ROZDZIAŁ 2

North Rock nie można było nazwać spokojnym miastem. Mieszkało w nim blisko dwieście tysięcy osób. Pracowali w czterech większych zakładach przemysłu lekkiego oraz w ostatniej czynnej odlewni.

Te dwustu tysięczne miasto miało swoje problemy jak każde inne. Lokalne, cztery gangi kiedy rozkręcały się powodowały, że ulicami płynęła krew, jakby nie była to wojna między małymi grupami dzieciaków, lecz otwarta wojna paru mocarstw. Jakby gangów było mało, była i lokalna mafia, filia z Seattle, rodzina Brokenów zadomowiła się tu jakiś czas temu przejmując wszystko co było nielegalne i przynosiło zyski zacząwszy na handlu narkotykami, przez dziwki po przemyt, kradzieże, wymuszenia do obrotu bronią na czarnym rynku. W mieście znaleźli wsparcie wśród Psów Ulicy, najmocniejszego gangu, który był w ciągłym konflikcie Żelaznymi Szczurami i Skorpionami, które tworzyły Kamienną Koalicje. Czarne Smoki, stały z boku i przyglądały się jak tamci się tłuką i tracą siły i pilnowali swego rewiru. Nie były w stanie wojny z żadnym gangiem, żadnego nie wspierał oficjalni, czy nieoficjalnie. Dysponowali własnym mecenasem, Chińczyków z triady. Ich rewirem było China Town i jego obrzeże. Ta neutralność miała swój cel. Czekali cierpliwie, aż konkurencja sama się wykruszy, lub się osłabi, na tyle, aby mogli przejąć kontrole nad resztą miasta. Kupowali broń w Vancouv, czy Montrealu.

Wojna gangów nie doszła jeszcze do tego stopnia, że krew spływała ulicami, lecz od tego dzielił ich tylko mały kroczek. Policja starała się jak mogła, aby tylko nie doszło do strzelanin na ulicy, gdzie mógł dostać ktoś postronny. Młodych członków gangów nie było im już tak żal. Prowadzili dialog między stronami konfliktu, korzystając z zyskanego czasu ściągali posiłki, prosili o pomoc władze stanowe i federalne. Nigdy nie doszło do spotkania w jednym miejscu przywódców, zjawiali się tylko przedstawiciele i to nie zawsze.

Z każdym dniem z sytuacja stawała się co raz napięta. Psy wchodziły na teren Skorpionów i Szczurów, te zajadle broniły swoich włości. Padały pierwsze strzały, byli ranni, ale nikt z postronnych.

Pontiac przemierzał powoli ulice terenu Szczurów, w środku siedziało czterech dzieciaków, żaden nie miał praw wyborczych. Z piskiem opon stanął przy sklepie wielobranżowym na Mement Street. Sklep znajdował się w parterowym budynku, miał dwie wielki witryny, otwarty był do ósmej wieczorem.

W środku za ladą stał czarnoskóry mężczyzna coś koło pięćdziesiątki, średniego wzrostu, o masywnej postawie, jakby był zawodnikiem jakieś drużyny piłkarskiej w latach młodzieńczych. Reszta włosów na jego głowie była zupełnie biała. Czoło przecinały szerokie i głębokie bruzdy, zdradzały zmęczenie wiekiem i życiem. Czujny wzrok biegał od jednego do drugiego dzieciaka stojącego na ulicy, kilka raz próbowano go napaść, wymusić haracz. Męczyło go ta zabawa z dzieciakami, któregoś dnia nie dotrzyma im kroku i źle wtedy skończy, a nie chciał ginąć dla kilku dolców. Miał dość panującej sytuacji w mieście, widział jak dzieciaki ginęli od kul, czy od ran ciętych, granatów, min. Widział to i wiele więcej, gdy sam był w gangu, a następnie trzy tury w Wietnamie. Widział obecnie jak zaćpany gówniarz ledwo trzymający się tej przestrzeni rzeczywistości lata z automatem i pruje z niego na prawo i lewo śmiejąc się przy tym jakby nigdy nic.

Przed jego sklepem stała grupka dzieciaków, nie mieli nawet siedemnastu lat. Ubrani w spodnie o dosyć dziwnym kroju, bluz z kapturami i puchowe kurtki, wyglądali na bardziej masywnych, niż byli w rzeczywistości. Mogli w niej ukryć prochy i broń.

Z granatowego Pontica wysiadł jeden z dzieciaków w sportowej kurtce drużyny z NBA. Stanął naprzeciw jednego z dzieciaków. Wymienili może ze dwa zdania i uściskali sobie dłonie. Nie musiał być doktorem nauk ścisłych, aby wiedzieć, że właśnie doszło do transakcji. Kupiono i sprzedano kolejną porcje prochów. I gdzie tu była policja, gdy ta była potrzebna? Na pewno nie w pobliżu, aby zgarnąć ich na gorącym uczynku.

Ręce od razu trafiły do kieszeni, gdy tylko obie strony były pewne, że nie zostały wystawione do wiatru. Sportowiec wsiadł do samochodu i odjechał. Handlarz szczęśliwy z zarobku wrócił do swoich. Kolejny dzień, kolejny dolar. Pieprzony świat.

Starszy pan przywykł do takich widoków, narkotyki szły szybciej niż ciepłe bułeczki. Nie zawiadomił policji, gdyż nim ta przyjedzie ich już nie będzie. Handlarze byli wszędzie, pod jego sklepem i jego znajomych, na każdym prawie rogu. To było gorsze od walki z wiatrakami.

Piaskowy i strasznie poobijany Dodge wynurzył się od strony Dwunastej Ulicy. Leniwie i majestatycznie wtoczył się Mement Street. Widać było, że lata młodości miał już dawno za sobą, z pod piaskowego lakieru wybijały się również inne kolory. Nie raz i nie dwa był przywracany do życia., to był cud, że coś takiego jeszcze mogło jeździć. Widać było, że nie śpieszyło się nikomu i byli fanami rapu, o czym świadczył wylewający się jazgot ze środka samochodu.

Ani handlarz, ani jego obstawa nie była zaskoczona, czy zaniepokojona takim przejazdem. Bardziej liczyli na kolejnego klienta. Dochodziła ósma, a oni nie mieli już połowy towaru. Ten dzień mogli uznać za nawet bardziej, niż udany.

Chodnik był prawie pusty, nikt o tej porze i zwłaszcza w tej dzielnicy nie chodził po ulicy jeśli nie było to konieczne. Mrok zapadł przed kilkoma minutami. Każdy wiedział kto rządził tu po zmroku, nawet policja nie rzucała się za bardzo w oczy, choć zwiększono liczbę patroli od momentu, gdy wojna zaczęła wisieć na włosku.

Starszy pan spojrzał na zegarek, dwie minuty po ósmej. Czas zamykać. Pożegnał ostatniego klienta. Zamknął za nim drzwi. Widział jak do krawężnika podjechał poobijany Dodge. Kolejni klienci, którzy pragną sobie skrócić życie zażywając te gówno. Za naszych czasów wszystko wyglądało zupełnie inaczej, powiedział w duch do siebie spoglądając na dzieciaków.

Nie przeliczał tutaj dziennego utargu. Wyciągał pieniądze z kasy i zabierał je na zaplecze, gdzie miał starą kasę pancerną wmurowaną w ścianę, pamiętała jeszcze czasy Eisenhowera. Dopiero rano sprawdzi ile zarobił, gdy dzieciaki będą odsypiać noc, czasami myślał, że są wampirami. Zamknął kasę.

Zatrzymał się przy ladzie robiąc rutynowy przegląd po zamknięciu sklepu, raz w ten sposób chcieli go obrobić i tylko przypadek spowodował, że im się nie powiodło. Wyciągnął z pod niej fajkę, którą dostał na ostanie urodziny od wnuczka. Kosztowała go kilkanaście dolarów, czarna, dąb, nabita była kubańskim tytoniem. Palił z niej trzy razy dziennie, choć lekarz zabronił mu tego.

Obok pudełka z fajką i tytoniem leżała zawsze nabita broń, pistolet kaliber dziewięć milimetrów i strzelba półautomatyczna do celów obronnych rzecz jasna. W tych czasach, w tej dzielnicy szacunek był wprost proporcjonalny do liczby broni jaką się miało przy sobie i jej kalibru.

Pistolet przeładował i zabezpieczył, włożył go za pasek. Stare wojskowe nawyki nigdy w nim nie zaginęły. Coś mu mówił, że lepiej mieć ją przy sobie, taki wyczucie wyrobił sobie w trakcie służby w Wietnamie. Nie raz mu uratował życie i po powrocie z Wietnamu i zakończeniu służby w armii.

Dodge zatrzymał się tuż przy krawężniku, muzyka przycichła. Pasażer z tyłu wymienił kilka zdań z kierowcą i chłopakiem, który siedział obok niego. Pasażer obok kierowcy odwrócił się do tyłu, zaczął nerwowo się kręcić na swoim fotelu.

Chłopcy przed sklepem zaczęli się robić coraz bardziej nerwowi. Nikt nie wysiadł, ani nie dał znaku, że chce kupować. Nerwowo zaczęli spoglądać po sobie pytając się nawzajem co jest grane. Mieli przy sobie broń, większości krótkie trzydziestki dwójki i ósemki, tylko jeden miał nowego Colta, czterdziestkę piątkę i Berette, kaliber dziewięć milimetrów. Byli gotowi wyciągnąć broń w każdej chwili. Poczuli, że nie jest tak jak powinno być.

Kiedy z tyłu wynurzyły się dwie osoby z karabinami AK – 47, handlarze zareagowali odruchowo wyciągnęli broń. Dwóch zdołało oddać strzały do napastników. Kule wystrzelone z karabinów cięły ciała handlarzy. Rozszarpane, pchane impetem kul wpadali na witrynę sklepową. Pierwsza dwójka, która zginęła na samym początku wpadając na nią rozbiła ją w drobny mak. Wylądowali na stoisku z gazetami, przewrócili ją i kilka innych rzeczy, a krew zniszczyła resztę.

Starszy pan wpierw usłyszał ich krzyki, a następnie pierwszą serie z karabinu, właśnie zapalał fajkę odwrócony plecami do drzwi. Reszta dochodziła do niego, gdy leżał przyklejony do podłogi, a w garści trzymał broń. Nawet nie pamiętał kiedy i jak ją wyciągnął. Tytoń rozsypał się po podłodze obok niego.

Nauczył się jak żyć, aby przeżyć. Wiedział, że przeciw dwójce gówniarzy uzbrojonych w Kałasznikowy nie miał za wielkich szans, może gdyby był młodszy o parę lat, ale nie teraz, nie w tym stanie. Musiał czekać, aż chłopaki odjadą i prosić Boga, aby nie zachciało im się pić.

Oprócz AK – 47 słyszał inny automat oraz strzały z krótkiej broni dzieciaków z przed sklepu.

Strzały nie trwały dłużej jak dwanaście sekund, wystarczająco długo, aby zabić wszystkich.

Śmiech dochodzący z ulicy był pusty, złowrogi, zapowiadał to co miało nadejść jakiś czas temu, wojnie gangów. Ledwo słyszane na jego tle był jęki agonii dzieciaków, które mogły robić za przenośny skład ołowiu. Nim przyjedzie pomoc oni będą martwi.

Dodge odjechał, a starszy pan wyszedł za lady. Broń była skierowana lufą ku ziemi. Widział już śmierć na ulicy i w dżungli, a tam zwłaszcza tej najgorszej, gdzie każdy był dobry jeśli zabijał wiele osób i był dosyć tani. Widział ludzi bez głów, rąk, czy nóg, wioski tuż po nalocie przy użyciu napalmu. W oczach dzieciaków za szklistą zasłoną śmierci widział strach, zdziwieni, a to wszystko zmieszane w jedno uczucie zagubienia. Musieli wiedzieć, że mogą zginąć, ale nie brali takiej możliwości zbyt poważnie. Zginął, choć ze wszystkich sił pragnął żyć.

Dodge przejechał trzy skrzyżowania nim wskoczył mu na ogon Ford. Nie musieli zgadywać, kto był w środku, gdyż doskonale wiedzieli. Kumple tamtych, co zabili i chcieli się zemścić za ich śmierć.

Wojna weszła właśnie w nową fazą, teraz nie będzie gróźb i gadaniny, poleje się krew, to było bardziej niż pewne. Nikt nawet nie będzie chciał nawet rozmawiać, zwłaszcza Żelazne Szczury. Wejście na swój teren jeszcze jakoś by znieśli, ale śmierci swoich ludzi jak najbardziej nie. Nie będzie gadania, lecz zemsta.

Ford trzymał się blisko jak tylko mógł, samochody miały podobne parametry, więc wszystko zależało od kierowców, którzy chcieli udowodnić swoje zdolności. Kierowca Dodge nie chciał się bawić w rajdy uliczne, skierował samochód wprost do starej odlewni, gdzie będą mieli przewagę liczebną. Mieli przed sobą do dziesięciu minut szaleńczej jazdy, nim poczują się bezpiecznie.

Samochody zderzyły się burtami i odskoczyły. Po chwili znowu zderzyły się. Dodge odskoczył lekko na parę jardów do przodów, ale Ford nie pozostawał zbyt długo zanim. Kolejne starcie. Inni kierowcy próbowali unikać szaleńców, wjeżdżali na inne pasy, czy na chodnik, doszło do kilku kolizji. Nikomu jednak nic się nie stało. Wściekli kierowcy klęli, słownictwo nie było wyszukane.

Seria z automatu rozbiła tylnią szybę Dodgea, to był początek wymiany ognia między obiema grupami, byli dobrze uzbrojeni i gotowi użyć tego arsenału, aby zatrzymać, lub zabić konkurenta.

Przecięli trzy skrzyżowania na czerwonych światłach, spowodowali dwie kolejne kolizje, ale wciąż gnali do przodu, w kierunku dzielnicy przemysłowej, gdzie miało się wszystko zakończyć.

Do wyścigu o życie i śmierć dołączyły dwa policyjne radiowozy dziko wyjąc. Na nogi postawione cztery komendy, w drodze był kolejne samochody, próbowali zablokować walczących dzieciaków.

Ford próbował ataku od tyłu, uderzali w zderzak, chcieli, aby zarzuciło Psami i w ten sposób zakończył się wyścig.

Policja wiedziała, że to nie były już przelewki, ale cholerna wojna gangów. Była zagrożeniem, które trzeba zlikwidować i to jak najszybciej, dla dobra niewinnych osób. Byli gotowi na użycie każdego dostępnego środka, aby tylko ich zatrzymać, nie zawahają się nawet przed zabiciem ich.

Wjeżdżali na teren miej zaludniony, co pozwalało na przystąpienie do roboty. Wpierw odseparować dwa samochody od siebie, a następnie zatrzymać je półki nie zabili nikogo postronnego. Osiem radiowozów miało dokonać tego. W porównaniu ze starami samochodami nowe Ford miały przewagę. Dostali zezwolenie na użycie broni w celu zatrzymania obu aut.

Śrutówka z prowadzącego wozu wypluła pierwszy pocisk, był nie celny, ale zrobił swoje, zwrócił uwagę na nich. Szczury zareagowały natychmiast, pozbyli się tylnej szyby, a krótka seria poszła w kierunku jadącego siedem jardów za nim. Kule trafiły w chłodnice i przednią lewą oponę. Kierowa skręcił gwałtownie w lewo i w prawo, wjechał na chodnik i zatrzymał się na latarni. Obaj policjanci odetchnęli z ulgą, gdy tylko zatrzymali się i byli w jednym kawałku. Dla nich był tu koniec pościgu.

Radiowozy próbowały rozdzielić obie walczące strony, co ułatwi im następnie: zatrzymanie i aresztowanie. Odważny kierowca policyjny wprowadził swój samochodu między dwa ścierające się wozy. Jednak, kiedy zaczęli do niego strzelać odskoczył do tyłu dając mocno po hamulcach. Pociski trafiły w silnik i w kabinę wpierw stracił przyczepność, następnie zaczął koziołkować. Stanął dopiero po kilkunastu jardach, trafił w dwa samochody biorące udział w pościgu. Jeden jechał dalej, drugi zatrzyma się, aby udzielić pomocy rannym. Mieli naprawdę wielkie szczęście, że nie eksplodował bak z paliwem. Mocno poturbowanych wyciągnęli koledzy i jak najszybciej oddalili się od samochodów, nie chcieli sprawdzać, czy nie dojdzie jednak do wybuchu.

Coraz bliżej byli terenów należących do Psów Ulicy, a tam naprawdę będzie gorąco. Szczury strzelały z tego powodu, co raz częściej, choć większość i tak była nie celne. Kule śmigały, blisko, ale nie dochodziły do niego. Podobnie było u policjantów, klęli przy tym niemiłosiernie.

Szczury zrozumiały, że tej rundy nie da się wygrać, zwłaszcza, gdy gliny weszły im w paradę. Liczyło się obecnie życie, zemsta mogła poczekać, będąc trupami nic im nie przyjdzie z zemsty. Zawrócili i skierowali się w kierunku swojej dzielnicy, mijając po drodze zdziwionych policjantów. Dopiero dwa ostatni oderwały się od całej grupy i ruszyły w pościg za uciekinierem.

Psy poczuły, że wolność i życie były, co raz bliżej ich, wystarczyło tylko dojechać tej cholernej odlewni. Gnali dalej przed siebie z nową nadzieją w sercu. Kierowca wbił wzrok przed siebie. Pasażer obok niego przeładował pistolet maszynowy typu Mac – 10. Zerknął w lusterko, które jakimś cudem przetrwało kanonadę ognia. Mieli na ogonie trzy oznakowane pojazdy i jeden cywilny z kogutem na dach. Nie tak źle, było ich więcej.

Dwaj jego kumple siedzieli z tyłu, jeden był ciężko ranny, oberwał dwa razy na samym początku od handlarzy z ulicy. Mocno krwawił, lecz nie czuł w ogóle bólu, wątpił nawet, że wiedział, że został trafiony. Był blady jak ściana, źrenice sztywne, wąskie, nie reagujące na światło.

Wszystko z nim w porządku?

Jak cholera! odparł trzymający go chłopak. Stracił sporo krwi, pół banku krwi mógłby zaopatrzyć. Jest tak naćpany, że już dawno puścił naszą galaktykę.

Rozpieprzymy gliniarzy i zabierzemy go to lekarza.

Chłopak był zmęczony, pot lał się po nim strumieniami. Ciężko oddychał. W oczach nie było widać nawet cienia strachu, był tylko czysty gniew. Załadował broń i pociągnął za język spustu, nic. Nerwowo nacisnął i wciąż nic. Zapomniał przeładować karabinu. Wściekły na siebie, poprawił błąd. To miała być banalnie prosta sprawa wjazd, zrobienie sita ze Szczurów i powrót do swoich. Nikt nie przewidział jakichkolwiek strat po swojej stronie i, że gliniarze wmieszają się do całej sprawy, no i, że Szczury będą miały gdzieś w pobliżu samochód. To nie tak miało wyjść. Dopiero teraz kawał żelaza zatańczyło mu w garści plując nieprzerwanie ogniem w kierunku ścigających ich policjantów. Większość poszła w ulice.

Jak większość nie chciał zginąć i nie miał zamiaru również iść do paki. Jedyne, co pragnął, to szmal i szacunek swoich i strach wrogów. Kochał łatwy szmal i dający mu wszystko, co chciał: wódę, narkotyki, dziwki. Szacunek i strach przyszedł już sam, a co za tym idzie pewną władze, nie za wiele, ale mu starczało tyle ile miał, nie był pazerny. Miał broń, jego poziom męskości i pewności doszedł do punktu krytycznego. Nie miał zamiaru jej złożyć, będzie walczyć i miał zamiar wygrać.

Ta część, która nie poszła w ulice, lub nie trafiły do celu, nie miała problemu w spowodowaniu zatrzymania ścigającego pojazdu. Krzyknął triumfalnie widząc jak kolejny samochód uszczuplił stan grupy pościgowej. W jego krzyku było słyszano wielką radość. Zdobył kolejny powód, aby reszta się go bała i szanowała.

Dodge zaryczał wściekle, gdy wpadł na plac, co raz bliżej było ich bezpiecznego miejsca, gdzie mogli dostać pomoc ze strony swoich kumpli. Prawie widział budynki starej odlewni.

Pies obok kierowcy przeszukał kieszenie w poszukiwaniu kolejnego magazynku, gdzieś mu się zapodział. W jakiś sposób znalazł się na podłodze, obok jego nogi, schylił się, aby go podnieść.

Kolega z tyłu krzyczał coś do gliniarzy między jedną, a drugą serią. Ci trzymali się trochę z tyłu nie chcieli ryzykować i podzielić losu, tego co przed momentem stanął w miejscu podziurawiony jak przysłowiowy ser szwajcarski. Kierowca coś mówił pod nosem do siebie, w ogóle nie dało się go zrozumieć co mówił.

Wyprostował się, od razu zaatakowało go ostre światło od jego strony. Cały mrok wokoło ich samochodu został przecięty, a co najgorsze bardzo szybko zaczęło się do nich zbliżać.

Co to, kurwa?!

Przyłożył rękę do czoła, lecz nie pomogło mu w dostrzeżeniu co to było dokładnie. Wiedział, że był to czyjś wóz dysponujący kolekcją mocnych reflektorów skierowanych na nich. Nie widział niebieskiego, czy czerwonego, tylko białe. Gliny, czy nie gliny? Nie ryzykował. Kimkolwiek byli sami sobie są wini, nie powinni tego robić. Wystawił rękę z automatem i wywalił cały magazynek w obcego. Kule odbijały się od opancerzonej powierzchni intruza. Pojął to dopiero, gdy opróżnił cały magazynek, a tamten wciąż gnał wprost na nich. Chciał ostrzec kierowcę, ale…

Rozpoznał kształt na ułamek przed uderzeniem, był to terenowy GMC, albo Chevrolet. Trafił dokładnie w przednie koło, tuż obok pasażera. Siła uderzenia była na tyle silna, że wóz Psów przekoziołkował dwa razy nim znów stanął na kołach. Dalej już nigdzie nie pojedzie, nie miał szans z wyrwanym kołem i masą innych większych, lub mniejszych uszkodzeń.

Natychmiast został otoczony przez policyjne samochody, tajemniczy Dodge, stanął obok nich za linią policyjnego okrążenia, z niego wyskoczyła dwie osoby z grupy antyterrorystycznej, ale w North Rock nie było takiego oddziału. Wyglądali na antyterrorystów, byli obwieszeni bronią. Kim byli?

Policjanci podbiegli do wraku z bronią gotową do strzału, dzieciaki mogły mieć jeszcze ochotę na dalszą zabawę, nawet po takim uderzeniu. Słyszeli ciche jęki i przekleństwa, więc żyli i mogli jeszcze zrobić coś głupiego.

Stać policja! krzyknął z czystej formalności do poobijanych dzieciaków i tej dwójki.

Stanęli kilka jardów od nich, z tej odległości nie mogli nie trafić do nich. Twarze mieli zasłonięte kominiarkami, było widać tylko oczy. Nosili kombinezony bojowe jednoczęściowe, pod nią kamizelkę kuloodporną. Na nim kamizelka bojowa zapinana na zamek cztery klamry. W niej była część ich uzbrojenia radio, amunicja, granaty, pistolet oraz naszywki z napisami TRINITY, PRETORIAN. W kaburze na prawym udzie nosili kaburę z MP – 5, broń sił specjalnych.

Ręce, tak, abym je widział! krzyknął jeden z dwóch tajniaków.

Gniewne spojrzenie poleciało w kierunku celujących w nich funkcjonariuszy, robili coś czego on nie lubił. No cóż, nie spodziewał się przywitania chlebem i solą, miał teraz za swoje.

Agenci specjalni Departamentu Sprawiedliwości, Trinity i Pretorian. powiedział twardy i basowy głos. Możesz nie celować we mnie?

Nigdy nie miał do czynienia z Departamentem Sprawiedliwości, FBI nawet był nowością dla nich, choć mieli wszystko co powinno ich zaciekawić i skłonić do wizyty, a rzadko zaglądali do nich. Zdecydowanie szybciej spodziewaliby się właśnie nie ustraszonych agentów FBI w tych swoich firmowych garniturach, niż tajemniczych.

Trinity, pomógł otworzyć drzwi od strony kierowcy. Chwycił za chabety dzieciaka i wyciągnął go ze środka. Cicho pojękując z bólu, dał znak, że żyje. Przewrócił go na plecy i zakuł w modne tytanowe kajdanki. Dopiero wtedy zaczął sprawdzać, czy nie zrobił sobie jakieś większej krzywdy. Był cały, chyba, że miał jakieś obrażenia wewnętrzne, a wtedy, albo poczeka na karetkę, albo zginie. Jego problem.

Wyprostował się, wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy, wybrał jeden z dziewięciu zakodowanych numerów i połączył się z nim po chwili.

Tu Trinity, jesteśmy na miejsc. zameldował. Zajęliśmy się już sprawą, wojna jest niestety nieunikniona…. Spróbujemy spuścić z nich trochę powietrza. Potrzebny nowy samochód. Zużycie sprzętu w trakcie jego eksploatacji, sir…. Jeszcze dziś trochę po bawimy się z nimi…. Będziemy w kontakcie.

Rozłączył się i spojrzał na swoją partnerkę. Kolejne nie całkiem łatwe zadanie im powierzono.

Jeden martwy. powiedziała do niego. Wykrwawił się w trakcie ucieczki, mocno oberwał.

Tak bywa na wojnie. powiedział do niej. Wóz pojeździe dalej?

Jasne, ale trzeba będzie puknąć go w kilku miejscach młotkiem, aby jakoś wyglądał.

Tym później się zajmę.

Kapitan Brokor był wściekły. Tyle razy prosił o pomoc władze federalne i stanowe i gdy w końcu traci nadzieje i cierpliwość, pojawiają się niezapowiedziani dwóch agentów z Departamentu Sprawiedliwości. Jakby nie mogli przysłać kogoś innego? Bardziej cieszyłby się z oddziału ponurych federalnych, których alter-ego ma wielkość niepojętą. Doskonale wiedział kogo mu przysłali. Ta dwójka agentów była wysyłana wszędzie tam, gdzie trzeba było zrobić ostateczny porządek z kłopotami, po tym jak oni nimi się zajęli, gdyż problem był trupem. Już widział burmistrza, który wiesza go, gdyż wojna gangów został utopiona we krwi dzieciaków. Taki był styl działania Aniołów Śmierci.

Obawiał się, że gangi pojmą, że dopóki oni tu są to nie będą mogli załatwić swoich spraw do końca, więc zjednoczą się i postarają się ich zbić, co nie będzie takie łatwe, lub ich przeczekać. Cały czas nie mogą przecież tu siedzieć. Dojdzie do wojny, jakiej nikt nigdy nie widział Aniołowie Śmierci kontra Zjednoczone Gangi North Rock. Przy tym wojna między gangami będzie tak samo niegroźna jak bójka dzieciaków w piaskownicy. Ta dwójka robiła za całą pieprzoną armie. W ciemnych barwach widział swoją emeryturę, mógł się z nią już pożegnać.

Spoglądał nerwowo w kierunku czarnego Chevroltra, miał ślady po staranowaniu innego samochodu, parę wgnieceń i zarysowany tu i ówdzie lakier, nadawał się jeszcze do jazdy. Rozmawiali między sobą, niewątpliwie narada wojenna. Zastanawiali się nad problemem, kogo teraz zaatakować?

Nie było mowy, aby ta dwójka latała luzem po jego mieście i strzelała się z każdym dzieciakiem jaki stanie im na drodze, bo w krótkim czasie gangi będą tak samo martwe jak dinozaury, a tłum wściekłych matek będzie chciała zlinczować cały lokalny wydział policji.

Spojrzał w przeciwnym kierunku, na drogę, którą sam przyjechał. Tuż przed żółtą linią stanął bordowy Ford Ecsort, na desce miał czerwonego koguta. Właśnie zdał sobie sprawę, że o niej właśnie myślał. Miał kogoś kto będzie miał oko na tą dwójkę.

Sierżant Kimberli Woo przeszła pod taśmą zawieszając na szyi swoją odznakę. Przez chwile rozglądała się dokoła, na ten cały ten bajzel jaki panował wokoło, bo tak trzeba było nazwać to co tu było. Zniszczony samochód, jeden trochę poobijany. Po drodze minęła dwa wraki.

Od momentu opuszczenia murów akademii policyjnej minęło już sześć lat, wpierw służyła w obyczajówce, następnie wydział zabójstw, od pięciu lat wydział do spraw przestępczości nieletnich jak nazywano wydział do walki z gangami. Trafiła tam, gdyż sama była w gangu, ale nigdy nie była karana.

Miała dwadzieścia pięć lat, do sześciui stóp brakowało jej niespełna trzech cali. Czarne włosy były związane w krótki ogon. Oczy, ciemne. Twarz o azjatyckich rysach, jej przodkowie byli emigrantami z Chin. Była całkiem piękną kobietą, ale wciąż samotną.

Ubrana była nie jak na damę przystało, żadna garsonka, ani nic z tego. Miała na sobie rozpiętą kurtkę do pasa – czarna. Ciemno zielona bluza, granatowe spodnie i ciężki buty. Nie była materiałem na okładką magazynu dla policjantów, a tym bardziej na wzór do naśladowania. Żaden partner z nią nie wytrzymał zbyt długo. Była ostra, nie przebierała w środkach, gdy pracowała, typ samotnika.

Co do broni nie mogła równać się z tą dwójką, ale miała przy sobie mały arsenał: dwa Glocki na szelkach pod pachami, jeden P – 14 przy pasku, z tyłu przy kostce miała małego Guariana.32NAA, a w kieszeni dwa noże sprężynowy i tak zwanego motylka. W samochodzie była strzelba kaliber dwanaście.

Była w kiepskim nastroju, jak zgadywał po jej minie. Nie dziwił się, w ostatnie zawieszenie broni włożyła wiele sił, nawet poświęciła swoje życie prywatne, aby tylko nie dopuścić do rozlewu krwi. Wszystko szlak trafiło, cała sprawa. Nie mogła się z tym się pogodzić. Znów miała wojnę i była w punkcie wyjścia i nie miała już chłopaka, a tak ładnie wyglądali razem.

Uspokoiła się na tyle, aby kapitan mógł z nią pogadać nie obawiając się, że coś mu zrobi. Nalał jej trochę kawy, od której był wręcz uzależniony. Miał przy sobie zawsze dwa termosy.

Wojna. powiedział do niej, ona potaknęła głową. Jak wygląda sprawa?

Wzięła od niego podany kubek z gorącą, mocną i słodką cieczą.

Nie jest dobrze. odparła i upiła małego łyka z niego. Psy szykują się do szturm na tereny Szczurów, a ci są gotowi do obrony. Skorpiony czekają tylko na polecenie Kruka, a ten wie, że są gotowi do walki, mieli trochę czasu na przygotowanie się na taki dym. Smoki będą pilnować swoich terenów, do półki nie zostaną zaatakowani. Dla nich to na rękę, konkurencja się wykrwawi, a oni zgarną wszystko nie wysilając się za bardzo. Od kiedy mamy oddział S.W.A.T.?

To nie dzieciaki ze S.W.A.T., ale agenci z jednostki specjalnej kochanego Departamentu Sprawiedliwości. odparł sam pijąc kawę. Nie spodziewaj się, że będzie ładnie i przyjemnie.

Spojrzała w kierunku wskazanym przez szefa. Dwójka specjalnych agentów siedzieli w swoim samochodzie, chciała wiedzieć o czym teraz mówili z tym aspirantem. Nigdy nie widziała ich na oczy. Pół roku temu współpracowała z oddziałem federalnym o kryptonimie „Piorun", zajmowali się przemytem i przestępczością zorganizowaną. Poznała wtedy ich sposób działania, wśród nich była również sześciu podobnych do tej dwójki. Byli skuteczni, ale jeśli chodziło o środki przymusu, czy zdobywania informacji nie bali się naginać prawo, a czasem je łamali. Jeśli byli podobni do nich, to mieli wielkie kłopoty. Nie lubiła takich agentów, którzy wiedzieli lepiej, niż inni jak prowadzi się dochodzenie, a zatrzymany, czy podejrzany ma prawo, gadać, a następnie zdechnąć w ciszy i nie spokoju.

Co to za ludzie? spytała go

Kapitan ponownie spojrzał na nich i powiedział.

Burza.

Drgnęła na same tylko wspomnienie nazwy zespołu. Ręka trzymająca kubek zadrżała, gdy pojęła z kim miała do czynienia. Każdy słyszał o nich, nawet ona i wiedziała, że należy się ich bać. Do nich należał rekord w rozbijaniu gangów, karteli oraz zabitych w trakcie prowadzenia działań operacyjnych. Puszka Pandory przy nich to dziecinna igraszka. Nie istniało coś gorszego od nich.

Ten wyższy, to Trinity. zaczął przedstawiać z kim miała do czynienia, gdyż wiedziała o nich tylko drobnostki. Wybuchowy jak cholera, bomba atomowa to petarda przy nim. Stu procentowy twardziel i głupiec. Słyszałem, że kiedyś wziął na siebie kule, dostał aż pięć razy, a na końcu zabił faceta. Snajper i saper, sam się składa, ponoć dobry mechanik. Ma przy sobie dwa Sig Sauery P-226, jednego P – 14. Dwa noże, przy nodze MP – 5, parę granatów. W wozie zapewne coś większego. Wchodzi zawsze jako pierwszy. Każda jego pukawka, czy kozik jest ozdobiony czaszką, a pod nią pęk błyskawic. Jego logo, zapewne.

Kupę złomu nosi, ma facet kondycje.

Nie był pewien, czy to do noszenia tego złomu była potrzebna dobra kondycja, czy wystarczy być po prostu głupcem? Nie skomentował tego na głos, tylko powiedział.

Ta mniejsza, to Pretorian. Nie wiele o niej słyszałem. Dobrze prowadzi, doskonały strzelec, umie machać nogami, a regulaminy i kodeksy ponoć zna na pamięć. Pamiętasz może akcje w Seattle, sklep jubilerski półtora miesiąca temu, parę dzieciaków? To była ich robota, S.W.A.T. utknął, a oni zastąpili ich.

Czterech gówniarzy poszło do piach, słyszałam. Co oni tutaj robią?

Jak zakładam mają nam pomóc w pozbyciu się problemu gangów. Gdybym chciał ich wszystkich zabić, to sam bym to zrobił, oszczędzając czas, pieniądze i nerwy na prośby o pomoc.

Można im zaufać?

Ni cholery. Szybciej pozwoliłbym diabłu i starej teściowej skraść moją dusze i oszczędności, niż Pretorian miała mnie podrzucić choćby o jedną ulice.

Kapitan uśmiechnął się ironicznie, takiego go nie lubiła, coś kombinował. Wrzucił na wpół pusty termos do samochodu i pociągnął Kim za sobą. Szedł w kierunku tej dwójki. Mu to również się nie podobało, ale ktoś musiał mieć na nich oko. Nie miał nikogo lepszego od niej.

Pretorian zeskoczyła z maski samochodu, właśnie kończyła rozmowę. Trinity podziękował aspirantowi i ruszył w jej kierunku, nie zwracając na nich zupełnie uwagi.

Agencie Trinity, jestem kapitan Brokor. przedstawił się podając mu rękę, która została mocno ścieknięta. To jest sierżant Woo, zajmuje się gangami.

Bardzo nam miło. kiwnął głową w jej kierunku. Mieliśmy dopiero się pokazać u pana, ale nie wzięliśmy pod uwagę tego ataku. Psy czekają na atak Szczurów i coś długo nie będą czekać. Szacujemy, że mają całkiem pokaźny arsenał.

Wiemy, gdzie mają swój składzik. przerwała mu partnerka po skończonej rozmowie. Jest tam nawet paru co bardziej skorych do walki, z Gwoździem na czele. W sumie coś koło trzydziestu osób. Miłe kółko różańcowe.

Jak zabierzemy im zabawki, nie będzie strzelaniny.

Ale za dwa dni będą mieli znowu arsenał.

Mogą go mieć, ale nie wiem kto będzie z niego strzelać, gdy połowa będzie siedzieć i nabierać bladej karnacji, a gdy druga część będzie poszukiwana. To się tyczy wszystkich gangów. Mam sporo materiałów, na każdego coś się znajdzie miłego.

Jakoś nie mogła uwierzyć w jego gładkie słówka, było to zbyt proste i piękne jak na jej oko, na pewno coś nie powiedział, lub zapomniał powiedzieć. Jeśli miał na nich jakieś spore dowody, to nie mogli je zdobyć tak nagle w przeciągu paru minut. Musieli siedzieć w mieście jakiś czas nie ujawniając się przy tym. Doskonale więc orientują się w sytuacji jaka panuje. Kapitan miał racje, im nie wolno do końca ufać, nie mówią całej prawdy.

Jakie to dowody, jeśli można wiedzieć?

Z obserwacji. odparła Pretorian. Nagrania VHS, zdjęcia, nagrania rozmów, trochę tego jest, na jakieś parędziesiąt rozpraw starczy.

Jak długo to zbieraliście? spytała wprost.

My nie, ale grupa dochodzeniowa, tydzień. odparł zgodnie z prawdą. Mamy pomóc, a nie załatwić spraw za was. Nasze metody są dziwne, ale zgodne z prawem i regulaminem. Mamy nakaz rewizji tej budy. Więc jak pani sierżant, gramy w zespole, czy solo?

Nie spodziewała się, że odezwie się do niej z taką propozycją. Spodziewała się po nich wszystkiego, ale nie chęci współpracy. To nie był ich styl postępowania.

A wy umiecie w ogóle grać w zespole?

Jasne, jeśli tylko jest wyjątkowo mały, tak do pięciu osób. Zadowolona?

Być może. Co ty na to, kapitanie?

Nie wiele miał do powiedzenia, musiał tańczyć jak na razie w takt ich muzyki, ale pocieszającym był fakt, że to on prowadził. Nie chciał, aby biegali po jego terenie jak bezpańskie psy. Stanowili oni zbyt wielkie zagrożenie dla społeczeństwa jego miasta, nawet dla tych dzieciaków z gangów. Zgodził się na ich warunki, zastrzegł tylko jedną sprawę.

Straty po stronie gangów ograniczcie do niezbędnego minimum. Nie każę dać się wam zabić prosząc ich o oddanie broni, ale nie chcę, aby wszyscy tam będący odwiedziło coronera jeszcze tej nocy jak klienci i tak ma już kupę roboty.

Niczego nie obiecujemy. powiedziała agentka. Zrobimy tak, aby nie powiększyć statystyki dotyczącej śmiertelności wśród nieletnich, ale również nie pozwolimy, aby liczba zabitych policjantów zwiększyła się. Wybór będzie w razie czego prosty.

Dobrze, że pojmujecie sprawę. Ilu potrzebujecie ludzi?

Czterdziestu, aby mieć pewność, że nie będą się wygłupiać jak zobaczą, że mamy przewagę liczebną i zaskoczenia. Każdy ma mieć kamizelkę, coś cięższego w razie czego niech zabiorą. Dwóch naszych obserwuje teren, jeśli zauważą coś podejrzanego, to dadzą znak. Ruszamy za pół godziny.

Pretorian z podziwem obserwowała swego partnera. Jeszcze jakiś czas temu rozmawiając z kapitanem zażądałby pełnej współpracy, oddania do ich dyspozycji kilkunastu policjantów i nic nie dawał od siebie. Nie licząc rzecz jasna kilku gróźb. A gdyby ten go nie posłuchał, to w przeciągu minuty miałby wszystko w tym przeprosiny po rozmowie kapitana z komendantem. Teraz grzeczny jak nigdy, zmiana taktyki mogła coś oznaczać dla niej i jej szefów.

Spodziewała się kolejnej akcji z tych wykonanie jest prawie nie możliwe i się nie pomyliła. Powstrzymanie gangów od nie zabijania się nawzajem nie było takie proste jak na początku wyglądało. Nie była to ich pierwsze tego typu zadanie, nigdy nie zakończyło się bez sporych strat po stronie wroga.