Naruto

Dwa Lata wcześniej

Na morzu było zimno. Nie żebym nigdy nie był na morzu, i nie dziwiło mnie to, ale silne porywy wiatru, które rozbijały się o wielkie bałwany przemaczając mnie od stóp do głów lodowatą oceaniczną wodą były zdecydowanie najgorszymi minusami mojej podróży. Zdecydowałem przejść przez ocean wiodący do kontynentu Temujin na piechotę, dochodząc do wniosku, że będzie to jeden z najlepszych treningów, jakie do tej pory otrzymałem. Czasami zastanawiałem się jednak, czy nie jestem czasem masochistą, kiedy za każdym razem wyciągając kompas i mapę zdawałem sobie sprawę, że dalekie horyzonty pozostaną puste przez długi czas.

Biegłem przez głębokie wody oceanu już od przeszło dwóch tygodni, a brzegu Temujin jak nie było widać tak nie było.

„Przynajmniej dobrze się przygotowałem." Powiedziałem pewnego słonecznego dnia do delfinów przepływających obok.

Siedziałem na tafli wody, łącząc liną konopną zmęczonymi palcami kawałki drewna. Kiedy skończyłem, ciaśniej otuliłem się moim czerwono-pomarańczowym płaszczem i rozłożyłem wygodnie na dryfującej po spokojnych teraz wodach oceanu tratwie.

Przez te tygodnie spędzone na morzu, mój prowiant był już na wyczerpaniu, i teraz jadłem tylko wtedy, kiedy było to zupełnie niezbędne. Mimo to wciąż miałem, co najmniej pół siatki udek kurczaka, które nie zepsuły się jeszcze, dzięki specjalnym pudełkom hermetycznym, które dostałem od Tsunade. Miałem wprawdzie kapsułki żywnościowe, ale pomyślałem, że lepiej zjeść od czasu do czasu także prawdziwe jedzenie.

Woda z drugiej strony – cóż, nie mogłem po prostu użyć zwojów, żeby się je napić. Raz próbowałem, ale skończyło się na tym, że kiedy technika się zużyła, znów poczułem pragnienie, jak tylko woda stworzona przez technikę znikła. Miałem, co prawda jeszcze pół butli czystej słodkiej wody, no i zawsze mogłem nałapać deszczówki, ale nie miałem zamiaru się okłamywać – zgubiłem się, i woda na pewno nie może mi się w najbliższym czasie skończyć.

Kiedy następnego ranka sprawdzałem mapę, przekląłem siebie, że w akademii bardziej nie przykładałem się do nawigacji czy tych całych szerokości i długości. Starając się znaleźć swoje położenie na mapie za pomocą kompasu i jakiejś resztki logiki, stwierdziłem w końcu, że za nic nie mogę rozpoznać siebie na niebieskich polach przedstawiających ocean na niej. Schowałem wszystko do plecaka, zjadłem jedno udko kurczaka, rozmontowałem tratwę i przyczepiłem drewno do plecaka.

Czując poirytowanie, stworzyłem siedmiu klonów i rozkazałem im biec w siedmiu różnych kierunkach, wskazywanych według kompasu. Według mapy powinienem kierować się na południe, i tam właśnie pobiegłem, podczas gdy moje repliki wybrały południowy wschód i zachód, zachód i wschód, i północ-północny wschód i zachód. Godziny szybko mijały, i dotychczasowa cisza morska, trwająca już od paru dni, nagle minęła. Zobaczyłem małe fale rozchodzące się równomiernie w każde strony, kiedy leniwy wiatr nagle poruszył je znów do życia. Słońce stało już wysoko nade mną, kiedy poczułem jak jeden z klonów zniknął. „Brawo!" Zawołałem, zmieniając nagle kierunek na zachód i tworząc wielkie fale pod stopami, czym prędzej popędziłem w miejsce, w którym zniknął.

Kiedy dotarłem na miejsce, rozejrzałem się i serce zabiło mi szybciej z radości.

W oddali zobaczyłem kamieniste wybrzeża kontynentu Temujin. Wyciągnąłem mapę i poczułem jak inne klony też znikają. Spojrzałem na nią, i stwierdziłem, że znajduję się na 'Kamiennych Brzegach', wielkich bez-piaszczystych plaż, rozciągających się na promieniu kilkudziesięciu mil południowej strony Kraju Bagien.

„W końcu!" Zawołałem radośnie.

Zwinąłem mapę, i nie zwlekając już dłużej, ruszyłem ku 'Kamiennym Brzegom', co jakiś czas odbijając się od wystających z wody kamiennych palców, z radością czując pod stopami coś innego niż własną chakrę, utrzymującą mnie na wodzie.

Skoczyłem po raz ostatni, i po raz pierwszy od dwóch tygodni dotknąłem lądu.

Chociaż właściwie to stałem w tym momencie na wielkich śliskich od zielonych glonów głazach, które rozciągały się to w jedną to w drugą stronę, wzdłuż 'Kamiennego Brzegu'.

Przedostałem się na kontynent Temujin, piechotą. Po oceanie. Spojrzałem dumnie za siebie, uznając, że będę miał się, czym w wiosce pochwalić.

Potem poczułem jak mój żołądek ma już dosyć widoku słonych wód, więc czym prędzej odwróciłem się od oceanu, i stwierdziłem, że zaraz za wielkimi głazami, w które raz za razem uderzały fale rozchlapując morską wodę, znajdują się wielkie namorzyny z gołymi korzeniami. Skoczyłem na nie, i wszedłem w głąb. Światło słońca od razu zniknęło, kiedy korony wielkich drzew zasłoniły promienie. Poczułem się jakbym wszedł do zupełnie innego świata. Pusty i mokry został zastąpiony tajemniczym i mrocznym lasem namorzyn. Przeskakiwałem z jednego korzenia na drugi przez jakiś czas widząc morską wodę pod sobą i wpadające w nią grube drewniane nogi namorzyn, aż w końcu woda zniknęła, ustępując miejsca żwirowej plaży. Namorzyny rosły tutaj w większym skupieniu i wydawały się grubsze i starsze. W pewnym momencie musiałem dosłownie przeciskać się pomiędzy wielkimi pniami, aby przedostać się przez naturalną barierę.

Zatrzymałem się dopiero na porośniętej wysoką trawą małej polance, otoczonej przez mniejsze drzewa, i krzewy. W powietrzu nie dawało się już wyczuć słonych smaków morskiej toni.

Poczułem ich zanim jeszcze usłyszałem ruch.

Nagle wokół mnie pojawili się shinobi, wyrastając jakby z wysokich traw.

Było ich pięciu, i wszyscy ubrani byli w takie same zielone stroje, z zielonymi kamizelkami. Niektórzy z nich nosili na głowach ochraniacze inni na ramionach, na których zobaczyłem dwie biegnące obok siebie linie, zakręcające lekko w dół, przedstawiające rzekę, znak Kraju Bagien. To, co mnie uderzyło, to fakt, że każdy ze znaków był przekreślony pojedynczą poziomą linią.

Ten, przede mną, miał starą pomarszczoną twarz i siwe rzadkie włosy poruszające się lekko na wietrze. Obok niego, z wyciągniętym kunaiem, stał młody chłopak, może zaledwie czternastoletni, dygoczący ze strachu. Nie chcąc ich sprowokować, nie odwróciłem się, aby spojrzeć na pozostałych trzech za mną. Po chwili odezwał się starszy shinobi.

„Kim jesteś?" Zapytał.

„Podróżnikiem." Odparłem. „Czy coś się stało?"

Młody chłopak spojrzał na starszego wymownie.

„Podróżnikiem? Od kiedy to podróżnicy używają nóg zamiast statku żeby przebyć ocean?"

„Jestem dziwnym podróżnikiem." Oświadczyłem ze śmiechem.

Tamtym nie było jednak do śmiechu.

„Przykro nam, ale z rozkazu Pana Feudalnego, nikt bez pozwolenia nie może przekraczać granic Kraju Bagien. Będziesz musiał pójść z nami." Odezwał się trzeci, wchodząc w pole mojego wzroku. Na twarzy miał czarną maskę, zakrywającą mu pół twarzy. Od razu przypomniał mi się Kakashi-sensei, chociaż stojący przede mną mężczyzna nie miał podobnie jak on białych sterczących włosów, lecz krótkie i rude.

Zrobiłem krok w ich stronę, na co młody chłopak z wyraźnym przerażeniem krzyknął: „Stawiasz opór?"

Zatrzymałem się i spojrzałem na niego ze zdziwieniem. „No, co ty, przecież sami mówiliście, że mam z wami pójść, co nie?"

Shinobi spojrzeli po sobie, a potem starszy shinobi podszedł do mnie, wyciągając z kieszeni sznur. „Będę musiał związać ci ręce." Oznajmił ochrypłym głosem.

„Spoko." Pozwoliłem by trzęsącymi się dłońmi związał moje, a potem ustawili się wokół mnie i poprowadzili pomiędzy drzewa. Odwróciłem się jeszcze tylko, aby zobaczyć jak namorzyny znikają pomiędzy liśćmi wysokich krzaków.

Przyjrzałem się też pozostałej dwójce ninja. Jednym z nich był wysoki barczysty czarnoskóry mężczyzna, z długą zmierzwioną czarną brodą, a idąca koło niego niska osoba okazała się kobietą, o długich brązowych włosach i przygnębionej twarzy.

Odwróciłem się i spojrzałem na starca idącego na czele tyraliery.

Szliśmy przez jakąś chwilę w ciszy, kiedy głośno zaburczało mi w brzuchu.

„Hej, nie macie nic przeciwko temu, żebym coś przekąsił?" Zapytałem, patrząc na idącego obok mnie mężczyznę w masce. „Od paru dni nic nie jadłem."

„Ta jasne, i pewnie sam chciałbyś wyciągnąć jedzenie?" Zaśmiał się starszy shinobi przede mną.

„Jedzenie mam w plecaku. Moglibyście sami je wyciągnąć i mi dać." Oznajmiłem czując jak kiszki grają mi marsza.

„Ta, i złapać za wybuchową pieczęć, nie dzięki."

„Nie jestem takim typem ninja." Zarzekłem się.

„Tak? A jakim to typem ninja jesteś?" Zapytał z sarkazmem, grubym głosem shinobi za mną.

„W tym momencie głodnym." Odparłem. „No weźcie, przecież gdybym chciał, to już dawno bym coś zrobił, nie?"

Shinobi spojrzeli po sobie z lękiem, jednak zatrzymali się, i jeden z nich otworzył mój plecak, oświadczając głośno, że nie ma żadnych bomb.

„Są w plastikowym pudełku." Wyjaśniłem

Pogrzebał w nim chwilę i wyciągnął ją. Podsunął mi je patrząc na nie podejrzanie, jakby się bał, że wsadziłem do środka węże. Otworzyłem je, widząc jak czarny mężczyzna przystawia mi kunaia do gardła.

„Tylko bez numerów." Ostrzegł mnie.

Pokiwałem głową, i wyciągnąłem z środka zimne udko kurczaka.

„Hęstujcie szę!" Zawołałem, wgryzając się z radością w miękkie jeszcze mięso. „Mmmm, niecho w bębie!"

Shinobi spojrzeli po sobie z nieufnością, jednak także musieli być głodni, bo jeden po drugim w końcu sięgnęli z chęcią po udka, aż w końcu zostało jedno. Podali mi je, jakby w podzięce za poczęstunek, chociaż podczas całego procesu jedzenia milczeli.

„Mam nadzieję, że na siku też nie będziesz chciał się zatrzymać." Powiedział, już trochę śmielej, starszy shinobi.

„Zrobiłem jeszcze na oceanie." Powiedziałem zgodnie z prawdą.

Wyszczerzyłem do nich zęby, kiedy się zaśmiali.

„Wybrałeś zły moment, na odwiedziny Kraju Bagien, głodny ninjo." Oświadczył zamaskowany shinobi. Po głosie, można było stwierdzić, że także był młody. „Złe czasy nastały w naszym kraju."

„Cicho idioto, chcesz żeby się wygadał?…" Uciszył go starszy shinobi

Spojrzałem po nich zdziwiony.

„Wszystko w porządku?" Zapytałem. „Komu miałbym się wygadać?"

Młodszy chłopak idący po mojej lewej stronie, schował kunaia i złapał starszego za ramię. „Nie wygląda na złego człowieka, może by tak.." Zaczął jednak tamten mu przerwał.

„Sza!" Zagrzmiał obrzucając go groźnym spojrzeniem, a potem dodał: „To może być szpieg Tuturusa."

Spojrzałem na nich z ciekawością podejmując temat. „Kto to ten cały Tutrus?" Zainteresowałem się.

„Tuturus." Poprawiła mnie kobieta przyspieszając kroku i pojawiając się obok zamaskowanego shinobi. „Pan Feudalny. On jest…"

Czarnoskóry dotknął jej ramienia, ostrzegawczo, i wtedy pokazała na ochraniacz na moim czole. „Zobaczcie, znacie ten znak?"

Wszyscy spojrzeli na moją twarz. „Nigdy go nie widziałem." Oznajmił młody chłopak.

„Konoha." Powiedziała kobieta, a starszy shinobi poparł ją potakiwaniem. „Dlaczego niby Tuturus, miałby wysyłać szpiega z ochraniaczem ze znakiem Liścia?"

Było w tej rozmowie coś dziwnego. „Czy nie powinniście nic nie mówić, jeśli byłbym szpiegiem?" Zauważyłem. „Mógłbym donieść temu całemu Trurusowi, o czym rozmawialiście, co nie?"

Kobieta wymieniła spojrzenia z zamaskowanym mężczyzną, po czym zwolniła i zniknęła mi z oczu, najwyraźniej znów zajmując miejsce za mną.

„Ma rację." Poparł mnie starszy mężczyzna. „Zaprowadźmy go do wioski."

Dalej szliśmy już w milczeniu.

W głowie miałem mętlik. Ci ludzie wcale nie zachowywali się jak shinobi. Szczerze mówiąc, tylko zamaskowany i kobieta, poruszali się jak ninja, a reszta, wliczając wielkiego czarnoskórego mężczyznę, wydawali się być zwykłymi ludźmi. Młody chłopak w ogóle nie pasował do naszego orszaku, cały czas się trząsł ze strachu, i rzucał nerwowe spojrzenia na starszego shinobi, który nawet, jeśli kiedyś był ninją, to teraz nie trafiłby kunaiem w tarczę nawet gdyby ta stała przed nim, potykając się raz za razem o wystające z ziemi korzenie. Postanowiłem jednak, że nie powiem tego na głos, pozwalając by prowadzili mnie przez las.

Parę godzin później, przedarliśmy się przez ostatnie gęstwiny, i dotarliśmy do wioski Mokradła, jak powiedział mi stary shinobi.

Kiedy szliśmy przez wioskę, ta wydała mi się opuszczona, bo w oknach małych glinianych domków nie paliło się ani jedno światło. Raz tylko zobaczyłem w oddali parę rozmawiających ludzi, którzy gdy tylko nas zobaczyli, szybko się rozeszli.

Zaprowadzili mnie do tymczasowego więzienia, gdzie miałem czekać na wyrok za moje domniemane zbrodnie.

Znów poruszyłem drażliwy temat i przypomniałem, że jestem tylko podróżnikiem, jednak nawet, jeśli słuchali, to zdawali się mnie ignorować. To, co widziałem na ich twarzach nie było jednak wrogością, lecz… bardziej wstydem.

W tym kraju było coś bardzo nie tak. Myślałem, siedząc w drewnianej celi, patrząc, jak co jakiś czas mijają mnie milczący i wystraszeni ludzie.

To samo mogłem powiedzieć o moim nowym strażniku.

Kiedy piątka eskortujących mnie shinobi oddaliła się, po chwili przyszedł mężczyzna w średnim wieku, trzymający w dłoniach długą włócznię.

Shinobi z reguły nie byli przerażeni, stojąc na warcie i nie okazywali strachu, kiedy widzieli innych ninja. Ale ten tak.

„Hej." Mruknąłem do niego cicho, aż tamten podskoczył ze strachu. „Powiedz mi, co tu się stało?"

Mężczyzna odwrócił się do mnie i powiedział głośno: „Zamknij się! Żadnego gadania!"

Na jego twarzy jednak, rozpoznałem już ten sam wyraz przygnębienia i wyczerpania, który widziałem u piątki shinobi, która wcześniej mnie eskortowała, jak i na twarzach ludzi, którzy co jakiś czas przemykali koło mojej klatki. „Proszę. Bądź cicho." Dodał szeptem mężczyzna, odwracając się ode mnie.

Nic z tego nie rozumiałem.

Co stało się w tym kraju, co sprawiło, że ludzie aż tak się bali?

Kiedy wrzucali mnie do drewnianej klatki, piątka shinobi zabrała mi całą broń, jaką mogli znaleźć, i plecak, w którym znajdywały się książki i zwoje.

Nie zabrali mi jednak paru rzeczy uznając, że nie są zagrożeniem, i teraz opierając się o drewniane kraty niskiej klatki, ze związanymi dłońmi przewracałem strony małej książeczki zatytułowanej 'Przewodnik po Krajach Północy'. Nie znalazłem w niej jednak nic przydatnego, tylko same opisy ukształtowania terenu, historia powstania 'Kamiennych Brzegów', i skrócony opis wszystkich wiosek Kraju Bagien. Nie znalazłem nawet najmniejszej wzmianki o Daimyou, o którym mówiła tamta piątka.

Zamknąłem z rezygnacją przewodnik, i schowałem w wewnętrznej kieszeni płaszcza.

'Równie dobrze, mógłbym się zdrzemnąć.' Pomyślałem układając się wygodnie na zimnym błocie.

Mógłbym się także uwolnić. Byłoby to aż za proste, ale chciałem przyjrzeć się całej tej dziwnej sprawie, i w miarę możliwości, może ją rozwiązać i pomóc tym ludziom.

Strażnik przyszedł po mnie w nocy. Kiedy wyciągał mnie z klatki nie był brutalny, ale kiedy szepnął mi: „Proszę, nie chcę zginąć.", poczułem ciarki na plecach. Nie, dlatego, że to powiedział, ale przez sposób, w jaki to powiedział. Tamten strażnik, był tak przerażony, że pewnie ledwo, co stawiał kroki.

„Co tu się dzieję?" Powtórzyłem jak w mantrze, jednak ten tylko pokręcił głową i nakazał mi milczeć.

Poprowadził mnie przez wydającą się na jeszcze bardziej niż poprzednio ciemną opustoszałą wioskę, do jedynej zbudowanej z kamienia budowli w okolicy.

Przyglądałem się jej już od dłuższego czasu patrząc na nią z klatki, zastanawiając się, czy właśnie tam mieszka ten cały Tuturus, którego tak bali się tamci shinobi.

Kiedy przeszliśmy przez bramę, od razu rzuciło mi się w oczy, jak wnętrze różniło się od miasta. Wydawało mi się, że weszliśmy do całkiem innego, bo na ścianach zauważyłem jarzące się, co kilka kroków lampy. Wisiały tam także obrazy, a na podłogach ułożone były, wyglądające na drogie dywany. Było tu też więcej ludzi, jednak wszyscy mieli takie same spojrzenia przepełnione strachem. Przeszliśmy bardzo długim kamiennym korytarzem, i w końcu dotarliśmy do wielkiej komnaty, wyglądającej na tronową.

O ile wioska była ponura i chłodna, to tutaj wyraźnie czuć było strach i panikę.

Stojący przy wysokich filarach po prawej i lewej stronie strażnicy, starali się stać prosto, jednak ich oczy były puste i wydawało mi się, że ich właściciele gdzieś odeszli.

Strażnik poprowadził mnie przed wielki złoty tron, na którym siedział wielki blady mężczyzna. Jego twarz, przypominająca trupią czaszkę, na którą ktoś naciągnął skórę, wyciągnięta była w grymasie złości, kiedy jego czerwone oczy patrzyły jak podchodzimy. Na jego łysej głowie zauważyłem mieniący się złotym blaskiem w świetle lamp, diadem, z wielkim rubinem inkrustowanym w środek.

„Pochyl głowę." Szepnął do mnie strażnik.

Kiedy to zrobiłem odezwał się wielki mężczyzna.

„Co mi tu za ścierwo przyprowadzacie?" Zapytał. Jego głos był ostry i zimny jak kunai, i czuć w nim było nienawiść.

„P-próbował przedrzeć s-się przez n-nasze g-granice, panie." Powiedział strażnik obok mnie.

„To nieładnie z twojej strony. Hej! Mówię do ciebie robaku!" Zwrócił się do mnie. „Co masz na swoje usprawiedliwienie?"

Podniosłem głowę, i spojrzałem mu w oczy. Były po prostu złe.

„Nie przedzierałem się przez żadne granice. Jestem po prostu podróżnikiem."

Odpowiedziałem, siląc się na pobłażliwy ton.

„Podróżnikiem, mówisz? Ha!" Mężczyzna wstał z tronu i podszedł do mnie. „I śmiesz mówić mi to w oczy, kłamać, robaku? Co?" Strażnik odsunął się ode mnie, kiedy wielki mężczyzna stanął przede mną.

Był wyższy, o co najmniej połowę, i równie szeroki w barach, co wół. Wyszczerzył do mnie czarne zęby, wymierzył cios i walnął mnie w brzuch.

Nie był to mocny cios. Właściwie spodziewałem się, że coś poczuję, ale dalej patrzyłem mu w oczy.

„Co tu się dzieję?" Zapytałem, widząc jak tamten przymierza się jeszcze raz, żeby ze zdziwieniem stwierdzić, że jego ręka jest unieruchomiona, przez moją. Sznury nie były najlepszym pomysłem na unieruchomienie mnie. „Kim jesteś?"

Próbował mi się wyrwać, ale najwyraźniej był jeszcze słabszy niż sądziłem.

„P-puść mnie, nędzny robaku! Jestem panem feudalnym! Wielkim Tuturusem Kraju Bagien!

Puszczaj, ale już! Strażnicy!"

Nie chciałem przeciągać struny. Mimo wszystko był panem feudalnym. Puściłem go, ale za to rzucili się na mnie strażnicy.

„Zginiecie, jeśli go nie złapiecie!" Krzyknął tamten odskakując do tyłu.

„Proszę… nie chcę zginąć. Mam rodzinę..!" Szeptali strażnicy, podchodząc do mnie.

Nie miałem wyboru, musiałem się poddać. Podniosłem ręce i pozwoliłem by tym razem zakuli mi je w kajdany.

„Hmph." Wielki Pan Feudalny, spojrzał na mnie ze złością, po czym ponownie usiadł na złotym tronie. „Za coś takiego normalnie kazałbym ci od razu ściąć głowę, ale widzę, że masz trochę oleju w głowie. Jak na robaka. Będę łaskawy i pozwolę ci spędzić resztę twojego nędznego życia w moich lochach. Zabierzcie to ścierwo, ale już!"

Strażnicy złapali mnie za ramiona i brutalnie wyciągnęli z sali tronowej.

„Powiedzcie mi, co tu jest grane!" Pytałem się ich, kiedy szliśmy przez korytarze.

Strażnicy spojrzeli po sobie, jednak nic nie mówili.

„Mogę wam pomóc, muszę tylko wiedzieć jak!"

„Nikt nie może nam pomóc. Nikt." Powiedział tylko jeden z nich.

Tym razem zaprowadzili mnie, tak jak to rozkazał Daimyou, do lochów zamku.

Po przejściu długim korytarzem, zamiast skręcić do sali wejściowej, przeszli przez ciężkie drewniane drzwi. Jeden ze strażników złapał za wiszącą na ścianie pochodnię, i poprowadził wąskim korytarzem, który wkrótce zamienił się w spiralne schody wiodące w dół. Dobrą minutę kręciliśmy się w kółko, zagłębiając się coraz niżej pod budynek, aż w końcu strażnik przede mną stanął, usłyszałem szczęk klucza przekręcanego w zamku, a potem skrzypienie, kiedy otworzył metalowe kraty. Przeprowadzili mnie obok cel, w których widziałem ludzi, śpiących na drewnianych ławkach, albo kulących się na ich widok.

Jeden z nich wyciągnął w moją stronę kościstą rękę, ale strażnik za mną strącił ją i rozkazał mi iść dalej.

W końcu, kiedy wydawało mi się, że podziemne więzienie nie ma końca, strażnik przede mną zatrzymał się i otworzył kolejnym kluczem ciężkie metalowe drzwi kolejnej celi.

Złapał mnie za ramię i wepchnął do środka, a potem bez słowa zatrzasnął za mną drzwi.

Oddalili się, zabierając jedyne źródło światła, i po chwili wszystko umilkło. W ciemnościach nic nie mogłem zobaczyć, więc dotykając ścian, zacząłem badać moje nowe mieszkanie.

Kamienna ściana. Znowu. I znowu. Metal, chyba łańcuch. Podążyłem za nim, i stwierdziłem, że jest przymocowany do zawieszonej na nim drewnianej ławki, zapewne takiej samej, jakie widziałem w innych celach. Kiedy macałem rękoma, nagle poczułem coś miękkiego. Coś miękkiego i ruszającego się, stwierdziłem ze zdziwieniem.

Nagle rozległ się krzyk, i zrobiłem szybki unik, czując jak ku mojej twarzy coś się zbliża.

„Hej! Spokojnie!" Zawołałem, cofając się o parę kroków.

W ciemnościach, usłyszałem szybkie szuranie, kiedy nieznajomy starał się ode mnie odsunąć.

„Nic ci nie zrobię. Przyrzekam."

Nie usłyszałem odpowiedzi, za to znów się uchyliłem, słysząc świst w powietrzu a potem głośny stukot metalu o kamienną posadzkę, gdzieś za mną.

„Nie kłamię." Powiedziałem nie ruszając się z miejsca.

Ruch znowu ustał, i znowu nie usłyszałem odpowiedzi. Westchnąłem ze zrezygnowaniem, postanawiając zostawić mojego współlokatora w spokoju. Ponownie odnalazłem ławkę, i usiadłem na niej.

„Dziwny kraj." Stwierdziłem na głos. „Ludzie cię łapią, uznają za szpiega, shinobi się boją, Daimyou wygląda jak wariat i zachowuje się jak on, no i jeszcze takie nie miłe powitanie."

Łańcuchy robiły się coraz zimniejsze i drapały mnie, po bliznach na prawej dłoni, postanowiłem, więc się ich pozbyć.

Szczęknęło metalem i po chwili odrzuciłem je na bok.

„Może ty okażesz się tak miły i powiesz mi, co tu właściwie się dzieje, co?"

Kiedy nie usłyszałem odpowiedzi, przygryzłem palec, pochyliłem się i otarłem ściekającą z niego krew o zimny kamień i wykonałem parę pieczęci mrucząc:

„Kuchiyose no Jutsu."

Usłyszałem pyknięcie towarzyszące pojawieniu się przyzwanemu a potem głośne przekleństwa.

„Cholera, co tu tak ciemno jak w dupie?" Jęknął Gamakichi. „Naruto, gdzie ty mnie wezwałeś?"

„Masz ze sobą może jakieś latarki?" Zapytałem.

„Pewnie, że mam. Sam mi mówiłeś, żebym nosił je zawsze przy sobie, od czasów tamtej jaskini w Kraju Kamienia." Odparł z wyczuwalnym poirytowaniem.

Rozległo się kolejne pyknięcie, i ciemność rozstąpiła się na boki, kiedy trzymający w ręku małą latarnię, Gamakichi, rozpalił w niej knot.

Rozejrzałem się i wtedy przeżyłem szok. Pod zimną i wilgotną kamienną ścianą, kuliło się małe dziecko, zasłaniając się rękoma patrzyło z przerażeniem to na mnie to na Gamakichiego.

„Gdzie jesteśmy?" Zapytała żaba, dostrzegając dziecko. „Na papę, kto to jest?"

Miało na sobie jedynie długą podartą koszulę, i w tym momencie trzęsło się jak osika.

Zdjąłem swój płaszcz, którego także mi nie zabrano, wstałem z ławki i podszedłem do niego, które gdy tylko to zobaczyło jąknęło:

„N-nie. Proszę, nie." Po głosie poznałem z jeszcze większym szokiem, że była to dziewczynka.

„Możesz tu siedzieć, jeśli chcesz." Powiedziałem ciepłym głosem. Okryłem ją płaszczem i odszedłem od niej. „Nic ci nie zrobię." Powtórzyłem, siadając ponownie na ławce.

„Naruto, co tu się dzieje?" Zapytał Gamakichi, patrząc jak dziewczynka chowa się w płaszczu.

Spojrzałem na niego i pokręciłem głową.

„Nie mam pojęcia."

„Gdzie my w ogóle jesteśmy, co?" Postawił lampę na ziemi i zaczął się rozglądać.

Gamakichi był trochę mniej szerszy niż jego brat Gamatatsu, jednak wciąż był to syn samego szefa żab, Gamabunty, i mimo że wciąż był trochę niższy ode mnie, to wciąż miał trudności z poruszaniem się w małej kamiennej celi.

„Kraj Bagien." Odparłem, grzebiąc w kieszeniach.

Po chwili znalazłem to, czego szukałem. Parę batoników.

„Mmmm, wyżerka." Gamakichi sięgnął po batona, ale szybko trzepnąłem go w łapę.

„To nie dla ciebie." Spojrzałem na dziewczynkę, która wychynęła z pomiędzy mojego płaszcza, słysząc słowo 'wyżerka'. Pokazałem jej batonika. „Jesteś głodna?"

Kiwnęła nieśmiało głową, po czym wstała i przez chwilę zastanawiała się czy podejść, czy może znów się schować w moim płaszczu.

„Hej, nie bój się, nic ci nie zrobię." Zapewniłem ją po raz kolejny.

Gamakichi odsunął się, kiedy dziewczynka wciąż przykryta płaszczem podeszła do mnie i usiadła na końcu ławki wyciągając rękę.

Podałem jej batonika, którego porwała mi szybko z dłoni.

Schowała głowę pod płaszcz, i zobaczyłem wystające spod niego białe włosy dziewczynki, miarowo poruszające się to w górę to w dół, kiedy głośno chrupała batonika.

Kiedy skończyła, całkowicie odsłoniła twarz, chociaż wciąż pozostawała czujną.

Zauważyłem, że jej oczy są jasno żółtego koloru. Skórę miała ciemną, a ostro zakończony nos dodawał jej jakiegoś rodzaju dzikości.

„D-dziękuję." Mruknęła.

Uśmiechnąłem się do niej kiwając głową.

„Naruto. Oy. Powiedz mi… co dziesięcioletnia dziewczynka robi w takim miejscu jak to?" Zapytał Gamakichi podchodząc nieco bliżej.

Dziewczynka spojrzała na niego, potem na mnie, a potem znów na Gamakichiego.

„Mam dwanaście lat." Oznajmiła nieco śmielej. „Naprawdę jesteś żabą?"

„A jak ci się zdaję?" Odparł dumnie wypinając pierś. „Jestem najprawdziwszą z prawdziwych żab, wielki Gamakichi-sama."

„No bez przesady, Gamakichi." Zaśmiałem się. Dziewczynka też ku mojemu zdumieniu.

„A pan jest shinobi prawda?" Zapytała wyciągając rękę i pokazując mój ochraniacz.

Kiwnąłem głową. „Naruto Uzumaki z wioski Ukrytego Liścia. A ty?"

„J-jestem Ren Ruku."

„Miło cię poznać, Ren Ruku."

…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…..…

„...wtedy spalił nasz sierociniec i wrzucił wielmożnego Oshę do lochów, i odbierał wszystko ludziom, którzy mu się sprzeciwiali. Wszyscy się go bali, bo swoimi oczami potrafił zabić każdego, na kogo spojrzy."

Ren skończyła swoją opowieść, podkulając nogi pod brodę. Gamakichi stał przy kratach nasłuchując czy nikt nie idzie, ale kiedy dziewczynka skończyła, odwrócił się i rzekł:

„Obrzydliwe. To po prostu obrzydliwe tak wykorzystywać ludzi."

Wyciągnąłem dłoń i położyłem ją na głowie Ren, która spojrzała na mnie smutną miną.

„Nie martw się." Uśmiechnąłem się. „Tuturus to kłamca. Nikogo nie zabije wzrokiem. Inaczej już bym nie żył."

Wstałem i złożyłem ręce. Zobaczyłem, że Ren przygląda się mi.

„Kage Bunshin no Jutsu!.." Powiedziałem, i koło mnie pojawiło się pięć moich klonów.

„Łaaaał." Wyszeptała dziewczynka, zeskakując z ławeczki. Podeszła do jednego z nich i dotknęła z ciekawością.

Podszedł do mnie inny, wystawiłem rękę i pozwoliłem chakrze, aby uformowała świecącą jasno kulę na niej.

„Rasengan!.." Wyszeptałem rozszarpując z głośnym trzaskiem kraty celi.

Gamakichi przeskoczył pierwszy przez dziurę wyciągając się. „Słodka wolność." Zarechotał.

W innych celach już od dawna widzieliśmy głowy innych zamkniętych ludzi, którzy przyglądali się mi z ciekawością. Teraz wybałuszali oczy, kiedy moje klony jeden za drugim wychodziły z celi, także się rozciągając.

„Jest pan pewien, że wszystko będzie w porządku?" Zapytała Ren, kiedy trzymając za rękę ostatniego klona przeskoczyła zgrabnie nad resztkami wygiętego żelaza.

„Pewnie." Powiedziałem, patrząc na zamkniętych ludzi. „Nie martwcie się." Powiedziałem do nich. „Wkrótce będziecie wolni."

Nie usłyszałem odpowiedzi, tylko ciche kiwania głowami.

„No dobra, czas złożyć wizytę temu całemu Tuturusowi." Uderzyłem pięścią w otwartą dłoń, nakazując dwóm klonom, aby ruszyli przed nami. Potem zwróciłem się do Ren. „Trzymaj się blisko niego."

Dziewczynka spojrzała na mojego klona, którego trzymała za rękę a ten uśmiechnął się do niej. „Spokojnie, jestem dużo bardziej odpowiedzialny niż ten tutaj."

Kiwnąłem głową na Gamakichiego, który otworzył szeroko paszczę, pogrzebał w niej chwilę, a potem wyciągnął kolejną lampę na ropę. Podał ją klonowi, wcześniej zapalając.

Kiedy poczułem jak jeden z klonów na przedzie znika, dałem mu znak, i razem popędziliśmy ku schodom.

W ciemności dało się słyszeć, jak coraz więcej ludzi budzi się w swoich celach, teraz wtykając głowy pomiędzy kraty i mamrotając coś albo krzycząc niezrozumiale. Czuć jednak było rosnącą w nich nadzieję. Nie mogłem pozwolić, aby zgasła.