Rozdział 3
Gdyby ktoś powiedział Syriuszowi trzynaście lat temu, że jego życie okaże się serią porażek i nieszczęść, ten wyśmiałby go, mówiąc, że wypił za dużo piwa kremowego. Syriusz Black – pierworodny syn Walburgi i Oriona Blacków, niedoszły dziedzic ich fortuny, szczęśliwy Auror, ojciec chrzestny syna najlepszych przyjaciół, a do tego członek Zakonu Feniksa. Czego mógłby chcieć od życia więcej?
Ale Syriuszowi nie dane było żyć szczęśliwie. Widmo wojny powoli zasnuwało szczęśliwe horyzonty i trzeba było opowiedzieć się po jeden ze stron. A kiedy już się to zrobiło, nie było odwrotu. Zakon Feniksa i Śmierciożercy to frakcje na całe życie – wiedzieli to wszyscy, obie strony. Oczywiście jeśli ktoś zechciał odejść z Zakonu, nie był zatrzymywany siłą, trzeba było jednak liczyć się z utratą ochrony i tym, że Śmierciożercy – prędzej czy później – znajdą cię, a jeśli nie zgodzisz się do nich przyłączyć, zginiesz.
Syriusz był wychowywany w domu, gdzie czystość krwi uważana była za przepustkę do lepszego życia. Początkowo sam Syriusz w to wierzył, choć może nie w takim samym stopniu jak jego fanatyczna kuzynka Bellatriks. Lecz potem poszedł do Hogwartu i poznał tam Jamesa Pottera. I chyba właśnie to go uratowało.
W każdym razie Syriusz trafił do domu ceniącego odwagę a razem z nim trafiło tam trzech innych chłopców. Remus Lupin i Peter Pettigrew no i oczywiście James. Szybko stali się nierozłączni. Wspólne kawały, rzadziej nauka, a po ukończeniu szkoły dołączenie Zakonu Feniksa.
Lecz później stało się coś – Syriusz sam nie do końca wiedział co – co sprawiło, że zaufanie między nimi zostało wystawione na próbę. I niestety próby tej nie przetrwało. Jeden z nich zdradził, drugi został uznany za zdrajcę, trzeci został zamordowany wraz z żoną a czwarty zamknięty w Azkabanie za własną głupotę.
I to właśnie sprawiło, że Syriusz Black był dzisiaj osobą, którą był i rzeczą, na której najbardziej mu zależało, była zemsta. Jednak nim się zemści, jest sprawa, którą niezwłocznie musiał załatwić.
Musiał zobaczyć, jak miewa się jego chrześniak. Czy jest szczęśliwy. A później wyruszy do Hogwartu, gdzie będzie czekał na rozpoczęcie roku szkolnego. Wraz z pierwszym września do Hogwartu miał zawitać Peter, zdrajca pod swoją animagiczną postacią. A Syriusz o tym wiedział i nie miał zamiaru pozwolić szczurowi kiedykolwiek opuścić granic starożytnego zamku.
Harry zawsze był spokojny dzieckiem. Nie sprawiał kłopotów, właściwie prawie nigdy nie płakał, pomagał w domu. Można było postawić go za wzór dla innych dzieci.
Dla Petunii chłopak miał tylko jedną, zasadniczą wadę. Był synem Lily... I Jamesa, w którym jako młoda dziewczyna była szaleńczo zakochana. Kiedy jej siostra przedstawiła go rodzicom, Petunia obserwowała wszystko z boku.
Jeszcze bardziej znienawidziła siostrę kiedy ta wyszła za chłopaka, który tak bardzo jej się podobał. James zawsze był elegancki, czarujący, szarmancki. Nawet nie miało znaczenia, że był czarodziejem. A jednak chłopak świata nie widział poza jej głupią siostrą, która przez lata tego nie doceniała.
Wbrew pozorom, Petunia na swój sposób kochała siostrę i było jej przykro kiedy ta umarła wraz z mężem. To samo w sobie sprawiało, że czuła pewien sentyment do ich dziecka, jednak... jednak chłopiec miał te same oczy, ten sam przeszywający ją, pełen wyrzutu wzrok co jej młodsza siostra za życia. Na domiar złego, wyglądał dokładnie jak ojciec. To sprawiało, że pani Dursley po prostu musiała nienawidzić chłopaka.
Właśnie dlatego nie reagowała na to, co robił jej mąż. Nie reagowała, kiedy Vernon bił chłopaka, kiedy go głodził. Nie zareagowała nawet, kiedy posunął się do gwałtu. Słyszała krzyki siostrzeńca, widziała natarczywy wzrok syna, który mówił, że powinna zareagować. Musiałaby być głupia, by nie zorientować się, co takiego ma miejsce. Dzieciak jeszcze nigdy tak nie wrzeszczał.
A jednak nie potrafiła się zmusić, by zareagować. Zacisnęła usta w wąską linię, jak to często miała w zwyczaju, po czym chwyciła klucze do auta, złapała rękę swojego synka i zabrała go na lody. Przez całą drogę Dudley był bardzo milczący, patrzył co jakiś czas na nią karcąco, jednak nie odezwał się ani słowem na temat wydarzenia, które miało miejsce w ich domu, i które nadal zapewne trwa dla jego kuzyna.
A Petunia... Petunia starała się ignorować wyrzuty sumienia. Starała się nie myśleć jak bardzo Lily, gdziekolwiek teraz jest, musi jej nienawidzić. Starała się nie myśleć, jak bardzo zawiodła swoją siostrę.
Dudley zdawał się powoli wychodzić z okresu rozpieszczonego dzieciaka. Zaczął dostrzegać więcej... budziła się w nim, długo uśpiona, empatia do ludzi. Wiedział, albo zaczynał sobie uświadamiać, że to jak traktował swojego kuzyna przez te wszystkie lata, nie było odpowiednie. Jego bliski przyjaciel ze szkoły również mieszkał z kuzynem, trzy lata młodszym od siebie, a którego matka zmarła na białaczkę. Z opowiadań Aleksandra dowiedział się, że traktuje swojego kuzyna jak młodszego braciszka, który potrzebuje opieki w ciężkim dla niego czasie.
Dudley nigdy nie widział, żeby Harry potrzebował opieki. Jego kuzyn zawsze wydawał się być obojętny na zaczepki Dudley'a i jego przyjaciół.
A jednak chłopak zaczął zdawać sobie sprawę, że jego zachowanie względem kuzyna było czymś złym. Przecież chłopiec nie miał żadnej rodziny, był sam na świecie, nie miał mamy, która zabierałaby go na lody, ani taty, który mówiłby jak bardzo jest z niego dumny.
Czasami, niezbyt często, Dudley zastanawiał się jakby to było, gdyby to jego rodzice umarli a on musiałby zamieszkać z Harrym i jego rodziną. Nie wiedział zbyt dużo o cioci Lily ani o wujku Jamesie, jednak jego kuzyn, odkąd wrócił ze swojej szkoły, zawsze wyrażał się o nich z szacunkiem, któremu niewiele brakowało do czci. Dudley podejrzewał, że w tej swojej szkole spotkał kogoś, kto dużo wiedział o jego rodzinie.
Jednak Dudley, mimo świadomości, że to, co robi jego ojciec, jest złe, nie potrafił zareagować w żaden sposób. Gdyby to zrobił, ojciec zawiódłby się na nim, a tego nie chciał. Dlatego Dudley nigdy nie reagował. Po prostu patrzył w takich chwilach na matką, starając jej się przekazać, że powinna coś zrobić. Przecież kobieta zawsze robiła wszystko dla swojego Dudziaczka... A jednak, nie tym razem...
Harry mógłby powiedzieć o swoim wuju wiele. Chociażby, że jest nieczułym draniem. Nigdy jednak nie sądził, że jest pedofilem.
Wiedział, że nie może powiedzieć nikomu o tym, co się wydarzyło. Nie ze względu na groźby otyłego mężczyzny, a ze strachu przed odrzuceniem. Nie chciał zobaczyć obrzydzenia w oczach przyjaciół. Oczami wyobraźni potrafił dostrzec paskudny uśmiech Snape'a. Nie chciał tego. Nie potrzebował litości w oczach nauczycieli. Poza tym, kto by mu uwierzył. Przecież wuj ma rację, jest dziwakiem.
W tamtej chwili to wszystko wydawało mu się nie mieć sensu i jedyną rzeczą jakiej pragnął było posiadanie kogoś, komu nie bałby się zaufać.
To była chwila, w której bardziej niż kiedykolwiek potrzebował matki bądź ojca, a najlepiej ich obojga.
Leżał skulony na łóżku, nogi miał podciągnięte pod siebie. Płakał cicho, co jakiś czas wzywając mamę lub tatę. Chciał, by mogli być tu teraz, obok niego. Gdyby tu byli, nie pozwoliliby na to wszystko. Przecież Harry tak wiele razy słyszał, że rodzice kochali go bardziej niż własne życie. Wydarzenia z 31 października 1981 roku tylko to potwierdzały. Lily i James Potterowie, stracili życie w obronie swego jedynego syna.
Czasami wyobrażał sobie, jakby to było, gdyby nie Voldemort. Przede wszystkim, miałby rodziców. Sama ta myśl sprawiała, że łzy tęsknoty za tym czego nie znał, wypływały z jego oczu. Drugą ważną rzeczą, byłby brak sławy. I wcale nie martwiła go ta myśl, bowiem jego sława, za coś, czego nawet nie pamięta, doprowadzała go do szału. To jego mama powinna być sławna, nie on! To kobieta, która postawiła się Voldemortowi, powinna być pamiętana. To James Potter, który w imię miłości do rodziny nie ustąpił, powinien być pamiętany, nie on! Jedyne co zrobił on, Harry, to przeżycie. A z czasem spędzonym w samotności, w najmniejszej sypialni na Privet Drive numer cztery, powoli zaczynał zastanawiać się, czy rzeczywiście dobrze się stało.
Może... może gdyby umarł wraz z matką i ojcem, dwanaście lat temu... może wtedy byłby szczęśliwy, w jakimś innym, lepszym świecie. Nie, Harry nie był niewdzięczny, po prostu czasem miał bolesne wrażenie, że życie go przerasta.
Niespodziewanie usłyszał ciche pukanie w szybę. Podskoczył gwałtownie i skulił się jeszcze mocniej. Po chwili jednak uświadomił sobie, że to nie jego wuj, a jedynie sowa. Powoli, bardzo powoli, wstał w łóżka. Całe ciało paliło go żywym ogniem i po tym, co się stało, ledwie mógł chodzić.
Jak najciszej otworzył okno, wpuszczając do środka sowę. To był Errol, rodzinna sowa jego najlepszego przyjaciela. Odwiązał list od jej nóżki i po chwili wahania, pogrążył się w jego treści.
Drogi Harry!
Jak ci mija lato? Mam nadzieje, że Mugole nie dają Ci zbytnio w kość.
Tu, w Egipcie jest po prostu wspaniale, mówię Ci, to zupełnie inne życie. Hermiona byłaby zachwycona mogąc poznać kulturę Egipcjan. Natknęliśmy się podczas zwiedzania piramidy na ślady starożytnych czarodziejów. Bliźniacy próbowali też zamknąć w niej Percy'ego, tylko że mama ich nakryła i dostali solidny ochrzan.
Szkoda, że nie możesz tutaj być, nawet Parszywkowi się podoba.
Trzymaj się,
Ron
PS Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!
Ron
Harry westchnął ciężko, przypominając sobie, że przecież dziś są jego urodziny. Kilka minut później dostał jeszcze sowę od Hermiony i Hagrida. Na listy jedynie rzucił okiem, natomiast prezentów nawet nie otwierał, po prostu nie miał siły. Jedyne czego pragnął, to, by ten przeklęty dzień dobiegł wreszcie końca
