Kolejny rozdział. Historia powoli chyli się ku końcowi, planuję jeszcze dwa rozdziały i bynajmniej nie będę pomijać w nich, tak istotnego elementu fabuły, jak akcja :-)
Beta: Marinaa 93 (dziękuję!)
Było skromnie. Mike był typowym przedstawicielem klasy średniej. Jego kawalerka była właściwie miejscem, do którego przychodził spać, resztę dnia spędzając w szpitalu. Niezależnie od tego co mówił o swoich studentach, lubił swoją pracę, co skutkowało zostawaniem po godzinach. Mimo tego, że bywał w mieszkaniu dość rzadko, miało ono ten indywidualny rys, który odróżniał je od hotelu. Na szafkach stały jakieś przykurzone bibeloty, a biblioteczka wypełniona była po brzegi, głównie książkami z zakresu medycyny. Mała kuchnia, mała łazienka. Wszystko w tym mieszkaniu wydawało się małe. Była to bardzo przyjemna odmiana, od wielkich i pustych sali w rezydencji. Mike rzucał co chwilę niespokojne spojrzenia, ale Sherlock czuł się w tej niewielkiej przestrzeni nadzwyczaj dobrze. Szybko zaaklimatyzował na swoje potrzeby kanapę i mały stolik. Kiedy gospodarz wszedł do pokoju z kolejną porcją herbaty, Sherlock już szalał po sieci, z laptopem na kolanach, kompletnie wyłączony na otaczającą go rzeczywistość. Stamford, który nie miał w nawyku oceniania ludzi, nawet nie mrugnął. Po prostu postawił kubek w zasięgu ręki gościa i poszedł do swojej rzadko używanej sypialni. Sherlock w tym czasie tworzył swoje życie. Nie łudził się nawet przez chwilę, że Mycroft go tu nie znajdzie. Wielki brat widział wszystko. Z pewnością obserwował go przez cały czas, od ich rozmowy, przez wyrzucenie komórki do śmietnika, aż do wizyty w szpitalu. Owszem, udało mu się wyłamać ze schematu, ale nie znaczy to wcale, że pozbył się nadzoru. Gdyby tylko zechciał, brat mógłby go stąd wyciągnąć w niecałe 10 minut. Nie robił tego, bo Sherlock nie dał mu wystarczających podstaw do działania. Nikt nie powiedział, że nie ma prawa odwiedzać znajomych. Wymeldowanie się z hotelu też można jakoś wytłumaczyć. Wiedział, że ma przynajmniej dzień zapasu, po tym czasie Mycroft będzie mógł podjąć jakieś środki zaradcze. Właśnie dlatego siedział teraz z komputerem, organizując, planując i kupując. Co miesiąc, na jego konto bankowe wpływała niewielka sumka. Oczywiście, zgodnie z testamentem świętej pamięci seniora Holmesa, bracia dostali sprawiedliwie po połowie majątku. Holmes młodszy miał jednak do swojej części ograniczone prawa i Mycroft z racji sprawowania nad nim opieki, miał prawo do wydzielania mu małych części jego funduszy. Na tyle dużych, żeby miał iluzję swobody, na tyle małych, żeby nie mógł się usamodzielnić… Przewidywał, że Sherlock wyda wszystko na swoje eksperymenty albo inne głupoty, tymczasem Holmes młodszy od dłuższego czasu realizował plan oszczędnościowy. Zdawał sobie oczywiście sprawę z faktu, że brat ma ciągły wgląd w jego konto, dlatego zgodnie z jego przewidywaniami, podejmował spore kwoty gotówką. Nie wydawał ich jednak, a wpłacał na inne konto. Jedynym powodem, dla którego Mycroft nie wiedział o jego istnieniu był fakt, że zwyczajnie nie wpadł na taki pragmatyzm ze strony „młodszego braciszka". Tym sposobem dysponował całkiem niezłym kapitałem na „tajnym" koncie i mniejszym, pozwalającym pokryć codzienne wydatki na koncie „oficjalnym". Spodziewając się szybkiej blokady, po drodze do mieszkania zajechali do bankomatu. Za jego pomocą, opróżnił tajne konto wypychając kieszenie sporą ilością banknotów. Najważniejsze było skompletowanie jak największej ilości papierów, które potwierdzałyby jego całkowitą poczytalność i umożliwiły start w „normalnym" życiu. Oczywiście, papiery nie były żadnym argumentem przeciwko Mycroftowi, ale chciał mu, choć trochę utrudnić zadanie. Nad ranem był już obeznany w większości kwestii. Pozostała tylko praca. Kiedy Mike wstał rano, Sherlock raczył się w kuchni kawą. Wymienili krótkie powitanie, (ze strony Stamforda dość zaspane) po czym gospodarz zabrał się za robienie śniadania. Gość grzecznie odmówił tłumacząc, że żyje głównie na kofeinie.
„Mike," zagadnął „nie macie chwilowo żadnej pracy w szpitalu?" Pytanie nie było zbyt konkretne ani składne, ale spodziewane.
„Niestety. Wszystko zajęte, przykro mi."
Sherlock ani zaskoczony, ani strapiony kiwnął głową.
„Chociaż w zasadzie.." zaczął zamyślony Mike „wiesz, w zasadzie brakuje nam speców od IT".
Tego dnia, wybrali się do szpitala razem. Sherlock nie próbował udawać, że perspektywa pierwszej pracy specjalnie go ekscytuje. Mike nie próbował poprawiać atmosfery, zwyczajowymi w takich sytuacjach farmazonami. Okazało się, że w Barts chętnie przyjmą nową twarz. Dział IT pełen był młodych mądrali, w koszulach i pod krawatami. Sherlock skrzywił się nieznacznie na widok tych wszystkich sztywniaków, których życie obracało się wokół zer i jedynek.
To był bez wątpienia, najgorszy pierwszy dzień w pracy, w historii szpitala. Po raz pierwszy zdarzyło się, żeby nowo przyjęty pracownik poprawiał kierownika. Pozostali pracownicy, mieli do niego bardzo otwarte nastawienie, dopóki nie otworzył ust. Pod koniec dnia, dowiedział się, że owszem, doceniają jego umiejętności, ale muszą przemyśleć kwestię zatrudnienia, więc oddzwonią. Sherlock poczekał, aż Mike skończy pracę, po czym obaj udali się do mieszkania Stamforda. Mike wracał do siebie, a Sherlock po rzeczy. Żaden nie poruszył tematu pracy.
Mimo zapewnień Stamforda, że „oczywiście, że nie będziesz przeszkadzał", Sherlock wyniósł się z mieszkania niemal natychmiast po powrocie. Lepiej niż Mike zdawał sobie sprawę z tego, że mieszkanie we dwójkę, choćby tylko dni, nie najlepiej wpłynęłoby na ich przyszłe relacje. Był wdzięczny za okazaną mu pomoc, nie chciał wymagać więcej, niż sam mógłby ofiarować. Dzięki wykonanej, w międzyczasie, rozmowie telefonicznej i dostępowi do sieci, udało mu się umówić na spotkanie w sprawie potencjalnego mieszkania. Stawił się na miejscu pięć minut przed czasem, z nową komórką w kieszeni i walizką przy boku. Właściciel mieszkania, bardzo starał się nie okazać ciekawości, na widok młodego mężczyzny, który najwyraźniej zamierzał wprowadzić się w trybie natychmiastowym. Mieszkanie okazało się szare. To była pierwsza myśl Sherlocka po przekroczeniu progu. Małe, ciasne i szare. Jednocześnie, było małe, ciasne i tanie, co stanowiło wybitnie dobry argument. Zapłacił za trzy miesiące z góry i został sam, w swoich szarych ścianach. Nie przejmował się zawartością walizki, która i tak była niewielka. Nic nie wyciągnął, niczego nie ustawiał. Wyszedł po niedługiej chwili, mając w zamiarach realizację rozmowy z Liz. Znienawidzonym metrem dotarł w okolice gabinetu terapeutki, do celu czekał go jeszcze kilkuminutowy spacer. Ruszył raźno przed siebie, przez dłuższą chwilę udając przekonująco, że nie widzi czarnego BMW jadącego powoli za nim. Najwyraźniej kierowcy znudziła się zabawa, albo zwyczajnie stracił cierpliwość, bo po minucie podjechał i zatrzymał się przy krawężniku. Sherlock nawet nie zwolnił. Szedł twardo przed siebie, sprawiając wrażenie niespecjalnie zainteresowanego czymkolwiek. Auto, niemal od razu ruszyło za nim. Tym razem nie zatrzymało się przy krawężniku, tylko wolno jechało obok niego, a okno pasażera otwarło się ukazując, skrzywioną w grymasie, twarz Mycrofta.
„Sugeruję drogi bracie, żebyś jednak wsiadł, do tego auta."
„Jestem umówiony na spotkanie Mycroft. Przeszkadzasz." Wyrzucił Sherlock przed siebie.
„Mówisz o spotkaniu z terapeutką? Niestety, w wyniku pewnych nieprzewidzianych okoliczności, pani Liz Brealey zmuszona była odwołać wizytę, więc jak widzisz, masz wolną chwilę."
Sherlock westchnął teatralnie i zatrzymał się, równocześnie z autem.
„Po co to wszystko, Mycroft?" Zapytał siedząc już wygodnie we wnętrzu.
Holmes starszy przez chwilę bawił się parasolem (trzyma go nawet w aucie –przemknęło Sherlockowi przez głowę), dopiero po chwili kontynuując rozmowę.
„Podjąłeś pewne… nieoczekiwane kroki".
„Nie obrażaj mojej inteligencji, przewidziałeś taki scenariusz. Mów krótko czego chcesz, nie mam czasu na pogaduszki."
„Widzę" rzucił z krzywym uśmieszkiem, „że w końcu postanowiłeś zrzucić maskę kochanego braciszka".
Cisza jaka zapadła, trwała dobre dwie minuty.
„Od kiedy".
„Zawsze."
I po chwili.
„Dobrze się bawiłeś?"
Mycroft spojrzał na brata z czymś, co przy dobrych chęciach, mogłoby zostać uznane za smutek.
„Sherlock…"
„Daruj sobie wywody. Odpowiedz na pytanie."
„Było miło… mieć Cię takiego, odrobinę dłużej."
Dwóch Holmesów mierzyło się przez chwilę wzrokiem. Auto zatrzymało się, na krótkie polecenie starszego, po czym odjechało, zostawiając Sherlocka przed drzwiami jego nowego mieszkania.
Liz nigdy więcej się do Sherlocka nie odezwała, więc uznał sprawę terapii za zamkniętą. Najwidoczniej Wielki Brat postanowił, że załatwi to za niego. Tygodnie zmieniały się w miesiące, miesiące zmieniły się w rok. Nie potrafił nigdzie zagrzać miejsca, od mieszkania począwszy, na miejscu pracy skończywszy. Właściciel wyrzucił go po opłaconych trzech miesiącach twierdząc, że sąsiedzi skarżą się na głośną muzykę, o późnej porze. Było to, oczywiste pomówienie. Nie posiadał nawet radia, a jedyna muzyka, jaką puszczał z laptopa, grała cicho, tylko dla niego. Nie miał nikogo, z kim mógłby się dzielić, czymś tak pięknym, jak kompozycje Bacha. Jednak sytuacja powtarzała się za każdym razem, realizując ten sam oklepany schemat. Zaczął się zastanawiać, jakim cudem Mycroft jeszcze nie znudził się, sabotując jego plan usamodzielnienia się. Zwłaszcza, że zapewne nie miał na to, zbyt wiele czasu, między herbatkami u królowej, a konfliktem w Czeczenii. Konsekwentnie szukał kolejnego mieszkania i z ogromnym niesmakiem, kolejnej pracy. Pracował dorywczo w biurach, ale nie wytrzymywał nigdy więcej niż tydzień. Próbował marketingu, logicznie rozumując, że jeśli się postara, jest w stanie przekonać ludzi do wszystkiego. Na początku działało to świetnie, kiedy go zwalniali odkrył, że najpierw należało przekonać ludzi do siebie. Sytuacja stawała się coraz gorsza. Mycroft aktywnie działał na swojej linii, zawsze w cieniu, tak, że nawet, kiedy udało mu się zdobyć jakąś pracę na dłużej, ostatecznie tracił ją, pod byle pretekstem. Sherlock był przez ten rok bombardowany smsami o treści „poddaj się" albo „drzwi rezydencji są otwarte o każdej porze". Nigdy nie odpowiedział, nigdy nie skorzystał. Ile jednak można toczyć nierówną rozgrywkę? Tym razem został bez niczego. Wyrzucono go z mieszkania, za rzekome porwanie kota właścicielki- śmiech na sali! W normalnej sytuacji udowodniłby, że kota owszem widział, ale siedzącego na dachu, a w kontakt ze zwierzętami może wejść jedynie przy okazji sekcji, dziękuję bardzo. Jednak wcześniejsza wiadomość: „łapówka jest najłatwiejszym argumentem", przekonała go o bezcelowości starań. Bez mieszkania. Widoków na pracę żadnych. W ten sposób wylądował na ulicy, z tą samą niewielką walizką co przed rokiem. Telefon dzwonił albo produkował kolejne smsy od Mycrofta, który świętował ostateczne zwycięstwo nad bratem. Podobnie jak on, zdawał sobie sprawę, z tego, że Sherlock nie miał już żadnej opcji. Rezydencja Holmesów, ta sama, od której uciekł rok wcześniej, teraz była jego jedyną alternatywą. Mycroft czekał więc tam, w swoim zwyczajowym garniturze, wiedząc, że jest tym, który triumfuje. Game over. Sherlock wracał do domu.
Pod wieczór, ciszę rezydencji przerwał dzwonek do drzwi. Holmes starszy postawił wolno szklankę z brandy i poszedł osobiście otworzyć drzwi. Na progu stało dziecko i trzymało list. Niepokój ogarnął go niemal natychmiast. Chłopak wręczył mu kopertę, po czym po prostu odbiegł. Nie próbował go zatrzymywać. Zamknął drzwi, wrócił do salonu i podniósł szklankę do ust. Upił łyk, potem drugi i dopiero po chwili otworzył kopertę. Zawierała pojedynczą kartkę, pokrytą znajomym pismem.
Gratulacje z powodu wygranej. Jak rozumiem cieszysz się zwycięstwem w zaciszu rezydencji, zapewne racząc się jakimś drogim alkoholem, podejrzewam, że brandy. Jak widzisz, Twoje metody okazały się być skuteczne. W takiej sytuacji, drogi bracie, nie pozostaje mi nic innego, jak zrobić Ci na złość i po prostu zniknąć. Dziękuję za naszą małą grę, dostarczyła mi sporo irytacji i rozrywki. Do nie zobaczenia.
SH
Znał Londyn całkiem nieźle, wiedział gdzie nikt (włącznie z Mycroftem), go nie znajdzie. Formalnie był teraz bezdomnym, bezrobotnym typem bez przyszłości, prześladowanym przez nadgorliwą, szarą eminencję brytyjskiego rządu. To było game over, dla nich obu. Trzymanie się z daleka od kamer, było w miarę łatwe. Charakterystyczny, tani płaszcz jaki kupił na wyprzedaży w TESCO, zastąpiła brzydka brązowa kurtka, a swoje zwyczajowe, eleganckie spodnie (wyprzedaż w TESCO), zastąpił jeansami. Przy okazji kupił też niebieski szalik, który kompletnie nie pasował do całokształtu (z przeceny), ale chronił przed zimnem. Tak ubrany ani trochę nie przypominał siebie. Było mu za to ciepło, w miarę wygodnie (chociaż czuł się, jakby miał na sobie kostium) i z całą pewnością był trudniej rozpoznawalny. Walizkę z laptopem i cenniejszym dobytkiem zostawił w, zamykanej na klucz, szafce na dworcu. „Sherlock Holmes zginął po raz drugi" myślał z ironią. „Za pierwszym razem umarłem, wtedy, we własnym pokoju. Tym razem umieram na ulicy i muszę przyznać, że wtedy miałem lepszą scenerię."
Mycroft szukał brata, angażując w to wszystkie możliwe organy, jakie mógł zaangażować. Komórkę Sherlocka znalazł w śmietniku, obok jego ostatniego mieszkania. Po kilku tygodniach odnalazł skrytkę na dworcu. Nie zmieniło to jednak faktu, że młodszy Holmes, zapadł się jakby pod ziemię. Nie dawał znaku życia, nikt go nie widział. Jakby wymazał swoją egzystencję. Tygodnie zmieniały się w miesiące, miesiące zmieniły się w trzy lata. Pewnego dnia dostał telefon ze szpitala. Na intensywną terapię trafił pacjent odpowiadający rysopisowi podanemu policji. Mycroft krążył po korytarzach, stukając butami, przemierzając cały czas tą samą drogę, w jedną i w drugą stronę. W końcu dopuszczono go do chorego. Wszedł do sali, spojrzał i nie poznał brata. Bez żadnych wątpliwości, człowiek na szpitalnym łóżku, był Sherlockiem Holmesem. Jednocześnie, był jego kompletnym przeciwieństwem i Mycroft zrozumiał, że tego dnia Sherlock umarł po raz trzeci.
„Przedawkowanie kokainy. Przeżył cudem, niewielu udaje nam się uratować w tym stadium."
„Powikłania?"
„Silne wyniszczenie organizmu. Poza tym może wystąpić psychoza pokokainowa, zaburzenia i zmiany w osobowości, w tym zanik uczuć wyższych, przygnębienie z możliwością prób samobójczych… lista nie kończy się tylko na tym. Możliwe, że nastąpiły już zmiany w mózgu."
Mycroft skrzywił się, próbując znaleźć, jakikolwiek, pozytywny aspekt sytuacji.
„No cóż… właściwie nigdy nie posiadał uczuć wyższych…"
Lekarz uznał tą wypowiedź, za podyktowaną pod wypływem szoku. Być może, nawet miał rację. Prywatna klinika, do której Mycroft przeniósł Sherlocka, była wyposażona w kanapy dla odwiedzających. Usiadł na jednej z nich i próbował się uspokoić. Kiedy uznał, że będzie dostatecznie przekonujący wszedł do sali. Sherlock leżał na łóżku i gapił się w sufit. Przez te trzy lata schudł, włosy sterczały mu niedbale na wszystkie strony, zarost pokrywał większą część jego twarzy, a pod oczami malowały się fioletowe sińce.
„Zwariowałeś już do końca?"
„Miło wiedzieć, że po trzech latach, nic się nie zmieniłeś Mycroft."
Holmes starszy usiadł na krześle obok łóżka, a nieodłączny parasol oparł o ścianę.
„Chciałeś się usamodzielnić. Żyć nareszcie bez mojego nadzoru. Nie sądzisz, że tą sytuacją dałeś mi do ręki doskonały argument?"
„Do ubezwłasnowolnienia i zamknięcia w pokoju bez klamek?"
„Do ubezwłasnowolnienia… owszem."
„Być może."
Mycroft poczuł, że zaraz eksploduje.
„Zrobiłeś, to tylko dlatego żeby mnie pognębić. Gdzie byłeś przez cały ten czas?! Co robiłeś? I przede wszystkim, jak żyłeś, bo sądząc po Twoim wyglądzie, nie przebywałeś w hotelu Russell."
„Przez pierwszy rok żyłem w przytułku. Niestety spalił się w wyniku pożaru. Kolejne dwa lata spędziłem głównie na ulicach i w metrze. Przy okazji, pożar nie był wynikiem rzuconego papierosa, jak to przedstawiła policja, a podpalenia."
Nagle zrobiło się zimno. Starszy brat patrzył na młodszego z niedowierzaniem.
„Aż tak bardzo… mierziła Cię, moja pomoc..?"
„Nigdy jej nie proponowałeś Mycroft."
Wstał i nie będąc w stanie spojrzeć bratu w oczy powiedział: „Kiedy doprowadzą Cię do porządku, możesz zacząć szukać pracy. Tym razem nie będę się wtrącał." Po czym wyszedł.
Sherlock przeniósł spojrzenie z sufitu na drzwi.
„Zawsze lubił dramatyzować" mruknął z niezadowoleniem.
