II.
Pierwszy raz ujrzał ją na scenie w Paryżu.
Był wtedy przystojnym młodzieńcem, dopiero wkraczającym w dorosłe życie. Wysoki, niebieskooki, czarnowłosy i czarnobrody, podobał się kobietom. Rodzina uparcie usiłowała go wyswatać, ale żadna z kandydatek, które mu podsuwali, nie wzbudziła jego zainteresowania. Krewni mieli zresztą rzecz utrudnioną, bo odkąd Igor skończył czternaście lat, właściwie przebywał poza domem.
Od najmłodszych lat często popadał w konflikty z surowym ojcem. W odróżnieniu od Jewgienija, który był umiłowanym synem, czy Aleksandra, który jako najmłodszy mógł zawsze liczyć na łagodniejsze potraktowanie, przynajmniej do czasu, aż na świecie pojawiła się Anna, Igor nie miał szans na przychylne spojrzenie rodziciela, zwłaszcza, że nie potrafił znaleźć z nim wspólnego języka. Chociaż przejawiał zamiłowanie do hipogryfów, miał od wczesnego dzieciństwa inną, większą pasję: fascynowała go żegluga, uparł się więc, że będzie pływać. Po licznych kłótniach i sprzeczkach, bo profesję żeglarza senior rodu uważał za niegodną członka rodziny o takim statusie jak Karkarowowie, Igorowi udało się wreszcie uzyskać niechętną zgodę rodziciela. Ojciec stanowczo wolałby, by syn pod okiem najlepszych guwernerów zdobył wykształcenie, a w przyszłości doglądał rodzinnej hodowli hipogryfów; nijak to się miało do całego tego nonsensu z żaglowcami. Jednak ponieważ to i tak Jewgienij miał zostać dziedzicem majątku, w końcu odpuścił.
Majątek Karkarowów nie ograniczał się tylko do ziemskiej posiadłości, mieli oni swoje udziały w różnych przedsiębiorstwach, w tym także w niewielkiej spółce żeglugowej. Wuj Igora, brat jego matki, był w niej jednym z kapitanów i posiadł nawet wkład własny w postaci statku, na długo przed tym, nim Wiktor dowiedział się o istnieniu tego armatora. Rozeznawszy się w sytuacji, Karkarow wykupił w niej udziały z czystej złośliwości, tylko po to, żeby pokazać szwagrowi, że może to zrobić, bo ma więcej wpływów i pieniędzy. Jak można się łatwo domyśleć, znacząco zwiększyło to panujące pomiędzy nimi animozje. Wiktor spółce nawet specjalnie nie szkodził, ale też i w nią nie inwestował, zaś gdy usiłowano odkupić od niego udziały, chciał za nie tak astronomicznie wysoką cenę, że pozostali inwestorzy łapali się za głowę. Wiktor miał w ręku pakiet większościowy, nic więc dziwnego, że reszta udziałowców, a były ich razem cztery sztuki, poczuła się nieco niepewnie. Pomimo tych zgryzot armator jakoś utrzymywał się na rynku. Na szczęście cała uzasadniona antypatia, jaką wuj żywił do męża siostry, nie dotyczyła jego potomstwa, a zwłaszcza Igora. Wuj bardzo go lubił i chociaż odwiedzał Karkarowów w Falkenau rzadko, to często zabierał Igora do siebie, dzięki czemu już jako młody chłopak całkiem nieźle znał podstawy żeglarskiego fachu. Wreszcie, w wieku czternastu lat, Igor mógł spełnić swoje marzenia i trafił na żaglowiec na przeszkolenie, najpierw do wuja, a potem do jednego z jego znajomych kapitanów.
Okazało się, że miał do tego talent. W mig nauczył się zaklęć do obsługi ożaglowania, meteorologii i nawigacji. Ojciec wreszcie machnął na to wszystko ręką i scedował na niego swoje udziały w spółce, dzięki czemu w wieku zaledwie osiemnastu lat Igor został kapitanem swojej własnej jednostki. Odtąd spółka zaczęła funkcjonować całkiem nieźle. Pozostali udziałowcy, w tym jego wuj, odetchnęli z ulgą i przestali rwać włosy z głowy, gdy dochodziło do zgromadzenia udziałowców, na które Wiktor przysyłał swojego pełnomocnika. Sam się nigdy nie pojawiał, bo raz, że go to nie interesowało, a dwa, że wielce prawdopodobnym było, iż szwagier ujrzawszy Wiktora, z miejsca by go udusił, nie sięgając nawet po różdżkę. Reakcja ta byłaby całkiem uzasadniona, bo jedynym zadaniem pełnomocnika było wypowiadanie nieodmiennie: „nie zgadzam się", nim jakikolwiek projekt rozwoju spółki został przedstawiony. Jasne więc, że kiedy w miejsce starego, upartego kozła, jak mawiano o Wiktorze (zazwyczaj z dodatkiem kilku słów, powszechnie uznawanych za niecenzuralne), przyszedł Igor, przyjęty został z radością. Armator odbił się od dna i powoli zaczął wypływać na powierzchnię, niczym statek po aportacji.
Igor przewoził wszystko, co tylko się dało i co mogło przynieść jakikolwiek zysk, a na co było zapotrzebowanie w czarodziejskim świecie. Egzotyczne składniki eliksirów z Brazylii do Gdańska, sprzęt do gry w quidditcha ze Stanów do Hiszpanii, wszelkiego rodzaju magiczne stworzenia, których wysłanie drogą zwykłej teleportacji było niemożliwe. Zdarzyło mu się nawet przewozić latające dywany z Bliskiego Wschodu do Wielkiej Brytanii, oficjalnie tuż przed tym, jak ich import został zakazany i przez różne późniejsze machinacje z tym wyjątkowo niefartownym towarem o mało co nie wylądował w kryminale.
Nie było to zbyt dochodowe zajęcie, ale przynajmniej robił to, co zawsze chciał robić i do czego się nadawał, a przy okazji dużo podróżował. Właśnie podczas jednej z podróży przeżył swój największy romans.
Miał kilka dni wolnego podczas postoju w porcie w Calais, naturalne więc, że chciał ten czas odpowiednio wykorzystać. Jeden dzień postanowił przeznaczyć na Paryż. Lata temu, gdy pierwszy raz odwiedził to miasto, z miejsca się w nim zakochał i kiedy tylko miał ku temu okazję, zawsze do niego powracał, choćby tylko na krótko. Paryż, kryjący w swoich licznych zaułkach miejsca dostępne wyłącznie dla czarodziejów, wręcz emanował magią, co wyczuwali nawet zwykle nieświadomi niczego mugole. Igor uwielbiał teatr i operę, postanowił więc wieczorem, niejako na ukoronowanie swojej wizyty, wybrać się na jakąś sztukę. W Paryżu teatrów nie brakowało, ale w przypadku Karkarowa mugolski nawet nie wchodził w grę. Czarodziejski był tylko jeden, nic więc dziwnego, że trudno było o bilety. Na tamten wieczór wolne miejsca pozostały tylko na jeden dramat zatytułowany „Cienista dolina".
Rychło okazało się dlaczego. Sztuka była koszmarna i dramatem można było nazwać nie tyle gatunek, co sposób wykonania. Tak na dobrą sprawę „Cienista dolina" chwilami mogłaby uchodzić za całkiem niezłą komedię, chociaż to akurat było raczej sprzeczne z zamierzeniami autora. Wkrótce Igor zaczął żałować każdego wydanego na bilet galeona. Do czasu, aż na scenie pojawiła się ona.
Przyciągnęła jego uwagę natychmiast i Igor bynajmniej nie był przypadkiem odosobnionym. Męska część publiczności na jej widok aż westchnęła z zachwytu. Piękne, jedwabiste włosy spływały srebrzystobiałą falą na plecy. Duże, jasnoniebieskie oczy w oprawie ciemnych rzęs zniewalały spojrzeniem. Słowa wypowiadane jej słodkim głosem brzmiały niczym najpiękniejsza muzyka. Była niczym anioł, który przyćmiewał swoim blaskiem wszystkich wokół. Przestały się liczyć drętwe dialogi i aktorzy grający jak nogi stołowe. Cała tendencyjność sztuki poszła w niepamięć. Śliczna aktorka miała niewielką rólkę, ale skradła cały efekt.
Gdy po zakończeniu przedstawienia wraz z innymi aktorami wyszła na scenę, żeby się ukłonić, Igor bił brawo na stojąco, w ogóle nie pamiętając, o czym była ta szuka. Liczyło się tylko to, że ona brała w niej udział. Piękna aktorka ukłoniła się z wdziękiem. Spojrzała w stronę Igora i leciutko się do niego uśmiechnęła; a przynajmniej tak mu się wydawało. W Igora jakby trafił grom z jasnego nieba, zawładnęło nim dziwne, błogie uczucie; nie słyszał gwaru rozmów wychodzących widzów, stał nieruchomo jeszcze długo po tym, jak aktorzy zeszli ze sceny, nieco utrudniając przejście pozostałym osobom. Ważne było tylko jedno. Zakochał się. Zakochał się śmiertelnie i na zabój.
Wtedy nie miał jeszcze pojęcia, jak bardzo pokomplikuje mu życiorys ta istota o niebiańskiej powłoce, skrywającej przewrotną, diabelską duszę.
c.d.n.
