Nareszcie wrócił do domu. Tak, właśnie przemierzał wielką salę idąc w kierunku swoich przyjaciół.
— Spóźniłeś się — powiedział Ron, gdy Harry usiadł obok niego.
— Nie słyszałeś nowej piosenki tiary — dodała Hermiona, a on wzruszył tylko ramionami. Mało go obchodziło, co tiara miała do powiedzenia.
Od czasu samobójstwa Crabbe'a na Pokątnej nie rozmawiali wiele. Ron był w szoku, Hermiona też. Pierwszy raz widzieli śmierć człowieka i kałużę krwi. Zaklęcie zabijające ma ten plus, że nie zostawia po sobie tyle brudu, ale krew ma też swój urok. Jest dowodem, że każdy jest człowiekiem i kiedyś to Voldemort będzie krwawić.
— Sorki, byłem w toalecie — wyjaśnił i usiadł. W oczy od razu rzuciła mu się różowa kobieta z przesłuchania. Dolores Umbridge, zła kobieta. Ciekawe czy jest śmierciożerczynią, ale jeszcze się upewni. Pewnie nie jest, ale i tak jej nie lubi. Szkoda, że nie może jej zabić. Jest zła.
Po chwili Dumbeldore miał wygłosić mowę. Co roku wygłaszał mowę i co roku panowała cisza, ale ONA musiała się wtrącić! Musiała wytrącić z równowagi harmonię, Hogwartu, bo przecież ministerstwo uważa, że tak trzeba. Poziom nienawiści do Umbridge właśnie wzrósł. Nie może jej zabić, bo zlecą się aurorzy. Ona musi żyć.
Cóż, po wieczerzy wrócił do miejsca, które było domem. Cały Hogwart nim był, ale to miejsce akurat było czymś w rodzaju prywatnej kwatery, do której nie mogą wejść żadni nieproszeni goście. Wieża Gryffindoru była domem, którego zawsze będzie bronił. Tak samo jego przyjaciele. Będzie ich bronił nawet przed sobą, jeśli będzie trzeba. Dlatego nie mogą się dowiedzieć. Może dawać im wskazówki, sygnały, że się zmienił, ale nigdy na to nie pozwoli, chyba, że będzie zmuszony im to wyznać. A to się nie stanie.
W wieży Gryffindoru nie został przyjęty tak ciepło jak zawsze, ale jakoś sobie poradzi. Spodziewał się, że wielu z nich nie uwierzy w powrót czarnoksiężnika, ale jakoś sobie poradzi. Seamus nie wierzył i mówił to głośno, inni nie wierzyli i siedzieli cicho. Ograniczali się do nieprzyjemnych spojrzeń i szeptów za jego plecami.
Miał ochotę im wykrzyczeć, że mogą mówić mu to w twarz, ale chciałby zachować pozory normalności. Przecież stary Harry by tak nie zrobił.
Dolores Umbridge ,,Różowa Żaba", tak ją nazywał. Była nawet gorszym nauczycielem niż Lockhart, a to już coś wielkiego. Ale nie powie ani słowa. Dlaczego lew ma się kłócić z żabą?
— Na pewno wmówiono wam, że pewien czarnoksiężnik powrócił do życia — mówiła. To jawna prowokacja, ale będzie cicho. — To nie prawda. Wierzcie mi, ludzie widzą różne rzeczy, ale kłamstwa, które wypowiadają zawsze wyjdą na jaw.
— To nie kłamstwa. — I to na tyle, jeśli chodzi o siedzenie cicho.
— Proszę to powtórzyć, panie Potter.
— Powiedziałem, że to nie są kłamstwa, pani profesor — powtórzył.
— Panie Potter to, co się stało... To był nieszczęśliwy wypadek. Nie możesz obwiniać o to...
— O co pani chodzi? — zapytał wrednie. — Chce pani, żebym nie mówił ludziom, że Voldemort powrócił? — nauczycielka wzdrygnęła się słysząc to imię. Ciekawe jakby się zachowała gdyby powiedział Czarny Pan.
— Chcę, żeby przestał pan opowiadać kłamstwa, panie Potter! — Widocznie czymś ją zdenerwował.
— Cóż, zobaczymy czy będzie pani taka dobra w gębie, jeśli pewnego dnia jakiś śmierciożerca na rozkaz Czarnego Pana przyjdzie po panią. Ale pani chyba nie musi się o to martwić, dzięki tatuażowi na przedramieniu. — Wszyscy wstrzymali oddechy. Teraz stało się jasne. To jego jawny brak szacunku w stosunku do ministerstwa, ale może żaba pokaże przedramię. Zaklęcia maskujące łatwo złamać, a to będzie pierwsza rzecz, jaką zrobi, gdy ta podwinie rękaw.
— SZLABAN, PANIE POTTER! — wrzasnęła, a on zaśmiał się szyderczo. — I minus pięćdziesiąt punktów!
— Oho! Widzę, że pani szaleje. Co jeszcze pani zrobi? Zagłosuje pani za wydaleniem mnie ze szkoły tak jak w wizegamocie? Swoją drogą zastanawiam się, kto nasłał na mnie dementorów.
Rozszerzyła oczy. Była przerażona. To... Niemożliwe. On blefował. Blefował, a ona jest przerażona jakby... O cholera! To ona! Teraz miał pewność! To ona nasłała na niego dementorów! Jest członkinią wizegamotu, doradczynią Knota, podsekretarz jakąś tam, ma do nich dostęp! To ona!
Wstał przeszywając ją wzrokiem i ściskając różdżkę w kieszeni szaty. Był teraz obserwowany przez każdą parę oczu, jaka była w tej klasie, nie mógł jej nic zrobić. Ale zrobi, to pewne. Nie dzisiaj, nie jutro, nie za tydzień ani miesiąc! Ale zrobi.
Nie podwinęła rękawa, ale zyskał inną, cenną informację.
Wyszedł nie mówiąc nic więcej. Ciekawe ile odebrała im punktów zanim zamknął za sobą drzwi. Sto? Dwieście? Nie ważne, ważne jest to, że cały Gryffindor go znienawidzi. Właśnie stracili pięćdziesiąt punktów, a to pierwszy dzień. Chyba pobił rekord.
Ale skoro nie ma go na lekcji to równie dobrze może zająć się czymś innym, jak... Nauką eliksirów.
— A teraz, powiedz mi... — Snape przerwał gnojenie jakiegoś ucznia, gdy zauważył, kto wszedł do jego klasy. — Chyba pomyliłeś klasy, panie Potter — wysyczał jadowicie.
— Wątpię profesorze. Jestem słaby z eliksirów, a za chwilę zaczną sie SUMY. Korepetycje się przydadzą.
— A czy nie masz teraz przypadkiem obrony przed...
— Z tą żabą?! — wypalił, a kilka osób z młodszej klasy się zaśmiało. — Proszę sobie nie żartować, profesorze, jest pan na to zbyt inteligentny. I wścibskie docinki może pan zostawić na później. Proszę prowadzić lekcje.
Snape widocznie nie wiedział jak ma się zachować. Harry bezceremonialnie, bez pukania wszedł do jego sanktuarium, podczas gdy nie powinien tutaj być. I do tego siedzi spokojnie. Siedzi i wydaje się zamyślony. Zmrużone oczy, spojrzenie wbite w tablice, ciche stukanie palcami o blat. Widocznie stało się coś, co sprawiło, że musi wysilić szare komórki.
Widać było to w jego oczach i każdym geście. Severus chciał żeby Harry wyszedł, przez całe zajęcia dla pierwszaków starał się go wypędzić i odjął mu nawet dwadzieścia punktów, ale nic to nie dało. Chłopak uparcie siedział.
Harry nasłuchał się o eliksirach na kaszel, przeziębienie i wielu innych. Nasłuchał się też jak Snape narzeka na swoich uczniów i w duchu cieszył się, że to nie dotyczy tylko jego. Snape widocznie nie lubi nikogo. Tylko siebie. Harry przez całą lekcję zastanawiał się, co zrobić z obecną sytuacją. Co zrobić z żabą. Zemścić się?
Lekcja się skończyła.
— A teraz, jeśli wielki Harry Potter jest na tyle łaskawy, by wyjawić mi, dlaczego się tutaj znalazł...
— To żaba nasłała na mnie dementorów — powiedział od razu. Snape jest w zakonie. Snape powie dyrektorowi. Dyrektor kontroluje zakon. Ciekawe, co zrobią z tą informacją. Może zajmą się nią za niego? On i tak ma dużo na głowie, bo sprawdzenie czy Crabbe mówił prawdę na temat Goyle'a nie będzie takie proste. Zwłaszcza, że nie potrafi się jeszcze teleportować.
— Możesz to powtórzyć, Potter? — zapytał Snape kładąc zaciśnięte dłonie na biurku. Dziwna reakcja, jak na niego.
— Dobrze wie pan, co powiedziałem. — powiedział i ruszył w stronę drzwi. Teraz chce tylko zobaczyć, jaki ruch wykona Zakon. Wyszedł.
Zamknął za sobą drzwi, przeszedł kilka kroków i usłyszał głos, który prześladował go, od kiedy zaczął naukę w tej szkole.
— Potter...!
— Malfoy. Zgubiłeś sie?
— Zamknij jadaczkę, Potter, co tutaj robisz?
Harry zbliżył się do Ślizgona.
— Szpieguję śmierciożerców. Słyszałem, co się stało z ojcem Crabbe'a, przykro mi — skłamał. — Ciekawi mnie, kiedy to twój ojciec skończy z poderżniętym gardłem.
— Ty... — Malfoy wyciągnął różdzkę i wycelował, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, siłą zaklęcia Harry'ego wyrzuciła go w tył korytarza niczym szmacianą lalkę. Harry podszedł do niego szybo. Nikt już bezkarnie nie podniesie na niego ręki.
— Wiesz, Malfoy, szkoda. Kiedyś... Mogliśmy być dobrymi przyjaciółmi. — Draco spojrzał przerażony, widząc jak Harry trzyma w dłoniach jego różdżkę i wygina ją niebezpiecznie. — Nie dołączaj do śmierciożerców. Nie chciałbym, byś skończył jak Crabbe. A wszyscy śmierciożercy tak skończą.
Po tych słowach wepchnął Draconowi różdżkę za szatę i pobiegł w stronę schodów, by zniknąć na piętrze. Draco Malfoy, nadal leżał bezwładnie na podłodze, bo jego ciało nie odzyskało kontroli. Teraz, chyba po raz pierwszy w życiu, wystraszył się Pottera.
Teraz Harry szedł zmierzyć się ze swoimi przyjaciółmi. Ron i Hermiona będą żądali odpowiedzi. Dlaczego zachował się tak na lekcji OPCM, dlaczego poszedł do Snape'a i dlaczego zaatakował Malfoya? Chwila, oni przecież zostali na lekcji, nie wiedzieli tego, co robił.
Odetchnął. Chyba za bardzo się nakręcił, ale jakoś to odkręci. Nie może stwarzać podejrzeń. Zwłaszcza w Hogwarcie.
Minął zakręt. Korytarz był pusty i nie było wokół nikogo prócz niego i JEJ!
Żaba. Jest teraz tuż przed nim i nie ma żadnych świadków.
— Panie Potter, zapraszam na szlaban — powiedziała przesłodzonym głosikiem a on uśmiechnął się szeroko. Szybo zadziałała z tym szlabanem.
Jej gabinet był okropny. Zbyt dużo różu i kotów.
— Proszę siadać. — Usiadł posłusznie. Nawet nie zauważyła jak wyciągnął różdżkę z szaty. — Chciałabym, żeby pan coś napisał.
— Oczywiście — powiedział z uśmieszkiem i spojrzał na dziwne pióro. Jej ręce były na blacie. — Incarcerous! — Ręce splotły się ze sobą mocnym węzłem ciągnącym się po samą szyję. — Z początku nie chciałem tego robić, ale... Nie mogłem się powstrzymać.
Wzmocnił moc zaklęcia. Widział jak oczy uciekają jej w głąb czaszki, jak ślina cieknie z kącików ust. Ona umiera. W pewnym momencie przestała się ruszać, a jej ciało bardzo zbladło. Chciał wyjść, ale wtedy zauważył drobne zmiany.
Na początku była to tylko niezauważalna zmiana koloru włosów, ale później...
Kurwa! Nie! Eliksir wielosokowy!
Ciało żaby zaczęło się zmieniać, wracać do swojej prawdziwej postaci. Zamiast Umbridge, zabił...
Pansy Parkinson.
Spanikowany cofnął zaklęcie, którym ją zabił i wycofał się.
Wybiegł z gabinetu. To niemożliwe! Był pewny, że to ta pieprzona żaba!
To koniec!
Już po nim.
