- Most londyński wali się… wali się… wali się… - wysoki, nieco drżący głosik brzmiał coraz bliżej, przebijając się przez mgłę. Stukot obcasów po jezdni mącił nocną ciszę.
- Glinę woda zmyje wnet, zmyje wnet… - Głosik zachichotał krótko i zmylił rytm. – Nieprawdaż, że zmyje?
Z mgły wyłoniła się niewysoka kobieta w płaszczu podbitym szarym futrem. Jej ciało niknęło w fałdach i nie dało się rozpoznać zarysu figury. Obcasy zastukały po bruku, zatrzymując się przed starym budynkiem w centrum Londynu.
- Witaj, Paul… - zaśpiewała kobieta i zachwiała się. Jej cień rozdwoił się pod latarnią, na mgnienie rozpadł, lecz od razu scalił się z powrotem. – Świetliste kopuły. Paradne wejście. Jesteś taki dumny, prawda? Wpuścisz dziewczynę z Bermondsey, żeby się ogrzała?
Mamrocąc i przytupując kobieta zakrzątnęła się przy drzwiach.
- Ratunku! – prawie pisnęła, wytrząsając z rękawa pięć tłustych szczurów. Te posłusznie rozbiegły się na boki. Drzwi katedry otworzyły się od lekkiego pchnięcia.
- Witaj, witaj, Paul – zanuciła kobieta, zanurzając się w ciemność. – Tutaj u ciebie całkiem inaczej, niż w Bermondsey. Chyba zostanę.
Drzwi się zamknęły. Żółta mgła snuła się po ulicy, owijając się dokoła latarni. Cień kobiety, jakby spóźniony, wsunął się w szparę pod drzwiami, zasyczawszy coś ledwo słyszalnie. Donośnie uderzył dzwon. Ze środka rozległ się szum, potem trzask i odgłos upadku czegoś ciężkiego. Na mgnienie przez szpary błysnęło światło i na tym się skończyło.
- Most londyński wali się, wali się, wali się… - zaśpiewał cienki głosik już zza ściany mgły. – Most londyński wali się, droga pani…
xxx
- Inspektorze, to nie do przyjęcia!
Lestrade pokiwał głową, pisząc pod stołem esemesa do Sally. Donovan zawsze była lepsza w rozmowach z takimi ludźmi.
- Powinniście na to zwrócić uwagę! – gorączkowała się interesantka. – To przecież wandalizm!
- Oczywiście, pani Edison, zrobimy co tylko możliwe… O, to jest sierżant Donovan. Uważnie panią wysłucha i przyjmie skargę do dalszego rozpatrzenia.
Sally uśmiechnęła się profesjonalnie i odprowadziła awanturnicę do swojego gabinetu. Lestrade westchnął. Wandalizm, jasne. Nie ma innych problemów.
Do diabła, gdzie jest Sherlock?
Telefon detektywa milczał już od tygodnia. Naturalnie Holmes nie był typem człowieka, który odbiera natychmiast po pierwszym sygnale, ale Lestrade'a zwykle nie ignorował. Wyjechał gdzieś, gdzie nie ma zasięgu? Możliwe, lecz bardzo dziwne – Sherlock wszystkie swoje wyjazdy poza Londyn zawsze starał się skracać do minimum. A tu marznie gdzieś w jakiejś głuszy już siedem dni z rzędu i to jeszcze w czasie, kiedy ma nierozwiązaną sprawę – to do niego niepodobne.
Tym niemniej, telefon detektywa był od tygodnia poza zasięgiem sieci. Inspektor czuł się z tego powodu jak kompletny idiota. Nie mógł przecież Holmesa ujawnić. Gospodarz wynajmowanego mieszkania nie ma oczywiście pojęcia, gdzie Sherlock przebywa, przyjaciół detektyw nie ma, a z rodziny ma tylko brata, którego powiadomiłby w ostatniej kolejności. Poza tym Sherlock niedawno wspominał, że Mycroft pojechał w długą podróż służbową.
Gdyby Lestrade był przesądny, pewnie by pomyślał, że Holmes podzielił los innych zaginionych. Jednak stanowczo nie mieściło mu się w głowie, że Sherlock Holmes mógłby gdzieś przepaść bez wieści.
Rozległo się stukanie do drzwi.
- Wejść! – zawołał inspektor.
Weszła Sally, szczerząc się w uśmiechu.
- Nie zgadnie pan, co mi opowiedziała ta cała Edison.
- Sądząc z twojej miny, coś wesołego. Byłoby nieźle, gdyby obywatele chodzili na policję tylko po to, żeby opowiadać anegdoty.
Donovan usadowiła się na krześle.
- Jest z towarzystwa ochrony pomników, czy coś w tym stylu. Bredziła o międzynarodowym spisku, że niby ktoś chce zniszczyć historyczne budowle Londynu.
Lestrade westchnął.
- Dlaczego nie od razu wysadzić Parlament?
- O, nie ma co się śmiać. Ona ma dowody. Pamięta pan, niedawno był wstrząs w Old Bailey i cały tynk zleciał z sufitu akurat w czasie posiedzenia?
- Tak, Dimmock mi mówił. Akurat wtedy tam był.
- No to ona mówi, że w St. Paul jest to samo. Co prawda nie tynk, a posypało się coś w pomieszczeniach pomocniczych. Na dodatek w całym budynku.
- A nam co do tego?
- Ona twierdzi, że nie było żadnych przyczyn takich uszkodzeń. St. Paul zawsze był w dobrym stanie, mają tam na etacie całą brygadę restauratorów. A Old Bailey remontowano całkiem niedawno, tak więc przyczyny naturalne można skreślić. Wygląda to tak, jakby ktoś mocno pomógł.
Inspektor jeszcze raz westchnął i nerwowo przygładził włosy.
- Zupełnie powariowali. I czego ona od nas chce? Mamy złapać chuliganów, którzy wleźli na sufit i obłupali tynk?
- O, jak już mówiłam, ona ma teorię międzynarodowego spisku wandali.
- No pewnie. Jakże by inaczej.
- Śmiech śmiechem, szefie, ale ona się odgrażała, że pójdzie do „Mirror" i „Daily News", jeśli nie zareagujemy. A pan zna kolesi z „Mirror" – jeszcze nam nie darowali tych zniknięć. Dopiero co wczoraj wyszedł kolejny artykuł. Znów o bezczynności policji.
- O Boże… Poślij tam kogoś, niech mu pokażą te uszkodzenia i ten tynk. Niech pogada z konserwatorem, no, sama wiesz.
- Tak jest, szefie.
Lestrade sapnął i ponownie wybrał numer Sherlocka. Gdzie on się podział akurat w najmniej odpowiednim momencie?
„Jeszcze z tydzień i ogłoszę, że jest poszukiwany" – postanowił inspektor ponuro.
xxx
Sherlocka obudził hałasujący dzwonek przy drzwiach. Mógłby przysiąc, że nigdy wcześniej nie brzęczał tak ogłuszająco i przeraźliwie. Detektyw spróbował wstać, jednak próba skończyła się fiaskiem – zaplątał się w poły płaszcza i runął na podłogę jak podcięty. Jego ostatnim wspomnieniem było spotkanie koło Akwarium. W głowie mu huczało, jakby otworzono w niej filię Big Bena. Coś podobnego Sherlock odczuwał jedynie po przeprowadzanych we wczesnej młodości eksperymentach badających odporność na alkohol. Zresztą właśnie z powodu takich objawów owe eksperymenty przerwał. W ustach miał pustynię, całe ciało go łamało po nocy spędzonej w ubraniu na kanapie i sam Sherlock nie miał pojęcia, dlaczego przed zaśnięciem nie zdjął choćby płaszcza i butów.
Czyżby Derek Rinder rzeczywiście okazał się aż tak bezczelny, że jednak wstrzyknął mu eksperymentalny narkotyk? Czy może on sam poddał się namowom i przypomniał sobie dawne czasy? Nie, kompletny idiotyzm, za nic by tak nie postąpił. Jak również nie zacząłby spać w butach.
Dzwonek nadal się awanturował. Holmes podniósł się na nogi. W drodze do schodów próbował skojarzyć swój stan z czymś ze znanego spisu dragów. Tępy ból w potylicznej części głowy, silny światłowstręt, suchość w ustach, problemy z koordynacją ruchów. Częściowa amnezja. No, świetnie.
Jakoś zdołał zejść na dół i otworzył drzwi.
- Sherlock. – Oczy Lestrade'a rozszerzyły się ze zdumienia. – Piłeś?
- A co, wyglądam na to? – zapytał Holmes posępnie.
- Szczerze? Bardzo. Tylko chuchu nie masz. – Inspektor przecisnął się obok detektywa do przedpokoju i sam zamknął drzwi. – Gdzieś ty był przez dwa tygodnie?
Holmes zamrugał i zagapił się na policjanta. Lestrade wyglądał na zmęczonego. Po prostu na zmęczonego. Mózg Sherlocka odmówił wyciągania wniosków odnośnie tego zmęczenia. Nowe szczegóły w sprawie? Dlatego przyszedł? O co chodzi z tymi dwoma tygodniami? Myśli w głowie pełzały wolno i leniwie, jak nigdy, a Sherlockowi nie chciało się nawet otwierać ust.
- Lestrade, nie mam teraz czasu zajmować się twoimi problemami. Sam widzisz, że miałem ciężką noc. Dzięki za troskę, do widzenia.
- Sherlock, czyś ty zwariował? – spytał inspektor z łagodną życzliwością. – Nie było cię dwa tygodnie! Mogłeś przynajmniej włączyć telefon. Już myślałem, że dołączyłeś do spisu zaginionych z naszej sprawy.
- Sam widzisz, że nie. Idź już, muszę pracować.
- Sherlock, czy ty mnie w ogóle słyszysz? Jakie „pracować" w takim stanie? Nigdzie nie pójdę, póki mi nie wyjaśnisz, gdzie się szlajałeś przez te czternaście dni!
Głos inspektora odzywał się wewnątrz czaszki bolesnym echem. Sherlock zdecydowanie nie był w stanie wysłuchiwać tych wszystkich bredni.
- Inspektorze, według mnie pan się źle czuje…
Lestrade bez zbędnych słów wyciągnął telefon i zademonstrował Holmesowi datę.
- Dwa. Tygodnie. Sherlock… - Zerknął podejrzliwie. – Czyś ty przypadkiem nie odwiedzał swoich byłych przyjaciół? Pamiętasz o naszej umowie? Nie będę pracować z narkomanem.
- Na miłość boską, Lestrade! – Sherlock szczelniej zawinął się w płaszcz, z jakiegoś powodu miał dreszcze. – Tu i teraz mogę dać ci krew do analizy. Może zaniesiesz ją do laboratorium i nareszcie sobie pójdziesz? Jestem czysty od kilku lat i doskonale o tym wiesz. – Dobrze wiedział, że Lestrade nie poprosi o próbkę. W obecnym stanie gotów był obiecać wszystko, byle tylko zostawiono go w spokoju.
- A skąd masz pierścionek? – spytał inspektor, już nieco spokojniej, wskazując na prawą rękę Holmesa. – Też powiesz, że nie wiesz?
Sherlock z osłupieniem zapatrzył się na obrączkę z czarnego kamienia z zawiłym wzorem, otaczającą jego serdeczny palec. Widocznie mina detektywa przekonała Lestrade'a, że odpowiedzi się nie doczeka. Westchnął.
- Słuchaj, jesteś wolnym człowiekiem i takie tam, ale czy nie mógłbyś następnym razem po prostu zadzwonić? Musiałem zawiadomić twojego gospodarza i prosić go, żeby mnie powiadomił, kiedy się zjawisz.
- O, cudownie – stwierdził Sherlock ponuro. – Mam nadzieje, że moje fotografie jeszcze nie zdobią słupów i kartonów z mlekiem?
- Nie, ale następnym razem o tym pomyślę – odciął się Lestrade. – Wypij środek na kaca i nie zadawaj się więcej ze złymi chłopcami i dziewczynkami. I ściągnij sobie z Internetu chociaż trochę odpowiedzialności.
- To wszystko? Skończyłeś? To ja się chyba zajmę sprawą, a na ciebie pewno czekają w Yardzie – Anderson ma pełno świeżych anegdot.
Lestrade mruknął coś pod nosem i poszedł – jeśli Sherlock się wyzłośliwia to pewnie z nim wszystko w porządku.
Holmes wszedł na górę, po drodze zdejmując płaszcz, skręcił do łazienki i wsadził głowę pod kran z zimną wodą. Myśli mu się trochę rozjaśniły. Poszedł do sypialni, żeby się przebrać… i mało nie upadł na podłogę obok łóżka. Wspomnienia z zeszłej nocy zalały go jak wielka fala.
Sherlock wpierw usiadł, potem wstał i zaczął spacerować po pokoju. Wrócił do salonu, podniósł z podłogi płaszcz i wydostał z kieszeni telefon. Komórka mrugnęła w jego ręku i od razu się włączyła. Skonfundowany patrzył na datę. O ile do tej pory wszystko można było uznać za idiotyczne próby Lestrade'a wychowania go za pomocą terapii szokowej, teraz stało się oczywiste, że minęły dwa tygodnie. Czternaście dni, z których sam Sherlock pamiętał tylko jeden.
Runął na kanapę i potarł palcami skronie. Nawet jeżeli przyjąć za pewnik, że był w tym NieLondynie, to sytuacja nie stawała się przez to jaśniejsza. Wewnętrzny zegar Sherlocka nigdy się nie mylił – spędził tam najwyżej parę godzin. Co łatwo było sprawdzić.
Detektyw podszedł do lustra, uważnie obejrzał twarz, dłonie, odzież, przesunął ręką po włosach. Przypuśćmy, że ktoś go mógł ogolić i umyć, lecz włosy nadal były tej samej długości, co w przeddzień spotkania z dealerem. Sherlockowi zawsze bardzo szybko odrastały włosy. Paznokcie też w porządku - nie obcinano ich, co znaczy, że nie urosły. No i ledwo widoczne zadrapanie, które pojawiło się w trakcie eksperymentu dwa dni temu, pozostało tak samo zaognione.
Sherlock ufał swoim obserwacjom. Lecz nie mniej ufał dacie.
Ostatnie, co pamiętał to świst laski i zawstydzona mina Dicka Whittingtona
Detektyw zamarł. Wszystkie informacje, które przyswoił w ciągu ostatniej doby, natarczywie domagały się posortowania. Wówczas odłożył analizę w obliczu niezwykłych okoliczności, jednak dalej już się nie dało tego odsunąć. Zwłoka groziła prawdziwą katastrofą.
Holmes nie wyobrażał sobie, jak żyją inni ludzie, nie filtrujący wchodzącej informacji, nie przemyślający jej i nie rozdzielający. Nic dziwnego, że nie potrafią dostrzegać najprostszych rzeczy.
Analizować. Pilnie. Teraz.
Sherlock zamknął oczy i jak zwykle otworzył je już w Pałacu Umysłu. Pomieszczenie trudno było poznać. Szafy się chwiały, z regałów sypały się kartki, przedmioty na podłodze przemieszczały się chaotycznie, zderzając się i wpadając pod nogi. Ta przestrzeń zawsze czujnie reagowała na stan swego włodarza, a ten był akurat daleki od idealnego.
Sherlock skupił się i machnął ręką. Hałas ucichł. Pomieszczenie powróciło do zwykłego stanu, tyle że gdzieniegdzie fruwały wydarte z książek karty, lecz Sherlock postanowił zająć się tym później.
A więc… Nowe fakty.
Na oczach detektywa z podłogi wyrosła nowa szafka z napisem „NieLondyn". Holmes usiadł na podłodze i zaczął starannie przypominać sobie wszystkie detale swojej podróży. Mgła, latarnie, Dick Whittington, czaszka imieniem Henry, kotka Margaret, ogromne płótna na Piccadilly – wszystko to znalazło się w pudełku, uporządkowane i dokładnie utrwalone. Oddzielnie zawisła metka z notką „ważne": instrukcje dotyczące następnej wyprawy do NieLondynu. Do tego samego pudełka wrzucił incydent z czasem i swoją okresową amnezję.
Posłuszna machnięciu ręki, z półki sfrunęła jeszcze jedna teczka – dane sprawy dotyczącej zniknięć. Sherlock szybko ustalił związki i zapisał rozwiązanie. Robocza hipoteza, prawdopodobieństwo siedemdziesiąt pięć procent: wszyscy poszkodowani przebywali w tym właśnie mieście, możliwe, że zostali napadnięci przez niebezpieczne stworzenia. Spędzali tam nieokreśloną ilość czasu, od kilku minut do kilku godzin. Wracali do Londynu odczuwając silne emocje, co powodowało histerię, zaburzenia psychiczne i częściową amnezję. Notatka: sam Sherlock w czasie swojego przemieszczenia nie widział autobusu. Ten fakt można wyjaśnić później.
Po skatalogowaniu wspomnień i danych, Holmes poczuł się znacznie lepiej. Można było przystępować do zbierania dalszych informacji. Ponownie zamknął oczy i otworzył je już w swoim salonie. Minęło zaledwie półtorej godziny. Ciekawe z czym związane było zwiększenie efektywności? Możliwe, że to skutek wstrząsu.
Sherlock poszedł do kuchni, zrobił sobie kawę i wrócił po notebook. Zadanie: znaleźć informacje o podobnych przypadkach. Jeśli tamto miasto istnieje i można do niego trafić, prawdopodobnie powinny pozostać jakieś świadectwa. Wszystko pozostawia ślad w Sieci. Łyknął kawy i pogrążył się w poszukiwaniach.
W ciągu pół godziny Sherlock zaśmiecił swój twardy dysk streszczeniami setek legend miejskich i odwiedził dziesiątki stron, poświęconych zjawiskom paranormalnym. Niczego szczególnie interesującego tam nie znalazł. Prymitywne historie o tym, jak to kogoś porwali kosmici, albo o wampirach na cmentarzu Highgate. Fanatycy lubowali się samą opowieścią „naocznego świadka", nawet nie pomyślawszy o tym, by sprawdzić jego prawdomówność. Kilka zapisów o podróżach do tak zwanego „świata równoległego" Sherlock zapisał, głównie z powodu opisania różnicy w czasie tej rzeczywistości i tamtej.
Dicka Whittingtona dało się odszukać w Internecie bardzo łatwo – nie na darmo to nazwisko wydawało się Sherlockowi znajome. Znalazł trzy warianty znanej bajki o pierwszym lordzie-merze Londynu i jego kocie. Okazało się, że w Londynie jest ona bardzo popularna i nawet posłużyła za osnowę kilku musicali.
Jedyne wzmianki o „innym" Londynie znajdowały się w książce Neila Gaimana „Nigdziebądź". Sherlock przeczytał krótkie streszczenie, przejrzał samą książkę i stwierdził, że niewiele może mu pomóc. Nie było tam nic konkretnego, a kontaktowanie się z pisarzem trwałoby za długo i pewnie nic by nie dało.
Żadnych konkretów.
Po krótkim zastanowieniu Sherlock wstał od stołu i poszedł do sypialni po zmianę odzieży.
Postanowił iść drogą eksperymentu. Jazda taksówką nie zajmie dużo czasu, za to da możliwość przedłużenia badań albo pozwoli ostatecznie odrzucić tę wersję. To było rozumną, logiczną decyzją. Wszystko należy sprawdzić. A jeśli znalazł się w takiej sytuacji, gdzie każą mu wierzyć w niewiarygodne… Cóż, niewiarygodne hipotezy trzeba zbadać tym bardziej.
Na wszelki wypadek Sherlock wysłał do Lestrade'a sms, że w związku ze śledztwem wyjeżdża na kilka dni do Sussex. Głupie zaniepokojenie inspektora mogło tu tylko zaszkodzić.
Wziął ze sobą pistolet (doskonały Sig Sauer, co prawda niezarejestrowany), zapasowy magazynek, lupę i pięćset funtów. Narzucił płaszcz, zawiązał na szyi szalik i wyszedł za próg.
- Taxi!
Tajemnicza kobieta śpiewa bardzo starą i popularną dziecięcą piosenkę „London Bridge is falling down".
