I ten, co z pręgą czerwoną na szyi,

Z czystością oczu już znieruchomiałych,

Czeka na święte Ręce, które tylu

Złoczyńcom drogę do Raju wskazały -

Też się doczeka, bowiem Pan nie gardzi

Płynącym z serca żalem doskonałym.

Człowiek w purpurze, twardy rzecznik Prawa,

Dał mu łaskawie życia trzy tygodnie,

Krótkie tygodnie trzy, by swoją duszę

Zdołał do ładu doprowadzić godnie,

By mógł oczyścić z krwi najmniejszej plamki

Te ręce, które popełniły zbrodnię.

Więc on własnymi najkrwawszymi łzami

Oczyścił ręce, które stal dzierżyły:

Krew się jedynie krwią wymazać daje,

A łzy są po to, by duszę leczyły

I by czerwone znamię Kainowe

W białe Chrystusa godło przemieniły.

Oskar Wilde. Ballada o więzieniu w Reading. Księga V

Rozdział II

Znamię Kainowe

Ten dzień, jak już wiele przed nim zaczął się od proroctwa Alice. Przepowiednie mojej siostry mają to do siebie, że czasem się nie sprawdzają, no i to, że wszyscy bezgranicznie im wierzą. Nie żeby ktokolwiek do tej pory się na nich zawiódł, dają nam one możliwość do wglądu w przyszłość, zapewniają nam płynność finansową, ostrzegają przed nadejściem nomadów i Volturi, pozwalają nam unikać słońca, oraz są niezbędne przy planowaniu przeprowadzki do nowych miejsc.

Ale tym razem Alice przesadziła, czy naprawdę była tak niemądra prosząc bym przyjął stanowisko zastępcy ordynatora szpitala psychiatrycznego w Seattle? Czego miałem szukać w tej zapomnianej przez Boga i ludzi placówce, na kogo czekać? Na swoją towarzyszkę? Po stu siedmiu latach życia zdążyłem się już przyzwyczaić do samotności i widok szczęścia moich rodziców i rodzeństwa nie wywołuje już u mnie zazdrości. Nawet sposób, w jaki Rose obnosi się z cielesnością w związku z Emmettem przestało mi przeszkadzać. Ze stroną formalną nie było kłopotów, nikt nie kwestionował mojego wykształcenia – kilkadziesiąt lat temu zrobiłem specjalność z psychiatrii klinicznej, chirurgii, kardiologii, stomatologii i kilku innych dziedzin medycyny. Poza tym jestem też z wykształcenia prawnikiem, geodetą, informatykiem, geografem, matematykiem, znawcą literatury i sztuki, muzykiem i biologiem. To wszystko mogłoby was zdziwić, gdyby nie to, że jestem wampirem i jako taki dysponuję raczej zbyt dużą ilością czasu by przesiedzieć na tyłku całe stulecie. Jako jedyny z rodziny, poza Carlisliem i Rosalie studiowałem medycynę i jestem niemal odporny na zapach ludzkiej krwi. Urodziłem się ponad sto lat temu i od tamtego czasu ani przez chwilę nie przestałem wierzyć w ideały Carlislie'a...

Pierwszy dzień w pracy upłynął mi pod znakiem załatwiania niezbędnych formalności, rozmowy z dyrektorem szpitala i miłymi pogawędkami z kilkoma raczej zapatrzonymi we mnie pielęgniarkami. Większość przebywających tutaj pacjentów spędzała dzień na leżeniu w łóżku, bądź ciągłym chodzeniu po korytarzu od rana do nocy. Uwarunkowane było to stanem psychicznym, emocjonalnym, ciśnieniem, lekami... Powodów było wiele, ale i tak żaden psychiatra nie wiedział, co dzieje się w umyśle pacjenta: ich tok myślowy już dawno zagubił sens i spójność charakterystyczne dla osób zdrowych. Pocieszało mnie to, że żadna z osób, jakie spotkałem nie wzbudziła we mnie pragnienia krwi, byłem już chyba wystarczająco silny by móc uczestniczyć nawet w transfuzji krwi, chociaż akurat na psychiatrii nie powinienem mieć z nią zbytniej styczności. Ordynator oddziału był zażywnym, starszym mężczyzną, którego czoło zdobiły liczne bruzdy, zaś jego włosy gdzieniegdzie błyszczały już siwizną. Poklepał mnie po plecach z nieco irytującym rechotem i życzył mi miłego dnia. Spojrzałem na zegarek, dochodziła siedemnasta, czyli koniec mojej zmiany – aż dziewięć godzin zajęło mi załatwienie wszystkich niezbędnych dokumentów, odbycie kilku kluczowych rozmów i dowiedzenie się gdzie, co jest.

Miałem właśnie wyjść przez drzwi w żelaznej ścianie oddzielające oddział od reszty szpitala, otwierane sygnałem elektromagnetycznym, gdy do moich nozdrzy doszedł oszałamiający zapach, był on zaskoczeniem do tego stopnia, że musiałem schwycić się żelaznego pręta drzwi by nie upaść. Upaść – ja, wampir... Dobre sobie. Zapach docierał do mnie ze wszystkich stron osaczając mnie niczym dziką zwierzynę, mnie najzdolniejszego myśliwego w całej mojej rodzinie! Nasuwał on na myśl łąkę pełną kwiatów, wyraźnie czułem weń kwiaty wiśni, różę, konwalię, niezapominajki i lilie wodne, Był tak głęboki, potężny niczym bezmierny ocean wciąż i wciąż obmywający moje zmysły porażając je za każdym razem. Usłyszałem zgrzyt i metal ustąpił pod moimi palcami, tak że idealnie przybrał ich kształt. W chwilę później drzwi otworzyły się z chrzęstem i wybiegłem na korytarz, wstrzymując oddech przeszedłem możliwie jak najwolniejszym krokiem do wind i zjechałem jedną z nich na parter.

Dopiero na ulicy odważyłem się odetchnąć, świadomy, że mogłem ich wszystkich tam pozabijać gdybym, choć na chwilę stracił kontrolę, gdybym... Zdałem sobie sprawę z tego jak głupi byłem ufając swojej samokontroli, na jak wielkie niebezpieczeństwo naraziłem moją rodzinę. Co by się z nimi stało gdybym nie zdołał uciec, gdybym wziął jeszcze, choć łyk powietrza? Alice zdecydowanie oszalała skazując tych niewinnych, chorych ludzi na śmierć z moich rąk. Przysiadłem na ławce w parku oddychając tak głęboko jak tylko byłem w stanie, zdecydowanie ta sytuacja wymagała namysłu.