Lorlen jeszcze nigdy nie widział, aby magowie – zwłaszcza wybudzeni ze snu w środku nocy – pojawiali się w sali dziennej tak szybko. Rozejrzał się i niemal parsknął śmiechem – chyba nigdy Starszyzna nie spotykała się w nocy, w, nomen omen, sali dziennej.

A potem przypomniał sobie powód zebrania i na jego skórze pojawiła się gęsia skórka. Nie rozumiał, dlaczego i skąd Akkarin znał czarną magię, aczkolwiek podejrzewał, że miało to coś wspólnego z najeźdźcami. Podniósł głowę i rozejrzał się – brakowało jedynie Arcymistrzyni Vinary. Skupił wzrok na Akkarinie – siedział na swoim krześle i sprawiał wrażenie opanowanego, ale coś było nie tak. Marszczył lekko czoło, a jego wzrok pozostawał nieobecny, jakby śledził jakieś wydarzenia, których nikt inny nie mógł dostrzec. Jakby myślami był daleko stąd.

Drzwi zamknęły się i po chwili dołączyła do nich przełożona Uzdrowicieli. Lorlen zauważył, że jego przyjaciel skupił się na magach będących w sali dziennej. Administrator spojrzał na twarz każdego z zebranych – w większości wyrażały strach. Może nie tak wielki, jaki wyczuł w mentalnym głosie Sonei, ale równie duży. Musiała być naprawdę przerażona, skoro darowała sobie nawet tytuły i zwróciła się do Wielkiego Mistrza po imieniu.

I fakt, iż zwróciła się do Akkarina, utwierdził go w przekonaniu, że jego przyjaciel miał sporo wspólnego z nieznajomymi, niż Lorlen mógł kiedykolwiek przypuszczać. A to oznaczało, że Sonea znała prawdę. I musiała też mieć z nimi sporo wspólnego.

Wyczuł, że Akkarin przypatruje mu się z dezaprobatą. Rzucił spojrzenie na pierścień – pewnie słuchał i znał aktualnie każdą jego myśl. Po skończeniu studiów przez Soneę, Rothen również zaczął nosić pierścień. A Sonea wyjechała, wyjechała daleko i mogła bez przeszkód wydać tajemnicę Akkarina. Miała niby pierścień z krwawym kamieniem, ale...

Lorlen poczuł się zniecierpliwiony.

– Przekaz od Mistrzyni Sonei był jasny – Sachakanie weszli do Kyralii przez Przełęcz Południową... – Mistrz Balkan krążył po sali dziennej w tę i z powrotem. Lorlena zaczęło to jego chodzenie irytować, ale powstrzymał się od komentarza. Nie to się teraz liczyło.

– Z pewnością chcieli zrobić to niepostrzeżenie. – Po lewej stronie Lorlena odezwał się Mistrz Sarrin.

– Ale im się nie udało – wtrąciła Mistrzyni Vinara. – Jakie jest prawdopodobieństwo, że w akurat zaatakowanej wiosce będzie dwóch magów? Nikłe – odpowiedziała na pytanie, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać. W jej głosie pobrzmiewała gorycz.

– Co z Mistrzem Dorrienem i Mistrzynią Soneą? – odezwał się w końcu Lorlen. Postanowił wszystko to uregulować i zacząć od początku – a ta dwójka magów była właśnie na początku.

– Mistrz Dorrien zmierza do sąsiedniej wioski wraz z ocalałymi chłopami. – Akkarin w końcu zabrał głos. Wszystkie pary oczy spoczęły na nim. – Mistrzyni Sonea... – Wielki Mistrz zawahał się. – Ruszyła w przeciwnym kierunku. Przybędzie do Imardinu najszybciej jak to tylko możliwe.

– Powinniśmy zebrać wszystkich magów w Gildii, tu, w Imardinie. Nie ma sensu, aby próbowali pojedynczo walczyć. – Balkan dokończył to, co miał na myśli Akkarin.

– W rzeczy samej – potwierdził mag w czarnej szacie.

Zapadła przytłaczająca cisza. Dwóch dziekanów wymieniało krótkie spojrzenia. Akkarin znów zdawał się być myślami daleko stąd, Vinara wyglądała, jakby nad czymś usilnie dumała. Mistrz Balkan był zbulwersowany i zniecierpliwiony. Zdaniem Lorlena wyglądał, jakby chciał zapytać, co się tak w ogóle dzieje, dlaczego Kyralię atakują Sachakanie. Coś w jego twarzy utwierdzało Administratora w przekonaniu, że Wojownik nie traktuje Sachakan jako zagrożenia – wiedział, że nie jest ich więcej niż kilkunastu.

~ To moment, w którym ty powinieneś zainterweniować. ~ Wysłał do Akkarina przez pierścień. Wielki Mistrz wbił w niego chłodne spojrzenie. ~ Inaczej Balkan stwierdzi, że nie mamy się czym przejmować – ostatecznie nas jest kilkaset, ich raptem kilkunastu.

Akkarin westchnął ciężko i zabrał w końcu głos. Nie miał innego wyboru, to był ten moment, w którym już gorzej być nie może. I miał wielką nadzieje, że Balkan nie zajmie się teraz złamanym przez niego prawem, a porządnie weźmie za przygotowanie do wojny, która niechybnie ich czekała.

– Ci Sachakanie to Ichani. Są to magowie, wygnani przez Króla, w większości zamieszkujący pustkowie. – Zapadła cisza. Każdy słuchał Akkarina. – Używają czarnej magii. – Vinara wydała z siebie cichy okrzyk. – Każdy z nich ma kilkunastu niewolników, od których każdego dnia pobierają moc. Dysponują oni sporym zasobem energii, porównywalnym z naszą mocą. Wyobraźnie sobie czarnego maga, który ma dziesięciu niewolników. Gdyby czerpał moc tylko od połowy z nich co parę dni, w ciągu kilku tygodni mógłby stać się wiele set razy potężniejszy od każdego z magów Gildii.

Zapadło milczenie.

– Czy jest coś, co możemy zrobić? – zapytał Administrator Kito.

– Jest pewne rozwiązanie... – Akkarin powiódł wzrokiem po twarzach zebranych. – Czarna magia – powiedział tylko.