Rozdział 3

Przez następne dwa tygodnie Luke, Rey, a czasami i Mace, próbowali zrozumieć i opanować instrukcję obsługi okrutnej maszyny. Tego ranka Windu ciężko pracował nad instrukcją wspomagając się samogonem. Około południa postanowił się zdrzemnąć w cieniu skały. Śniło mu się coś pięknego, ale co tego by nigdy nikomu nie opowiedział. Na jego twarzy widoczny był jednak pogodny, dobroduszny uśmiech. Uśmiech, który pojawiał się u niego tylko, gdy spał. Luke spojrzawszy na niego sam się uśmiechnął. Naprawdę lubił tego jedia. Wszedł do jaskini. Tam nad instrukcją siedziała Rey. Luke usiadł obok niej i spytał:

- Jak ci idzie?

- Dobrze. Chyba już wiem jak rozwalić to dziadostwo. Powinniśmy się pośpieszyć, zanim Maz Kanata stanie się jeszcze potężniejsza.

- Tak. Masz rację, ale najpierw musimy porozmawiać. Jesteś pewna, że tego chcesz? Że powinnaś z nami lecieć? Jesteś młoda i zdolna. Masz całe życie przed sobą, a ta misja nie może skończyć się dobrze. Teraz wiem na pewno, że jesteś dobrą osobą i ostatnie czego bym chciał, to widzieć cię w towarzystwie Maz Kanaty. Zasługujesz na coś lepszego niż to, co cię może tam spotkać.

- A co może stać się złego? Przy tobie nic mi nie grozi. Razem ją pokonamy. Powiedziałam już, że cię nie zostawię. Nie teraz, gdy ważą się losy galaktyki.

- A potem? Co będzie potem? Nawet jeśli ją pokonamy to co będzie potem? Ponowne spotkanie z Maz Kanatą może zbytnio odmienić twoje życie. To z czym przyjdzie ci się zmierzyć, może okazać się niewyobrażalnie trudne i bolesne. Nie wiesz wszystkiego.

- Więc mi powiedz.

- Chciałbym, ale naprawdę nie wiem jak. Jestem słaby. Nie zasługuję na twą pomoc i oddanie. Nie zasługuję nawet na tę wyspę. Ani na samogon.

- Dlaczego tak myślisz? To co się stało, nie było twoją winą tylko jej. Nie możesz wiecznie oskarżać siebie. Mistrzu… Luke…

Wtedy oboje coś wyczuli. Wyczuli, że Windu jest w niebezpieczeństwie. Wybiegli w pośpiechu z jaskini sięgając po swoje miecze świetlne. Zobaczyli, że do śpiącego Windu zbliża się jakaś bestia, chcąca najwyraźniej go zjeść. Potwór miał płetwy, sierść, kły, pazury, rogi, kolce. Miał wszystko. Luke i Rey pobiegli w kierunku bestii. Nie wiedzieli, jak ją powstrzymają. Wiedzieli tylko, że muszą powstrzymać. Luke zaatakował ją z prawej strony, Rey z lewej. Z tych obu stron jednocześnie obcięli łeb bestii tak, że ich miecze się spotkały, a złowroga głowa potoczyła się do morza. W tamtej też chwili serce potwora przebił fioletowy miecz Mace'a Windu. Luke uśmiechnął się z ulgą i powiedział:

- Piękna współpraca.

- O tak!-przyznała Rey- Już bardziej nie dało się jej zabić.

- Zawsze się da.-powiedział Windu- Tylko po co? Po co w ogóle to zbiegowisko?

- Chcieliśmy cię ratować.-powiedział Luke

- Lepiej ratujcie siebie przed własną głupotą. Ja sobie poradzę. Co to ja nie jedi?

- Spałeś! – zauważyła urażona niewdzięcznością Mace'a Rey

- I co z tego, że spałem? Co to ja pijany? Zamiast uganiać się za morskimi potworami, zajęlibyście się raczej przyczyną tego, że takie stwory wychodzą na ląd i napadają na ludzi, bo to naprawdę nie jest normalne.

- Myślisz, że ktoś nakłonił tego stwora do wyjścia?- spytał zaniepokojony Luke

- A ty co myślałeś?

- Nic. To nagły zwrot akcji.

- Jak dla kogo.-odparł Mace- Taki z ciebie jedi. Nic nie widzisz, nic nie słyszysz i nic nie wiesz. Czujesz jak człowiek, a nie jak jedi. Sterowanie potworami to wielka sztuka, która wymaga wielkiej potęgi. Wszyscy wiemy, kto posiadał te zdolność.

- Jar Jar!- zawołał Luke- Ale on nie żyje.

- Może się odrodził- powiedziała Rey

- Nie zdziwiłbym się, ale nie tym razem.-powiedział Windu i pogardliwie dodał- Wiecie co? Zagrajmy w grę. Dokończcie zdanie: Uczennicą i spadkobierczynią mocy Jar Jara jak i jego marnym odpowiednikiem w tych beznadziejnych czasach jest…

- Maz Kanata!-zawołali jednocześnie Luke i Rey

- Świetnie! Gratuluję! Wygraliście cię po butelce samogonu. I co teraz z tym zrobicie? Z Maz Kanatą. Nie pytam o samogon.

- Przestań, Mace! To poważne.- stwierdził Luke- Sugerujesz, że ona jest na tej planecie?

- Ach ta wasza wrażliwość na moc!- zawołał Windu- Naprawdę nie wyczuliście, że coś się na tej naszej planetce zmieniło? Wszystko wam trzeba od zera tłumaczyć? Zamiast na odczuwaniu tego, co dzieje się wokół was, skupiacie się na własnych, prywatnych uczuciach. Coraz mniejszy z was pożytek. Dobra. Przesadziłem. Oboje byliście krótko szkoleni, a za moich czasów nie było lepiej. Poszło nas czterech na jednego sitha, a już po chwili zostałem z nim sam. Zresztą nie mówmy o tym. Wróćmy lepiej do Maz Kanaty. Ewentualnie do samogonu.

- Jak ona do nas trafiła?-spytała Rey

- Przypadek? –spytał Luke

- Nie sądzę.-odparł Windu- Pewnie przyczepili nadajnik do Sokoła.

- Dlaczego nie zjawiła się wcześniej?-spytała Rey

- Myślę, że przez cały ten burdel, któryście zrobili. Starkiller unicestwiony, Kylo Ren pokonany, a Snoke sfrustrowany. Stracili pewnie wiele danych. Wybuchło zamieszanie. Z czasem, być może, przypomnieli sobie o nadajniku i odtworzyli jego trasę kosmiczną. Nie wiem. To nieważne. Wiem, że czuję na tej planecie nową potęgę. Sami wymyślcie co z tym zrobić.

Luke i Rey zaczęli więc z dostępnych zapisków kompletować mapę planety i zastanawiali się gdzie mogła umiejscowić się Maz Kanata. Wieczorem postanowili oczyścić swe umysły przez spędzenie miło i wesoło wieczoru. Usiedli więc wszyscy troje przy ognisku. Pili samogon, a Windu grał na gitarze i śpiewał. Już nie raz w takie wieczory śpiewał pieśni, były one jednak przeważnie powolne i smutne. Tego zaś wieczoru jego pieśni były weselsze, a już na pewno żywsze. Toteż i Luke się ożywił i nawet nie zauważył, jak nogi same zaczęły mu chodzić. Windu uśmiechnął się na to z pogardą. Nic nie powiedział, ale Luke wiedział, że zaraz powie. Spojrzał więc pośpiesznie na Rey i spostrzegł, że ona także mu się przypatruje, ale nie z pogardą a zaciekawieniem. Nie czekając na komentarz Mace'a Luke powiedział:

- Tak. Dawno już nie tańczyłem. Gdy byłem młody zdarzało się.

- I dobrze ci szło?- spytała Rey

- Z pewnością lepiej niż teraz.-powiedział Windu

Luke, częściowo na złość przyjacielowi, a częściowo by nie siedzieć tuż obok niego rzekł nieoczekiwanie do Rey:

- Zatańczymy? Wtedy się okaże.

Właściwie nie wierzył, że kobieta się zgodzi. Ku jego wielkiemu zdziwieniu rado przystała na tę propozycję. Windu czuł, że nawet nie musi tego komentować. Zamiast tego zaśpiewał jakąś wesołą piosenkę o nie wiadomo czym. Luke zaś tańczył i tańczył z Rey ciesząc się każdym jej spojrzeniem i każdym uśmiechem. A przecież wciąż pamiętał tamte czasy, gdy była jego wrogiem. Wtedy nie przyszło by mu do głowy, że kiedykolwiek z nią zatańczy, ani tym bardziej, że sprawi mu to taką przyjemność. Ona, choć nie pamiętała tamtych czasów, również z zaskoczeniem doszła do wniosku, że złączenie swego losu z losem Luka było najlepszym, co mogło ją spotkać. Mace Windu patrząc na tych dwoje również doszedł do pewnych refleksji. Stwierdził, że najlepsze z czym mógł związać swoje życie to muzyka i samogon.