Rozdział drugi:

Feliciano wpisał adres z wizytówki, którą dostał od nieznajomego na imprezie i czekał aż ich wysłużony komputer załaduje stronę. Po chwili czekania zobaczył baner przedstawiający zdjęcie jakiegoś budynku nocą, oświetlonego światłem padającym z neonu przedstawiającego nazwę „Host Klub BFT". Nie zwracając uwagi na aktualności, Feliciano kliknął w zakładkę „Informacje" i już po chwili wyświetliło się zdjęcie przedstawiające troje przystojnych mężczyzn w garniturach i krótki artykuł pod fotografią. Szybko przeczytał go i dowiedział się, że przystojniacy na zdjęciu to Francis, Gilbert i Antonio, którzy założyli ten (pierwszy w mieście) host klub i sami w nim pracują. Dowiedział się także, że w tym klubie nie świadczy się usług seksualnych, więc Lovino mylił się, co do prostytucji. Feliciano uruchomił galerie i z zaciekawieniem zaczął przeglądać zdjęcia przedstawiające klub, hostów, a czasem także gości.
- Co przeglądasz? - spytał Lovino, który nagle pojawił się za nim, wycierając ręce w ścierkę. Najwyraźniej już skończył zmywać po obiedzie. Feliciano podskoczył zaskoczony.

- Sprawdziłem adres z tej wizytówki – wskazał na kartonik leżący na biurku.

- Po co? - spytał Lovino, krzyżując ręce na piersi.

- Sądzę, braciszku, że powinniśmy spróbować tam pracować – powiedział, patrząc na zdjęcie, na którym roześmiany blondyn kroił naprawdę imponujący tort. Na cieście napisane różowym lukrem widniało imię „Gilbert".

- Już mówiłem, że nie mam zamiaru pozwolić tobie na prostytucję ani samemu to robić, kurna! - wykrzyknął Lovino.

- Ale Lovi, to jest klub, gdzie można się napić w dobrym towarzystwie, porozmawiać a nie sex klub – wymamrotał Feliciano, a na ekranie pojawiło się zdjęcie, na którym młoda, ładna dziewczyna dyskutowała o czymś entuzjastycznie z albinosem, który, jak domyślał się Włoch, miał na imię Gilbert. - A wszyscy klienci wyglądają na nadzianych. Może tam zarobimy wystarczająco szybko pieniądze, by spłacić...

- Został nam tylko miesiąc, Feliciano – przerwał mu Lovino. -Nie zdobędziemy 100 tysięcy w miesiąc. Mafia nas dorwie i zobaczymy się z dziadziem szybciej niż myśleliśmy – stwierdził gorzko, przyciągając krzesło i siadając obok brata. Przez chwilę w ciszy oglądali kolejne zdjęcia. - Wiem, że to nie jest wina dziadzia, że zginął i zostawił nas z tym długiem i w ogóle, kurna, ale naprawdę wolałbym nie skończyć w betonowych butach na dnie oceanu bez nerki czy wątroby.

- Lovi, spróbujmy zdobyć pieniądze w tym klubie! Podobno w takich miejscach się dużo zarabia. Może uda nam się zdobyć chociaż połowę tej sumy...

Lovino pokręcił powoli głową. Czuł się okropnie. Może powinni po prostu już zrezygnować. By zdobyć te pieniądze potrzebują cudu.
- To niemożliwe. Nie zarobimy nawet 10 tysięcy w miesiąc. To, kurna, niewykonalne.
Pobladły Feliciano patrzył na swojego brata. Lovino zawsze twierdził, że jakoś to będzie i to pozwalało mu wierzyć w szczęśliwe zakończenie. Ale gdy jego brat w końcu przyznał głośno, że się im nie uda, poczuł jak grunt osuwa mu się spod nóg.

- Ale musi być coś, co możemy zrobić... - wyjąkał. W jego oczach stanęły łzy. Nie potrafił być optymistą w tej sytuacji. Myśl, że mogą z bratem umrzeć już za miesiąc była przerażająca. Nie chciał jednak być kolejnym kłopotem dla Lovino, więc zagryzł wargę i wytarł oczy w rękaw koszuli. - Postaramy się o pracę w tym klubie i poprosimy o trochę więcej czasu...!

Lovino przerwał mu, unosząc dłoń.
- Próbowałem, Feli, naprawdę – mruknął. – Pytałem naszego łącznika czy możemy dostać więcej czasu. Zmienił się Don. Bernardo powiedział, że jeśli spóźnimy się z zapłatą chociaż o dzień, to możemy sobie wybrać trumny i modlić się, by udało się nam w nich spocząć w jednym kawałku. Dał mi nawet to – wyciągnął z kieszeni drewniany różaniec.

Feliciano zmarszczył brwi i z namaszczeniem podniósł różaniec z dłoni brata. Od czasu, gdy ich dziadek zginął półtora roku temu, zajęli się zdobywaniem pieniędzy, by przeżyć oraz spłacić dług zaciągnięty u mafii. Zupełnie zapomnieli o wierze, gdy udało im się dostać do tego państwa, by uniknąć zarówno sierocińca jak i trafienia pod skrzydła mafii.
- Lovi, to takie dziwne, dziadek zawsze powtarzał, że wiara jest ważna, a po jego śmierci zupełnie o tym zapomnieliśmy... ostatni raz modliłem się w dniu jego pogrzebu... A przecież kiedyś naprawdę mocno wierzyłem!

Feliciano zacisnął dłonie na drewnianym krzyżu, jakby był on jego ostatnią deską ratunku. Lovino patrzył na niego ze smutkiem. Sam nigdy nie przejmował się wiarą, a chodzenie do kościoła było dla niego tylko pewnego rodzaju tradycją. Jednak wiedział, że Feliciano inaczej to rozumiał.
- Nawet Bóg nam tutaj nie pomoże – powiedział Lovino, kręcąc głową.

Feliciano nie odpowiedział. Powoli oparł głowę o swoje dłonie. Pochylił się, zaciskając powieki. Lovino obserwował brata i zastanawiał się, czy właśnie w tej chwili modli się o możliwie bezbolesną śmierć. Naprawdę nieprzyjemnie było widzieć go takiego. Feliciano zawsze powinien być radosny i beztroski. Taki jaki był, gdy ich dziadek jeszcze żył. Cisza leniwie wypełniała pomieszczenie, a niewypowiedziany niepokój krążył między nimi, sprawiając, że Lovino brakowało tchu. Nawet czas zdawał się z nich drwić i pędził coraz szybciej.

- Wiem! - krzyknął nagle Feliciano. - Pójdziemy do tego klubu i poprosimy ich, by zapłacili nam za pracę te 100 tysięcy z góry. Taki rodzaj pożyczki.

- Ale nikt o zdrowych zmysłach się na to nie zgodzi. - Lovino westchnął, widząc zaciętą minę Feliciano oraz łzy w jego oczach. Wiedział już, że nie uda mu się wyperswadować tego pomysłu.

- Zawsze możemy spróbować! I tak już nic gorszego nie może nas spotkać! - Feliciano uśmiechnął się, wracając do swojego beztroskiego nastawienia. Najwyraźniej modlitwa mu w czymś pomogła. - Mogę go zatrzymać? – spytał, wskazując na różaniec.

Lovino wzruszył ramionami.
- Pewnie. Jest twój.

- Grazie! - wykrzyknął i pochylił się, by z radością pocałować brata w policzek. Po chwili owinął różaniec wokół nadgarstka.

Lovino uśmiechnął się delikatnie. Widząc jak powraca optymizm brata, sam powoli zaczynał wierzyć, że to wszystko może się dobrze skończyć.

~~*~~*~~*~~*~~*~~
Im bliżej klubu znajdowali się bracia, tym bardziej stawali się nerwowi. Gdy Lovino nacisnął klamkę, próbując otworzyć ostatnie drzwi dzielące ich od klubu, ich zdenerwowanie osiągnęło swoje apogeum. Niespodziewanie drzwi nawet nie drgnęły.

- Ach! Zapomniałem, że w kalendarzu na stronie było napisane, że dziś jest zamknięte. Zresztą jest jeszcze dość wcześnie. Może powinniśmy spróbować zapukać do tylnych drzwi. Wydaje mi się, że na górze jest czyjeś mieszkanie – powiedział Feliciano z uśmiechem. Lovino kiwnął głową i skierowali się na tył budynku. Szybko znaleźli się przed tylnymi drzwiami i Feliciano nadusił dzwonek.

Stali tam z mocno bijącymi sercami, czekając aż drzwi zostaną otwarte. Chwilę później to naprawdę się stało i pojawił się przed nimi blondyn.
- Przystojny – mruknął Feliciano, zauważając, że mężczyzna wygląda nawet lepiej niż na zdjęciach. Nagle Lovino kopnął go w kostkę i Feliciano miał w sobie tyle przyzwoitości, by zarumienić się, kiedy zrozumiał, że powiedział to na głos. Mężczyzna zachichotał.
- Merci – odpowiedział Francis na ten niespodziewany komplement, lustrując niespodziewanych gości. Uśmiechnął się szerzej, widząc jak przystojni są to goście. - Mogę wiedzieć, z kim mam przyjemność?

- Lovino i Feliciano Vargas – odpowiedział zwięźle Lovino. Nie lubił osób uśmiechających się w ten sposób. Uwodzicielsko. Jakby patrzył na kolejną ofiarę.- Jesteśmy tu w sprawie pracy.

- Francis Bonnefoy – przedstawił się Francis, wymieniając z nimi uścisk dłoni. Otworzył szerzej drzwi, gestem zapraszając ich do środka. Przeszli przez dość długi korytarz i po chwili znaleźli się w klubie.

- To nasz klub – oznajmił z nieukrywaną dumą w głosie Francis. Wskazał na jedną z kanap w boksie znajdującym się niedaleko baru. - Usiądźcie proszę.

Włosi ulokowali się na kanapie, rozglądając po sali. Mimo że teraz Francis zapalił wszystkie światła, to z łatwością mogli wyobrazić sobie jak miło jest spędzać tutaj czas, gdy palą się tylko niektóre z lamp, by to miejsce wydawało się bardziej intymne. Feliciano pomyślał, że ten kto tutaj urządzał ma dobry gust. Miodowe ściany cudownie komponowały się z czerwonymi kanapami, ustawionymi w taki sposób by rozmowa przy jednym stole nie zakłócała konwersacji przy drugim. Czarno-białe zdjęcia w antyramach, powieszone tak, by padało na nie światło z lamp sprawiały, że miejsce nie było tylko intymne ale i ciut nowoczesne.

- Czy napijecie się wina? - spytał Francis, zbliżając się do baru.

- Z chęcią! - zawołał Feliciano. Już po chwili Francis postawił przed nimi kieliszki wypełnione czerwonym winem, wciąż się do nich uśmiechając.

- A teraz, proszę, wybaczcie mi na chwilę. Zawołam współwłaścicieli i razem będziemy mogli porozmawiać o pracy. - Francis wyszedł i Włosi zostali sami.

Uśmiechający się beztrosko Feliciano upił łyk z kieliszka.
- To wino jest naprawdę pyszne! – zawołał, upijając kolejny łyk. - Sam spróbuj Lovino! - zachęcił.
Lovino powoli upił łyk alkoholu i musiał przyznać, że to wino jest całkiem dobre. Prawie tak dobre, które dziadzio podawał im w niedzielę do obiadu.
- Myślę, że się uda - niespodziewanie powiedział Feliciano. Jego głos był przepełniony nadzieją. - A pan Francis wydaje się być miły i jest całkiem przystojny, nie sądzisz?

~~*~~*~~*~~*~~*~~
Francis podążył na piętro mając ochotę podskakiwać z podekscytowania niczym przedszkolak. Los przywiał do ich drzwi dwa urocze ptaszki szukające pracy. Wpadł do salonu, gdzie na ekranie telewizora samurai Antonia właśnie dobijał ślicznotkę Gilberta.
- Och, dobrze, że jesteś Franny, właśnie twoja kolej – stwierdził Hiszpan siedzący na podłodze, na ekranie pod napisem K.O. samurai właśnie wykonał gest pokazujący jego triumf.
- Nie ma na to czasu! - oznajmił radośnie. - Na dole czeka na nas dwóch śliczniutkich Włochów, którzy chcą u nas pracować.
-Ha, wiedziałem, że przyjdą. Dziękujcie za to zagilbistemu mnie! - krzyknął triumfalnie Gilbert, przestając dąsać się przez swoją porażkę w grze. Widząc zdziwione spojrzenia przyjaciół dodał – to ja dałem im wizytówkę.
Nic chcąc kazać czekać gościom, przyjaciele niezwłocznie udali się do klubu.

Antonio, Gilbert i Francis przedstawili się Włochom i usiedli na kanapie. I właśnie w chwili, gdy Hiszpan ściskał dłoń Lovino, został zgubiony. Szeroko otwartymi oczami przyglądała się ciemnym włosom Włocha, jego ciepłym oczom i niezadowolonej minie. Nie zwracając uwagi na rozmowę toczoną przy stole Antonio wręcz rozbierał wzrokiem Lovino, który zdawał się tego nie widzieć, gdy całą uwagę poświęcał na opowiadanie Francisowi i Gilbertowi o tym jakie mają problemy finansowe. Hiszpan nieprzytomnie zastanowił się w jaki sposób anioły mogą mieć kłopoty finansowe, czując jak siedzący obok niego Gilbert niezbyt delikatnie zmusza go do wstania z kanapy. Hiszpan był przytomny na tyle, że wstał i podążył z przyjaciółmi do biura, tylko raz oglądając się na Włocha, który ze zmartwioną miną mruknął coś do brata.

~~*~~*~~*~~*~~*~~
- Zaklepuję! - Francis usłyszał zgodny okrzyk Gilberta i Antonia, gdy tylko zamknął drzwi od biura. Od razu mimowolnie się uśmiechnął. To rezerwowanie sobie osoby, która podoba się któremuś z nich wydawało się niedojrzałe, wręcz dziecinne, a jednocześnie wiele razy zapobiegło kłótniom i zgubnej rywalizacji między nimi.

- Którego? - spytał Francis, odwracając się przodem do przyjaciół i obrzucając ich rozbawionym spojrzeniem. Gilbert wyszczerzył zęby w uśmiechu, opierając się o biurko.

- Tego słodziaka Feliciano. Dla Ludwiga – wyjaśnił i opowiedział o tym, jak zobaczył swojego brata rozmawiającego z Włochem. - Ostatni raz widziałem go tak czerwonego, kiedy przyłapałem go na całowaniu się z jakąś dziewczyną w parku... a może, gdy oglądał ten film z psami.
- Faktycznie! Pamiętam jak zarzekał się, że nie wiedział, co było na płycie. Był tak zarumieniony, że wydawało się, że zaraz mózg mu się ugotuje. – Francis się roześmiał.

- Niczym pomidorek – dodał Antonio, chichocząc. Przez chwilę cała trójka śmiała się radośnie, myśląc o zbyt poważnym bracie Gilberta.

- Tonio, więc podoba ci się Lovino? - spytał Francis dla pewności, gdy w końcu udało się im uspokoić. To pytanie było formalnością, zarówno on, jak i Gilbert znali Antonia na tyle dobrze, by zauważyć jak pożera wzrokiem Włocha. Znali też dobrze gust Hiszpana i dobrze wiedzieli, jakich facetów zabiera do łóżka.

Hiszpan pokiwał głową, uśmiechając się z rozbawieniem.

- Myślę, że to miłość od pierwszego wejrzenia – wyjawił.

- Poważnie?! - wykrzyknął Gilbert, zdziwiony. - Stary to... - Albinos wykonał nieokreślony ruch ręką i wyszczerzył się szeroko. - Aż nie wiem, co powiedzieć.

- Może powiesz, czy uważasz za dobry pomysł pożyczenie 100 tysięcy dwóm młodym, przystojnym Włochom, by mafia nie zakończyła ich krótkiego życia – zaproponował Francis, uśmiechając się przepraszająco. - Pardon, mon ami, ale musimy to przedyskutować – zwrócił się znowu do Antonia.

Gilbert przeczesał palcami włosy, zastanawiając się przez moment. Może i ich trójka wydawała się niepoważna, ale gdy musieli zająć się interesami byli aż nadto dojrzali. Kłopoty na początku ich kariery z klubem skutecznie ich tego nauczyły.

- Jestem za przyjęciem ich – oznajmił. - Wiem, że wciąż istnieje ryzyko, że zostaniemy oskubani, ale mamy na naszym koncie dwa razy tyle, a umowa powinna zmniejszyć to ryzyko. Dodatkowo oni wyglądają naprawdę dobrze i żal byłoby ich wypuścić.

Francis pokiwał głową i spojrzał na Hiszpana.
- Antonio?

- Zgadzam się z tym, co powiedział Gil. Poza tym, jeśli Lovino nie zostałby tu zatrudniony, to pewnie bym już go nigdy nie zobaczył, a ja naprawdę myślę o nim poważnie. Twoja kolej, Francis.

- Myślę, że... - Francis udał, że się zastanawia. Po teatralnej pauzie skończył zdanie, patrząc na swoich uśmiechniętych przyjaciół. - ... powinienem zadzwonić do Vasha, by sporządził umowę i przefaksował ją. W końcu nie możemy pozwolić im uciec, prawda?

~~*~~*~~*~~*~~*~~
Lovino zerknął na drzwi, za którymi jakiś czas temu zniknęli hości. Zastanawiał się, czy będą jeszcze długo rozmawiać i z każdą upływającą sekundą denerwował się coraz bardziej. Co będzie jak nie przystaną na ich warunki?

- Ciekawe, czy się zgodzą – zagadnął Feliciano. Lovino wzruszył ramionami i zaczął obracać nóżkę kieliszka między palcami. Dlaczego to tak długo trwa?

- Mam nadzieję, że tak – ciągnął dalej Feliciano, nie zwracając uwagi na zdenerwowanie brata. - Wydają się być naprawdę bardzo mili. - Napił się wina i uśmiechnął zadowolony. Lovino nie dziwił mu się, wino było naprawdę wyśmienite.

Drzwi otworzyły się i Lovino drgnął, czując, że to ta chwila. Dowiedzą się, czy ich związek z mafią zakończy się w przyjaźni, czy raczej mafia zostanie szczęśliwą wdową. Dwóch hostów – Antonio i Gilbert – przypomniał sobie Lovino, zbliżali się do nich. To, że uśmiechali się pogodnie, dziwnym trafem trochę uspokoiło Włocha.

Hości usiedli na swoich miejscach i wymienili spojrzenia. Chwilę później Hiszpan odezwał się. Było to pierwsze zdanie wypowiedziane przez niego od chwili, gdy się przedstawił.
- Już zdecydowaliśmy. Francis właśnie rozmawia z naszym prawnikiem o umowie.

Nastąpiła chwila ciszy, aż w końcu Włosi przyjęli do wiadomości to, co właśnie powiedział Antonio.
- To cudownie, dziękujemy! - wykrzyknął Feliciano i roześmiał się radośnie. Wyglądał jakby miał ze szczęścia przeskoczyć przez stół i uściskać swoich pracodawców.