Zaraz po wyjściu z pociągu, zgodnie z zapowiedzią porwało mnie kilkoro stylistów. Umyli mnie dokładnie i uczesali w oczekiwaniu na głównego stylistę, który miał zadecydować co będę mieć na sobie podczas prezentacji.

Kiedy przygotowywali już pincetę do wyregulowania moich brwi, usłyszałem afektowany kobiecy pisk.

- Ah, non, non! Nie ruszajcie ich, przecież to jego… znak firmowy!

Kształtna, wysoka kobieta o lśniących, falujących blond włosach podeszła do nas sprężystym krokiem.

- Witam, Arthurze. – uśmiechnęła się. – Jestem Marianne, twoja główna stylistka.

- Erm… dzień dobry. – bąknąłem, czując się bardzo nieswojo, bo nadal leżałem na płasko na stole, nad którym od dobrych paru godzin styliści próbowali mnie upiększyć. No i miałem na sobie same bokserki.

Marianne natomiast wydawała się być ostatnią osobą, która mogłaby być czymkolwiek skrępowana. Wyrzuciła bezceremonialnie resztę ekipy za drzwi, wróciła do mnie i dźgnęła nagle w bok. Pisnąłem krótko i poderwałem się.

- No, bien! Już myślałam, że zamierzasz tak leżeć przez cały czas. – uśmiechnęła się do mnie nadspodziewanie ciepło. – Szczerze mówiąc, nie dziwiłabym ci się.

- Nie rozumiem? – skrzyżowałem ręce na piersi, próbując się choć trochę zasłonić, Marianne jednak szybko chwyciła i odciągnęła moje dłonie.

- Bardzo mi przykro, że musisz tu być, Arthurze.

Zamrugałem szybko, patrząc na nią ze zdziwieniem.

- To… Nie będzie mi pani gratulować?

- Uch, proszę, nie mów „pani"! – fuknęła. – A jeśli już czegoś mogę ci gratulować, to odwagi. To, co zrobiłeś dla twojego braciszka…

Westchnęła bez cienia egzaltacji, która towarzyszyła moim poprzednim stylistom.

- Um, to… Nic takiego. Myślałem, że tego w ogóle nie wyemitowali.

- Żartujesz? Wybór ciebie był prawdziwym hitem, powtarzali go do znudzenia. – uniosła brwi. – Na tyle, bym zauważyła, że coś w nim nie gra. Miałeś na sobie mundur, prawda?

Otworzyłem szeroko oczy i odruchowo cofnąłem się, prawie wpadając na stół za mną. Skąd ona to wiedziała, skoro, tak jak mówił Thomas – Moskwa wycięła mój mundur z transmisji? Rozeszły się już o tym jakieś plotki? Niedobrze, bardzo niedobrze. Czyli wcale nie będą mnie traktować tak jak na to liczyłem, teraz, gdy ludzie wiedzą, mogę ich rozwścieczyć byle czym, i…

Marianne, jak gdyby odczytując moje obawy, chwyciła mnie za ramiona i ścisnęła je lekko.

- Arthur? Hej, Arthur! Wyglądasz, jakbyś miał zemdleć, spokojnie!

- A-ale skąd… - wydukałem.

- Przepraszam, nie chciałam cię tak przestraszyć. I cii, to będzie taka nasza mała tajemnica, dobrze?

Puściła do mnie oczko, a mnie mimowolnie przypomniało się, dlaczego nigdy jakoś nie przepadałem za Francuzami. Wystraszyła mnie nie na żarty, a teraz zachowuje się, jakby ze mną flirtowała.

- …Uhm. – odchrząknąłem, biorąc się w garść. – Ale... w takim razie, skąd wiesz?

- Przypatrzyłam się. Wkleili ci inne ubranie, i było to nawet całkiem sprytne, gdyby nie to, że niektóre zgięcia materiału nie zgadzały się z twoimi ruchami. Więc – musieli coś ukrywać. – uśmiechnęła się z samozadowoleniem. – Encore, potem przez krótką chwilę było widać twoich braci, i mundur tego rudego już jakoś zapomnieli wyciąć.

Zapomnieli. Cholera, zapomnieli albo zrobili to specjalnie. A co, jeśli Alowi coś się przez to stanie?

- Ale, ale! – zawołała Marianne głośno i klasnęła w dłonie, wyrywając mnie z otępienia. – Porozmawiajmy lepiej o twoim stroju! Zapewne wiesz, że ma…-

- …reprezentować charakter danego terenu, tak, wiem. – przerwałem jej ze zniecierpliwieniem. W tej chwili naprawdę było mi wszystko jedno, w co mnie ubierze. – Takie złudzenie odrębności.

- Otóż to! – przytaknęła mi. – Domyślasz się więc, co dla ciebie mogłam przyszykować?

Wzruszyłem ramionami. Szczerze mówiąc, wszystkie stroje trybutów jakie miałem okazję widzieć, były idiotyczne i miały tyle wspólnego z narodowościami, co Igrzyska z niewinną rozrywką.

- Pewnie coś z herbatą. – bąknąłem. Marianne roześmiała się krótko.

- Och tak, przebiorę cię za imbryk. Wyglądałbyś uroczo. – uszczypnęła mnie w policzek, ale nagle spoważniała. – A tak naprawdę – prezentacja trybutów pełni tylko i wyłącznie rolę zaskarbienia ci sponsorów, więc właśnie na tym się skupimy. A uwierz mi, nie ubrałabym byłego żołnierza w jakiś idiotyczny kostium.

- Więc? – warknąłem, zirytowany już tym wszystkim i odruchowo potarłem policzek. – Wybacz, ale jeśli jeszcze nie zauważyłaś, nie jestem ani przystojny, ani nie będę potrafił szczerzyć się do kamer, nie wiem więc, jak niby…

- Ach, tak, ta wyniosłość, pięknie! – Marianne klasnęła w dłonie z zachwytem. – Widziałbyś siebie teraz, będziesz idealny.

- Niby do czego?

- Mamy szczęście, bo tak się składa, że istnieje pewna przedwojenna angielska rzecz, do której Rosjanie od dawna mieli słabość. Wiesz, o czym mówię?

Zmarszczyłem brwi, bardziej zdziwiony faktem, że Marianne użyła dawnych, zakazanych już nazw krajów niż jej pytaniem, i pokręciłem powoli głową. Marianne uśmiechnęła się szeroko.

- Monarchia!


Wrzask tłumu był ogłuszający. Przez te wszystkie światła, kolorową publiczność i organizatorów wpychających mnie do złotego rydwanu, którym miałem jechać, zapomniałem nawet zwrócić uwagę na pozostałych trybutów. Zresztą większość miała na sobie kostiumy, przez które pewnie później i tak nie byłbym w stanie ich rozpoznać.

Marianne podbiegła do mnie jeszcze, kiedy ruszył pierwszy z rydwanów. Jako że Brytania została podbita stosunkowo niedawno, miałem jechać na samym końcu.

Poprawiła mi jeszcze raz włosy i posłała mający zapewne dodać mi otuchy uśmiech. Następnie zaś wyjęła maleńki bukiecik i przypięła mi go do płaszcza. W pierwszej chwili myślałem, że to dziwne, że do tak uważnie skomponowanego stroju Marianne zdecydowała się wpiąć tak kompletnie niepasujące do siebie kwiaty. Dopiero, kiedy ruszył ostatni z rydwanów, zorientowałem się, o co chodzi.

To była róża, oset, żonkil i koniczyna. Wszystkie symbole krajów składających się kiedyś na Wielką Brytanię. Uśmiechnąłem się lekko i poprawiłem bukiecik, kiedy rydwan ruszył z miejsca.

Mój płaszcz powiał lekko, kiedy wyjechałem na główny trakt. Na mój widok tłum ryknął, przez co podskoczyłem aż z zaskoczenia. Dopiero po chwili zorientowałem się, że się im podobam.

Marianne postanowiła unikać wydziwiania z kostiumami. Ubrała mnie w prosty mundur angielskich monarchów z dziewiętnastego wieku, przepasany czerwoną szarfą. Założyła mi też buty na nieco podwyższonej podeszwie, przez co wyglądałem zapewne na trochę wyższego. Kiedy przeglądałem się w lustrze przed występem, musiałem przyznać, że chyba nigdy jeszcze nie wyglądałem tak dobrze.

Dojechaliśmy wszyscy do placyku przed główną sceną, gdzie Braginsky miał wygłosić swoje bezcelowe przemówienie do trybutów, przypominając o winie zdradzieckich krain i celu Głodowych Igrzysk.

Nie chciałem go słuchać, zresztą i tak transmisja z jego mowy będzie na pewno parokrotnie powtarzana. Zamiast tego zacząłem w końcu przyglądać się pozostałym dwudziestu trzem trybutom.

Doliczyłem się zaledwie pięciu dziewczyn, choć w przypadku Polski nie byłem pewien, jakiej jest płci. Zdecydowaną większość stanowili rośli mężczyźni, każdy wyższy ode mnie. Mógłbym mieć szanse tylko z chłopcem z Łotwy w wieku Calliego. Thomas miał zatem rację – bez sojuszu równie dobrze mogę zeskoczyć przedwcześnie z podestu.

Z mojej lewej strony stał rydwan Francji, którego pasażer, jak mi się zdawało, puścił mi oko. Szybko odwróciłem głowę w drugą stronę.

Tylko po to, by ujrzeć trybuta z byłych Stanów Zjednoczonych, Alfreda F. Jonesa. Mojego przyjaciela z wojska.


- Byłeś świetny, Arthurze!

Marianne podbiegła do mnie stukając obcasami swoich wysokich szpilek i uściskała mnie. Po chwili pojawił się obok niej Thomas i reszta mojej ekipy przygotowawczej.

- Serio? - spytałem nieprzytomnym tonem, nawet na nich nie patrząc.

- Naprawdę, nie pomyślałbym, że nie będziesz tam wyglądać jak brzydkie kaczątko - Thomas uśmiechnął się szeroko, klepiąc mnie po ramieniu. - Marianne wykonała kawał dobrej roboty.

- Och, nie przesadzaj, dopiero na nim ten strój nabrał takiej... dostojności!

- Widownia była zachwycona, zobaczysz, że...

Przestałem słuchać ich uradowanego szczebiotu, zamiast tego stając na palcach - nawet pomimo koturn nie byłem od nich wyższy - i usiłując dojrzeć coś ponad ich głowami. Otoczyli mnie ciasnym kołem, a ja przecież musiałem, musiałem teraz, jak najszybciej znaleźć Alfreda.

Na pewno nie tak powinienem się poczuć, ale gdy go zobaczyłem, kamień spadł mi z serca. Z jednej strony, na pewno nigdy nie chciałem go spotkać w takich okolicznościach, ale z drugiej... Teraz wiedziałem, że nie jestem tu zupełnie sam, nie muszę się już bać, że nikt nie będzie chciał zawiązać ze mną sojuszu, bo oto okazało się, że będzie przy mnie ktoś lepszy niż zwykły sojusznik. Będzie przy mnie przyjaciel.

Ani myślałem dopuszczać do siebie faktu, że według reguł któreś z nas musi zginąć. Wręcz przeciwnie, stwierdziłem nawet, że jeśli będziemy razem, to byłoby lepiej, gdybym to był ja.

Wydało mi się, że w oddali mignął absurdalny kowbojski kapelusz, który miał na sobie Alfred, więc przeprosiłem Marianne i Thomasa, przepchnąłem się przez nich i zacząłem biec chwiejnie w niewygodnych butach w tamtym kierunku, nie zważając na ich poirytowane wołania.

Tyle, że ktoś nagle zastąpił mi drogę.

- A-a-aa, gdzie to się tak spieszymy?

Nim zdążyłbym zaoponować, silne dłonie schwyciły mnie i odwróciły w miejscu. Zachwiałem się. Stałem twarzą w twarz z trybutem Francji, który uśmiechał się do mnie w bardzo dziwny sposób.

- Witaj, Arthurze. A może powinienem powiedzieć - wasza wysokość?

Skrzywiłem się aż na tandetność tego tekstu i odsunąłem szybko, gdy tylko mnie puścił.

- Cz-cześć. - mruknąłem. - Nie sądzę, żebyśmy się znali.

Chłopak zaśmiał się, odrzucając z ramion puszyste blond włosy, które podczas prezentacji miał ukryte pod okropną peruką.

- Daj spokój, wszyscy tu się już znają, a w szczególności ciebie. Kto nie oglądał transmisji z dożynek?

- Och, nie wiem. Może na przykład - ja. - warknąłem. Cała nauka Thomasa o mojej rzekomej sympatyczności poszła w las. Chłopak działał mi na nerwy - w myślach zaszufladkowałem go już jako jednego z tych nieprzydatnych trybutów, którzy dostają spadochron za spadochronem za ładną buźkę - a do tego Alfred zniknął mi z oczu.

Francuz uniósł brwi, wyraźnie zdziwiony.

- O, naprawdę? W takim razie, przyjmij moje przeprosiny. Francis Bonnefoy, do usług.

Wyciągnął do mnie dłoń, a ja bezmyślnie podałem mu swoją, spodziewając się uścisku. On jednak nagle schylił się i pocałował ją.

- ...zwariowałeś? - wydusiłem z siebie i odskoczyłem, speszony. Francis jak gdyby nigdy nic wyprostował się i puścił mi oczko, ale nie zdążyłem wyrazić mojego oburzenia na tego typu zachowania, bo usłyszałem za sobą śmiech Thomasa.

- Proszę, proszę, widzę, że się już znacie! - wyszczerzył się do Francisa, który skinął mu głową. - Bardzo dobrze, oszczędzi to nam kłopotów. Artie, oto twój nowy sojusznik!


Nie rozmawialiśmy potem długo. Dołączył do nas Jayden, co już kompletnie wytrąciło mnie z równowagi. Thomas najwyraźniej to zauważył, bo stwierdził tylko, że wyglądam na bardzo zmęczonego i już lepiej sobie pójdziemy. Kątem oka zauważyłem, że na odchodnym cmoknął w policzek mentorkę Francji, ale byłem zbyt wściekły, żeby nawet uznać to za dziwne.

Kiedy tylko Thomas i ja weszliśmy do apartamentu, który mi przeznaczono na czas przygotowań do igrzysk, zatrzasnąłem za nami drzwi i odwróciłem się wściekle do Thomasa.

- Co to ma znaczyć? - warknąłem. - Nowy sojusznik? On? A to niby z jakiej racji?

Thomas nie wyglądał na bardzo zaskoczonego moim wybuchem.

- Widzę, że twoja wdzięczność nie zna granic, Artie.

- Naprawdę nie mogłeś znaleźć nikogo lepszego od tego... zboczeńca?!

- Nie, nie mogłem. A jeśli będziesz łaskaw uspokoić się na chwilę, to wyjaśnię ci, dlaczego.

- Posłuchaj, trybut Stanów... To Alfred Jones, ja go znam, byliśmy razem w wojsku, wiem, co on potrafi, do tego na pewno bez problemu zawiążę z nim sojusz, więc nie byłoby kłopotów...

- Właśnie, że byłyby. - przerwał mi Thomas. - Cholera, Artie, fajnie by było, gdybyś się trochę uspokoił, i może, nie wiem, zaufał mi trochę? Jak będziesz na arenie to też zamierzasz sam sobie wysyłać prezenty?

- Ty jakoś poradziłeś sobie bez mentora. A ci z twoją pomocą jakoś nieszczególnie. - warknąłem, zanim w ogóle pomyślałem, co mówię.

Thomas skrzywił się lekko.

- ...jak sobie chcesz. - warknął i odszedł do swojego pokoju trzaskając drzwiami.


Byłem zdecydowanie zbyt zmęczony, żeby mieć jakiekolwiek problemy ze snem. Czułem się jednak trochę głupio, że wczoraj w tak idiotyczny sposób wściekłem się na Thomasa. Dwa lata temu trybutem Brytanii był osiemnastolatek, który zginął, bo miał zbyt twardy sen. W zeszłym roku natomiast wylosowano trzynastoletnią, pulchną dziewczynkę, która wyglądała, jakby cały czas miała wybuchnąć płaczem. Przypuszczam, że kiedy tylko schodziła z widoku, tak właśnie robiła. Zresztą i tak zginęła pierwszego dnia, przy Rogu Obfitości. Wątpię, żeby którakolwiek z tych śmierci spowodowana była błędami mentora.

Mimo wszystko nadal nie chciałem zawierać sojuszu z Francuzem, którego największym atutem jest najwyraźniej przyjemna aparycja. Niby w jaki sposób miałoby to MNIE pomóc? Będzie taki miły, żeby podzielić się prezentami od sponsorów? Jakoś wątpiłem.

Po dobrze przespanej nocy, zszedłem do pokoju jadalnego, gdzie siedział już Jayden.

- Oto i nasz bohateeeer! - zaświergotał, trzęsąc moją ręką. Po chwili obrócił się do awoksa stojącego w kącie. - Śniadanie dla trybuta, ale już!

- Nie, nie, na razie dziękuję. - mruknąłem. - Gdzie jest Thomas?

- Hm? A, masz na myśli Toma? Wyszedł na taras, jak przypuszczam. Ale ty musisz się pospieszyć, bo za dwie godziny zaczynacie wspólny trening...

Nie czekając, aż Jayden skończy mnie denerwować, wyszedłem na taras. Thomas rzeczywiście tam był, okryty płaszczem wpatrywał się w moskiewską panoramę. Podszedłem do niego i odchrząknąłem.

- Dlaczego mam zawrzeć sojusz z Francisem?

Thomas spojrzał na mnie unosząc jedną brew, jakby chciał powiedzieć "żadnego przepraszam?", ale postanowił sobie odpuścić z uwagi na moją sytuację.

- Może najpierw dlaczego nie możesz zawiązać sojuszu z Alfredem. Chyba, że sam już to wymyśliłeś?

Otworzyłem usta, ale zaraz je zamknąłem. I wtedy do mnie dotarło.

- ...Bo byliśmy razem w wojsku, tak?

- Dokładnie. Mówiłem ci już, że nie możesz się z tym afiszować? Alfred też ma mentorkę i pewnie powie mu to samo, co ja mówię tobie. Jeśli zawrzecie sojusz, istnieje duże ryzyko, że wyrwie się wam coś sugerującego, że znaliście się wcześniej. A to by było bardzo niedobrze i nie mówię już tutaj o twojej sytuacji. Skoro tak bardzo starałeś się ocalić brata, to chyba jednak ci na nim zależy, prawda?

Skinąłem głową. Thomas miał rację, wcale jednak nie poprawiło mi to nastroju.

- Ale... dlaczego Francis? - mruknąłem.

- Nie bardzo rozumiem, czemu się tak do niego uprzedziłeś. Nawet jeszcze nie wiesz, co potrafi.

- Póki co wygląda na takiego, który dostaje dużo prezentów.

- Aha, a jak wiesz, tacy też czasem wygrywają. - wskazał subtelnie na siebie i wyszczerzył zęby w uśmiechu kompletnie pozbawionym wesołości.

Westchnąłem.

- No dobrze, więc... co on umie?

- Dzisiaj pewnie więcej zobaczysz. Ale powiem, że moim zdaniem po prostu pasujecie do siebie i tyle.