A/N: Witajcie, moi drodzy, dziękuję za miłe komentarze i zainteresowanie! W zamian za to podrzucam Wam kolejny rozdział do poczytania na weekend :)

#

Rozdział 3

O rogach i żądłach

Opowieść o przygodzie z kogutem szybko rozniosła się po całym gospodarstwie i późnym popołudniem Dean zmuszony był uciec z kuchni, byle nie słyszeć dalszych kpin Gabriela. Zamierzał przespacerować się w stronę stajni, ale kiedy przechodził przez podwórko, drogę zagrodziła mu niewysoka szatynka i jej korowód złożony z pięciu krów. Dean przystanął, obserwując pochód, a kiedy kobieta ujrzała go i skinęła głową, Dean zagadnął:

- Pora dojenia?

- Tak – odparła kobieta, która musiała być Hanną. – Chociaż dziś będzie nieco inaczej, bo się spieszę, a Castiel zaoferował pomoc.

Dean poczuł, że nogi same niosą go w stronę obory.

- Hannah – przywitał się Cas, zasiadający na niskim drewnianym murku wewnątrz budynku. Na biały bezrękawnik miał teraz zarzuconą niebieską koszulę z poprzedniego dnia. Ujrzawszy wchodzącego za kobietą Deana, Cas zeskoczył na ziemię i podszedł bliżej. – Witaj, Dean.

- I oto jestem – stwierdził Dean, rozkładając ręce i posyłając Casowi znaczące spojrzenie. – Przybyłem na lekcję dojenia.

Castiel parsknął śmiechem. Stojąca pomiędzy nimi Hannah popatrzyła najpierw to na jednego, to na drugiego, a potem odwróciła się w stronę Casa.

- Jeszcze raz dziękuję – powiedziała poważnym tonem.

Cas uśmiechnął się do niej łagodnie.

- Nie ma za co, Hannah. Jedź do rodziny i do zobaczenia za parę dni – pożegnał się. Dean skinął kobiecie głową, kiedy wychodziła z obory.

Po chwili zostali sami, nie licząc, rzecz jasna, piątki stojących w głębi pomieszczenia krów.

- No dobrze – powiedział Cas i machnął na Deana ręką. Razem podeszli do najbliższego grubego jak beczka zwierzęcia, Cas sięgnął po stojący pod ścianą niski taborecik i postawił go na ziemi. – Chcesz zacząć czy mam ci najpierw wszystko pokazać?

Dean zamrugał.

- Ugh, Cas, ale ja nie wiem, jak to się robi…

- To naprawdę proste. – Mężczyzna posłał mu zachęcający uśmiech. – Zróbmy tak: pokażę ci, jak wszystko działa, a potem zdecydujesz, czy chcesz spróbować. W porządku?

Dean przez kilka sekund wgapiał się w niebieskie oczy Casa, sprawiające wrażenie o wiele ciemniejszych w półmroku obory, a potem skinął niepewnie głową.

- W porządku – odparł.

Cas uśmiechnął się, usiadł na krzesełku tuż przed krową i zachęcił Deana do podejścia bliżej.

- Generalnie – zaczął Castiel – krowa ma dwa końce. Przeżuwająco-muczący i ten drugi. – Dean parsknął śmiechem i Cas popatrzył na niego z zadowoleniem. – Nigdy nie podchodź do krowy od tyłu, a tym bardziej nie zabieraj się za dojenie od tyłu.

Dean skinął głową. To było raczej dość oczywiste.

- Ważne jest, żeby wiedzieć, że to, co robisz, wcale zwierzęcia nie boli. Wręcz przeciwnie, to noszenie zbyt dużej ilości mleka może być bolesne.

- Okej – mruknął Dean, z pewną dozą nieufności spoglądając na dziwnie wyglądające wymię. Co jak co, ale jakoś nie spieszyło mu się, by tego dotknąć.

- Mógłbyś mi podać tamto wiadro? – zapytał Cas, spoglądając na niego ze swojego miejsca na stołeczku. Dean rzucił się, by przynieść mu wiadro, za co został nagrodzony szerokim uśmiechem i cichym „dziękuję, Dean". – Teraz ustawiamy wiadro tuż pod wymieniem. Ręce powinny być czyste, dlatego zanim zajmiesz moje miejsce, umyj je w tamtym zlewie.

- O ile zajmę twoje miejsce – stwierdził Dean, lecz mimo to podszedł do zlewu i kilkoma szybkimi ruchami obmył dłonie. Potem wrócił do Casa, pochylając się niżej i zaglądając mu przez ramię. – Nie jestem przekonany, czy aby na pewno chcę to robić.

Cas obrócił w jego stronę głowę, z twarzą dość blisko twarzy Deana, i uśmiechnął się.

- Kto wie, może ci się spodoba – powiedział cicho i nagle jego dłonie chwyciły za grube, zwisające części wymienia i ścisnęły je lekko.

- Oooo mamo – jęknął Dean, odwracając głowę. Usłyszał, że mężczyzna śmieje się nisko. – Cas, to jest okropne!

- Te wyrostki to strzyki – powiedział Castiel, jakby go ignorując. Dean nie mógł się powstrzymać i znów zerknął na jego dłonie. Kciuki Casa przesuwały się delikatnie po tym, co generalnie było – stwierdził Dean w myślach – wielkimi sutkami krowy. Nagle zaschło mu w gardle. – I teraz zaczyna się cała procedura, która jest naprawdę bardzo prosta. Wykonujesz taki ruch… ściskasz lekko i ciągniesz… kierując strumień w stronę wiadra… ważny jest ten ruch nadgarstkami…

- Ugh. – Dean wbił wzrok w sufit, pewny, że czerwieni się aż po cebulki włosów. Cas jednak nie patrzył już na niego, zbyt skoncentrowany na wykonywanej czynności; Dean przygryzł wargę i znów spojrzał na duże, opalone dłonie Castiela, z wprawą pociągające za wymię. - To jest takie dziwne – wymamrotał, a w jego głosie zafascynowanie mieszało się z obrzydzeniem.

Castiel przerwał dojenie i popatrzył na niego zaciekawiony.

- Chcesz spróbować?

Każdy instynkt Dean krzyczał, by się nie zgadzać i uciekać jak najdalej, ale nagle, zanim się zorientował, siedział już na niskim stołu, z wiadrem pomiędzy nogami i dłońmi Casa chwytającymi go za nadgarstki.

- Na pewno świetnie dasz sobie radę – zachęcił Cas, posyłając mu olśniewający uśmiech, a Dean wziął głęboki oddech i złapał strzyki, do których skierowały go ręce Castiela.

- Łeeee – mruknął, ale nie cofnął rąk, zwłaszcza kiedy palce Casa przesunęły się powoli po jego dłoniach, poprawiając ich ułożenie. – Czy to na pewno jej nie boli?

- Na pewno. – Cas uśmiechnął się i odsunął się nieco, zachęcając Deana gestem.

Dean pociągnął lekko. Nic się nie stało.

- Trochę mocniej – poradził Cas ze śmiechem.

Dean pociągnął mocniej, krzywiąc się.

- Spójrz. – Castiel znowu przysunął się, jednym ramieniem opierając się o kolano Deana i obejmując dłońmi jedną z rąk Deana. Ścisnął lekko, zmuszając jego palce do zrobienia tego samego, a potem wykonał płynny ruch w dół.

- O! – zawołał Dean, kiedy ze strzyku trysnął cieniutki strumyczek mleka. – Wow. Idzie.

- Oczywiście, że idzie – zaśmiał się Cas, i jeszcze raz zrobił ten sam ruch, pociągając ze sobą dłoń Deana. Dean czuł, że twarz mu płonie, ale nie mógł powstrzymać uśmiechu, który wpłynął mu na usta. – A teraz spróbuj sam.

Cas cofnął się i Dean momentalnie zatęsknił za jego bliskością; po chwili jednak poczuł dotyk jego dłoni na ramieniu. Przez jakiś czas doił gorączkowo, a potem zerknął na mężczyznę przez ramię, zadając nieme pytanie.

- Świetnie ci idzie – stwierdził Cas, przygryzając wargę i jakby próbując powstrzymać się od śmiechu. Dean zdekoncentrował się na chwilę i nagle poczuł coś ciepłego na koszulce.

- Ups. – Zerknął na plamę mleka na ciemnym ubraniu, automatycznie wypuszczając strzyki z rąk.

Cas wybuchnął śmiechem, zaciskając palce na ramieniu Deana, który popatrzył na niego z głupim wyrazem twarzy.

- Chyba wystarczy mi na dzisiaj – powiedział i wstał. Cas patrzył na niego przez moment, wciąż śmiejąc się, a potem skinął głową i z powrotem zajął miejsce na krzesełku. – Oddaję twoje klejnoty w ręce mistrza – rzucił Dean i poklepał krowę po boku, zerkając tym samym na Castiela. Dean nie mógł być tego pewnym, nie w panującym wokół półmroku, ale policzki Casa wyglądały na lekko zaróżowione.

- Jeszcze tylko parę minut – poinformował Castiel.

Dean pozwolił dłoni na pozornie przypadkowe przesunięcie się po ramieniu Casa, a potem odszedł na bok, spoglądając na resztę bydła. Jedna z krów, niższa niż pozostałe, chowała się lękliwie za inną, w typowe czarne plamy.

- Awww, ta jest urocza – stwierdził Dean, próbując podejść bliżej i przyjrzeć się zwierzęciu uważniej. – Cielak, tak?

- Właściwie to jałówka – odparł Castiel. – Ma już ponad dwa lata, przestała więc być cielakiem, ale nie ma jeszcze potomstwa i nie daje mleka, nie jest więc jeszcze krową.

- Dziękuję, panie profesorze – zaśmiał się Dean, porzucając próby dotarcia do jałówki i zamiast tego pochylając się ku ostatniej, największej krowie, wyjątkowo mocno umięśnionej i o wiele masywniejszej niż poprzednie. – A resztę krów też będziesz dziś doił…? - Zmarszczył brwi, wyciągnął rękę i poklepał zwierzę po boku, zaglądając jej pod brzuch.

Cała reszta wydarzyła się w mgnieniu oka. Dean zauważył brak wymienia u krowy i właśnie miał pytać Casa, co jej się stało, kiedy zwierzę zawyło donośnym głosem i machnęło ogonem, trafiając Deana mocno w ramię. Dean wyprostował się i natychmiast złapał za ramię, zwierzę zatupało racicami i odwróciło w jego stronę wielki, rozwścieczony łeb.

Dean zauważył rogi.

Odskoczył w tym samym momencie, w którym byk zarzucił głową. Znikąd pojawił się Cas, stając pomiędzy Deanem a wkurzonym zwierzęciem.

- Idź stąd, Dean – powiedział Cas stanowczo. Dean zauważył, że mężczyzna zdążył zdjąć koszulę i stał teraz, trzymając ją w wyciągniętej ręce i machając nią nieco na lewo od łba byka, próbując go rozproszyć, równocześnie wycofując się powoli i zamykając bramkę boksu. – I nie gap się na niego.

Dean odwrócił się na pięcie i wypadł z obory, oglądając się za siebie tylko wtedy, gdy stał już bezpiecznie za progiem. Castielowi udało się zabezpieczyć i uspokoić byka; zabrał też wypełnione do połowy wiadro z mlekiem i skierował się w stronę wyjścia. Dean odchrząknął, gotowy do zarzucenia go wyjaśnieniami i przeprosinami, ale wtedy zauważył wyraz twarzy Casa.

- To nie jest śmieszne – syknął drugi raz tego samego dnia.

Cas postawił wiadro na ziemi i podszedł do niego, a potem oparł się ręką o jego ramię, pochylił nisko głowę i wybuchnął histerycznym śmiechem. Dean zagapił się na jego trzęsące się, nagie ramiona.

- Mówię serio! – oburzył się, spoglądając na zaciśnięte na swoim ramieniu palce mężczyzny. – Cas, ja mogłem zginąć!

Cas zachichotał szaleńczo i zatoczył się nieco, wpadając na Deana. W ostatniej chwili przytrzymał się jego koszulki i oparł ciężko czoło na jego ramieniu. Deana otoczył dziwny, słodkawy zapach, roznoszący się wokół Casa i poczuł, że serce, zamiast zwalniać, znów przybrało na tempie.

- Prze-przepraszam – wymamrotał Castiel, unosząc głowę i wbijając w Deana roześmiane oczy. – Wiem, że to nie było śmieszne – stwierdził, po czym znów parsknął śmiechem.

Dean wywrócił oczami i dźgnął go palcem w żebra, na co Cas wydał z siebie wysoki dźwięk i odskoczył.

- Dean!

- Mogłeś mi powiedzieć, że to byk – oskarżył go Dean, starając się utrzymać poważny wyraz twarzy. Co było naprawdę ciężkie, zwłaszcza, że Cas stał przed nim, rozbawiony, ze zmierzwionymi włosami i w samej tylko koszulce bez rękawów.

- Przybiegłem, gdy tylko usłyszałem, jak pytasz o „resztę krów". – Cas zrobił palcami gest oznaczający cudzysłów i posłał Deanowi karcące spojrzenie, którego efekt psuł jednak jego szeroki uśmiech. – Byłem pewny, że jesteś w stanie rozróżnić byka od krowy.

- Najwyraźniej nie. – Dean skrzyżował ręce na piersi i odwrócił głowę.

- Dean, byk ma rogi!

- Niektóre krowy też mają! – wykłócał się Dean.

Castiel znów parsknął śmiechem.

- Dean, rogi krowy są znacznie mniejsze, jak możesz w ogóle porównywać…

- Dobra, dobra. – Dean machnął na niego ręką. – Wiem. Chłopak z miasta. Beznadzieja, co?

Cas schylił się po wiadro i podszedł do niego, kręcąc z uśmiechem głową.

- Wręcz przeciwnie – powiedział, dotykając jego ramienia. – Dawno tak dobrze się nie bawiłem. Jestem wdzięczny, że wprowadzasz w nasze życie trochę elementu komicznego.

Dean popatrzył na niego spode łba, lecz ruszył posłusznie za nim w stronę domu.

- Taaa. Najpierw kogut, teraz byk. Chyba nie mam szczęścia…

#

Dean okrążał właśnie dom, zamierzając wrócić do środka i zająć się czymś bardziej pożytecznym niż bezczynnym plątaniem się po pustym podwórku, kiedy nagle zza rogu wychyliło się coś wielkiego i białego.

- Jezu Chryste – sapnął Dean, odskakując i łapiąc się za serce.

- Nie, to tylko ja – oparł Castiel, od stóp do głów odziany w szeroki biały kombinezon, z drobną czarną siateczką osłaniającą twarz. Mimo to Dean był w stanie ujrzeć jego szeroki, błyszczący bielą uśmiech.

- Hej, Cas – przywitał się Dean, lustrując go spojrzeniem od góry do dołu i z powrotem. – Mamy dziś Halloween?

Cas zaśmiał się, podnosząc ręce i zdejmując kapelusz z głowy. Ciemne włosy stały mu na wszystkie strony, ale chyba nie zdawał sobie z tego sprawy. Deana świerzbiły palce, by przeczesać jego kosmyki i ułożyć na swoje miejsce.

- Idę zrobić przegląd uli – wyjaśnił Castiel. – Masz ochotę się przyłączyć?

Dean zrobił przestraszoną minę.

- Znasz moje szczęście do tutejszych zwierząt. Zwłaszcza do samców – powiedział, nie mogąc powstrzymać znaczącego uśmiechu.

- Samce pszczół są akurat niegroźne – powiedział Cas i skinął na niego ręką. – Chodź, mam gdzieś w domu jakiś kapelusz. Jeśli mamy podejść do uli, przyda ci się jakieś nakrycie głowy.

Wrócili do domu, gdzie Castiel szybko przeszukał stojącą w korytarzu szafę i po kilku chwilach wyciągnął z niej słomkowy kapelusz. Zmierzył go nieco sceptycznym spojrzeniem i wzruszył ramionami.

- Nie mogę dostać kowbojskiego? – zapytał Dean, odbierając od niego kapelusz i również patrząc na niego z powątpiewaniem.

- Wybacz. – Cas posłał mu przepraszający uśmiech. – Został w stajni. Myślę, że ten wystarczy. Pewnie nie będziesz za bardzo zbliżał się do uli, więc nie ma różnicy, czy osłonisz twarz czy nie.

- Zdecydowanie nie będę się zbliżał – zarzekł się Dean, wywołując u Castiela uśmiech.

- Atak trutnia ci raczej nie grozi – stwierdził Cas, zamknął szafę i oparł dłoń nisko na plecach Deana, popychając go delikatnie w stronę wyjścia. Dean mocniej zacisnął palce na rondzie kapelusza. – Na twoim miejscu bardziej obawiałbym się zwykłej pszczelej robotnicy. Chociaż one to i tak nic w porównaniu z osami…

- Dobra, Cas – zaśmiał się Dean, rozkoszując się faktem, że mężczyzna jeszcze przez jakiś czas nie cofnął ręki – wystarczy tej insektologii.

- Entomologii – poprawił go Cas, prowadząc go dróżką biegnącą za podwórkiem, w stronę przeciwną niż stajnia i padok. – A propos, wiedziałeś, że trutnie, czyli samce pszczół, są kompletnie bezużyteczne? Ich jedynym zadaniem jest dostarczenie nasienia dla królowej, a jesienią, kiedy zaczyna się robić zimno, są przeganiane z ula i giną z zimna i głodu już po kilku dniach…

- Raz jeszcze, dzięki, panie profesorze – zażartował Dean, nie mógł jednak powstrzymać się od spoglądania na Casa, który mówiąc żywo gestykulował, a na jego twarz wpłynęły rumieńce ekscytacji.

Cas zerknął na niego, nagle zmieszany, i zaczerwienił się jeszcze bardziej.

- Wybacz – wymamrotał, opuszczając luźno ręce. – Pszczoły naprawdę mnie fascynują i mam tendencję do zamęczania ludzi niepotrzebnymi informacjami na ich temat.

Dean poklepał go przyjaźnie po plecach.

- Powiem ci, kiedy zaczniesz mnie zanudzać – obiecał z uśmiechem, który Cas odwzajemnił.

Po jakimś czasie weszli na niewielką polankę, na której pośród wysokich traw stało kilka różnokolorowych uli, wszystkie z zakrzywionymi ciemnymi daszkami i niewielkimi rojami, tłoczącymi się przy miniaturowych wejściach. Dean założył kapelusz na głowę, zdając sobie sprawę z przybierającego na głośności miarowego bzyczenia, roznoszącego się w powietrzu.

- Możesz zostać tutaj – powiedział Castiel, zakładając swój własny kapelusz i dokładnie go zapinając. – To nie potrwa długo, muszę tylko przejrzeć, czy wszystko jest w porządku. Gdybyś się nudził, możesz wracać do domu.

- A co robić, jeśli zaatakuje mnie pszczoła? – zapytał Dean.

- Uciekaj – poradził Cas poważnym tonem, mrugnął do niego i odszedł w stronę uli.

Przegląd uli zajął Castielowi nieco dłużej, niż Dean się spodziewał, ale spędził ten czas, przyglądając się jego pracy i raz po raz odganiając zbłądzone owady, które za bardzo zbliżyły się do jego twarzy. Kilka razy chciał podejść bliżej, ale zawsze zniechęcał go nasilający się dźwięk i widok czerniących się przy ulach insektów.

Kiedy Cas zamknął ostatni z uli i ruszył w jego stronę, Dean wskazał na dziwny metalowy przedmiot w jego ręce, którego mężczyzna używał do rozpryskiwania czegoś przy uchylaniu daszków i zapytał:

- Co to jest?

- Podkurzacz – wyjaśnił, naciskając niewielkie urządzenie i wydmuchując z otworu mały obłok dymu. – Do uspokajania pszczół, które, mimo że zwykle są bardzo łagodne, potrafią się zdenerwować, kiedy ktoś bez pozwolenia robi porządki w ich domu.

- I to je uspokaja? – zapytał Dean, a Castiel pokiwał głową. – To znaczy, że mógłbym podejść bliżej, nawet bez porządnego kapelusza?

Cas uśmiechnął się lekko.

- Nawet ten dym nie gwarantuje, że pszczoła zostanie w pełni uśmierzona. – Mężczyzna wsadził sobie podkurzacz pod pachę i zdjął z głowy kapelusz, odsłaniając nieco kołnierz kombinezonu i pokazując Deanowi kawałek ramienia. – Mnie jedna użądliła.

- O rany – mruknął Dean, podchodząc nieco bliżej i przyglądając się skórze Castiela. – Nic nie widać.

Cas opuścił rękę i zasłonił ramię kołnierzem.

- Można powiedzieć, że jestem już uodporniony – zaśmiał się. – Użądlenie pszczoły zwykle nie jest groźne, czasem pojawia się lekki obrzęk, chyba że ktoś jest uczulony na jad. Najbardziej niebezpieczne jest użądlenie w okolicach szyi…

- Domyślam się – odparł Dean i wzdrygnął się. – Brr. Wredne owady.

- Dean, pszczoły nie są wredne – zaprzeczył żywo Cas. – Pszczoła gryzie, gdy się broni. A następstwem użądlenia jest śmierć. W przeciwieństwie do osy, pszczoła zostawia w ciele człowieka żądło i umiera.

- Ach.

- Przeze mnie zginęła dziś jedna – stwierdził Cas pełnym powagi tonem.

Dean popatrzył na niego z uniesionymi brwiami.

- Daj spokój, Cas, to była jedna na ile? Na miliony? Przecież pszczół jest mnóstwo.

Cas uśmiechnął się smutno.

- Ale nie nieskończenie wiele. Niektóre gatunki pszczół są na wyginięciu, Dean. Parę lat temu w Niemczech wyginęło około trzysta milionów pszczół miodnych. Trzysta milionów, Dean, rozumiesz? Czy wiesz, ile jedna mała pszczoła produkuje w swoim życiu miodu? Jest to odpowiednik jednej dwunastej łyżeczki do herbaty!

Dean, widząc żałosną minę Casa, chcąc nie chcąc zaśmiał się cicho. Cas wbił w niego wielkie, smutne oczy i Dean nie mógł się dłużej powstrzymać: zarzucił rękę na ramiona mężczyzny i żwawszym krokiem pociągnął go w stronę domu.

- Dean, a czy wiedziałeś, że pszczoły nie rozpoznają czerwonego koloru…?