Disclaimer: This is a translation of joe6991 fic Harry Potter and the Wastelands of Time. The idea is his. All Harry Potter characters/places/items/etc. belong to J.K. Rowling.
Ogłoszenie: Poniższy tekst jest tłumaczeniem opowiadania Harry Potter and the Wastelands of Time autorstwa joe6991. Pomysł i realizacja są jego. Wszystkie postacie/miejsca/przedmioty/itp. związane z uniwersum Harry'ego Potter'a należą do J.K. Rowling.
Za betowanie dziękuje MichiruK.
ROZDZIAŁ 03 – Budząc się jeszcze raz
Jeśli powstaniesz choć jeden raz więcej niż upadłeś,
uda ci się.
— chińskie przysłowie
Leżałem na swym łóżku, wpatrując się w błękit nieba za oknem. Bębniłem palcami po materacu i zastanawiałem się, co się właściwie wydarzyło. Po chwili wyciągnąłem rękę po okulary leżące na komódce obok łóżka.
Skóra na mojej dłoni i ramieniu wirowała i rozciągała się. Na pewno byłem na początku – tam, gdzie byłem zaledwie godzinę temu. I jeżeli moje ciało jeszcze się przyzwyczajało do sytuacji, oznaczało to, że już niedługo nadejdzie ból podróży w czasie.
Zakląłem, wygrzebałem się z łóżka i stanąłem na chwiejnych nogach, biorąc głęboki oddech oraz ignorując swędzenie i wzrastające ciśnienie w mych oczach – znaki nadciągającej agonii – i wytoczyłem się z pokoju wprost do łazienki.
Umywalka z zielonej porcelany, którą wyciągnąłem ze ściany ledwo godzinę temu, była cała i nieuszkodzona. Spojrzałem na siebie w lustrze – wciąż młody, wciąż nowy, jednakże moje ciało poruszało się szybciej, coraz szybciej. Nie. Nie poruszało się. Pędziło. To było denerwujące.
I, jak się okazało, było to ostatnie z moich zmartwień.
Moja klatka piersiowa i boki swędziały jak diabli. Ściągnąłem piżamę, by rzucić okiem na skórę w tych miejscach, ignorując rosnący cały czas ciśnienie za moimi gałkami.
— Nie, no… — wyszeptałem, wpatrując się w długą, zakrzywioną niczym rogalik bliznę tuż nad moim sercem. Skóra była biała i świeża, jakby dopiero co się zagoiła. Byłem gotów się założyć, że ta blizna pasowałaby do ostrza, które przebiło mnie zaledwie pięć minut temu.
— Pięć minut temu i za jedną godzinę od teraz — wyszeptałem. — Co mogło to uczynić…?
Nigdy – absolutnie nigdy – nie przywlokłem ze sobą niczego innego, poza własną duszą i niezliczoną ilością zamazanych wspomnień. Nie mam na to żadnego wpływu – umowa była zawarta na kolejną szansę, by wrócić i spróbować ponownie. Nie powinienem mieć tej nowej blizny, gdyż należy ona do przyszłości, która się jeszcze nie wydarzyła.
Czasem nie można manipulować w ten sposób! Nie przeciwko mnie! Nie tak!
Nie miałem więcej czasu, by się nad tym zastanawiać – ból związany z Powrotem wreszcie mnie dopadł. Miałem tylko kilka sekund, by porwać ręcznik i zagryźć go między zębami, zanim świat eksplodował w oślepiającym, białym, gorącym ogniu, który zaćmił wszystko, wszystkie wspomnienia, cały czas.
Tym razem nie wyciągnąłem umywalki ze ściany – wyrwałem draństwo, a ciepła i zimna woda zaczęła pryskać na kafelki łazienki Dursley'ów. Upadłem na kolana, a potem na plecy, cały czas trzymając umywalkę.
Leżałem tam przez jakiś czas, zmęczony i obolały. To nie powinno wydarzyć się ponownie tak szybko. Żałuję, że musiało w ogóle się wydarzyć. Nie mam na myśli, że wolałbym umrzeć i pozostać martwym, ale to zaczyna być… męczące.
I za każdym razem ból jest gorszy, coraz gorszy. Każdy kolejny raz sprawia, że wydaje się, iż poprzednia podróż była całkiem przyjemna.
Jak nazywają to uczucie?
Wiesz, o które mi chodzi… to uczucie, kiedy jesteś pewien, że już tu byłeś, że to wszystko już raz się wydarzyło.
Déjà vu, tak?
Tak… chciałbym mieć odpowiednio ironiczny komentarz na temat absurdalności déjà vu.
Nauczyłem się już w jakimś stopniu to blokować, jeśli wiesz o co mi chodzi. Żyję w prawie permanentnym stanie déjà vu, który kręci mi w głowie i zabiera całą przyjemność i zabawę z życia. Chodzi o to, że ja wiem – lub też mogę zgadnąć – co się wydarzy. I gdzie w tym zabawa?
Coś się jednak zmienia. Ale niekoniecznie na lepsze.
Nienawidzę tej wojny.
Po paru minutach spędzonych na leżeniu na podłodze udało mi się stanąć na nogi i, poprzez tryskającą wodę, spojrzałem w lustro na samego siebie.
Moje oczy krwawiły.
Dwie strużki krwi ściekały z moich oczu po policzkach i do kącików ust niczym łzy. Dobra, to przelało czarę. Byłem naprawdę wkurzony. I wyglądałem dostatecznie złowrogo, by było to uzasadnione. W każdym razie, nabrałem w dłonie trochę wody, by spłukać twarz, i wzdrygnąłem się, kiedy dotknęła ona mych obolałych oczu. Nie wiem czemu – być może wysiłek związany z podróżą w czasie zniszczył parę naczynek krwionośnych lub coś w ten deseń – ale bolały jak diabli.
Oczyściłem się najlepiej jak umiałem. Bądź co bądź, za dwanaście minut miałem rozmawiać z jabłkami i różami, z Tonks. Westchnąłem, próbując uspokoić skołatane nerwy.
Ta istota, która mnie zabiła, nie powinna istnieć, a rany, które mi zadała – szczególnie tę przez serce – nie powinny zostawić blizn w przeszłości… Byłem zagubiony – większości tej gadki związanej z podróżowaniem w czasie kompletnie nie rozumiałem. Mogłem to robić, przeżyć podróż, ale wiedzieć jak dokładnie to wszystko działa, jakich praw trzeba przestrzegać, a które można złamać… cóż, tutaj wiedziałem tyle samo, co Mugol o magii.
— Jego celem byłem ja — wymamrotałem, wracając do pokoju, by się przebrać. — Dopadł Fleur, ale tylko dlatego, że stała na jego drodze…
Człowiek, którego podpaliłem, który próbował zabić Fleur, robił to z zupełnie innych, niezwiązanych i – mówiąc szczerze – mniejszych powodów niż moje najnowsze zmartwienie.
— Cholera — zakląłem, zakładając te same dżinsy, w których umarłem nie tak dawno temu i za około pół godziny od teraz.
Myśl, Harry, rozwiąż zagadkę… umierałeś na gorsze sposoby.
— Ale nigdy nie zachowałem blizn. — Usiadłem na łóżku, by założyć skarpetki i buty do biegania. Za jakąś minutę pójdę „pożyczyć" zegarek Dudley'a, a potem udam się zobaczyć z Tonks. Tak sprawy miały się toczyć. Nowa blizna na mojej klatce swędziała i bolała.
— Dobra, pogłówkujmy… zły gość, coś brzydkiego jak cholera, chciało cię widzieć martwym – i zobaczyło całkiem skutecznie. Dlaczego? Wiedziało, że będziesz na Pokątnej, kiedy tam będziesz – obserwowało cię?
To wszystko miało związek z czasem, z Czasem – tego jestem pewien. Nie zawsze pamiętam wszystko to, co bym chciał, kiedy przenoszę się w to lato po moim piątym roku, ale na pewno nie zapomniałbym istoty, która przebiła Fleur i moje serce.
— Tempus fugit… — wyszeptałem, zagłębiając się w mrocznych myślach, które wydawały się mieć sens. — Czas ucieka… czas, czas, czas…
Me westchnienia i wspomnienia rozrzucone są niczym prochy na wyjących pustkowiach czasu, na Końcu Świata, poza wypalonymi stepami Oblivici.
Na podstawie mojej nowej blizny, mogłem wywnioskować, że przywlokłem coś ze sobą do tego świata. Przywlokłem przez wyrwę w czasie i rzeczywistości stworzonej, kiedy umarłem… Jakiś koszmar udał się za mną do teraz, do tego czasu – i po raz pierwszy, po tych wszystkich nowych początkach… ukazało się, i to w ciągu tej ostatniej godziny, która się jeszcze nie wydarzyła.
— Dlaczego teraz…?
Robiłem to tyle razy, zawiodłem świat tyle razy, poległem przed wrogami starymi i nowymi, dlaczego teraz ten stwór ukazuje swój paskudny łeb? I dlaczego teraz chce mnie widzieć martwym? Przecież i tak skończę tutaj – a więc dlaczego?
Ale to pytanie nic dla mnie nie znaczyło, gdyż wiedziałem, że tym razem będę gotowy. Nie użyłem magii ostatnim razem, gdyż mogłem zostać wyśledzony przez Ministerstwo – ale teraz chciałem odpowiedzi i mogłem wykiwać ich na wystarczającą ilość czasu, by usunąć Namiar później, jeżeli musiałbym się ujawnić za wcześnie.
Być może to gniew przemawiał przeze mnie, ale podobało mi się to, co mówił. Nazywam się Harry Potter i nie będzie ze mną pogrywał jakiś tam potwór z ostrym mieczem w dłoni.
Była 09:43, kiedy wyszedłem z domu, z plecakiem zarzuconym na ramię. Powiodłem nieufnie wzrokiem wzdłuż Privet Drive, po czym przeszedłem przez ścieżkę i przeskoczyłem przez krzak i murek.
Czerwony samochód, pomyślałem, opierając się o murek z uczuciem déjà vutak silnym, że nie mogłem go zignorować.
Kilka sekund później czerwony Sedan przejechał obok, strasząc kota Pani Figg i wyganiając go spod zaparkowanego samochodu. Zwierzak pognał obok kamienia, na którym stała Tonks pod swoją peleryną, i wskoczył na mur, po czym zniknął w krzakach. Poczekałem na syreny policyjne, które zabrzmiały parę sekund później, i odchrząknąłem.
— Wiem, że tam jesteś — powiedziałem, patrząc na kamień, na którym wiedziałem, że stoi Tonks. — Nie przywitasz się, Tonks?
Usłyszałem odgłos szybko wciąganego powietrza i szelest materiału. Ciepłe powietrze zafalowało dookoła mnie, kiedy się zbliżyła. Poczułem zapach jabłek i białych róż, świeżych – i kojących.
— Harry — wyszeptał szybko mój ochroniarz z Zakonu Feniksa. — Skąd wiedziałeś, że to ja? Czekaj chwilę – zgadłeś! To mógłby być ktokolwiek, nawet Mundungus! Po prostu wiedziałeś, że ktoś tu będzie.
— No jasne — odpowiedziałem, odgrywając swoją część i cały czas rozglądając się dookoła i spoglądając za siebie. Blizna nad moim sercem swędziała jak diabli i bolało, kiedy próbowałem ją drapać –świeżo zagojoną i delikatną. Czemu moje blizny nie mogą być po prostu zwykłymi bliznami?
O 09:45 i dwadzieścia osiem sekund, kiedy wiedziałem, że nikt poza Tonks nie patrzy, wyjąłem swoją Pelerynę Niewidkę i zarzuciłem ją na nas.
— Harry!
— Nikt mnie nie widział, poza tobą. I, dzięki temu, nikt nie zobaczy mnie rozmawiającego z powietrzem.
Nie kłóciła się z tym. — Tylko się nie oddalaj — ostrzegła. — Jestem tutaj, by mieć cię na oku.
— Nie masz niczego lepszego do roboty? — zapytałem. — Podoba ci się to, co obserwujesz? – dodałem lekkim tonem, z nutką flirtu w głosie, chociaż wcale tak się nie czułem. — Nie możesz mnie „mieć na oku", kiedy jestem niewidzialny — powiedziałem i uniosłem przód jej peleryny, zarzucając go za jej włosy koloru różowej gumy balonowej.
Nie mogłem powstrzymać dreszczu, który przebiegł przez moje ramiona, kiedy dotknąłem jej twarzy – ciepłej i delikatnej i zawsze, ponad wszystkim, były tam jabłka i róże.
Pamiętałem siebie, stojącego tutaj nie tak dawno temu i wspominającego to, jak patrzyłem jak umiera ta kobieta… Czas to czas, co nie? Cokolwiek to oznacza. Zawsze pamiętam te złe wspomnienia o wiele lepiej niż dobre. Czy to znaczy, że mam nie po kolei w głowie? Ale jestem już za stary, by się tym naprawdę przejmować…
Potrząsnąłem głową – wyplątując się z plątaniny wspomnień Wtedy i Teraz. Miałem tylko piętnaście lat,więc nie byłem taki znowu stary.
— Przytulnie — odezwałem się tak jak wcześniej. Harry, jesteś trochę blady.
Tonks wyszczerzyła zęby w uśmiechu. — Harry, jesteś trochę blady. Czujesz się dobrze?
— Myślałem o pewnych sprawach, Tonks — odpowiedziałem. — Złe wspomnienia. — Patrzeć jak umierasz. Rozkoszowałem się jej zapachem – sądzę, że zmysł powonienia jest moim najsilniejszym zmysłem – a jej jabłka i róże kręciły mi w głowie cały czas. — Tęskniłem za tobą.
Ostatnim razem nie chciałem tego powiedzieć głośno – tym razem jednak miałem na to ochotę.
— Ha, cóż, ja też za tobą tęskniłam — odparła z uśmiechem. Jej włosy po chwili zmieniły się w matowy brąz. – Za nim też tęskni.
A, tak, Syriusz. Jesteś kolejnym nagrobkiem, tonącym w morzu krwi, co nie? Przykro mi, tak mi przykro. Chciałbym odmienić przeszłość, ale zaczynam sądzić, że to życzenie głupca…
— Masz worki pod oczami, Harry Potterze — powiedziała Tonks, próbując poprawić nastrój. — Źle sypiasz?
— Sypiam dobrze — skłamałem, zastanawiając się, co by się stało z moimi oczami, jeżeli zostałbym zmuszony do kolejnej podróży. Nie mam wpływu na podróż w czasie – odbywa się ona, kiedy umieram, kiedy Voldemort wciąż żyje i kiedy świat kończy się w okolicach moich dwudziestych czwartych urodzin. Podróż sprawiła, że krwawiły ostatnim razem. Zastanawiam się, ile jeszcze podróży potrzeba, by eksplodowały?
Sądzę, że ludzkie ciało nie powinno być rozpędzane powyżej prędkości światła – szczególnie dwa razy w przeciągu jednej godziny. No cóż… zastanowię się nad tym, kiedy nie będzie się już dało tego uniknąć
— Kłamczuch z ciebie — wyszeptała Tonks, wysuwając swe czerwone wargi do przodu. Miałem ochotę je pocałować – chwycić ją w talii i przyciągnąć do siebie, jej usta na mych i posmakować tych jabłek i róż. Nie wątpię, że pokazałaby mi różdżką i paroma zaklęciami, gdzie moje miejsce, jeżeli bym spróbował, ale zapewne byłoby to tego warte, gdyż obudziłbym się za godzinę temu, prawdopodobnie na czas, by moje oczy eksplodowały… ale byłoby to tego warte. Umierałem z gorszych powodów i żaden nie był tak przyjemny.
— Nie pytaj. — O co?
Spojrzałem na zegarek. 09:47 i trzydzieści sekund.
— O co?
— O to, gdzie się udaję. Nie mogę ci powiedzieć.
Tonks uniosła brew i, tak jak ostatnim razem, jej włosy przybrały kolor wyblakłej zieleni. — Doprawdy? Gdziekolwiek zmierzasz, ja powinnam udać się za tobą, w odpowiednim dystansie.
— Nie możesz oderwać ode mnie wzroku, co? — odpowiedziałem, postanawiając zmienić trochę rozmowę od ostatniego razu. — Czy może chodzi o ewentualny atak sił zła?
Tonks wyszczerzyła się i przewróciła oczami, które zmieniły kolor z niebieskiego na brązowy, a potem na jasny żółty. Och, rzeczy, których mogłem ją nauczyć – których ją nauczę – o byciu metamorfomagiem. Ledwo co zgłębiła powierzchnie swych zdolności.
— Preferuję tę drugą odpowiedź — odparła. — Takie jest zadanie strażnika, gdybyś nie wiedział.
Przytaknąłem z uśmiechem – czas było ruszać. Miałem umówione spotkanie z potworem, który lubił dźgać ludzi i nie chciałem się spóźnić na morderstwo Fleur.
— A więc dokąd zmierzasz, Harry Potterze, Wybrańcze?
Spaliłbym redakcję Proroka Codziennego do fundamentów, gdyby tylko uszło mi to na sucho – ale akurat nie była to sprawa umieszczona wysoko na mojej liście rzeczy do załatwienia. Myślałem o możliwości, że będę musiał zniknąć, i to szybko, jeżeli ten stwór znów się pojawi. Nie lubię zmian, trochę się ich obawiam, a ten stwór, czymkolwiek był, zaburzył moje plany, które stosowałem od tak dawna… Zmienił historię, przyszłą historię tego, co się jeszcze nie wydarzyło.
O tak, pomimo uspokajającej obecności Tonks i tych wspaniałych róż, wciąż byłem wkurzony.
— A więc czytasz prasę? Udaję się, by ratować magiczny świat… a mówiąc o ratowaniu świata: Potete trovarli con Janus antico, sotto i eaves di Latium perseo.
Tonks zmarszczyła brwi w zdziwieniu, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech. — Harry. Czy to był włoski?
Wyciągnąłem z plecaka kawałek pergaminu i długopis. Zapisałem to, co powiedziałem, tak jak ostatnim razem. To był włoski, kod pewnego rodzaju. Który gwarantował, że później tego lata, Tonks będzie miała szansę mnie odnaleźć. To nie zawsze działało, ale czasami muszę zawierzyć temu czemuś, co ludzie zwą przeznaczeniem. Podałem jej świstek pergaminu. Przeznaczenie być może istnieje, ale uważam, że kiedy chodzi o przeszłość, o wspomnienia i o nadzieje na przyszłość, wszyscy tasujemy karty na swoją korzyść – a moja mała notka była asem w rękawie.
— Potete trovarli con Janus antico, sotto i eaves di Latium perseo. Proszę cię, zapamiętaj to i strzeż tego. To ważne.
— Dobra. Nie wiedziałam, że znasz inny język. Co takiego powiedziałeś?
Mrugnąłem i przyłożyłem palec do ust, jakbym chował wielką tajemnicę. W pewnym sensie to czyniłem – być może największy i najlepiej strzeżony sekret w całej historii. To będzie pracowite lato. — Nie masz przypadkiem dzisiaj egzaminu praktycznego, Tonks? — spytałem. — Egzaminu na stopień Starszego Aurora?
Tonks zamrugała ze zdziwienia. — Skąd o tym wiesz?
Westchnąłem i powoli potrząsnąłem głową, cały czas walcząc z pragnieniem, by dotknąć jej delikatnej twarzy. Nie mogłem – dla niej wciąż byłem chłopcem, tylko małym Harrym Potterem, którego trzeba pilnować, bo zły i wredny Mroczny Lord miał przybyć, by huknąć, dmuchnąć i miotnąć Avadą Kedavrą na domek…
Wyszczerzyłem się, myśląc w przeszłość i przyszłość, wzdłuż złotawych nici czasu, myśląc o przyczynach i skutkach. Byłem tak samo zagubiony jak inni, być może nawet bardziej niż inni…
— To nie jest pytanie, które powinnaś zadać — odparłem.
— Nie?
— Nie. — Uśmiechnąłem się w – jak sądzę – czarujący sposób. Chociaż zdaje się, że wyglądał bardziej na smutny, trochę samotny – szczególnie w przekrwionych oczach. Nie ważne. — Pytanie, które powinnaś sobie zadać, to jakim cudem ja wiem o znamieniu w kształcie serca po wewnętrznej stronie twojego uda.
Niech Bóg błogosławi ten szczery i zdziwiony wyraz na jej twarzy. I znowu, to byłoby warte umierania i warte tego bólu zaczynania od nowa, byle tylko móc ujrzeć to jeszcze raz.
Ale nie tym razem. Szybko zrobiłem krok w tył, kryjąc się pod swoją peleryną, zanim Tonks mogła mnie schwycić i ukręcić mi kark.
I poszedłem w dal, by uratować życie, by stoczyć walkę z potworem, by rozpocząć moją wojnę.
This is my life – and it ain't a song for the broken hearted. It's now or never, I ain't gonna live for ever —
Zatrzymam się tutaj. Rozumiesz.
Za każdym razem, kiedy się Budzę, boli coraz bardziej. Ha ha, dużo bardziej. Sen jest taki sam, zawsze taki sam, lecz ból staje się gorszy. Czy będę musiał go cierpieć po raz kolejny zanim to wszystko się skończy? Za każdym razem mam nadzieję, że może to jest właśnie ten właściwy Czas, ale nigdy nie jest…
Nie jestem w stanie wyobrazić sobie piekła gorszego niż to – ta część mego życia – ale ten stwór, który zadźgał mnie i piękną Fleur, musiał skądś przybyć. Piekło to nazwa równie dobra jak każda inna dla mrocznych miejsc pomiędzy Wtedy i Teraz, wewnątrz Snu.
Piekło – czemu nie – gdyż nigdy nie widziałem Nieba w tym, co muszę uczynić. Tylko szaleńców i demony… pośród których nie czuję się obco.
Była 10:05 i piętnaście sekund, kiedy wyszedłem z Apteki Ślimaki i Pędraki z pęcherzem buchorożca w dłoniach i w połowie wypalonym papierosem, zwisającym z kącika ust. Mniej więcej byłem na czas, plus minus parę sekund, i udałem się wzdłuż ulicy, w kierunku Gringotta, wlewając paliwo z zapalniczki do pęcherza, który zakupiłem.
Moje nerwy były napięte do ostatnich granic, ale na zewnątrz utrzymywałem maskę spokoju, z której byłem dumny. Trochę jednak paranoicznie powłóczyłem wzrokiem po każdej twarzy, którą mijaem i która mijała mnie, cały czas zastanawiając się czy potwór z szarą, żyłkowatą skórą i ostrymi, gnijącymi kłami nie krył się pośród normalnych ludzi dookoła mnie. Zastanawiam się ilu ludzi musi martwić się czymś takim w dzień powszedni? Ja, moja osoba i niżej podpisany – wymieniając tylko kilku – tak sądzę.
O 10:07 i czterdzieści trzy sekundy ujrzałem Fleur Delacour po raz pierwszy tego dnia – przeszłe życia się nie liczą, one nie istnieją, nie powinny zostawiać blizn – i wiedziałem, że w przeciągu dwóch najbliższych minut albo ja zginę, albo ona zginie, albo wywołam niezły bajzel na Ulicy Pokątnej.
Wyglądała jak zawsze wspaniale, jak zawsze okrutnie piękna, tak jak ostatnim razem i za każdym poprzednim… Tym razem nie zapomniałem jak jest piękna. Nie, po prostu nie. Tonks to jabłka i białe róże, i wszelkie rodzaje przyjemności. Fleur to truskawki i świeży deszcz, i wszelkiego rodzaju doskonałości…
Przekleństwo na brzemię wyboru, pomyślałem.
Wyciągnąłem swoją różdżkę z tylnej kieszeni spodni, nadal w drugiej ręce trzymając w pogotowiu napełniony pęcherz buchorożca. Przybyłem z przyszłości więcej niż raz, z powrotem do teraz, ale teraz nie miałem pojęcia, co się wydarzy w najbliższej minucie. Wiedziałem, co powinno się wydarzyć, ale miecz rozcinający mnie na pół i przeszywający moje serce, otworzył mi oczy na możliwość, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem…
Już prawie czas – ha ha, czas.
Człowiek skrywający się w fałdach swojej czarnej szaty, Śmierciożerca chcący zabić Fleur, wyłonił się z Ulicy Śmiertelnego Nokturnu, na którą cienie rzucały dachy stojących przy niej budynków. Miał uniesioną różdżkę i celował nią prosto w tę francuską piękność, kiedy schodziła po chłodnych, marmurowych schodach Banku Gringotta.
Była 10:08, zwykła chwila w czasie, po prostu drobny moment w wielkim starym świecie…
— AVADA KEDAVRA!
Byłem przygotowany na tę chwilę, nawet kiedy Fleur sięgała instynktownie po swoją różdżkę, a tłum gapiów zamarł, ja byłem gotowy i szybki. Już się poruszyłem. Napęczniały pęcherz, który trzymałem w dłoni, zawirował w powietrzu i eksplodował tłustą cieczą na twarzy zamaskowanego człowieka.
Machnął różdżką, a klątwa z niej wystrzelona przeleciała obok Fleur i uderzyła w ornamentowane drzwi Gringotta tuż za dziewczyną. Wygięły się one pod wpływem potęgi zaklęcia, duże kawałki płonącego żelaza i marmuru poleciały dookoła, a Fleur rzuciła się na ziemię.
Znowu byłem bohaterem.
I tak jak ostatnim razem, rzuciłem resztką swojego papierosa w powietrze – wprost na twarz niedoszłego mordercy. Jego skóra i szata zapłonęły niebieskim ogniem. Wrzasnął, upuścił różdżkę i upadł na ziemię, próbując ugasić płomienie.
Tajemniczy napastnik Fleur leżał, ponownie unieszkodliwiony. Nie będę udawał, że nie czuję satysfakcji za każdym razem, kiedy podpalam tego dupka, ale to tylko moja mroczna strona przemawia przez ten cały chaos…
I miałem większe problemy, niż moja sadystyczna natura, czyż nie?
Za około czterdzieści pięć sekund miałem być martwy. Ostatnim razem z czarującym uśmiechem pomogłem Fleur stanąć na nogi – tym razem nie byłem tak rycerski, ignorując ją zupełnie i cofając się o krok z różdżką w pogotowiu, oczekując swojego własnego, tajemniczego napastnika.
Gdzie jesteś, ty przebrzydły draniu?
— 'Arry Potter — odezwała się Fleur, wstając o własnych siłach. — Co się-? Uratowałeś mnie!
Nikogo nie było dookoła, nikt nie stał w odległości uderzenia, ani nie miał przy sobie miecza o ostrzu długim na cztery stopy. Tylko tłum, który schylił głowy i próbował umknąć w czasie próby odebrania Fleur życia. Aurorzy już pędzili w dół ulicy, by zapanować nad sytuacją i nad płonącym facetem na bruku przed Śmiertlenym Nokturnem.
Nikogo – żadnego człowieka, żadnej rzeczy.
— Witam, panno Delacour — powiedziałem, patrząc wszędzie, tylko nie na nią. Moja różdżka zadrżała, moc wibrowała poprzez drewno. Byłem gotowy uwolnić piekło. — Wszystko w porządku?
I oto było – a właściwie coś było. Nie potwór z mieczem, ale coś, co było nie na miejscu. Pomiędzy Fleur a mną, na środku placu, wisiała w powietrzu… dziura. W powietrzu, około trzech stóp nad ziemią, cienka wyrwa nicości, zwykła dziura w materiale rzeczywistości, tam, gdzie spodziewałem się ujrzeć potwora dzierżącego miecz.
Podszedłem parę kroków, kompletnie nie mając pojęcia na co patrzę.
— Wszystko w porządku, 'Arry — odpowiedziała Fleur, patrząc na mnie, cała blada i roztrzęsiona. Jej oczy wodziły od zniszczonych drzwi banku do leżącego na ziemi człowieka, który dopiero teraz zaczął radzić sobie z płomieniami. Prawy rekaw jej bluzki poszarpał się w czasie upadku. Jej skóra była poharatana i krwawiła.
— Widzisz to? — zapytałem ją, wskazując ręką na wyrwę wiszącą w powietrzu, i cały czas pilnując się na wypadek niespodziewanych ataków.
— Co mam widzieć?
Była szeroka na około dłoń, a jej krawędzie świeciły intensywnym niczym błyskawica niebieskim kolorem. Wyciągnąłem dłoń i dotknąłem tego tuż na krawędzi. Przecięło koniuszek mojego palca bez żadnego problemu i jasna strużka krwi pociekła po mej dłoni. Cofnąłem się o krok.
Jednakże byłem zaintrygowany. Spojrzałem do wewnątrz tej rzeczy, czymkolwiek była, i nie ujrzałem nic poza ciemnością. Poczułem chłód – lodowaty, zamarzający chłód. Zmrożony do kości spojrzałem w otchłań, do wnętrza rany, która nie powinna istnieć, i zostałem zahipnotyzowany przez to cholerstwo.
Nic dobrego nie może z tego wyniknąć, pomyślałem. I naszła mnie myśl, szybko z resztą zapomniana: Oto koniec tej gry.
— 'Arry, co mam widzieć?
To coś odwróciło moją uwagę – zauroczyło mnie – i nie zauważyłem ruchu Fleur zanim było za późno. Ruszyła w moją stronę i przeszła wprost przez wiszącą w powietrzu wyrwę, która przed chwilą bez problemu przecięła mój palec.
Zachłysnąłem się i rzuciłem do przodu, by ją powstrzymać, obawiając się, że zostanie przecięta w pół, lub coś jeszcze gorszego.
Fleur przeszła wprost przez wyrwę w – jak sądzę – rzeczywistości cała i zdrowa. Jej piękna twarz była na wprost mojej, zatroskana i wciąż trochę przestraszona, ale cała i nie okazująca oznak, że widziała lub choćby poczuła ciemność, przez którą przeszła.
Gdzie był mój przeklęty morderca?
— 'Arry?
— Ja… umm… — odchrząknąłem. — Cześć, Fleur.
Uśmiechnęła się, a jej twarz rozpromieniła się natychmiast. — Już raz się przywitałeś.
— Tak? Rozproszyłaś mnie, stojąc tak blisko i wyglądając tak dobrze.
Fleur zaśmiała się, a jej oczy zabłysły i wtedy przybyli Aurorzy.
— Co się stało? — zapytał mężczyzna z przodu, celując swoją różdżką w cokolwiek, co mogłoby się poruszać. Jego młodsza partnerka robiła to samo, a jej oczy rozszerzyły się, kiedy mnie rozpoznała.
— Zostałam zaatakowana przez tego człowieka — odpowiedziała Fleur, występując naprzód i wskazując na dymiącą postać, leżącą tuż przed wejściem na Śmiertelny Nokturn. Ciało, które było widać – twarz i ręce – były mozaiką stopionej i popękanej skóry. Okaleczony mężczyzna powoli czołgał się w stronę swojej różdżki. — Uzyl Klatwy Usmiercajacej i, jak mozecie zobaczyc, chybil. Merde, to bylo blisko!
I oto była jedna z rzeczy, które kocham u Fleur – które znajduję naprawdę słodkimi. Zawsze gdy jest rozzłoszczona albo naprawdę w coś zaangażowana, jej akcent uwidocznia się i prawie nie można jej zrozumieć.
— Stupefy — powiedział dowódca Aurorów i promień czerwonego światła uderzył napastnika Fleur, który opadł na ziemię nieprzytomny. — Zakuj go, Bryson. Dobrze, weźmiemy go do aresztu, panno…?
— Fleur Izabelle Delacour.
— Panno Delacour — powtórzył Auror, kiedy jego partnerka zakuwała człowieka. — Już wszystko w porządku. Mamy go.
Podejrzewam, że urok wili, który emitowała Fleur, trochę wpłynął na tego mężczyznę, skoro wypiął pierś i położył na jej ramieniu rękę w – jak się domyślam – geście uspokojenia. Nigdy nie byłem zazdrosnym człowiekiem. Czy to byłoby zbyt brutalne, gdybym urwał mu tą dłoń? Być może.
— Będziemy potrzebowali w Ministerstwie pani zaznań tak szybko jak to będzie możliwe. Do tego czasu wezmę pani adres zamieszkania oraz adres Seci Fiuu i będziemy w kontakcie.
— Dobrze.
Auror wyczarował pergamin i, używając koniuszka swojej różdżki, zanotował adres Fleur, który mu podała. — Data urodzenia? — zapytał jeszcze.
— Piętnasty listopad 1977 roku.
— Dobrze, dziękuję. Zobaczymy się jeszcze dziś.
— Będę popołudniu.
— Doskonale – teraz, czy widział pan całe zajście, panie…?
Zauważył mnie – a sądziłem, że ma oczy wpatrzone tylko w Fleur. Wciąż rozglądając się dookoła i pilnując przed potworami ze szpiczastymi ostrzami i temu podobnymi, wystąpiłem obok Fleur, pilnując, by stać daleko od tej wyrwy unoszącej się w powietrzu za mną. Nie zraniła Fleur i ona jej nie widziała. Ja natomiast ją widziałem i teraz mój palec pobolewał od ostrego niczym brzytwa brzegu.
— Potter. Harry Potter — odpowiedziałem i patrzyłem jak mężczyzna przygląda mi się uważniej, a jego oczy wędrują bezwiednie ku mojemu czołu. — Tak, ten Harry Potter – i nie, nie występuję na przyjęciach dla dzieci.
— Er… czy widziałeś tego człowieka atakującego Pannę Delacour? Czy zeznasz to wobec prawomocnego sądu?
— Oczywiście, że tak — zgodziłem się, potakując głową i spodziewając się, że w każdej chwili może przebić mnie miecz. Wyglądało jednak, że potwór nie zamierzał się pojawić. Jakie to… rozczarowujące?
— Cody – druga Auror, Bryson, zawołała z wejścia na Śmiertelny Nokturn. — Ten tutaj ma Mroczny Znak. To Śmierciożerca.
— Och, Merlinie… — odparł Auror Cody, patrząc na moje czoło, a potem na Fleur. Odpowiedziało mu zimne spojrzenie i lekkie uniesienie brwi. Zarumienił się i odwrócił wzrok. — Nie możemy tego wyciszyć, panie Potter — powiedział — ale pan i panna Delacour powinniście opuścić to miejsce, kiedy jeszcze możecie, zanim Prorok się tu zjawi. W każdym razie i tak będziemy potrzebowali państwa zeznań.
Przytaknąłem, nie mając ochoty na spotkanie z Ritą Skeeter czy jej współpracownikami. Już dość było w gazetach wiadomości o mnie, z całą masą nowych tuż po wakacjach, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem. — I je dostaniesz. Poziom Drugi. Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Pojawię się tam po lunchu. — Po lunchu nie będzie mnie już w kraju, ale Auror Cody nie musiał tego wiedzieć.
Uwierzył w to – bądź co bądź, byłem Harrym Potterem, Wybrańcem – po czym kiwnął mi głową, uśmiechnął się do Fleur i oddalił, by dołączyć do swojej partnerki, kiedy tłum, wyczuwając, że zagrożenie minęło, zaczął powoli zbierać się, by zobaczyć, co się stało. Większość z ciekawskich patrzyła na mnie, a w ich oczach widziałem, że mnie rozpoznali.
— Zmierzałem do Gringotta, Fleur — powiedziałem, odwracając się do dziewczyny. Ona i ja byliśmy prawie tego samego wzrostu. Myślę, że ostatnim razem też to zauważyłem, zanim zostałem zabity, ale nie jestem tego pewien. W każdym razie, była odrobinę wyższa i o wiele piękniejsza, ale mnie czekał skok wzrostu w okolicach stycznia – obiecuję, możecie na podstawie tego ustawiać zegarki – i kiedy w końcu będę mógł mieć jakiś porządny zarost na twarzy, będę w stanie odegrać rolę tego twardego przystojniaka. Przynajmniej lubię myśleć, że jestem w stanie.
— Dopiero co stamtąd wyszłam — odparła Fleur. — Akurat mam poranną przerwę i szłam po kawę, kiedy ten atak… dlaczego ten człowiek miałby mnie zaatakować?
— Ponieważ przeprowadzasz audyt skarbców należących do Śmierciożerców — powiedziałem bez zastanowienia, patrząc na dziurę w powietrzu, którą tylko ja mogłem ujrzeć. Znowu mnie to rozproszyło i zajęło mi chwilę, by zrozumieć, co powiedziałem. Jak mogłem wiedzieć, czym się ona zajmuje? Spojrzała na mnie, jej oczy niepewne, a usta drżące. Nie ma odwrotu – musiałem naprawdę nie zwracać na nic uwagi, skoro pozwoliłem, żeby coś takiego wydostało się z moich ust. — Ministerstwo i Scrimgeour naciskają na gobliny, by to zrobić, a one zrzucają to na nas – na ciebie – by za bardzo nie wkurzać Voldemorta. Gobliny to… przebiegłe dranie.
— 'Arry, skąd możesz to wiedzieć?
— To samo wydarzyło się w czasie poprzedniej wojny — powiedziałem, co w zasadzie było prawdą. — Wielu z pracowników banku, którzy byli czarodziejami, stało się celem z powodu majstrowania przy finansach Voldemorta.
— Och… rozumiem. — Nie rozumiała, nie do końca. Oddaliłem jednak jej pytania na jakiś czas.
— No… udaję się do Gringotta, chcesz iść tam ze mną?
— Muszę już wracać — odparła Fleur, kładąc swe dłonie na mych ramionach. — Dziękuje ci, 'Arry, za uratowanie mnie — powiedziała i pocałowała mnie najpierw w jeden, a potem w drugi policzek.
Merlinie, truskawki mogą mi zakręcić w głowie…
— Ach — wydukałem , czując łaskotki w miejscu, gdzie mnie pocałowała. — Ach, dla ciebie Fleur, gotów jestem pojedynkować się z samym Mrocznym Lordem.
Roześmiała się – wyglądało na to, że udało mi się przebić przez jej zimną powłokę. Zawsze sądziłem, że jej wyniosłość była bardziej zasłoną niż czymś innym, co skrywało prawdziwą ćwierćwilę. Zamilkłem na chwilę, nigdy wcześniej tak nie pomyślałem, prawdopodobnie była to jedna z tych zamazanych myśli, należących do przyszłości. Uchwyciłem się jej…
Pierwszy raz ujrzałem Fleur i pierwszy raz z nią rozmawiałem w tą noc, kiedy Czara Ognia wyrzuciła moje nazwisko. Nie uwierzyła mi, tak jak wielu, kiedy zaprzeczyłem, że umieściłem swoje imię w Czarze. W czasie tego roku pozostała chłodną i niedostępną. Parę razy przeprowadziliśmy krótkie i grzecznościowe rozmowy. Ale w czasie Drugiego Zadania uratowałem jej siostrę, Gabrielle, i ujrzałem więcej niż tą chłodną i wyniosłą zewnętrzną maskę, za którą kryła się przed światem i ukrywała jak bardzo jest samotna.
Myślę, że Fleur zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo potrafi być onieśmielająca – w szczególności dla mężczyzn, a wiele kobiet widziało w niej zagrożenie. Była oszałamiająca i wspaniała. Wiele kobiet było o to zazdrosnych, no i jaką ciekawą rozmowę można prowadzić z mężczyzną, która ślini się na twój widok?
Moje myśli zaczęły uciekać… Fleur mnie pociągała, ale podziwiałem ją także w taki sposób, w jaki może to uczynić tylko taki sam odludek jak ona. Żadne z nas nigdzie nie pasowało i nigdy pasować nie będzie – nie na tym świecie, nie w tym czasie.
— Pojedynkujesz się z Mrocznymi Lordami nawet wtedy, kiedy mnie nie ma, nie?
Wyszczerzyłem zęby, wciąż patrząc na dziurę wiszącą w powietrzu. Była już mniejsza. Patrzyłem jak się kurczy i zatraca… Cokolwiek to było i jakkolwiek zostało stworzone, teraz było odczyniane. Ostre niczym brzytwa, niebieskawe brzegi płowiały, a wyrwa zapadała się w sobie niczym zamek w dżinsach. Poszedłem razem z Fleur w stronę Gringotta, machając ręką w powietrzu przede mną.
Nie było tam niczego.
— Mroczni Lordowie, Śmierciożercy, Smoki, Dementorzy… pokaż mi coś, co chce mnie zabić i można zapisać to wielką literą, a postaram się.
Fleur ponownie się zaśmiała. — Próbujesz mi zaimponować swoim heroizmem, 'Arry?
Wciąż rozglądałem się za potworem gotowym mnie zabić, ale nic nie widziałem i miałem uczucie, że dzisiaj nic już się nie stanie. Wątpię jednak, bym po raz ostatni ujrzał to coś, co odesłało mnie na początek. Blizna na moim sercu była bolącym przypomnieniem, by od teraz spać z jednym okiem otwartym.
Zaoferowałem Fleur swoje ramię, które zostało przyjęte, kiedy szliśmy poprzez kawałki gruzu i drzwi prowadzących do banku. Gobliny dopiero teraz zaczęły czyścić wejście, otwierając resztkę drzwi na oścież, by klienci mogli wchodzi i wychodzić bez przeszkód. Kłóciły się między sobą w swoim surowym języku, łypiąc oczyma na nieprzytomnego człowieka, którego Aurorzy wlekli przez ulicę.
— Zaimponować tobie? Nie, nie, jestem na to zbyt skromny — Zamilkłem na chwilę. — Zaimponowałem ci?
Fleur uśmiechnęła się. Czy wspominałem już jak ona promienieje? Jaka jest seksowna? — Oui — odpowiedziała i ponownie pocałowała mój policzek, kiedy weszliśmy do banku.
Była 10:17 i czterdzieści dwie sekundy. Żyłem, byłem w dobrym zdrowiu, na mym ramieniu opierała się piękna francuska czarodziejka i musiałem dokonać drobnej wypłaty.
By zostawić komentarz naciśnij na przycisk Review this Story/Chapter. Napisz komentarz, a potem naciśnij na Submit.
