eee... kręcą ze sobą? - zapytał ostrożnie.
Oczy Rona zdawały się ciskać iskry.
- Nie, skąd – powiedział sarkastycznie. – Oni tylko, według jej słów, utrzymują przyjacielskie kontakty, mające na celu nawiązania bliższych stosunków między czarodziejami z różnych krajów. Pamiętasz tę jej gadkę na Balu Bożonarodzeniowym? Też wtedy ględziła o współpracy i nawiązywaniu kontaktów. Tylko wiesz, ten Krum przysłał jej wisiorek. Z serduszkiem! – Ron wyglądał, jakby miał zamiar zwymiotować.
- Wisiorek z serduszkiem? – powtórzył tępo Harry.
- Tak, jakiś szmelc, z którym teraz się nie rozstaje. Całe lato nosiła ten chłam na szyi i głowę dam, że cały czas nosi. Jasna cholera! – dopiero teraz zorientował się, że połowę wypracowania ma upstrzoną kleksami.
Harry rozumiał reakcję Rona. Wprawdzie nie zwierzali się sobie na temat dziewczyn – nie było im to potrzebne, ponieważ każdy z nich wiedział, o kim myśli ten drugi – ale zazdrość Rona rzucała się wręcz w oczy. Jednak nawet zakładając, że Hermiona miała osobiste problemy i to wywoływało u niej rozdrażnienie, nie tłumaczyło to, dlaczego z taką niechęcią odnosiła się do nowej profesorki. Harry westchnął i podjął rozsądną decyzję. Zamiast analizować tok myślenia dziewczyn, pochylił się nad wypracowaniem z eliksirów.
x x x x x
Euan Abercrombie cicho płakał w poduszkę.
Jego koledzy już spali. W sypialni chłopców dało się słyszeć równe oddechy trzech uśpionych jedenastolatków.
Euan nie chciał, aby go usłyszeli. Jeszcze powiedzą, że maże się jak baba. A Euan bardzo nie chciał zostać uznany za mazgaja.
Kiedy jechał do Hogwartu, rodzice mówili mu, jaka to wspaniała szkoła. Tata, którego Euan bardzo podziwiał (tata wiedział i umiał wszystko) opowiadał z entuzjazmem, jak fajnie jest w Hogwarcie. Euan potakiwał, chociaż w głębi duszy miał cichą nadzieję, że rodzice jednak zostawią go w domu.
Tęsknił za domem. Za tatą, który opowiadał mu takie zabawne historie i zabierał na mecze Quidditcha. Za mamą, która była przy nim, kiedy jej potrzebował. Za starym psem, Dropsem, który każdego dnia budził Euana, wskakując mu na łóżko i próbując polizać go po twarzy. Za oknem pokoju, z którego było widać wierzbę, kremowymi babeczkami mamy, skrzypiącymi schodami na strych kryjącym wiele ciekawych rzeczy, ogródkiem z mnóstwem tulipanów i altanką, porannym kubkiem kakao z cynamonem.
Chciał do domu. Nie obchodzili go nowi koledzy, bał się nauczycieli, a zwłaszcza profesora Snape'a, który już na pierwszej lekcji wyśmiał jego nieudolnie uwarzony eliksir. Nie lubił też profesor McGonagall, która ofuknęła go, gdy niechcący wpadł na nią na korytarzu. Wspólne dormitorium było zawsze zimne, a z fotela przy kominku w pokoju wspólnym zawsze wyganiali go starsi Gryfoni.
Łzy Euana wsiąkały w poduszkę.
Było jeszcze za wcześnie, aby myśl o ucieczce zakiełkowała w jego głowie.
x x x x x
W innym dormitorium w wieży Gryffindoru pewien chłopiec obudził się przerażony i zlany potem. Przez chwilę leżał w milczeniu, pozwalając, aby resztki snu odpłynęły w niebyt, po czym okrył się zrzuconą na podłogę kołdrą i bezwiednie potarł czoło. Blizna znów dawała o sobie znać.
