— To jest proste zadanie, Velerad. Jesteś grododzierżcą. Świątyń w grodzie od groma i ciut. Znajdź mi kapłana — ostatnie zdanie Foltest prawie wykrzyczał. — Jeden, u licha, wystarczy.

Jeden kapłan, który będzie gotów pobłogosławić kazirodczy związek, tak konkretniej, pomyślał Velerad. Przytomnie zachował myśl dla siebie, co wiele trudu go kosztowało.

— Nie godzi się... — jęknął jakiś straceniec.

— Nie godzi? — ryknął król. — Swojemu seniorowi, swojemu panu się sprzeciwiać, oto, czego się nie godzi! Powiedz im, to, Velerad, i dodaj, że odmówią, to ich za bunt wobec władcy powywieszam, a te ich święte budy do gruntu spalę!

Zebrani w pomieszczeniu pozierali po sobie z niepokojem. Lud Wyzimy raczej by rzeczy dobrze nie zniósł.

— Więcej nawet — perorował z pasją Jego Wysokość — zabiorę im przywileje podatkowe! Dotacje i subwencje obetnę! Skończą się daniny, sraniny i hojne ofiary z pobożności mego serca płynące!

To z kolei z pewnością ubawiłoby mieszkańców, ale pewnikiem stało się pretekstem do wojny dla wszystkich sąsiednich władców, radych złupić bezbożnych bliźnich swoich.

— Jednak, zważywszy na to, jak skorumpowane i upadłe są religie Temerii, to rzecz naprawdę nie powinna przysporzyć kłopotu — ciągnął Foltest, uspokoiwszy się nieco. — Pójdziesz do pierwszej lepszej świątyni. Powiesz, w czym rzecz. Odmówią i klątwą zagrożą. Zabrzęczysz mieszkiem złota. Rzucą się do ksiąg i w try miga znajdą ci odpowiednie kazusy, wyjątki i dyspensy. Nim dojdziesz z powrotem do pałacu, opadnie cię rój żebrzących o to złoto kapłanów, z których każdy jeden będzie twierdził, że zna lepsze wyjątki i kazusa, ceremonię umie odprawić świetniejszą, a błogosławieństwa jego są silniejsze.

— Ale może... jednak Wasza Wysokość rozważyć raczy... mariaż... polityka — jęknął gdzieś z boku Ostrit.

Jego Wysokość nie rzucił się na wielmożę z pięściami, lżąc. Nieźle, znaczy. W dobrym nastroju król musiał być. Drwin sobie jednak nie odmówił:

— Zasługuję na najpiękniejszą i najmądrzejszą żonę świata. Ktoś się sprzeciwia? Nie? Tak przypuszczałem. Tak się składa, że Adda jest najwspanialszą kobietą świata. Ktoś się sprzeciwia – tak myślałem, że nie. Czy wnioski też muszę przedstawiać kwiatowi Temerii osobiście, czy sami jednak dojdziecie? Sami dojdziecie? Takem sądził.

Kwiat Temerii w duchu klął lub wzdychał. Twarze wszyscy mieli neutralne wszakże.

— A kiedy ślub, Wasza Miłość?

Adda obiecała przerażonym możnowładcom, że jakoś na brata wpłynie i przynajmniej dzień straszliwej hańby Temerii – oraz obrazy Vizimira – odłoży w czasie. Co najmniej do najbliższej wojny Redanii, która uwagę starego króla od spraw mariaży odwróci. Kiedy owa wojna nastąpi, trudno było wyrokować, ale pewnikiem szybko.

— Ja tam bym chciał i jutro! — Król się rozpromienił. — Ale Adda nie, mówi, że to jedyny raz w życiu i pięknie ma być. Że trzeba sprowadzić tkaniny, kamienie, suknie, ozdoby, egzotyczne potrawy, grajków, ustalić listę zaproszonych... Wynajęła jakichś ludzi do pomocy, oni się podobno w tym tylko specjalizują: urządzają wspaniałe śluby. Też się porobiły ostatnio zawody, jakby to komu potrzebne było – ale przynajmniej bezrobocie maleje... No i mamy co najmniej parę miesięcy, bo Adda nie chce iść w ciąży, mówi, że suknia gorzej leżeć będzie, że gorsetu nijak nie założy, a ona ze swojej talii bardzo dumna... Kobiety! — westchnął, rozrzewniony. — Radość naszego życia, ale jednak, rozumiecie panowie, czasem też nieco niesforne i kapryśne, jak dzieci zupełnie. I jak dzieci urocze, najukochańsze na świecie w swoich zachciankach.

Zebrani mieli zdanie nieco odmienne – nie o kobietach w ogóle, raczej o rozkładzie dziecinności wśród królewskiego rodzeństwa – przemowę przyjęli jednak gorliwym potakiwaniem. Z pewną nawet ulgą, bo jednak co innego z uśmiechem potaknąć wytartemu jak liczman sloganowi, a co innego z uśmiechem klaskać, gdy władca własnej siostrze dziecko robi.

Co zresztą nic nie zmieniało i gdy po chwili do komnaty weszła Adda – śliczna, z promienną cerą, a jeszcze bez brzuszka – i zapowiedziano małżeństwo, klaskaniem im obrzękły prawice.