Wysoko sklepioną kaplicę oświetlały setki świec poustawianych przy ławkach i wiszących na kryształowych żyrandolach zwisających z sufitu. Jasne draperie upięte kilka metrów nad głowami gości rozświetlały ciemne pomieszczenie. Wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali wejścia panny młodej, a od czasu do czasu w ostatnich rzędach dały się słyszeć niecierpliwe pomruki i ciche szepty. A to, że ceremonia miała się zacząć niecałą godzinę temu, wcale nie polepszało napiętej sytuacji. Również rodziny, zarówno ze strony panny młodej jak i pana młodego, który już od kilkunastu minut czekał na swoją wybrankę, w równym stopniu były zaniepokojone. Mistrz ceremonii co chwilę posyłał ludzi z obsługi wesela po pannę młodą, która wciąż zamknięta w łazience odmawiała współpracy. W końcu, kiedy wysłano jedną z druhen i brata panny młodej, do kaplicy weszła, krocząc powoli, niezwykle blada dziewczyna o brązowych włosach sięgających do uszu. Jej twarz, zakryta kilkoma warstwami szyfonu tworzących welon, była ukryta przed oczami wszystkich, od czasu do czasu ujawniając jedynie słabe zarysy. Jej śnieżnobiała suknia z brugijskimi koronkami i ręcznie tkanym trenem podtrzymywanym przez trzy druhny idealnie przylegała do jej szczupłej sylwetki, spływając kaskadami bieli do krwistoczerwonego dywanu. Jej jasnowłosy ojciec trzymający ją pod rękę był ubrany w jasnoniebieską marynarkę i spodnie z czarnymi wykończeniami.

Tuż przy ołtarzu na pannę młodą czekał jej przyszły mąż z twarzą rozjaśnioną uśmiechem. Ubrany był w czerń, zarówno spodnie, wcięta w pasie marynarka jak i koszula były kruczoczarne, co przy sukni jego narzeczonej robiło piorunujące wrażenie. Podobnie jak większość zgromadzonych był niezwykle blady, co również kontrastowało z jego strojem. Przestępował z nogi na nogę, jak gdyby nie mógł się doczekać ukochanej.

Chwilę później orszak złożony z panny młodej, jej ojca i siedmiu druhen doszedł do ołtarza, te ułożyły na posadzce tren i wycofały się w stronę pierwszych ławek. Ojciec panny młodej przekazał jej rękę swojemu przyszłemu zięciowi i zajął miejsce obok swojej żony.

Chwilę później przed kamiennym ołtarzem, pokrytym zawiłymi znakami runicznymi stanął ciemnowłosy mężczyzna w czarnej szacie i nakazał narzeczonym, by podeszli.

- Zgromadziliśmy się tutaj, by być świadkami połączenia tych dwojga młodych ludzi, którzy od tej pory staną się jednością.

Na jego znak do ołtarza zbliżył się pan młody i podniósłszy rękę, powiedział głośno i wyraźnie:

- Ja, Alec Volturi, przysięgam:

Moje ciało będzie twoją własnością

Moje ciepło i ciebie ogrzeje

Moje łoże i twoim będzie

Moja nadzieja twoją nadzieją.

Po wypowiedzeniu ostatniego z tych słów w całej kaplicy zrobiło się jakby duszno, a mistrz ceremonii skinął głową na znak, że czas by i panna młoda dołączyła do ukochanego.

Wszystkie oczy powędrowały w stronę jej kruchej postaci.

Dzień wcześniej

- Nie, nie i jeszcze raz nie! – krzyknął głośno, jednocześnie przeskakując na drugą stronę komnaty i wyswobadzając się z uścisku kobiet.

- Ależ, Edwardzie – Zdesperowana Sulpicja rozejrzała się, jak gdyby szukając wsparcia, ale ani Esme, ani Alice, nie chciały przyjść jej z pomocą – Proszę.

- Do jasnej cholery, nie założę tej przeklętej sukni. Jestem facetem. – Głos Edwarda rozniósł się po pomieszczeniu, wprawiając w osłupienie obie szlachetne damy. Esme skarciła syna, a Alice bezradnie chichotała w kącie, odpakowując jakąś paczkę.

- Edwardzie. – Esme wyglądała na rozdartą pomiędzy pomocą obu kobietom w przytrzymaniu Edwarda, a wsparciem syna. – Musisz to zrobić, wierz mi, że chciałabym inaczej, ale nie mogę nic na to poradzić. – W tej samej chwili zdesperowana Artredora próbowała przytrzymać chłopaka, podczas gdy Sulpicja usiłowała narzucić na niego suknię, na co ten podskoczył, cudem unikając dotyku materiału.

Kobiety usiadły i załamały ręce.

- Nie mamy wyboru – powiedziała cicho Sulpicja i pstryknęła palcami.

Drzwi się otwarły i do komnaty wszedł Alec.

- Ty! – Edward w ułamku sekundy podskoczył do niego i chwyciwszy go za szyję, wysyczał cicho: – Wiedziałeś, wiedziałeś i nic mi nie powiedziałeś? Nic!

- Ale ja...

- Nie mogłeś mi nic powiedzieć wczoraj? Wczoraj w środku tańca zanim zaczęliśmy się całować, mogłeś powiedzieć "Wiesz, Edwardzie, czy na nasz ślub mógłbyś założyć białą suknię?" – Chłopak popatrzył na niego gniewnie.

- A zgodziłbyś się? – Spojrzał na niego z nadzieją.

- Nigdy! Jestem facetem, ja...

- Edwardzie, właściwie nie jesteś już, jak to określiłeś, facetem. – Sulpicja spojrzała na niego ze zrezygnowaniem.

- Co? Przecież wciąż jestem... Mam...

- W sensie fizycznym tak, ale nasze prawo mówi, że jeśli wampir przyjmie oświadczyny innego wampira, przestaje być...

- ...w pełni mężczyzną - dokończyła za nią Artredora.

- Alec? - Odwrócił się w stronę narzeczonego z żądzą mordu w oczach. - Ty i te twoje...

Chwilę później leżał na kamiennej posadzce bez czucia.

- Wystarczy wam dziesięć minut? - chłopak zapytał cicho.

- Musi - odpowiedziały z entuzjazmem obie wampirzyce i poczęły zdejmować miarę z nieprzytomnego Edwarda.

W tej samej chwili Alice uporała się już z otworzeniem paczki, wyjęła czarne, tekturowe pudełko z doczepionym bilecikiem PRADA.

- Dziewczyny, spójrzcie. - Z ust trzech wampirzyc wydarł się cichy jęk. Alice trzymała w ręce ręcznie szyte, na specjalne zamówienie, białe, atłasowe szpilki na niewysokim obcasie, ozdobione drobnymi perełkami i bladoniebieskim haftem z monogramami Aleca i Edwarda.

- Musiały kosztować majątek – obie kobiety westchnęły – ale chyba tylko raz w życiu wydaje się syna za mąż.

- Dokładnie – odetchnęła głęboko Esme. – Alec?

- Tak? – Skłonił się lekko.

- Czy wszystko już gotowe na jutro? – zapytała z troską w głosie. – Cały czas boję się, że coś pójdzie nie tak.

- Spokojnie, pani Cullen... – zaczął Alec.

- Mów mi Esme.

- Ale...

- Esme.

- Spokojnie, E... Esme. Nad urządzeniem kaplicy czuwają Rosalie, Jasper i Felix, a pomaga im Emmet. – Uśmiechnął się lekko na wspomnienie przerażonej twarzy chłopaka, gdy zagroził mu wczoraj, że zmusi go do tańca z Jane. – Wesele odbędzie się w Sali Balowej na parterze, a nad wystrojem czuwa Alice. – Skinął głową dziewczynie, przyglądając się pomiarom Edwarda. – To nie może się nie udać.

- Mam nadzieję. – Popatrzyła na niego ze smutkiem w oczach. – A ty jak się z tym czujesz? Jutro weźmiesz ślub z moim synem. – W tej chwili obydwoje spojrzeli na Edwarda, entuzjastycznie mierzonego przez obie kobiety.

Na chwilę zapadło milczenie.

- Jest za wcześnie, bym mógł powiedzieć, że go kocham, ale zbyt późno na to, by był mi obojętny.

- Wiem, widzę, jak na siebie patrzycie. – Chwyciła welon. – Chyba tobie bardziej byłoby w nim do twarzy.

- Myślę, że wie pani... że wiesz, dlaczego to Edwardowi przeznaczono rolę żeńską w czasie ślubu.

- Wiem, wasz związek symbolizuje unię naszych rodzin i jeśli ty byłbyś zmuszony ubrać tę suknię znaczyłoby to, że to my jesteśmy silniejsi od was.

- Volturi od dawna są obserwowani – wyszeptał Alec.

- Domyślałam się tego. – Esme powiedziała to tak cicho, że skinęła dodatkowo głową na potwierdzenie, w wypadku gdyby nie dosłyszał. – Decyzje Aro nie są popularne.

- Góra się niepokoi, zbyt wiele jest do stracenia.

- Ale o wiele więcej można zyskać – wyszeptała Esme. – W tych trudnych czasach, które nadejdą, nie pozwolę skrzywdzić mojej rodziny.

- Ani ja. – Spojrzał na Edwarda ze smutkiem. – Skompletowaliście druhny z waszej strony?

- Tak. Kate, Tanya, Siobhan i Carmen.

- Z naszej strony będą Heldi, Chelsea i Jane.

- Jane? Naprawdę ktoś ją przekonał, by wystąpiła w bieli i to jako druhna?

Godzinę wcześniej

- Jane? – Głos Aro był lodowaty, chociaż patrzył na nią z uśmiechem.

- Tak, mój panie? – Skłoniła głowę w oczekiwaniu na rozkazy.

- Potrzebujemy druhny na wesele naszych narzeczonych i wybrałam ciebie na jedną z nich.

- Tak, panie. – Skłoniła się i wyszła.

W tym samym czasie, na korytarzu

- Gdzie jest mój brat?

- Nie wiem. – Głos Demetriego brzmiał, jak gdyby ten prawie dwumetrowy olbrzym za chwilę miał się rozpłakać.

Padł na jedną z kamiennych płyt wyścielających posadzkę i zaczął miotać się w spazmach bólu zesłanego przez Jane. Całe jego ciało było jednym wielkim płomieniem ognia, a kończyny, drgające spazmatycznie, rozbijały posadzkę na pył.

- Masz odwołać ten ślub, albo usmażę ci mózg i wyjem go plastikową łyżeczką, idioto. – Zmroziła go wzrokiem.

- Ale jak?

- Wymyśl coś, debilu słodki.

Załomotała peleryną i wyszła.

Z powrotem we Wieży

- Proszę się nie martwić, była zachwycona. – Uśmiechnął się lekko Alec.

- Skoro tak mówisz. Naprawdę martwię się o wasze wspólne życie. – Zrobiła krótką pauzę i wzięła oddech. – Wiesz co się stało z Bellą?

Chłopak zawahał się i po chwili do uszu Esme dobiegł syk.

- Kiedy miała się odbyć jej egzekucja, Aro rozkazał wszystkim wyjść, nawet Renacie.

- Oddalił swoją tarczę?

Alecowi nie dane było odpowiedzieć, bo do komnaty z trzaskiem drzwi wtargnęła Jane w białej, haftowanej na brzegach sukni. Całe jej ciało wyrażało żądzę mordu, oczy ciskały błyskawice, a ręce, trzymające bukiecik stokrotek, drżały nieznacznie.

- TY! To twoja wina. – Zmierzała w stronę Aleca z niezwykłą, nawet jak na wampira, prędkością, wymachując rękami i gubiąc stokrotki. – To twój ślub.

- Jane? – Chłopak zaczął się wycofać pod ścianę, zasłaniając swoim ciałem Esme – Jane, uspokój się, Jane, siostrzyczko, uspokój się.

- Jak, do diabła, mam być spokojna, kiedy mój brat bierze ślub z tą aberracją natury? – Skinęła głową na leżącego na dywanie Edwarda. – To może jeszcze bym zniosła, ale ten strój? – Dziewczyna zaczęła drżeć, a jej lewą połową twarzy zaczął wstrząsać tik nerwowy. – Biel, przeklęta biel!

- Spokojnie, siostrzyczko, wiesz, że ani mi, ani Cullenom, nic nie możesz zrobić. – Popatrzył na nią ze smutkiem. – Musisz odreagować, oddychaj głęboko i pomyśl o tym, co lubisz robić.

- Gdzie jest Demetrii? – Pobiegła w stronę drzwi, szczęśliwa jak kot, któremu powiedziano, że na strychu jest więcej myszek.

Dzień wesela rano

Sypialnia Esme i Carlisle'a

- Jak on to zniósł? – Ton głosu Carlisle'a wyrażał całkowitą rezygnację.

- Na początku zaczął zaprzeczać, tłumaczył, że jest mężczyzną, ale kiedy kilkanaście minut później obudził się po ataku Aleca, zdawało się, że przyjął to ze spokojem.

- Nie wierzę, Esme. Co my robimy...

- Wydaje mi się, że ratujemy naszą rodzinę.

- Kosztem Edwarda?

Esme odwróciła wzrok.

- Ty poniosłeś większą stratę, teraz gdy jesteśmy zmuszeni do picia ludzkiej krwi...

Objął jej twarz dłońmi.

- Ciii, powoli się przyzwyczaję.

- Boję się o naszych gości – wyszeptała cicho.

- O nasze kuzynki z Denali? Coś im grozi?

- Mam jakieś dziwne przeczucia, myślę, że Aro chce przejąć Eleazara.

- Mnie też to martwi. Ostrzegę go i Tanyę też.

Objął ją ramieniem i przytulił mocno. Ci, którzy dobrze znali rodzinę Cullenów, wiedzieli, że to Esme jest sercem rodziny; to ona jako pierwsza wyciągnęła rękę do Alice i Jaspera, wspierała swoje dzieci tak bardzo, jak tylko mogła i rozpieszczała swoich najbliższych w nie natarczywy sposób. To od niej Carlisle czerpał siłę, by, będąc wampirem, pozostać człowiekiem.

- Może lepiej ja to zrobię, ty widujesz się z Aro codziennie, więc ma okazję czytać ci w myślach.

- Pewnie masz rację. – Doktor pocałował żonę w czoło. – Gdzie nasze dzieci?

- Alice i Jasper kończą dekorowanie Sali Balowej, Emmet i Rosalie pojechali na lotnisko po naszych gości, a Alec i Edward... No właśnie, zaczynam rozumieć, jak Edward musiał się czuć przy Belli.

- Co masz na myśli? – spytał strapiony Carlisle.

- Edward chyba... on jest...

- Homoseksualistą?

- Mniej więcej, podejrzewałam to, gdy wabiony zapachem Belli, nie chciał jej narażać, ale wtedy, po jej urodzinach, po tym co się stało...

- Kiedy wyjechaliśmy z Forks?

- Tak, po naszym wyjeździe Edward znikał na całe noce, chyba wiem, gdzie wtedy był...

- Chyba nie robi ci to różnicy? – zapytał stroskanym głosem.

- Wiesz, że kochałabym każde z naszych dzieci, bez wzglądu na to, co by robiły i kim by były?

- Wiem. – Pocałował ją w policzek. – A teraz będziemy mieli kolejnego syna.

- Właściwie córkę, ale jak czasami mówi Alice...

- ...walić konwenanse.