Najpierw parę słów od autora... czyliiiiiiii mnie :3
Chapter II:
Ok, małe wyjaśnienia. Kiedyś, gdzieś przeczytałam, że Gilbert ma swojego psa, jamnika, którego nazwał Wurst (czy jakoś tak) po polsku to trochę jak Serdel.
Wspomnienia nie są tu umieszczone przypadkiem, tylko jeszcze nie wiem co z nimi zrobię XD Przepraszam.
Nie, tak na prawdę, to są dwa okresy, w których Polska i Prusy mieli ze sobą najbardziej napięte stosunki.
Pierwszy to I rozbiór Polski, a drugi to powstanie Państwa Zakonu Krzyżackiego (tak mniej więcej, bo historia z tamtego okresu jest bardzo trudna do ogarnięcia i pomieszana).
I Chapter III
Kolejna dawka historii, proszę się na niej nie wzorować, to moja luźna interpretacja:
1. Unia w Krewie 14 sierpnia 1385r. Czyli dokument dotyczący zawarcia małżeństwa przez Jadwigę Andegaweńską z Jagiełłą w 1386r.
2. Okres pomiędzy Hołdem Pruskim (1525 r.) a Potopem szwedzkim (1655 r.). Choć nie do końca, bo Święte Cesarstwo Rzymskie dołączyło do Polski w 1657 roku. Więc początek to rozmyślania Gilberta na temat tamtych czasów, a powrót Polski to dołączenie HRE.
Przy okazji, Czechy - Joszko, znalazłam na internecie (wujek Google) jakieś jego szkice, nie zrobione przez Himaruye, ale ten mi się spodobał, imię, to czeskie imię, chyba, nie wiem. Znam jednego Czecha z takim imieniem, więc to chyba nie przeszkadza. (Nie znam osobiście żadnego Feliksa, więc to coś mówi).
Droga dłużyła się w nieskończoność i zlewała w jedną, niewyraźną całość. Jedynie postoje na granicach państw były jakąś odskocznią od nudnej jazdy i nadawały odrobinę barw w życie Feliksa. Mógł wyjść i rozprostować nogi i nie siedzieć obok Gilberta, chociaż ten po przekroczeniu granicy Czesko-polskiej nie spuszczał z niego czujnego wzroku czerwonych tęczówek. Tęsknił za swoim autkiem, które zostało wywiezione przez białowłosego Bóg wie gdzie i nie szczędził przy tym docinek w stronę jego ukochanego samochodu. Siedział teraz w ekskluzywnym Mercedesie i gapił się przez okno, bał się cokolwiek w nim ruszyć, wszystko wyglądało na drogie. Brązowa skóra, a przynajmniej tak się Polakowi wydawało, drewniane wykończenia i pełen komputer pokładowy. Nawet szyby nie mógł opuścić bez hasła, które Gilbert wpisywał w telefon. W środku, oprócz metalowego zespołu puszczonego z radia, nie było słychać nic, ani silnika, ani innych samochodów, nawet rozmowy czy pojedynczych słów wypowiadanych przez któregokolwiek z nich. Nie rozmawiali w środku, bawili się w przepychanki słowne dopiero na parkingu czy barze, w którym Feliks został zmuszony aby zjeść, nie szczędząc przy tym kąśliwych uwag. Gilbert stukał palcami w kierownicę naśladując riffy gitarowe i rozglądał się za jakimś zjazdem, Feliksa już nawet nie obchodziło jakim, znał tą okolicę, byli już po Warszawą i dopiero teraz zaczął martwić się co zrobić z niechcianym gościem. Nie chciał wracać do swojego mieszkania, które zdawało się małym więzieniem, a już na pewno nie chciał pokazywać sąsiadowi jak mieszka, ale będzie musiał Prusaka gdzieś przenocować. Feliks zamknął oczy i oparł głowę o szybę, czuł jej chłód i pogrążył się w marzeniach. Z tego stanu wyrwała go dłoń Prusaka sięgająca do schowka.
-Pobudka księżniczko. - Uśmiechnął się pod nosem widząc nieprzytomny wzrok Feliksa.
-Czego? - warknął ponownie usadawiając się do spania.
-Jesteśmy, wstawaj. - Pociągnął blondyna za kosmyk co wywołało lawinę polskich przekleństw.
-Co? Skąd...
Prusy wzruszył ramionami i wysiadł z samochodu. Feliks nie ruszył się dopóki Gilbert nie zapukał w szybę po jego stronie, mówił coś ale słowa nie docierały do polskich uszu, choć mógł przysiąc, że albinos zaklął siarczyście pod nosem. Po chwili otworzył drzwi, a Polska wybuchnął śmiechem.
-Czego się śmiejesz pchło? - zapytał wściekły i złapał chłopaka za nadgarstek ciągnąc w swoją stronę, co uniemożliwił mu pas bezpieczeństwa.
-Bo lubię jak się złościsz. - Słowa te zaskoczyły ich obu, Prusak puścił dłoń Feliksa i opuścił głowę, aby Polska nie zobaczył rumieńca, który wykwitł na jego twarzy.
-Ja lubię jak siedzisz cicho – mruknął i zbliżył twarz do policzków chłopaka, jego ciepły oddech sprawił, że Polak przybrał barwy swojej flagi.
-Twoja twarz jest totalnie za blisko. - Machnął dłonią odpychając mężczyznę. - Co ty robisz?
-Pas ci odpinam kanalio. - Złapał się za policzek, na którym widać było słaby odcisk dłoni Polaka. - Wysiadaj.
Podniósł walizkę z chodnika i wszedł do kamienicy mijając wścibską sąsiadkę, która pod pretekstem wyprowadzenia pieska stała teraz na schodach i z uśmiechem witała przybyłych. Feliks przystanął przy niej i zaczął wypytywać o, według Prusaka, polskie pierdoły spoglądając ukradkiem na białowłosego z wrednym uśmiechem w kącikach ust.
-Klucze – mruknął podchodząc do chłopaka i zabierając jego torbę.
-Co? - Spojrzał na niego zdziwiony.
-Daj mi klucze do mieszkania.
Polska pogrzebał chwilę w kieszeni wyciągając opakowanie czeskiej gumy i pęk kluczy, ku uciesze staruszki podał je mężczyźnie, który szybko zniknął w klatce schodowej, by po chwili wyskoczyć z niej bez bagażu.
-Gdzie leziesz? - spytał Polak patrząc podejrzliwie na swojego gościa.
-Do baru, a gdzie? Zanim się z tobą zestarzeję. - Uśmiechnął się pokazując cały rząd zębów. - Może wyrwę jakąś laskę?
-Co ze ślubami? - zadrwił blondyn.
-Jestem luteraninem pacanie. - Rzucił klucze do właściciela. - Nie czekaj na mnie z kolacją kochanie.
Feliks stał przez chwilę, a jego twarz powoli przybierała kolor tła dla Orła białego, odwrócił się w stronę sąsiadki burcząc pod nosem jakieś przeprosiny nie omijając cichych przezwisk dla albinosa.
-Nie martw się kochaneczku, jak kocha to wróci – powiedziała po chwili ciszy i pociągnęła swojego Yorka po chodniku.
-On zawsze wraca – mruknął cicho i schował się w ciemnościach klatki schodowej.
„Słońce ogrzewało gmach kościoła choć w środku wciąż było zimno, przez otwarte drzwi wpadał gwar runku. Przed ołtarzem klęczał drobny blondyn i, choć msza już się zakończyła, wciąż modlił się patrząc tępym wzrokiem na krzyż. Wszyscy honorowi goście opuścili już budynek pozostawiając w nim jedynie personifikacje swoich krajów. Litwin stojący w przejściu mierzył wzrokiem postać Polski, westchnął w końcu i spojrzał na rynek, jego wzrok napotkał białego konia z insygniami krzyżackimi. Zaciekawiony rozejrzał się po okolicy, mógł niemal przysiąc, że w tłumie gapiów zobaczył białe włosy, tak bardzo charakterystyczne w tych czasach, choć nikt nie zwrócił na mężczyznę uwagi. Zamknął drzwi i zbliżył się powoli do Polaka, który położył teraz głowę na zaciśniętych pięściach poruszając ustami w niemej modlitwie, wyglądał jakby z całych sił walczył by nie zapłakać. Toris patrzył na niego z lekkim uśmiechem, powoli ukląkł obok niego kładąc dłonie na ołtarzu.
-Teraz będzie inaczej – powiedział gdy chłopak przeżegnał się.
-Chyba tak – mruknął.
Unikał wzroku bruneta, jego zimne, niebieskie oczy przyprawiały Feliksa o dreszcz i nie potrafił tego wyjaśnić w racjonalny sposób, jedna część krzyczała aby uciekał, lecz druga kazała mu wtulić się w szaty chłopaka. Nie miał przecież powodów do zmartwień, tak zapewniała go królowa. Miękka dłoń musnęła policzek Polski i Toris przyciągnął go do siebie.
-Teraz będzie inaczej – powtórzył spoglądając w zielone oczy.
Złożył miękki pocałunek na ustach Polski gładząc kciukiem jego policzek. Usłyszeli głuchy łoskot upadającego świecznika, blondyn odepchnął się szybko od Litwina i ruszył w stronę wyjścia.
-Nie uciekniesz mi, jesteś mój – szepnął i uśmiechnął się odwracając do stojącego za kolumną Gilberta."
Mieszkanie Polaka nie było jakimś ósmym cudem świata, ani nawet Polski. Mała kuchnia połączona z przedpokojem i salonem mieszczącym małą kanapę i kwiatka w doniczce stojącego na jednej z półek meblościanki. Brak telewizora i radia rekompensował licznymi książkami, perełkami polskiej literatury. Spore okno wychodzące na gołębnik stojący na dachu sąsiedniego budynku przyciągał oko. Feliks siedział skulony na kanapie tuląc kubek z herbatą i patrzył na zegarek wiszący na ścianie. Nogi przykryte miał kołdrą, którą przygotował dla swojego gościa. Dłonie mu się trzęsły, co powodowało ciche pobrzękiwanie łyżeczki o porcelanę, nie z zimna, ze strachu. Nie mógł się też przyznać przed samym sobą, że bał się o Gilberta, a może bardziej jego pomysłu, który zrodził się w chwili wjechania do stolicy. Cicho liczył sekundy, minuty, a teraz już godziny. Przetarł oczy i ziewnął głośno, miał nadzieję, że obudził tym sąsiadów. Nic innego w Polsce tak nie działa, jak osiedlowy monitoring w postaci staruszki z kotem. Podskoczył gdy usłyszał pukanie do drzwi, uradowany wygrzebał się spod kołdry i rozlewając herbatę po dywanie pobiegł do drzwi. Otworzył je szybko, chciał nakrzyczeć, uderzyć, ale zaciśnięta pięść nie ruszył się, a głos uwiązł w gardle. Przed nim stał nie albinos, a wysoki i szczupły mężczyzna o brązowych włosach.
-Toris? - spytał zdając sobie sprawę, że patrzy na niego z otwartymi ustami. - Co ty tu robisz?
-Słyszałeś już? - Wprosił się do środka przez uchylone drzwi. - Ivan wie o twoich kłopotach, wszyscy Słowianie już o tym mówią.
-I co z tego? - Skrzyżował dłonie na piersi. - Dlaczego nagle ci zależy? Dałeś mi jasno do zrozumienia, że nie chcesz mnie już znać.
-Feliksie – szepnął zbliżając się do chłopaka. - Zawsze mi zależało i nigdy nie przestało. Tylko, Ivan...
-Nie rozumiem – przerwał mu. - Wolałeś podkulić ogon i grzać się w Rosji zamiast... - Zamilkł, podobne słowa usłyszał od Gilberta i nagle znów zaczęło mu go brakować. - Przepraszam. Napijesz się kawy?
Wprowadził gościa głębiej do mieszkania i postawił pusty kubek na wąskim blacie. Stawiając czajnik na palnik przyglądał się jak Litwin siada na kanapie, jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Feliks był pewien, że pobyt w domu Rosji zmieniły Litwę nie do poznania, dawniej miły i uśmiechnięty chłopak, teraz zdawał się kukłą bez emocji, zimnym i okrutnym posągiem. Nadal był przystojny i Polska nie mógł temu zaprzeczyć, ale nie kochał go już. Przez wszystkie lata czekał i miał nadzieję, czekał na wspomnienie. Teraz miał pewność, wolał żyć wspomnieniami, ale czy to pozwalało mu istnieć?
„W zamku, pomimo wysokiej temperatury na zewnątrz, było przyjemnie chłodno. Prusy wędrował po korytarzach spokojnym krokiem ubrany w czarną sutannę i mucet, na którym Polska nakazał wyszyć dwa krzyżackie krzyże. Z dumą obnosił się z tym strojem choć wciąż przydeptywał dół szaty. Dostał go osobiście od Feliksa, który przyjął go do swego domu z otwartymi ramionami, znowu. Czasem spędzali wieczory czytając stare księgi, które Polska chował w każdym zakamarku zamku, czasem chodzili na polowanie, wracając z pustymi rękoma. Kłócili się wtedy o to kto ma zabić zwierzynę, dopóki ta im nie uciekła. Wzruszając ramionami wracali za mury i każdy wracał do swoich zadań. Litwin odsyłał wtedy Prusy do klasztoru, gdzie pomagał przy mszach dla szlachty, a sam zabierał Polskę ze sobą i potrafili nie widzieć się przez tygodnie lub nawet miesiące. Teraz Gilbert szukał blond czupryny w niemal każdych drzwiach, brakowało mu wytykanych porażek i tego, że sam mógł mu wyrzucić kilka sprawnych bitew, w których skopał mu tyłek. W oddali zobaczył zbliżającego się Torisa, przyśpieszył więc kroku by ten nie mógł zniknąć mu w najbliższej komnacie.
-Gdzie jest Feliks? - zapytał lecz Litwin zignorował go i niemal tuląc się do ściany spróbował go ominąć. - Hej, mówię do ciebie!
-Nie dotykaj mnie! - Odepchnął dłoń Prus.
-Gdzie jest Feliks? - ponowił pytanie i wbił wzrok w Torisa, nie skulił się tak jak robili to inni.
-Nie wiem – powiedział w końcu. - Jesteśmy małżeństwem ale nie muszę za nim łazić.
Gilbert prychnął głośno i odepchnął mężczyznę na ścianę odchodząc dalej.
-Zakochany bęcwał – warknął cicho, przeklinając głupotę Polski, nie ufał Litwie od początku i nie krył się z niechęcią do bruneta nawet przy Feliksie, co często było komentowane w nieporadny sposób przez blondyna, a co potem prowadziło do kłótni i małych bitew na jedzenie czy błoto.
-Gilbert! - Usłyszał za sobą, odwrócił się szybko, w samą porę by złapać pędzącego w jego stronę Polaka, który z dużą siłą zwalił go z nóg. Prusy próbował złapać oddech, ale wciąż trzymał leżącego na nim i dyszącego Feliksa. - Gratuluję – wyrzucił z siebie próbując wstać.
-Czego? - zapytał zdezorientowany.
-Toris ci jeszcze nie powiedział? Miał to zrobić gdy mnie nie było. - Wyrzucał z siebie słowa z zawrotną szybkością gestykulując przy tym żywo. - Znieśli ci celibat – powiedział w końcu i nastała cisza.
-Po co? - Nie rozumiał. - Jeśli to żart, to obiecuję ci wszo, że pożałujesz.
Polska pokręcił energicznie głową i uśmiechnął się szeroko pomagając mu wstać.
-Nie cieszysz się? - zapytał po chwili ze smutną miną.
-Chyba tak, jeszcze nie wiem.
-Dziwny jesteś. - Polska zaśmiał się głośno i odgarnął włosy z twarzy. - Dobra, a teraz druga niespodzianka...
-Mam się bać? - Spojrzał drwiąco na blondyna walcząc ze sobą by nie poprawić mu ostatniego kosmyka, który zawinął się za uchem. - Dawaj bo się zestarzeję. - Pośpieszył chłopaka.
-Święte Cesarstwo Rzymskie zgodził się nam pomóc w walce ze Szwecją. - Rozłożył ręce i przybrał minę debila. - Czy to nie wspaniała nowina? Będziesz miał szansę spotkać się z bratem.
-Chryste, Feliks! - krzyknął. - To cudowne.
Przytulił do siebie Polaka, który zaśmiał się i odwzajemnił uścisk po przyjacielsku."
Przy małym stoliku siedziała całkiem spora grupka mężczyzn, gnieździli się na stołkach stykając się ramionami i wciąż wznosili toast podnosząc kufle z piwem ku górze. W samym centrum zainteresowania znajdował się Prusy rysując coś zawzięcie na serwetce. Najwyższy z bandy zamówił kolejną deskę z piwem, a gdy Gilbert sięgnął po kolejny arkusz do swojego szkicu, jego towarzysze znów podnieśli ręce do góry krzycząc pozdrowienia i błogosławiąc swe rodziny. W małym telewizorku umieszczonym pod sufitem baru leciał mecz Polska – ktoś... mało ważny. Nie chcieli zwracać na siebie zbytniej uwagi więc każdy gol Polaków oblewali kolejnym kuflem piwa i okrzykami. Obok stosiku zarysowanych serwetek stała miseczka z orzeszkami, z której, pomimo zawartości, niektórzy z towarzyszy zrobili sobie popielniczkę, ku niezadowoleniu Gilberta, który miał ochotę na słoną przekąskę. W końcu odsunął się od stolika i wstał rozglądając się po towarzyszach, którzy porozumiewawczo kiwnęli głowami i każdy z nich wziął po jednym planie. Wychodzili pojedynczo, nikt nie zauważył ani nie zdziwił się gdy w kącie został jedynie albinos, powoli sącząc swoje piwo i wysoki brunet o lekko rozczochranych, krótkich włosach. Zielone oczy przyglądały się poczynaniom Prusaka z zawziętością godną Słowian.
-Myślisz, że się uda? - spytał gdy kufel uderzył z łoskotem o stolik, a Prusy zaszczycił go spojrzeniem.
-Musi się udać – powiedział spokojnie oceniając stan swojej trzeźwości próbując dojrzeć tarczę do rzutek, niechętnie przyznał, że nie byłby w stanie trafić do niej nawet jakby miał ją przed nosem. - Dzięki za kilku szpiegów. - Odwrócił się w stronę telewizora, w którym leciały teraz komentarze dotyczące meczu. - Joszko, poprzedzając twoje pytanie, wiem do czego jest zdolny Ivan.
-Ja... - westchnął ciężko. - No dobra, chciałem spytać. - Uśmiechnął się słabo. - Tylko trochę się zmienił.
-Zaczął hodować rybki i nadaje im imiona? - zadrwił bawiąc się żelaznym krzyżem, który zawsze nosi przy sobie. - On nigdy się nie zmieni, chyba, że na gorsze. - Wstał chwiejnym krokiem od stołu. - Cóż, pozdrów siostrę.
-Słowację? - Prychnął. - Wciąż mnie nienawidzi.
-Też miałbym cię dość i ogłosił niepodległość – zaśmiał się i machnął dłonią do Czecha, który kiwnął tylko głową i zgasił papierosa w orzeszkach. - A tak na poważnie, Feliks da radę, on zawsze wraca.
Uśmiechnął się pod nosem i chowając krzyż pod koszulę wyszedł w zimną noc.
