3.

-„ Myślałam, że to ja powinnam być zdenerwowana, Koala boy…"- zaśmiała się lekko, patrząc, jak Bobby pobladł na widok wysokiego oficera marynarki wojennej, machającego do nich dziko. -„Uspokój się, bo jak zemdlejesz, to cię nie podniosę. Jesteś dla mnie za duży!"- dokuczała mu wesoło.

-„ Tara, luv… Nie byłbym zdenerwowany, gdybyś raczyła mnie uprzedzić, że z lotniska odbierze nas twój ojciec…"- ironizował, by pokryć zdenerwowanie. Co innego, udawać jej chłopaka przed skretyniałymi kolegami, a co innego, nabierać Admirała Jamesa „Barakudę" Williams'a- Szefa Floty na całym Wschodnim Wybrzeżu…

-„ Spokojnie, Crash! On tylko tak wygląda…"- pocieszała go psotnie. -„ Póki będzie miał pewność, że szanujesz swoją dziewczynę, która, tak się złożyło, jest jego jedyną córką, nie rzuci cię rekinom na pożarcie!"

-„ Ach, jaka ulga!"- zripostował, przewracając oczami.

Pchając wózek z bagażem, powoli zbliżali się do głowy rodziny Williams, a kiedy dzieliło ich nie więcej niż dwa-trzy metry, Tara biegiem puściła się w rozpostarte ramiona ojca.

-„ Witaj, tatku!"- krzyknęła radośnie, ściskając admirała i całując go w policzek.

-„ Witaj, kluseczko! Świetnie wyglądasz! Waszyngton z pewnością ci służy…"- powiedział uszczęśliwiony James na widok córki, której nie widział od kilkunastu miesięcy.

-„ Oj, tatku! Widzę, że wzrok ci się pogorszył!"- zażartowała, a gdy ojciec zabawnie pogroził jej palcem, roześmiała się i przystąpiła do prezentacji. -„ Tato… Pozwól, że ci przedstawię… To jest Bobby Manning, mój…"

-„ Chłopak…"- dokończył Crash, obejmując jednym ramieniem Tippy i wyciągając drugą rękę w powitalnym geście. –„ Jest mi bardzo miło poznać wreszcie ojca Tary. Wiele słyszałem o Panu, Panie Admirale…"- powiedział grzecznie Bobby. Ostatnią rzeczą, jakiej chciał, było przypadkowe obrażenie potencjalnego teścia…

-„ Zapewniam cię chłopcze, że to wszystko prawda…"- powiedział „ Barakuda" poważnym tonem, lecz natychmiast zepsuł efekt salwą głośnego śmiechu, któremu zawtórowała córka.

Crash patrzył na oboje, nie bardzo wiedząc, jak się zachować. Po raz pierwszy go zatkało. James zmierzył go wzrokiem i powiedział wesoło:

-„ Nie martw się Bobby… Jak długo moja córeczka jest zadowolona, ja też jestem zadowolony, a to oznacza, że jeszcze trochę pożyjesz!".

Po tych słowach poklepał go po plecach i wskazał na wyjście.

-„ Jedźmy, mama czeka z obiadem!"

Przez całą drogę do domu Williams'ów, Bobby czuł na sobie wzrok Jamesa, który przyglądał mu się we wstecznym lusterku, zaciekawiony towarzyszem Tary i agent nie mógł pozbyć się wrażenia, że rentgen w oczach admirała prześwietla go na wskroś.

-„ Nie chcę wiedzieć, co by ze mną zrobił, gdyby dowiedział się, że to wszystko ściema. Byłoby o wiele łatwiej, gdybyśmy naprawdę byli parą…"- pomyślał agent, zerkając na Tippy, wygodnie rozciągniętą w fotelu obok kierowcy. Zważywszy na okoliczności, była bardziej relaksowana niż on sam. Kiedy rozmawiali wieczorem, była przygnębiona i zdenerwowana, a dziś…Spokój, opanowanie i piękno. Miał tylko nadzieję, że choć w malutkiej części był odpowiedzialny za tak krańcową zmianę jej nastroju…

Spojrzenie, jakim Crash obrzucił Tippy, nie uszło uwadze jej ojca, który uśmiechnął się pod nosem. Było coś w tym chłopaku. Nie był jeszcze pewien, co, ale miał całe trzy dni, żeby to odkryć. Jedyne, czego był pewien to fakt, że owe coś miało dobry wpływ na Tarę, a to było najważniejsze.

-„ Mam nadzieję, że koniec końców, naprawdę zostaną parą… Lubię tego chłopaka, nawet, jeśli uważa mnie za głupca, który nie zna własnej córki…"- pomyślał admirał.

Jakikolwiek cel miało to przedstawienie, on, James „ Barakuda" Williams, miał zamiar dobrze się bawić, biorąc w nim udział!

Mała blond - agentka spoglądała ukradkiem na ojca. Wyglądało na to, że dał się nabrać na historyjkę z chłopakiem.

-„ Przykro mi tatku, że cię okłamałam, ale skoro ty uwierzyłeś, uwierzy i reszta…."- myślała z poczuciem winy. Musiała mieć tę pewność. To, dlatego nie powiedziała Bobby'emu o spotkaniu z ojcem. Chciała zobaczyć, jak zachowa się w sytuacji, której nie jest w stanie przewidzieć. Nie to, żeby w niego wątpiła. W polu, podczas zadań, nie raz widziała go w akcji, ale ta „misja" była zupełnie inna. Tu wchodzili w grę ludzie, których znała, i którzy znali ją. Oboje musieli być przekonujący tak, jakby od tego zależało ich życie. W pewnym sensie, w jej przypadku, tak właśnie było. Jeśli wszystko się uda, nareszcie zostawi w tyle tamto upokorzenie i może wreszcie zacznie normalnie żyć, uwierzy w siebie…

Usiłując zachować pozory pełnego relaksu, uśmiechnęła się szeroko do taty, a potem do Crasha. Odpłacił się tym samym. Jego przyjazna twarz i te zabójcze dołeczki sprawiły, że już do końca drogi nie przestała się uśmiechać.

Parkując na dużym podjeździe przed rezydencją Williams'ów, cała trójka pogrążona była we własnych myślach. Gdyby zdecydowali się wypowiedzieć je na głos, zapewne ze zdziwieniem odkryliby, jak były zbieżne. Na razie jednak, milczeli, zdecydowani grać swoje role, jak długo się da…

-„ To będzie długi weekend…"- pomyśleli, wchodząc do domu, gdzie czekała z poczęstunkiem pani Hannah Williams - matka Tary, kolejna, niewinna ofiara ich podstępu…

TBC