Obudził się i kichnął. Rozejrzał się.

Na całym łóżku walało się pierze. Spojrzał na brata. Uśmiechnął się do siebie i zaczął otrzepywać z pierza. Wstał, sięgnął po spodnie założył je i ruszył do drzwi. Zamknął je po cichu i szedł dalej. Pod drzwiami łazienki natknął się na Antonia.

- Chcę pogadać o tym wszystkim, Lovino – powiedział spokojnie Hiszpania. – Bądź za dziesięć minut w kuchni.

- Jasne – wykrztusił Romano.

Wszedł do łazienki, ekspresowo załatwił poranne czynności i przeszedł do kuchni. O dziwo zastał tam też Francisa. Zwątpił w temat rozmowy.

- Jestem.

Antonio i Francja spojrzeli na niego, następnie na siebie. Francis pokiwał głową i wyszedł.

- Gdzie on poszedł? – zapytał Romano patrząc na zamykające się drzwi.

- Do Feliciano – odparł Hiszpania.

- Po co?!

- Porozmawiać.

- O czym?!

- O…O was.

Lovino zamarł. Zamrugał oczami i zaczerwienił się, odwracając głowę od Antonia.

- Jak to…?

- Romano, nie mam Ci tego za złe – wznowił Hiszpania. – Już pewnie i tak czułeś, że się od Ciebie oddalam…

- …i zadajesz z Kubą.

- No tak – teraz to Antonio się zaczerwienił. – Więc nie ranisz mnie, czy coś. Ale nie możesz tu dłużej mieszkać, chyba rozumiesz…

- Sì – westchnął Lovino. – Ale do domu też nie wrócimy. On go tam będzie szukać.

- Dlatego zamieszkacie u Francji. To najlepsze wyjście.

Upewnił się, że brat śpi. Odgarnął mu włosy z czoła i spojrzał w jego poczciwą twarz. Przejechał opuszkami po jego szczęce, jakby uczył się jej na pamięć.

Nagle twarz Feliciano straciła ostrość, a po policzku Romano spłynęło coś ciepłego trafiając w wargi brata. Lovino przetarł oczy ręką. Złożył delikatny pocałunek na ustach brata.

- Kocham Cię – wyszeptał czułym, łamiącym się głosem.

Chłonął jeszcze chwilę jego twarz, po czym gwałtownie się odsunął i wstał z zaciętą miną. Ubierał się powoli, mając nadzieję, że ktoś go powstrzyma, że Feliciano się obudzi. Poprawił krawat i podszedł do okna. Na zewnątrz było ciemno i wietrznie. Przyłożył dłoń do szkła i spojrzał w niego. Chmury przysłoniły księżyc i gwiazdy. Stał tak jeszcze chwilę licząc na jakieś przejaśnienie. Po pięciu minutach westchnął zrezygnowany i przeszedł do biurka. Otworzył pierwszą szufladę i wyciągnął z niej kluczyk.

- Braciszku, czemu ta szuflada jest zamknięta?

Lovino zerknął na Feliciano mocującego się z dolną szufladą biurka.

- Bo ma być, amato.

- No dobrze…

Romano tylko pokręcił głową i wrócił do jedzenia sałatki z pomidorów.

- Braciszku?

- Tak? – zapytał rozbawiony.

- A do czego jest ten kluczyk?

- Nie wiem, już tam był. Odłóż go lepiej.

- Dobrze, braciszku!

Feliciano odłożył kluczyk i rzucił się na brata, wywracając mu sałatkę na ziemię. Samego Lovino też przewrócił i leżąc na nim zaczął całować

Zacisnął dłoń na kluczyku. Brat był ostatnią osobą, która go dotykała…

Włożył go do zamka dolnej szuflady, przekręcił. Wysunął ją i wpatrzył się w szare zawiniątko. Ręka mu drżała, kiedy je wyciągał i kładł na blacie. Jeszcze raz sięgnął do pierwszej szuflady i wyjął z niej kartkę papieru.

Pomyślał. Jak zacząć? Bawił się nerwowo długopisem. Po chwili odetchnął głęboko i zaczął pisać. Kiedy skończył, złożył kartkę na pół i położył na środku blatu.

Wziął zawiniątko ze stołu nie patrząc na nie i schował pod marynarkę. Podszedł do drzwi, zacisnął dłoń na klamce. Odwrócił głowę i rzucił krótkie spojrzenia na Feliciano – nadal spał, w tej samej pozycji. Otworzył drzwi, wyszedł i zamknął je. Nie odszedł od razu, tylko stał z ręką na klamce.

- Wybierasz się gdzieś?

Obrócił się gwałtownie. Francja spoglądał na niego z końca korytarza.

- Umówiłem się z… Polską – skłamał.

- Tak późno? Jest już trzecia. Za godzinę świta.

- No tak, Feliks i jego pomysły, znasz go – odrzekła spokojnie i wyminął Francisa.

Mógł przysiąc, że kiedy już go przeszedł Francja szepnął „powodzenia".

Zaczął schodzić po schodach, trzymając się poręczy.

Wszedł w końcu do domu. Cały dzień latał po innych krajach z Francją, żeby im opowiedzieć, co się stało. Bolały go plecy od współczującego poklepywania.

- Braciszku!

Spojrzał w górę. Na szczycie schodów stał zarumieniony i zdyszany, pewnie od biegu, Feliciano. Miał na sobie tylko bokserki. Uśmiechał się od ucha do ucha, jakby ktoś postawił przed nim gar pełen pasty. Francis, który właśnie wszedł do holu, zaczął się śmiać na jego widok. Lovino też bliski był parsknięcia śmiechem.

- Już jestem, fratello – powiedział za to.

Feliciano rozpromienił się jeszcze bardziej. Zanim Romano zrobił choćby krok, Veneziano usiadł na poręczy i zjechał po niej do samego dołu, na koniec lądując z tyłkiem na podłodze. Szybko jednak wstał i nie zważając na zwijającego się ze śmiechu Francję rzucił się Lovino w ramiona.

Uśmiechnął się. Usiadł na poręczy i zjechał na dół. Zakończył ten zjazd tak samo jak Feliciano wtedy. Wstał, otrzepał się i nadal ze śladami uśmiechu na twarzy ruszył powoli do drzwi.

Skupił na nich wzrok, marszcząc brwi.

Irytujące dzwonienie. Byli sami w domu, bo Francis pojechał do Kanady.

Romano wyswobodził się z objęć brata i poszedł otworzyć. Zamarł widząc Ludwiga. ten chwycił go za kołnierz i wyprowadził na zewnątrz sycząc:

- Chodźmy się przejść.

Lovino z tej przechadzki wrócił posiniaczony i z krwawiącą wargą. Ale wrócił.

Zakazał bratu mówić komukolwiek o tym. Feliciano ślepo ufał braciszkowi i nie puścił pary z ust.

Wzdrygnął się i odetchnął. Wszedł w chłód nocy. Zaciągnął się zimnym powietrzem. Nie odwrócił się, aby spojrzeć na dom. Podczas pobytu w nim zaznał wiele szczęścia. Poznał też lepiej Francję. Miał jednak facet trochę rozumu. I wiedział, co znaczy honor – nie zatrzymał go w końcu dzisiaj.

Zaczął iść. Nogi same go prowadziły do domu. Do miejsca, w którym się urodził, a jednak w którym spędził najmniej czasu w swoim życiu. Teraz miało stać się jego…

- Jednak przyszedłeś.

Spojrzał na aryjczyka obracającego HK USP9 w ręce.

Włożył rękę do kieszeni spodni i wyciągnął stamtąd krzyżyk.

- Masz – rzucił do Niemiec.

Ten złapał jedną ręką i schował bez słowa do kieszeni munduru.

- Czy On wie, że mi go zwracasz?

- Chciał go wyrzucić, ale go uratowałem od losu śmiecia.

Ludwig kiwnął mu z uznaniem głową.

- Gotowy? – zapytał.

Romano wyciągną zawiniątko spod marynarki i rozwinął je, ukazując swój Beretta M1934.

Niemcy podszedł do niego.

- Pięć kroków. Strzał – ustawił się plecami do pleców Lovino.

Ludwig trzymał broń swobodnie, Romano kurczowo zaciskał na swojej dłoń.

- Jeden. Dwa – Niemcy liczył na głos. – Trzy. Cztery. Pięć.

Obrót.

Dwa strzały jednocześnie.

Ból.

Ból nie do opisania.

I krzyki…

- Braciszku!!! NIE!

- Romano!!

Zdecydowanie za dużo kroków. A może to słuch mu płata figle…?

Lovino upadł na kolana i poczuł napływającą krew do ust. Zamajaczyła mu przed twarzą głowa Hiszpanii, który to pewnie go złapał i uchronił przed upadkiem.

Po chwili zobaczył Feliciano. Wyciągnął rękę, aby dotknąć jego twarzy, ale nie dał już rady.

Ciemność.

Zaczął płakać, mimo że nie zdawał sobie z tego sprawy. Potrząsnął nim. Zero reakcji strużka krwi lecąca mu z na wpół otwartych warg, czerwona plama na piersi.

Antonio przecierał oczy, a on nadal wpatrywał się w braciszka, kurczowo zaciskając dłonie na jego koszuli.

- Braciszku… Obiecałeś… Nie odejdziesz… - przyciągnął jego ciało do siebie.

- Feliciano, on już… - zaczął Hiszpania, ale nie mógł skończyć. Zaczął za to mówić do kogoś innego. – Jesteś zadowolony teraz?! Twoje ramię ucierpiało tylko, a on…my…condenar!

- Idź stąd, Ludwig – warknął Francis i siłą odciągnął Feliciano od ciała Romano.

Veneziano w końcu go puścił i rozpłakał się na dobre w ramionach Francji. Antonio wziął Lovino na ręce i niósł do Francisa. Za nim szła pozostała dwójka.

Przechodzili koło domu Vasha. Akurat u niego była Lichtenstein. Szwajcara już chciał krzyczeć na korowód, ale siostra powstrzymała go wskazując załzawiona na Romano bezwładnie wiszącego w ramionach Hiszpanii. Vash milcząc wszedł z nią do domu.

Feliciano wyłączył się. Już go nie obchodziło, co się z nim dzieje. Czuł się, jakby wyrwano go z ciała. Wielka, wszechogarniająca pustka.

Ocknął się dopiero w pokoju u Francji, który zajmował z braciszkiem. Oczy miał suche, nie mógł już płakać. Wstał i zaczął obchodzić cały pokój. Wyciągnął z szafy koszulę Lovino i przytulił ją.

Jego uwagę przykuła kartka na biurku. Widząc pismo braciszka wziął ją, usiadł na łóżku i zaczął czytać.

„Hej, skarbie.

Nie poplam mi tej mojej koszuli, bardzo ją lubiłem."

Jednocześnie ucieszył się i zasmucił.

Ucieszył, bo braciszek domyślił się, co on zrobi.

Zasmucił, bo pisał w czasie przeszłym.

„…ją lubiłem.

Uśmiechnij się. Kocham, kiedy się uśmiechasz. Jakbym patrzył w słońce.

Musiałem to zrobić. W ten dzień, o którym zakazałem Ci mówić, umówiliśmy się z Ludwigiem. To była kwestia honoru. Jak nie rozumiesz, zapytaj Antonia albo Francji.

Wiedziałem, jak to się skończy. Przepraszam, że Ci nie powiedziałem. Zatrzymałbyś mnie, a Tobie nie umiałbym odmówić. Przepraszam, że jednak złamałem obietnicę i Cię opuściłem. Bardzo mi zależy na tym, żebyś zrozumiał, że musiałem, nie miałem innej możliwości.

Podziękuj Hiszpanii i Francisowi ode mnie. Za opiekę i za dom. I nie smuć się. Nadal Cię kocham, fratello. Razem z Dziadziem Rzymem czuwamy nad Tobą.

Kocham Cię.

Kocham Cię.

Kocham Cię.

I nigdy nie przestanę."

Znowu mógł płakać. Pomoczył całą koszulę braciszka. Gdyby miał możliwość powiedzenia mu jeszcze raz, jak bardzo go kocha…