Podziękowania dla Bellany i Angelin za betę.
Rozdział 3
Snape wrócił do swoich kwater wcześniej, z zamiarem szybkiego położenia się do łóżka. Mimo to wciąż krążył po komnatach przebrany w piżamę, nie mogąc zasnąć. Ponownie przejrzał eseje, które miał oddać trzeciorocznym, sprawdził notatki na jutrzejsze lekcje i nawet uporządkował papierzyska leżące na stoliku kawowym, czego nie robił od paru dni. Westchnął sfrustrowany, siadając w fotelu przed kominkiem. Po chwili namysłu zablokował go, wracając myślami do wydarzeń z dzisiejszego wieczoru. — Jeszcze tylko wizyty Albusa by mi brakowało. Głupia Gryfonka. Jestem pewien, że Pomfrey wciąż się nad nią trzęsie i niechybnie powiadomiła już tego wielbiciela dropsów… Przeklęci idioci. — Gdy tylko przymknął powieki, znów zobaczył Sweetheart spadającą z drabinki, krwawiącą, trącącą przytomność w Skrzydle Szpitalnym. Potrząsnął głową i wstał, idąc zdecydowanym krokiem do sypialni. Podszedł do stojącej naprzeciw łóżka komody z ciemnego drewna, rzeźbionej w celtyckie wzory i otworzył jedną z szuflad.
— To powinno załatwić sprawę… — mruknął do siebie, wyjmując Eliksir Bezsennego Snu, po czym umościł się wygodnie w szerokim łóżku i jednym haustem przełknął zawartość fiolki. Nieco kleisty eliksir zadziałał błyskawicznie i mężczyznę ogarnęła senność. Resztkami świadomości nakazał sobie odstawić fiolkę na nocny stolik, po czym natychmiast zapadł w sen.
Rankiem obudził się rześki i wyspany.
Przeciągnął się w łóżku myśląc o nadchodzących zajęciach. Dwie godziny z Krukonami i Puchonami z czwartego, okienko i kolejne trzy z siódmorocznymi. Potem wolne. Uśmiechnął się z zadowoleniem, wchodząc pod prysznic. Szybko uporał się z poranną toaletą, po czym wyszedł ze swoich kwater, zmierzając do Wielkiej Sali.
— To będzie dobry dzień… — Z tą myślą przeszedł przez drzwi, powiewając czarną szatą. Zwykły poranny gwar, szum sowich skrzydeł… nic nie zapowiadało, że coś może zepsu
mu ten dzień. Wicedyrektorka stała obok stołu i wyraźnie czekała na niego… Snape zmarszczył brwi. To nie należało do porannej rutyny, do której powoli zaczynał się przyzwyczajać.
— McGonagall — skinął jej z szacunkiem głową. Kobieta zacisnęła usta w wąską linię.
— Severusie — syknęła, robiąc krok w jego stronę. Uniósł zaskoczony brwi. — Pozwól ze mną na chwilkę… — Mężczyzna zdziwił się, ale podążył za czarownicą do bocznego przejścia. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi nauczycielka transmutacji przystąpiła do ataku.
— Severusie, mógłbyś mi coś wyjaśnić? — Zaczęła zwodniczo spokojnym głosem. — Poppy zawiadomiła mnie wczoraj około północy, że pewną Gryfonkę trzeba natychmiast przewieźć do św. Munga. — Zbliżyła się powoli do niego. — Byłam szczerze zaskoczona. Panna Sweetheart zwykle uchodzi za raczej rozsądną osobę i nie trafia do Skrzydła Szpitalnego, a co dopiero do Munga. — Zrobiła kolejny krok w stronę Mistrza Eliksirów, który tylko siłą woli powstrzymał się od wzdrygnięcia. — Wyobraź sobie moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałam się, że trafiła tam przez wypadek, który wydarzył się na szlabanie u Ciebie. — Czarownica zmrużyła wściekle oczy, stojąc teraz niecały metr od niego. — Rana na jej głowie otwiera się co jakiś czas i nie chce zakrzepnąć. W Mungu podejrzewają, że to musi być jakiś czynnik środowiskowy, bo dziewczyna nie cierpi na hemofilię*. Oczywiście najrozsądniej byłoby zapytać kogoś, kto mógłby wiedzieć coś na ten temat, skoro uczennica odzyskuje świadomości tylko na tyle, by przełknąć kolejny eliksir, ale z Tobą nie można było się skontaktować. — McGonagall ucichła na moment, a Snape wstrzymał oddech. — Zablokowałeś kominek — powiedziała tonem, jakby oskarżała go o najcięższą zbrodnię. — Jedyną drogę, by skontaktować się z kimś w lochach bez konieczności zdejmowania zabezpieczeń z czyichś kwater — syknęła jak prawdziwa żmija, zaciskając usta ze złości. — Myślałam, że jesteś rozsądniejszy. — Snape poczuł się tak jakby dostał obuchem w brzuch, gdy zobaczył rozczarowanie, na twarzy opiekunki Gryffindoru.
— Ja… — spróbował coś powiedzieć, przeklinając się w myślach za jąkanie. Znów poczuł się jak uczeń przy tej kobiecie. Odchrząknął. — Chodźmy do magazynku, tam się, zastanowimy, co spowodowało brak krzepliwości — odparł, po czym nie czekając na starszą czarownicę, obrócił się i zamaszystym krokiem skierował się do lochów. Przez całą drogę żadne z nich nie odezwało się ani słowem, choć czarodziej czuł jak wicedyrektorka wypala mu dziurę w plecach swoim wściekłym spojrzeniem. Weszli do niewielkiej klitki, którą przeznaczono na składzik ingrediencji, szybko odnajdując przyczynę kłopotów Gryfonki. McGonagall spojrzał tylko na niego dziwnie, gdy dojrzała niezmytą krew uczennicy.
— Przynajmniej nie musimy się zastanawiać nad dokładnym miejscem wypadku — pomyślał kwaśno Snape, ignorując nauczycielkę transmutacji. Na powierzchni brązowej plamy* znalazł rozsypany proszek z Terrxy Złocistej. Obok leżał otwarty słoiczek. — Musiała go przewrócić, kiedy uderzyła głową o półkę — pomyślał mimowolnie, gdy przywoływał skrzata, nakazując mu uprzątnąć bałagan. Sam ściągnął z regału kilka składników.
— Idę zrobić antidotum — oświadczył i zamknął się w prywatnym laboratorium. Trzaśniecie drzwiami tuż przed nosem McGonagall było satysfakcjonującym odwetem za zepsucie mu poranka. W niecałą godzinę uporał się ze zrobieniem wywaru, który odesłał ekspresową sową prosto do Munga.
Oczywiście nie informując o tym McGonagall.
Przez całe to zamieszanie ze Sweetheart nie zjadł śniadania i niemal spóźnił się na zajęcia, więc był podwójnie niezadowolony.
Dla czwartoklasistów miała to być wyjątkowo ciężka lekcja.
Gdy kończył ostatnie w tym dniu zajęcia w gabinecie czekała na niego wiadomość. Zaciekawiony podniósł świstek papieru, który wypadł z kominka i przeczytał go.
Panna Sweetheart ma się już lepiej, jednak musi zostać jeszcze w Skrzydle Szpitalnym przez jakiś czas.
Minerwa McGonagall
P.S. Nie podaruję Ci tej złośliwości.
Snape uśmiechnął się krzywo, wiedząc, że ma na myśli nie powiadomienie jej o wysłaniu lekarstwa do Munga. Zerknął na sam koniec krótkiej notki, nieco osmalonej przez płomienie.
P.P.S. Dziękuję za eliksir.
Poczuł cień miłej satysfakcji, czytając ostatnie słowa, choć świadomość dla kogo był zmuszony uwarzyć antidotum nieco ją przytłumiła. Z drugiej strony w pewnym stopniu czuł się odpowiedzialny, w końcu była jego uczennicą. Nawet jeśli jest Gryfonką. Z westchnieniem zasiadł przed biurkiem, zabierając się do pracy, od której oderwał się raz, po to tylko by zjeść obiad. Prawie skończył, gdy zauważył, że zbliża się już dwudziesta wieczór. Westchnął ciężko, przecierając twarz z lekkim uczuciem zmęczenia i spojrzał na ostatni stos prac do sprawdzenia.
— Jeszcze tylko to i idę na papierosa… — pomyślał smętnie, biorąc się za pierwszy esej. Przebiegł wzrokiem po treści, poprawiając niemal odruchowo kilka błędów ortograficznych, dopiero po chwili skupiając się na wypisywaniu kąśliwych komentarzy. Z niechęcią pomyślał, że niedługo będzie musiał dokupić czerwony atrament. Naprawdę wolałby żeby jednak coś zostawało w głowach jego krnąbrnych uczniów, ale jak na razie prace szóstorocznych nie mogły się poszczycić szczególnie wysokim poziomem.
— Odwykli od ciężkiej pracy i myślenia przez Slughorn'a, ale ja to zmienię — pomyślał ze złośliwą satysfakcją, odkładając na bok kolejny pergamin i maczając pióro w czerwonym atramencie. Wczytał się w kolejną pracę, bezwiednie wodząc końcówką pióra wzdłuż linii szczęki. Kiedy był w połowie skinął głową.
— Chyba jednak ktoś tu się przykłada — pomyślał zadowolony, robiąc tylko kilka uwag co do treści i wypisując zamaszyste „P" u góry strony. Zerknął mimowolnie na nazwisko. Shellder, Gryfon z szóstego roku. Zmarszczył brwi, przypominając sobie z kim zwykle siedział ten chłopak. Gravery i czasem ta niezdarna dziewczyna. Westchnął ciężko, mając nadzieję, że pozostała dwójka wykazała się chociaż trochę tak jak ich kolega. Kiedy jednak skończył poprawiać wszystkie eseje, stwierdził z przykrością, że jego złudzenia zostały brutalnie rozwiane. Postawił tylko cztery „W", osiem „P", całą masę „Z", kilka „N" i „O" oraz dwa „T".
— Mam dość — pomyślał, czując się wyczerpany psychicznie. Kątem oka spojrzał na zegar. Było kilka minut przed jedenastą. Snape przeciągnął się na krześle, wydając z siebie niski,, mruczący odgłos, po czym wstał energicznie, próbując rozruszać zastałe mięśnie.
— Przyda mi się krótki spacer. Muszę wyrzucić z głowy te głupoty — pomyślał, łapiąc za pelerynę i sprawdzając czy ma tam schowane papierosy. Wyciągnął paczkę, wsadził do kieszeni szaty, wyszedł na korytarz od razu odpalając jednego od różdżki. Zaciągnął się głęboko i przymknął oczy. Powoli wypuścił dym, rozkoszując się smakiem nikotyny zaczynającej powoli krążyć w jego żyłach. Ruszył przed siebie z nadzieją, iż być może złapie tej nocy kilku uczniów, ignorujących obowiązującą ciszę nocną. Szedł równo, słuchając własnych kroków odbijających się echem od opustoszałych korytarzy. Kiedy był uczniem wymykał się czasem, samotnie krążąc po zamku, starając się wyciszyć lub wymyślić jak uprzykrzyć życie Huncwotom. Teraz wędrówka przez znajome dziedzińce zdawała się być zupełnie czymś innym, nie musiał się ukrywać, ze „zwierzyny" stał się „łowcą". Oczywiście dopóki z mroku nie wyłonił się prążkowany kot z ciemnymi obwódkami wokół oczu. Tylko dzięki opanowaniu, nabytemu w czasie swojej szpiegowskiej kariery, powstrzymał się od chęci odruchowego ukrycia się w najbliższej niszy. McGonagall uniosła dumnie łepek wbijając w niego uważne spojrzenie. Trwali przez chwile w bezruchu, obserwując się nawzajem, dopóki kotka nie poruszyła się, błyskając oczami w świetle księżyca, po czym przeszła spokojnie obok mężczyzny, muskając ogonem jego łydki. Sapnął zaskoczony, oglądając się na animaga, który znikał już za zakrętem.
— Co...? — Snape otrząsnął się i ruszył dalej, gasząc papierosa na ścianie zamku, niedopałek posyłając zaklęciem w niebyt. Kiedy dotarł na kolejne piętro, znalazł się przed wejściem na Wieżę Astronomiczną. Na usta wkradł się mu krzywy uśmieszek, gdy zauważył, że są uchylone.
— Stare miejsca, stare nawyki — mruknął do siebie, zaczynając wspinać się po stromych schodach, wyciągając jednocześnie różdżkę. Zakradł się najciszej jak potrafił i rzucił silencio na stare zawiasy, wchodząc ostrożnie do pomieszczenia. Rozejrzał się uważnie dookoła, a gdy upewnił się, że nikogo tam nie ma, westchnął rozczarowany.
— Następnym razem — pocieszył się niemrawo w myślach, podchodząc do dużego okna i przysiadając na szerokim parapecie. Wyciągnął paczkę papierosów, wyjmując jednego.
Odpalił go tym razem bez użycia różdżki, wydmuchując delikatne kółeczka z dymu i obserwując jak unoszą się w powietrze.
— Cisza i spokój… — pomyślał, czując chłodny podmuch wiatru na twarzy. — Ciekawe czy w tych rocznikach też są następcy Huncwotów — niech ich piekło pochłonie — skrzywił się bezwiednie na wspomnienie grupy dręczących go Gryfonów. Oparł się o kamienie, spoglądając w stronę Zakazanego Lasu. — Do lekcji też niewielu się przykłada. To musiał być dla nich szok, gdy zacząłem wymagać konkretnej wiedzy — pomyślał ze złośliwą satysfakcją — Jedynie McNair wyróżnia się ze Ślizgonów, jako takim talentem. Może jeszcze Seymour, Ledford i Beckett, a reszta uczy się książki na pamięć. Zero wyczucia — wydmuchał siwą smużkę dymu, obserwując jak tańczy w powietrzu. — Gdyby tylko Mcnair przykładała się jeszcze do reszty tak jak do malowania paznokci, może coś by z niej było… — zaciągnął się głęboko po raz ostatni, zrzucając niedopałek z wieży. Mimowolnie podążył za nim spojrzeniem, dopóki ten nie zniknął w mroku. Wydmuchał dym przez nos, aż oczy go zapiekły. Zamrugał energicznie, starając pozbyć się tego uczucia, gdy nagle jego wzrok przykuł jasny punkt na granicy Zakazanego Lasu. Niewyraźna biała plama majaczyła między konarami drzew zbliżając się i oddalając.
— Co to… — mruknął, bezwiednie wychylając się do przodu, by móc lepiej widzieć. Jasny punkt zdawał się krążyć niespokojnie pomiędzy drzewami. Nie ważne jak by wytężał wzrok, nie mógł rozszyfrować, co czai się między konarami. Wzruszył ramionami i już miał zejść z wieży, gdy kątem oka zauważył ruch na błoniach.
— Aha! — zawołał triumfalnie, dostrzegając w tym swoją szansą. Jakiś głupi uczeń właśnie spacerował po błoniach! Nagle złośliwy uśmiech zniknął z jego twarzy, gdy uświadomił sobie, co to naprawdę znaczy. Niebezpieczeństwo. Nawet śmiertelne. Postać w jasnej koszuli nocnej szła chwiejnym krokiem w stronę Zakazanego Lasu! Snape poczuł jak cierpnie mu skóra, gdy zobaczył jak tajemnicze stworzenie również zbliża się do granicy. Jego umysł pracował szybko, starając się wymyślić coś, by uratować tego idiotę, który wybrał się na nocny spacer.
— Nie ma szans żebym zdążył dobiec! Apotracja jest niemożliwa… — Rozejrzał się desperacko, starając się znaleźć cokolwiek, co podsunie mu rozwiązanie. Uczeń był coraz bliżej lasu. Nagle go olśniło.
— Accio miotła! — krzyknął z mocą, celując różdżką mniej więcej w kierunku magazynu sportowego. Zaklęcie pomknęło przez błonia, coś trzasnęło w ciemności, po chwili kierując się w jego stronę. Wyciągnął rękę i pochwycił Zmiataczkę, natychmiast jej dosiadając. Odbił się od ziemi, szarpnął styliskiem w górę, startując z impetem. Zimny wiatr uderzył go w twarz, rozwiewając włosy, gdy z zawrotnym tempem zbliżał się do ucznia. Stworzenie z lasu również zdawało się być z każdą chwilą coraz bliżej. Śmignął w dół, prawie tracąc kontrolę nad miotłą, gdy pociągnął drążek. Gdy był kilkanaście metrów od celu, rozpoznał szpitalną piżamę i brązowe włosy splecione w warkocz.
— Tylko nie ona… — przemknęło mu przez myśl, gdy wylądował gwałtownie na błoniach, prawie się przewracając, kiedy zeskoczył z miotły. Stanął na wprost uczennicy.
— Sweetheart! — warknął, dopadając do niej i łapiąc dziewczynę nieco brutalnie za ramię. — Co ty sobie wyobrażasz? — Potrząsnął nią, lecz ta nie zareagowała.
— Co jest… — pomyślał zdenerwowany. Nachylił się nieznacznie, by spojrzeć jej w twarz. — Lunatykuje! — pomyślał zaskoczony, widząc, że śpi. Usłyszał za sobą głuchy odgłos uderzeń. Spiął się niespokojny, prawie zapomniał o tym podejrzanym stworzeniu! — Accio miotła! — przywołał ją do siebie bez różdżki, złapał Gryfonkę w pół, wskakując na drążek i sadzając ją przed sobą. Tętent kopyt był coraz bliżej. Odepchnął się energicznie od ziemi, wzlatując gwałtownie kilkanaście metrów w górę. Obejrzał się przez ramię, chcąc sprawdzić, jakie stworzenie ścigało ich w mroku nocy. Jego czarne oczy rozszerzyły się z szoku, kiedy zobaczył pędzącego jednorożca.
Piękne, majestatyczne zwierze potrząsało gniewnie grzywą, rżąc głośno i parskając. Jego perłowo biała sierść lśniła w blasku nocy, a oczy skrzyły się rubinową czerwienią. Wpatrywał się w niego ze złością, tego Snape był niemal pewien. Stworzenie nagle stanęło dęba, młócąc powietrze kopytami starając się go dosięgnąć. Mistrz Eliksirów wreszcie otrząsnął się i odleciał pospiesznie ze swoim ciężarem w stronę zamku, nie oglądając się za siebie, słysząc dobiegające go z już daleka gniewne rżenie wierzchowca. Wylądował ponownie na Wieży Astronomicznej, niemal zrzucając przy tym Sweetheart z miotły. Przytrzymał ją, owijając ramię wokół jej tali, kiedy ta bezwładnie przechyliła się do przodu. Snape ułożył ją pod ścianą, sam siadając na zimnych kamieniach, starając się ochłonąć.
— To miał być taki przyjemny wieczór — pomyślał kwaśno i spojrzał w bok na postać dziewczyny. — A skończyło się na ratowaniu cholernej Gryfonki — zacisnął usta i złapał brunetkę za ramię, potrząsając nią.
— Sweetheart! Wstawaj! — dziewczyna uniosła ramię jakby chciała go odepchnąć, ale nie trafiła. Mężczyzna warknął ze złości. — Mówię do ciebie! — Usiadł przed nią, łapiąc za ramiona, mimowolnie wyczuwając jak jej ciało drży z zimna.
— Sweetheart — mruknął, unosząc dłoń i odgarniając z twarzy potargane kosmyki, które wymknęły się z warkocza. Jej policzki były zimne, a oczy zamknięte. Oddychała równo. — Hej, dziewczyno… Wstawaj — znów nią potrząsnął, tym razem ostrożniej. Zmarszczył brwi. Uniósł dłoń i klepnął ją w policzek.
— Sweetheart! — Mellisa wzdrygnęła się gwałtownie, otwierając oczy.
— Co…? — jęknęła sennie, unosząc rękę do góry w obronnym geście.
— Wreszcie — Snape westchnął ciężko i wstał, krzyżując ramiona na piersi. — Wstawaj Sweetheart! — warknął zirytowany. Pokręciła gwałtownie głową, przestraszona kuląc się pod ścianą.
— C-co się stało? — zawołała, lekko podniesionym głosem. — Kim jesteś? Czemu nie jestem w Skrzydle Szpitalnym? — zatrzęsła się z zimna, a Mistrz Eliksirów przewrócił teatralnie oczami.
— Panikara — mruknął do siebie. — Profesor Snape! — oznajmił. — I nie jesteś w skrzydle, bo lunatykujesz zamiast spokojnie leżeć w łóżku.
— Co?
— To — warknął zniecierpliwiony. — A teraz wstawaj, nie będziesz mi się tu w nocy po błoniach włóczyć. — Zrobił krok do przodu i złapał ją za ramię stawiającdziewczynę do pionu. Krzyknęła zaskoczona, wczepiając się palcami w jego ramię, by nie stracić równowagi.
— Stoisz? — Kiwnęła głową, puszczając rękaw jego szaty. — Wracamy do skrzydła — mruknął, ruszając w stronę wyjścia.
— Nie! Ja… — zawołała nagle, równie szybko milknąc.
— Merlinie, daj mi cierpliwość — pomyślał Snape, zatrzymując się.
— Co, nie? — rzucił jej nieprzyjemne spojrzenie.
— Ja… nie widzę — powiedziała, trzęsąc się z zimna coraz bardziej.
— Eliksir powinien był cię wyleczyć — mruknął, marszcząc brwi.
— Tak, ale w Mungu coś pomieszali przy pierwszym leczeniu i nadal niewiele widzę… Zwłaszcza w nocy — wytłumaczyła, zawstydzona. Mistrz Eliksirów westchnął ciężko i zmierzył uczennicę spojrzeniem pełnym niechęci. Wciąż stała boso na kamieniach, a cienka szpitalna piżama ani trochę nie chroniła przed zimnem. Snape westchnął po raz ostatni i wyczarował niewidzialne nosze.
— Kładź się — rzucił, łapiąc ją za ramię i podprowadzając do niewidocznego środka transportu.
— M-mogę i-iść sama — zaprotestowała, szczękając zębami.
— Nie zamierzam prowadzić cię za rączkę — warknął, więc ustąpiła, zbyt zziębnięta, by dłużej wykłócać się w środku nocy. Ułożyła się na noszach, nie czując się zbyt pewnie. Wkrótce dotarli do Skrzydła Szpitalnego, bezgłośnie wchodząc do środka. Mistrz Eliksirów z irytacją czekał, aż Mellisa położy się na łóżku i będzie mógł wyjść.
— P-profesorze…?
— Słucham.
— M-mógłby pan nikomu o tym nie mówić? O lunatykowaniu — poprosiła, zwieszając smętnie głowę. Mężczyzna prychnął.
— Jakby kogoś to interesowało — odwrócił się na pięcie z łopotem szat, zmierzając do wyjścia.
— Dziękuję. — Snape przystanął, oglądając się na nią przez ramię.
— I dwadzieścia punktów od Gryffindoru za łażenie nocą po błoniach — rzucił na odchodnym i zniknął za drzwiami.
* Kiedy krew krzepnie jej kolor zmienia się na brązowy.
* Hemofilia to choroba genetyczna, objawiająca się słabą krzepliwością krwi, dlatego nawet nieduża rana może być zagrożeniem dla życia.
