Z dedykacją dla Bartka i jacekjana (jackajana:). Miłego czytania~!!
SARAH'S STORY, PART I
Pięść Sary trafiła prosto w twardą, męską szczękę, ale kolejny jej cios został sparowany. Oberwała w brzuch i aż zgięła się w pół. Krew pulsowała jej w żyłach; niemal czuła rozchodzącą się po ciele adrenalinę. Napastnik wykręcił jej rękę; syknęła z bólu, ale chwyciła go za szyję i wymierzyła kopniak w jego krocze. Zablokował go; czyżby była zbyt powolna?! Mężczyzna pchnął ją prosto na krzak róż rosnący na trawniku Clarków. Chwyciła go za skraj garnituru i pociągnęła za sobą. Przez szalone bicie serca coś usłyszała. Ktoś chyba kogoś wołał. Nie zastanawiała się nad tym wcale, przewracając atakującego na ziemię. Uderzyła go kątem dłoni w nos; natychmiast popłynęła krew. Ale po sekundzie to ona była pod nim z pistoletem przy skroni. Z trudem łapała powietrze z wysiłku i ze zdenerwowania. Czerwona kropla spłynęła po policzku mężczyzny i skapnęła na jej brodę.
- Gwen! – Usłyszała znowu; ktoś kogoś wołał. – Gwen!
Dopiero po kilku sekundach przypomniała sobie, że teraz to ona nazywa się Gwen.
Kim Clark nerwowo zaciskała dłonie na pasku do torby na laptopa, zasłaniając się przenośnym komputerem niczym obciągniętą czerwoną skórą tarczą.
- Gwen! Malik! Na Boga! Przestańcie! – Stuknęła obcasem o płytę podjazdu. – Dosyć!
- Pani Clark – powiedział mężczyzna, cofając pistolet; szczęknęła blokada. Sarah pomyślała, że obcy był gotowy ją zabić; tym bardziej uderzyło ją to, że oto przegrała. Podniósł się i zszedł z wydeptanego podczas bójki trawnika, chowając broń.
Kim ostrożnie przeszła nad kępką hiacyntów i wyciągnęła dłoń w stronę Sary.
- W porządku? – zapytała; w jej głosie pobrzmiało zdenerwowanie. Matka Johna zignorowała wyciągnięte ramię kobiety i szybko podniosła się z ziemi.
- Tak, pani Clark – odparła szybko, zerkając na nieznajomego. Był wysoki, o ciemniejszej karnacji i wschodnich rysach twarzy; jego chudą sylwetkę skrywał nieco za duży, ale nowy i z pewnością drogi garnitur, teraz nieco poplamiony krwią, którą mężczyzna mimo wszystko dosyć umiejętnie tamował poharataną dłonią.
- Możesz mi... – zaczęła. – Coś się stało? – zapytała drżącym głosem. – Linc?...
- Nic, pani Clark... Kim – poprawiła się. – Muszę... jechać – dodała, przypominając sobie o zniknięciu Savanny. – Muszę jechać. Moja córka... Muszę jechać.
Nie dała swojej pracodawczyni szansy na jakąkolwiek odpowiedź, szybko biegnąc w stronę służbowego samochodu. Otworzyła go pilotem i z niedomkniętymi drzwiami wytoczyła ciężkie auto na ulicę; czuła jednak, że straciła zbyt dużo czasu. Wykręcone ramię pulsowało tępym bólem. Obcokrajowiec był szybki i sprytny; gdyby chciał, mógłby ją zabić. Zagryzła wargę aż do krwi i dopiero słony smak w ustach pozwolił się jej skupić na tym, co teraz robiła. Savannah.
Przejechała dwa skrzyżowania na czerwonym świetle, słysząc za sobą wściekłe trąbienie; wreszcie zahamowała z piskiem opon i od razu pobiegła do bloku Ellisona. Mieszkanie było puste, ale drzwi otwarte na oścież. Nigdzie nie było śladu Savanny, Nicky, ani Cameron. Próbowała myśleć, skojarzyć wszystkie fakty. Przypomniała sobie, że ktoś dzwonił do drzwi, kiedy dziewczynka była sama; nikogo na korytarzu nie widziała, a tak przynajmniej utrzymywała córka Weaver. Ale Savannah miała coś w rękach. Kartkę papieru! Coś z niej czytała.
Sarah wyciągnęła telefon i wybrała numer Nicky, jednocześnie wracając do komputera. Na ekranie widziała otwarte okno kamery i wnętrze swojego pokoju u Clark. Zatrzasnęła monitor laptopa; miała jednak wrażenie, że zanim to zrobiła, dostrzegła ruch po drugiej stronie połączenia. Tymczasem Nicky nie odbierała.
Wybrała Ellisona z ubogiej listy kontaktów, ale numer był zajęty; przeklęła. Zaczęła oglądać się za kartką, którą mogła mieć Savannah. Nie było jej jednak przy laptopie. Kobieta wstała i wyszła na korytarz, nadal się rozglądając. Zajrzała do pokoju, gdzie trzymali Cameron, ale tam też niczego nie znalazła.
Nagle usłyszała skrzypnięcie podłogi. Przypadła do ściany; nie miała broni. Sięgnęła po leżącą na komodzie muszlę; była duża, dosyć ciężka, o ostrych wypustkach. Niczego lepszego nie znalazła. Zacisnęła palce na swojej „broni" i czekała.
- Nicky? – Usłyszała głos Ellisona. Poczuła ulgę, która na chwilę przyćmiła jej instynkt. Szybko wychyliła się zza ściany. Padł strzał; Sarah upuściła muszlę, która rozbiła się na mnóstwo drobnych kawałków. Kula na szczęście minęła jej głowę i wbiła się w ścianę.
Mężczyzna opuścił pistolet.
- Saro! Cholera! Mogłem cię zabić! Cholera!
- Nie ty jeden dzisiaj – powiedziała, starając się uspokoić. – Gdzie Nicky?
- Nie wiem, dzwoniła do mnie. Będzie z kwadrans. Powiedziała, że Savannah zniknęła. Razem z terminatorką. – Wyciągnął telefon i przystawił go do ucha. – Co tutaj się stało? Ta robocica jest ciężka jak ołów. Kto ją mógł wynieść?! Sama raczej nie poszła. A Savannah?... Boże. Nicky?! – wrzasnął do słuchawki.
- Jestem! – Usłyszeli z progu; hakerka zziajana wpadła do mieszkania. – Nie... ma jej!... Savvy!... I Cameron. Przebiegłam... całą okolicę. Nic... Nikt nic nie widział... Rany!... – Dziewczyna osunęła się na kanapę. – To moja wina, moja wina... – Rozpłakała się. – Moja... wina...
- Nicky! – krzyknęła Sarah. – Przestań! Słyszysz?!
- Musimy zastanowić się, co dalej – powiedział James starając się opanować drżenie głosu.
- Wiem – przyznała kobieta; Nicky dalej płakała. – Wiem... – Nieświadomie obracała komórkę w dłoni, a kiedy ta nagle zadzwoniła, o mało jej nie upuściła. Na wyświetlaczu pojawiło się KIM CLARK.
Odebrała.
- Gwen, dzięki Bogu! – Usłyszała w słuchawce. – Wszystko w porządku?... Twoja córka?...
- Tak, moja córka... jest chora. Musiałam... odebrać ją ze szpitala.
- Czy to coś poważnego?
- Nie, spadła z konia w klubie jeździeckim – skłamała szybko, widząc naklejki kucyków Pony, którymi Savannah obkleiła lodówkę. – Złamała... nogę, ale moja siostra... jej ciotka zaopiekuje się nią teraz. Jest dobrze.
- Całe szczęście! Przepraszam za to... Powinnam była ci powiedzieć, że zatrudniłam jeszcze jednego ochroniarza. Wymogi firmy, sama rozumiesz. Czuję się już jak prezydentowa. Albo Madonna może...
- Wybacz, Kim, nie za bardzo mogę rozmawiać. Prowadzę...
- A, tak, wracaj szybko. Pozdrów córkę.
Rozłączyła się bez pożegnania.
Nad kubkami kawy Sarah opowiedziała im, co widziała przez kamerkę.
- Może ktoś podrzucił jakiś list? – podsunął Ellison.
- Możliwe – przyznała kobieta – ale nic nie znalazłam.
- Nie pójdziemy na policję? – zapytała cicho Nicky. – Nie możemy, prawda?
- Na razie nie – odparł były agent FBI. – Ona nie mogła od tak wstać i wyjść. Znaczy... to. Terminatorka.
- Była rozwalona – mruknęła dziewczyna. – Bez chipa...
- Rozwalona... – powtórzyła Sarah i nagle coś sobie przypomniała.
Musisz naprawić Cameron. Tajemniczy głos w słuchawce. Wyciągnęła telefon i przez chwilę się w niego wpatrywała.
- Saro? – Usłyszała głos Jamesa. – Czy wszy...
- Muszę zadzwonić – przerwała mu szybko, wstając. Wybrała numer spisany z wnętrza koperty z jej imieniem i nazwiskiem pod nazwą „Pan X" i przystawiła telefon do ucha.
Po dwóch sygnałach usłyszała oddech. Żadnego „słucham", czy „halo".
- Jesteś tam?! – krzyknęła.
- Jestem. O co chodzi, Saro?
- Ty mi powiedz! Każesz mi naprawić Cameron, Nicky ma jakimś cudem plany jej konstrukcji, po czym terminatorka znika! Razem z Savanną!
Przez chwilę milczał.
- Niefajnie – mruknął w końcu; roześmiała się nerwowo. Miał tylko tyle do powiedzenia?!
Dokładnie to wykrzyczała mu do słuchawki.
- Odezwę się jutro – odpowiedział spokojnie i rozłączył się.
Brzmiał inaczej niż kiedy rozmawiała z nim po raz pierwszy. Jemu chyba też coś leżało na sercu.
- Co teraz? – zapytała bezsilnie Nicky.
- Sarah wraca do Kim – odezwał się Ellison. – My objedziemy okolicę. Może jednak ktoś coś widział.
Wymienili spojrzenia i kobieta skinęła mu głową.
Po powrocie do Clarków Sarah nie mogła sobie znaleźć miejsca. Kiedy robiła kawę, do kuchni wszedł ochroniarz Kim i zmierzył ją uważnym wzrokiem.
- Ninajlepij zaczęliśmy – powiedział z obcym akcentem. – Jestem Malik.
- Gwen. Przepraszam za nos.
- To nic. – Nakrył go dłonią, dotykając ostrożnie. – Jestem... przyzwyczajony.
Posłała mu mało serdeczny uśmiech. Mężczyzna wycofał się z kuchni z podobnym grymasem na twarzy. Upiła łyk kawy.
- Gwen. – Usłyszała. Linc podszedł do kredensu. – Twoja córka? Okej?
- Jasne. Okej – mruknęła. – Okej.
Chłopak sięgnął po kubek prawą ręką i Sarah złapała się na tym, że gapi się na jego bliznę. Zauważył to i cofnął ramię.
- To długa historia – mruknął i wyszedł z kuchni.
