Dwa
Victor Frankenstein popatrzył na karpia z lekkim niepokojem. Karp odwzajemnił to spojrzenie i, choć Victor wiedział, że jako ryba ma on mózg zbyt mały, by przeżywać emocje, mógłby przysiąc, że to spojrzenie zwrotne było pełne wyrzutu.
- Przepraszam – westchnął mężczyzna, wyciągając rękę w stronę karpia – Ja naprawdę nie chcę tego robić… wiesz, jeszcze nigdy niczego nie zabiłem…
Dobrze, że Ruby go w tej chwili nie widziała. Wtedy pewnie z miejsca pożałowałaby, że dała się zaprosić na wigilijną kolację.
Kiedy Victor, cały w skowronkach, szedł do sklepu i kupował specjalnie jeszcze żywego karpia, był z siebie dumny. Kolacja miała być porządna i z prawdziwego zdarzenia.
Nie przewidział tylko, że ubicie cholernej ryby sprawi tyle problemów.
- Igorze, skalpel. – powiedział poważnie Victor, kładąc martwego już karpia na stole.
Igor popatrzył na niego z pogardą, miauknął głośno i zeskoczył ze stołu.
- Bez łaski, sam sobie podam. – mruknął mężczyzna i sięgnął do szuflady ze sztućcami.
Był lekarzem, wszyscy lekarze mają w kuchni narzędzia medyczne, prawda? Zwłaszcza ci troszkę szaleni.
Myśl o tym jak o sekcji, nie jakbyś sam go chwile temu zamordował.
To było zadanie zdecydowanie łatwiejsze. Był jedynym lekarzem w Storybrooke, więc siłą rzeczy musiał być obeznany we wszystkich gałęziach medycyny. W tym patologii.
A skoro znał się na wszystkim to czemu i nie na gotowaniu?
Karp był innego zdania.
Mimo iż teoretycznie zdania mieć nie mógł. Był martwy. Ale z pewnością gdyby żył, dołożyłby wszelkich starań by doktorowi uświadomić, że gotować nie umie.
Co byłoby z pożytkiem dla całego świata. Albo chociaż mieszkania.
Ruby ponownie nacisnęła dzwonek, stojąc przed drzwiami domu Frankensteina.
Nie doczekawszy się reakcji zrobiła to ponownie, aż odpowiedział jej zduszony głos:
- Chwileczkę, już otwieram.
Pierwszą rzeczą jaka uderzyła Ruby był dym. Gęsty i siwy, który zaatakował ją w chwili gdy tylko Victor otworzył drzwi. Drugą natomiast był fakt, że doktor miał na sobie biały fartuch, uwalany czymś czerwonym (czyżby krew?), w kilku miejscach nadpalony i dziurawy, a także osmaloną, zaczerwienioną twarz.
- Ruby, jak miło cię widzieć, ja…
- Zostałeś zaatakowany przez zmutowanego karpia-predatora? – zapytała, odpowiadając uśmiechem.
- Z pewnością jest to lepsze usprawiedliwienie na brak kolacji, niż przyznanie, że nie mam pojęcia o gotowaniu.
Kapturek zaśmiała się krótko.
- Mogłam się spodziewać. Podobnie jak pół miasta, jesteś karmiony przez moją babcię. Skąd miałbyś umieć?
Mężczyzna zakłopotany podrapał się po karku.
- Nie masz pojęcia jak mi głupio…
Nim dokończył mówić, Ruby wzięła go za rękę i pociągnęła w stronę swojego samochodu.
- Gotowanie jak każda nauka…
- Ale to nie nauka…
- … wymaga zdolności improwizacji.
- Gdybym nagle chciał improwizować, dajmy na to operując na otwartym sercu albo akurat mieszając niebezpieczne odczynniki, to…
- Cicho bądź, doktorku. – rzuciła rozbawiona dziewczyna, otwierając przed nim drzwi samochodu.
- Co ty planujesz? – spojrzał na nią pytająco.
- Weźmiemy coś na wynos od babci. A potem piknik.
Victor westchnął.
- Przepraszam… chciałem, żebyś miała prawdziwe święta…
- Och, te będą jak najbardziej prawdziwe – przerwała mu Ruby. – Bez stołu, mnóstwa dań i całej tej oprawy artystycznej, ale w doborowym towarzystwie.
Z uśmiechem cmoknęła go w policzek.
