3. Czternastoletni kapitan
Luneth był przeszczęśliwy. Nigdy dotąd nie miał okazji widzieć powietrznego statku. Tym bardziej - lecieć nim. A teraz sam nim kierował! Upajał się tym uczuciem, czując, jak wiatr rozwiewa mu włosy od zapierającej dech prędkości. Był kompletnie nieświadom kosego spojrzenia, którym kłuła go w plecy nadąsana Refia. Arc stał tuż obok przyjaciela, równie jak on oczarowany podróżą. Zgodnie z poleceniem Lunetha trzymał się mocno grubego sznura, okalającego burty statku. Szeroko otwartymi oczami chłonął przesuwające się pod i przed nimi krajobrazy. Nawet naburmuszona Refia dała się w końcu uwieść urzekającym widokom. Z zachwytem patrzyła na rozległe zielone równiny, szeroko rozlane wody i lasy, nad którymi przelatywali i które wydawały się tak niesamowicie odległe, wyglądające jak niewielkie krzaczki. Mimo znacznej prędkości, z jaką podróżowali, dopiero po półgodzinie lotu ukazała im się imponująca sylwetka zamku Sasune. Przelecieli między dwoma górskimi szczytami, za którymi otwierało się przejście do wielkiej doliny. W samym jej centrum rozłożyła się ogromna kamienna twierdza. Luneth wypatrzył dogodne miejsce do lądowania i gracko posadził statek na ziemi. Może nazbyt gracko, ale skutecznie. W każdym razie nic ważnego się nie oberwało ani nie zepsuło. Refia, klnąc ile wlezie, pozbierała się z pokładu, na który rzuciło ją pełne fantazji lądowanie Lunetha. Arc nie podzielił jej losu tylko dlatego, że trzymał się zbawczej liny. Mimo to wstrząs trochę go oszołomił.
- Wysiadamy - zarządził gromko młody kapitan, wypychając członków załogi na zewnątrz.
Refia powlokła się za chłopcami, zgrzytnąwszy zębami i mruknąwszy coś o beznadziejnych pilotach.
Przy bramie wejściowej zamku zobaczyli blondwłosego chłopaka w zbroi. Widać było, że jest czymś mocno przybity. Chodził w tę i z powrotem, frasując się i mamrocząc do siebie pod nosem. Wyglądał na ich równolatka, choć mógł być nieco starszy, gdyż był wyższy od każdego z nich.
- Kim jesteście? - spojrzał uważnie na trójkę przybyszy. - Jeśli chcecie wejść, to niepotrzebnie się trudzicie. Na zamek spadła przerażająca klątwa. To samo stało się z miasteczkiem Kazus. Żeby zdjąć przekleństwo, potrzebny jest, jak mi powiedziano, pierścień z mithrilu.
- My właśnie w tej sprawie - wyrwała się Refia. - Jestem córką tamtejszego kowala. Mój ojciec wykuł kiedyś mithrilowy pierścień dla króla. Król na pewno ciągle go ma.
- Chcemy pomóc ludziom w Kazus - odezwał się Arc i spłoszył się swoim wystąpieniem, gdy blondyn utkwił w nim poważne spojrzenie swoich niebieskich oczu. - Pomyśleliśmy, że może m-moglibyśmy po-pożyczyć pierścień od króla... - dokończył cichutko.
- Audiencja? Hmm... - młody rycerz zamyślił się na moment. - Sądzę, iż będę mógł wam w tym pomóc. Chodźcie za mną.
Luneth bez wahania wkroczył w bramy fortecy, a Refia i Arc podążyli za nim. Znaleźli się na rozległym dziedzińcu, otoczonym wysokim, kamiennym murem. W rogach placu wznosiły się strzeliste wieże, uzbrojone w zębate blanki. Trójka przybyszy rozglądała się wokół, zadzierając głowy z respektem i podziwem. Jeszcze nigdy nie byli w takim imponującym miejscu. Prowadzeni przez nastoletniego rycerza, przebyli plac i wkroczyli do serca zamku. Twierdza powinna tętnić życiem, tymczasem zaludniały ją znajomo wyglądające smętne istoty o mglistej powierzchowności. Dokładnie takie same, jak w Kazus. Przemierzyli wielką salę z czerwonym dywanem i powiewającymi proporcami, wspięli się na jedno piętro, drugie, i dopiero tam blondyn wprowadził ich do sali tronowej.
- Poczekajcie chwilę tutaj - polecił im, po czym podszedł do niewysokiego podestu, na którym obok tronu stał król Sasune.
Władcę dotknęło to samo nieszczęście, co wszystkich jego poddanych. Klątwa okazała się sprawiedliwa, obeszła się jednakowo ze wszystkimi, niezależnie od pozycji, wieku czy funkcji. Sylwetka monarchy była niewyraźna i z trudem dało się poznać, że to żywy człowiek. Rycerz zatrzymał się tuż przed nim i ze czcią ukląkł na jedno kolano, pochylając głowę.
- Panie, ci młodzi ludzie zamierzają zdjąć klątwę. Przybyli tutaj prosić cię o użyczenie im mithrilowego pierścienia, by mogli wykonać zadanie.
Król skinął głową, zgadzając się na wysłuchanie przybyszy. Rycerz dał znak, by podeszli bliżej. Luneth ukłonił się królowi trochę niezgrabnie. Arc i Refia wzięli z niego przykład. Niestety, cała trójka nie miała żadnego doświadczenia w kwestii dworskich obyczajów. Na szczęście monarcha nie zwrócił na to uwagi.
- Jak widzicie, przekleństwo Dżinna spadło i na mnie - oznajmił posępnie. - Powiadacie więc, że zamierzacie użyć pierścienia do zdjęcia klątwy? Chętnie bym wam go dał, ale pierścień jest w posiadaniu mojej córki. A ona... zniknęła gdzieś. Nie wiem, co się z nią stało i gdzie jest teraz.
Jasnowłosy rycerz stracił całe swoje opanowanie. Z rozpaczą zerwał się na równe nogi i zacisnął pięści.
- Panie, jeśli księżniczka ma pierścień, to mogła zostać porwana przez Dżinna! - wykrzyknął, całkiem zapominając, przed kim stoi.
- To możliwe, choć wolałbym, żebyś się mylił. Boję się o moją ukochaną Sarę - władca starał się ukryć ból w głosie. Nie wypadało mu okazywać silnych emocji przed poddanymi. - A ja jestem bezsilny... Jeżeli to faktycznie Dżinn ją zabrał, to musiał uciec do Zapieczętowanej Jaskini, która jest na północy. Gdybym tylko mógł coś zrobić, wysłać tam jakiś oddział wojska... Ale wszyscy jesteśmy pod działaniem klątwy...
Luneth wreszcie usłyszał coś konkretnego. Nie lubił narzekania i smędzenia, był człowiekiem czynu.
- Nie martw się, panie - zapewnił buńczucznie. - Pójdziemy tam i przyprowadzimy księżniczkę z powrotem!
Blondyn, usłyszawszy tę zapowiedź, ukląkł ponownie przed królem i poprosił:
- Panie, czy udzielisz mi swego pozwolenia, bym mógł udać się do Zapieczętowanej Jaskini wraz z tymi odważnymi młodymi ludźmi, i uratować panienkę Sarę?
- Oczywiście, masz moją zgodę, Ingus - odezwał się władca. - Chyba, że macie jakieś obiekcje? - zwrócił się z pytaniem do trójki ochotników.
Refia zamachała energicznie rękami.
- Ależ oczywiście, że nie, Wasza Wysokość! Jego miecz jest wart dwa razy tyle, co tych tu dwóch - lekceważąco wydęła usta i wskazała na Lunetha i Arca.
- To nie fair, laska! - rozwścieczył się Luneth i odwrócił się w jej stronę. - A niby przez kogo musimy kombinować jak koń pod górę? Nie umiałaś zrobić pierścienia i tylko dlatego tu jesteśmy!
- Cooo?! To moja wina? - dziewczyna nie zamierzała być mu dłużna.
Ingus myślał, że zapadnie się ze wstydu pod ziemię, wysłuchując ich sprzeczki. Jak można tak prostacko zachowywać się przed królewskim majestatem?!
- Dobra, niech idzie z nami - Luneth spojrzał z ukosa na Ingusa. - Towarzystwo królewskiego knechta może się przydać.
Król przytomnie udał, że nie zauważył tej ożywionej wymiany zdań i poinformował ich o sekretnym przejściu w Jaskini. Luneth był niezmiernie ciekaw, skąd władca Sasune ma tak szczegółowe informacje, jak wiedza o szkielecie leżącym koło wejścia, ale przezornie nie drążył kwestii. Może król miał wścibskich agentów i szpiegów? Kto wie...
Na koniec monarcha życzył im powodzenia i po tych pożegnalnych słowach wyszli na zewnątrz.
- Co miał znaczyć ten pokaz prostactwa?! - syknął zirytowany Ingus, ledwo drzwi się za nimi zamknęły. - Jak wy się zachowujecie przed Jego Wysokością?! To niedopuszalne naruszenie etykiety!
- Nie rajcuj się tak, paniczu - usadził go Luneth. - Idziesz z nami, bo JA ci na to pozwoliłem. Więc twarz na kłódkę, albo zostajesz. Dotarło?
Ingus obrzucił go groźnym spojrzeniem, ale zmilczał. Miał ważniejsze sprawy na głowie niż sprzeczki z prowincjonalnym burakiem.
- No - srebrnowłosy chłopak był kontent, że pokazał "nowemu", gdzie jego miejsce. - Dziś nie zdążymy wyruszyć, bo słońce już zaszło. Latać po ciemku nie zamyślam, więc startujemy jutro z samiuśkiego rana.
- Nie powinniśmy tak długo zwlekać! - wybuchnął Ingus. - Księżniczce Sarze może grozić niebezpieczeństwo!
- Luzy rajtuzy - prychnął Luneth. - Nie wymiękaj, uratujemy twoją pannę!
- Jej Wysokość nie jest moją "panną"! - zaczerwienił się Ingus. - Trochę szacunku!
- Aha! Ładna jest pewnie, co? - zachichotał srebrnowłosy dowódca misji ratunkowej.
- Milcz już lepiej - wysapał coraz bardziej zmieszany rycerz.
Luneth chciał kontynuować ten ucieszny wątek, ale zreflektował się, gdy Arc pociągnął go znacząco za rękaw.
- Słuchaj, do Jaskini na piechotę to byśmy zasuwali ile? - zwrócił się do Ingusa.
- Jeden dzień, może półtora. Gdybyśmy pojechali na chocobo, może siedem, osiem godzin.
- Czyli i tak nie dociąglibyśmy się tam szybciej niż jutro pod wieczór. A latającym statkiem będziemy tam w godzinę. Ale w nocy nie można lecieć. Widziałeś, jakie góry są tu dookoła? Chcesz się na nich rozwalić po ciemku? Wtedy na pewno nikogo nie uratujesz. Na chocobo też się w nocy nie pojedzie, bo se ptaki połamią kulasy i tyle z jazdy.
- Masz rację - Ingus kiwnął głową, już rozumiejąc decyzję, na pierwszy rzut oka bezduszną, a w rzeczywistości - rozsądną.
- Ta twoja Sara pewnie jeszcze nie doszła na miejsce - dorzucił Luneth. - I będzie musiała się gdzieś zatrzymać na noc. Ale spoko, tam nie ma nigdzie potworów po drodze. Może nawet ją złapiemy, zanim wlezie do Jaskini. Tak więc luzik, kolo.
- W porządku - rycerz przyjął do wiadomości cały wywód Lunetha. - Chodźcie za mną, zaprowadzę was do komnaty, gdzie będziecie mogli spocząć przed podróżą.
- Dobra, ale zamelduj się rano, bo jak zaśpisz, to lecimy bez ciebie.
- Nie zaśpię - zapewnił sucho rycerz i oddalił się w swoją stronę, będąc pewnym, że nie zmruży w nocy oka.
Markotny Ingus wlókł się przez brukowany plac. Nogi same zaniosły go pod wschodnią wieżę. Zorientował się, gdzie jest, dopiero, gdy zaczepił go jeden z nieszczęsnych służących.
- Panie, jakie to szczęście widzieć cię w normalnej postaci - odezwał się starszy mężczyzna, teraz zredukowany do przezroczystej formy. - Panienka Sara czekała na ciebie, odkąd wyjechałeś. Modliła się codziennie o twój szczęśliwy powrót. Do samego końca, dopóki nie zniknęła.
- Nie wiesz, gdzie mogła się udać? - zapytał blondyn. - I kiedy?
- Nie, panie. Nic nie mówiła. Ale kiedy widziałem ją ostatnio, wydawała się bardzo zamyślona. Zupełnie jakby planowała coś zrobić.
- Hmm... dziękuję ci, Eber.
Ingus zadarł głowę i spojrzał na okna u szczytu wieży. Okna od pokoju Sary... Westchnąwszy ciężko, odwrócił się i odszedł. Nazajutrz czekała go podróż z nowymi towarzyszami. Zdecydowanie wolałby udać się do Jaskini z kompanami ze straży, a nie z przybyszami z dalekiej prowincji. Nie miał jednak żadnego wyboru. Koledzy co do jednego byli pod wpływem działania klątwy i nie byli w stanie mu pomóc. To raczej on musiał pomóc im. Cóż, może nie będzie tak źle. Nawet jeśli tamci troje okażą się kulą u nogi, on da sobie radę. Znajdzie Sarę, przyprowadzi ją bezpiecznie do zamku, zdejmą klątwę, a potem wszystko wróci do normy. Każdy pójdzie w swoją stronę i będzie jak dawniej. W nieco lepszym nastroju powędrował do swoich komnat.
- Widziałeś te wielkie wieże po zachodniej i wschodniej stronie, Arc? - Luneth położył się w łóżku na boku i oparł głowę na ręce, by widzieć kumpla. - Zwiedziłbym je sobie.
- Te krenelażowe? - zapytał domyślnie szatyn, również odwracając się do niego przodem.
- Yyy...
- Zębate.
- A tak, właśnie o te mi chodzi. Jak myślisz, może król nam pozwoli po nich połazić, jak już wrócimy?
- Możliwe. Jeśli uda nam się złamać klątwę...
- Pewnie, że nam się uda! Skopiemy Dżinnowi dupsko, zdejmiemy klątwę i uratujemy pannę tego sztywniackiego knechta!
- Hej, chłopaki! - Refia przerwała im bezceremonialnie i podniosła głowę znad poduszki. - Czy dobrze zgaduję, że znacie się od małego?
- Owszem - potwierdził zdziwiony Luneth.
- Znaczy, od kiedy pamiętacie? Praktycznie od urodzenia? - uściśliła.
- No tak...
- To będzie kilkanaście lat, co nie?
- Tak, ale powiesz mi, o co ci-
- I przez tyle lat nie nagadaliście się wystarczająco?! - wypaliła wreszcie ze złością. - Moglibyście wreszcie się zamknąć i iść spać?!
- O rany, wystarczyło powiedzieć - naburmuszył się Luneth. - Zrzęda - mruknął pod nosem.
- Słyszałam to!
- I bardzo dobrze.
Rano, ledwo wzeszło słońce, Luneth zerwał się energicznie z posłania. Uwielbiał, gdy coś się działo, a świadomość ekscytującej podróży i walki z demonem dodawała mu skrzydeł. Uklęknął przy łóżku i delikatnie potrząsnął śpiącego przyjaciela za ramię.
- Arkie, pobudka. Musimy niedługo wyruszać - szepnął.
- Mhfm... jeszsze minutkę, Lun - mruknął sennie szatyn.
Luneth uśmiechnął się. Arca zawsze trudno było rano dobudzić. "Minutka" przeradzała się w kwadrans, a potem w pół godziny. Patrząc na śpiącego smacznie kumpla, pożałował, że musi mu przeszkodzić. Gdyby to zależało od niego, pozwoliłby mu spać choćby do południa. Niestety, czekała na nich ważna misja i nie miał wyboru.
- Wstawaj, śpiochu. Musimy uratować księżniczkę.
Na próżno. Arc wybełkotał coś niezrozumiale i nakrył się kołdrą na głowę. W oczach Lunetha zamigotały niesforne ogniki. Cóż, zatem musiał użyć bardziej drastycznych środków. Wskoczył na łóżko, nachylił się nad zaspanym przyjacielem i wyszeptał mu złowieszczo do ucha:
- Biblioteka się pali.
Nie zawiódł się. Arc otwarł oczy i usiadł na posłaniu jak rażony gromem.
- So...? ...gzie? - zapytał, nieprzytomnym wzrokiem obrzucając pokój i pokładającego się ze śmiechu Lunetha.
- Nigdzie - wysapał rozweselony chłopak. - Arc, jesteś boski...
Obudzenie Refii nie nastręczyło Lunethowi problemów. Zanim zdążył do niej podejść, usłyszał ostrzegawczy głos:
- Nie śpię już, więc daruj sobie obwieszczenia o pożarze.
Na zewnątrz czekał już na nich Ingus. Obok niego leżał spory stos pudeł i skrzynek.
- Widzę, że jesteście bardzo ascetycznie uzbrojeni - zauważył uszczypliwie rycerz i spojrzał z niechęcią na Lunetha, który jako jedyny miał znośny oręż - więc przyniosłem trochę broni ze zbrojowni. Wybierzcie sobie coś.
- Dzięki - Luneth nie przywiązał wagi do jego zgryźliwego tonu. - Arc, zobacz, czy ten miecz będzie ci pasował - wykonał kilka próbnych wymachów długim żelastwem, po czym wręczył mu je.
Szatyn chwycił zaoferowany miecz, ale musiał złapać go obydwiema rękami. Jakoś go utrzymał, ale o walce nim nie mogło być mowy. Zorientował się, że tym samym mieczem Luneth wymachiwał przed chwilą, jakby to był nic nieważący patyk. I to jedną ręką!
- Chyba jest dla mnie za ciężki - wymamrotał z zakłopotaniem i oddał mu broń.
- W takim razie bierz łuk - zdecydował Luneth. - To i lepiej, będziesz mógł stać z tyłu, gdzie będziesz bezpieczny.
Refia zaopatrzyła się w dwa długie noże, Luneth dobrał sobie drugi miecz i na tym zakończyło się uzbrajanie. Obładowawszy się resztą bagażu, ruszyli w stronę statku. Refia zamierzała zaproponować, by ktoś inny nim sterował. Nie miała chęci na kolejne twarde lądowanie. Nie zdążyła jednak zgłosić swojego wniosku, gdy Luneth, nie tracąc już ani chwili, poderwał statek do lotu. Westchnęła więc i biorąc przykład z Arca, chwyciła się liny.
Z jednej ze skrzyń przyniesionych przez Ingusa Arc wydobył książkę i raz ją otwarłszy, nie mógł się od niej oderwać. Zamiast podziwiać widoki, jedną ręką trzymał się sznura, a drugą dzierżył pasjonującą lekturę. Czytanie w takich warunkach nie było komfortowe, ale zdołał dobrnąć do połowy, zanim jeszcze na dobre opuścili dolinę Sasune.
Przelot nad wielkim, podłużnym jeziorem oznaczał, iż byli blisko celu. Gdy zobaczyli stożkowatą górę z wejściem do jaskini u podnóża, wiedzieli, że dobrze trafili.
- Arc, zaraz lądujemy. Zostaw już te bajki i przytrzymaj się czegoś porządnie - polecił Luneth, zerkając przelotnie na kumpla, jako że większość uwagi poświęcał na manewrowanie wśród skalistych szczytów.
- To nie bajki! - zaprotestował gorąco szatyn. - To bardzo ciekawa księga o czarach lodowych.
- Dobrze, a więc odłóż tę bardzo ciekawą księgę o czarach lodowych - powtórzył cierpliwie Luneth - i trzymaj się. Lądujemy!
Tym razem Refia miała drobną satysfakcję. Choć lądowanie w wykonaniu Lunetha znowu było wyczynowe, pocieszył ją widok Ingusa, który bez żadnej gracji klapnął na deski pokładu.
- Co ty wyprawiasz?! - wysyczał rozeźlony rycerz. - Chcesz nas pozabijać?
- A co? Ty byś lepiej wylądował?
- Owszem. Mam ci udowodnić?
- Bardzo dobry pomysł - podchwyciła Refia, korzystając z okazji. - Przecież kapitanowi nie wypada osobiście sterować - powiedziała chytrze do najeżonego Lunetha.
- W sumie to masz rację - powiedział łaskawie srebrnowłosy chłopak i rozchmurzył się. - Następnym razem łapiesz się za ster, Ingus - zarządził.
Blondyn skinął głową na zgodę.
- To jedno mamy z głowy. Księżniczki nigdzie tu nie ma, więc pewnie jest już w środku - wywnioskował zafrasowany Luneth. - Niedobrze. Widocznie wyruszyła wcześniej, niżeśmy myśleli.
- Nie zwlekajmy więc - ponaglił go Ingus.
Ostrożnie weszli do jaskini.
- Arc, tu mogą być potwory - szepnął Luneth. - Dasz sobie radę?
- Tak, chyba tak...
- Ale nie podchodź, jeśli jakiś wyskoczy - Luneth ścisnął go lekko za ramię. - Postaram się go załatwić, ale lepiej stój gdzieś za mną. Po tamtej dwójce to nie wiem, czego się spodziewać - mruknął, zerkając nieufnie na idących za nimi towarzyszy.
Ledwo skończył wymawiać te słowa, zza zakrętu wyłoniła się zgraja makabrycznych istot. Dwa szkielety i coś, co wyglądało na mumię. Luneth bez namysłu rzucił się na całą grupę. Sieknął kościstego stwora między "oczy" i zdążył jeszcze obciąć mumii rękę, gdy wspierający go Ingus dokończył dzieła zniszczenia. Obaj chłopcy rozejrzeli się czujnie, sprawdzając, czy nie czyha więcej wrogów. Ponieważ nie czyhało, podjęli wędrówkę przez mroczną grotę. We względnym spokoju dotarli do wąskiego przejścia, wiodącego w dalsze czeluście.
- Księżniczki nadal nie widać - zmartwiła się Refia. - Ale nigdzie nie odchodziły boczne drogi, więc musiała tędy iść.
Ingus zacisnął pięści ze zdenerwowania. Sara szła tu całkiem sama, a teren nie był bezpieczny. Co, jeśli napadły ją... Nie! Na pewno nic jej się nie stało. Musi w to wierzyć.
- Zaraz, czy to nie czacha, o której mówił król? - Luneth podbiegł do leżącej na ziemi wielkiej czaszki i obejrzał ją z ciekawością.
Arc wzdrygnął się, gdy przyjaciel wsunął dłoń w jeden z oczodołów. Zdegustowana Refia skrzywiła się z odrazy. Nagle poczuli lekkie drżenie podłoża i skalna ściana odsunęła się gładko, odsłaniając ukryty korytarz.
- Ha! Jestem genialny - oznajmił chełpliwie Luneth i wkroczył w wąskie przejście. - W czaszce była wajcha do otwierania! Chodźcie, tędy pójdziemy dalej.
Arca zdziwiła taka wymyślna konstrukcja. Kto i po co ją zbudował w tym odludnym miejscu? Ponieważ jego towarzysze nie poświęcili uwagi zagadnieniu, zachował milczenie i ruszył za nimi. W ciemnym tunelu mało co było widać, ale dźwięków nic nie tłumiło.
- Ej, chyba ktoś tu jest! - zawołał Luneth, usłyszawszy odgłos kroków.
- Może to panienka Sara... - wyszeptał z nadzieją rycerz, ogromnym wysiłkiem woli powstrzymując się przed biegiem w tamtym kierunku.
Wyjrzeli ostrożnie zza zakrętu i rzeczywiście, natknęli się na poszukiwaną księżniczkę. Całą i zdrową, tylko lekko umorusaną. Trudno jednak nie ubrudzić się, spacerując po zakurzonych i opajęczynionych norach.
- Ingus! - dziewczyna odwróciła się, rozpoznając chłopaka. - Niebiosom niech będą dzięki, że nic ci nie jest! A więc uniknąłeś klątwy!
- Panienko...
Sara ledwo powstrzymała pragnienie, by przywitać się z Ingusem mniej formalnie. Niestety, nie byli sami. Spojrzała z zaciekawieniem na towarzyszącą mu grupkę. Na czele stał srebrnowłosy nastolatek o zadziornym uśmieszku. Powyciągana bluza, znoszone buty i wyświechtana skórzana zbroja zdradzały niezbyt szlachetne pochodzenie swojego właściciela. Mimo to młody dowódca gapił się na księżniczkę bez żadnego skrępowania ani uniżoności. Jego pewna postawa jasno dawała do zrozumienia, że to on gra tu pierwsze skrzypce.
- Mam na imię Sara - uśmiechnęła się i podała mu rękę na powitanie.
- No cze. Jestem Luneth - chwycił jej dłoń i potrząsnął bez ceregieli.
- Luneth! - warknęła cicho Refia i kopnęła go w kostkę.
- Co? - obejrzał się.
- Jak ty się zachowujesz? - strofowała go.
Stropiony chłopak niepewnie przesunął dłonią po włosach. Przecież nie zrobił niczego złego? Rozbawiona Sara z trudem powstrzymała chichot i przywitała się z pozostałymi członkami zespołu.
- Panienko, powinnaś teraz wracać do zamku - starał się ją przekonać rycerz, wyraźnie uszczęśliwiony spotkaniem. - My zajmiemy się resztą.
- Tak, ale musimy pożyczyć twój pierścień - wtrąciła się przytomnie Refia. - Potrzebujemy go, żeby-
- Nie ma takiej potrzeby - przerwała jej arystokratka i z dumą uniosła głowę. - Pójdę z wami. Po to właśnie tu przyszłam, by wygnać Dżinna i uratować moich ludzi.
- Jej Królewska Wysokość przemówiła - Luneth zasalutował ironicznie.
- Jeśli Ingus się nią zajmie, wszystko powinno być dobrze - wyraziła nadzieję Refia.
Widziała po minie Lunetha, iż nie jest zbyt przekonany do udziału Sary w dalszej wyprawie. Prawdę mówiąc, sama też nie była pewna, czy to najlepszy pomysł, ale determinacja młodej księżniczki zrobiła na niej wrażenie. No i bądź co bądź, Sara dotarła tu sama. Musiała sobie więc jakoś radzić.
- Dopóki żyję i oddycham, żadna krzywda nie stanie się panience Sarze! - zapewnił żarliwie blondyn, kładąc dłoń na sercu.
Luneth i Refia, zgodnie jak nigdy dotąd, przewrócili oczami.
- Dziękuję wam - uśmiechnęła się księżniczka. - Ruszajmy więc.
Luneth wyminął ją i zajął swoje, słusznie mu przynależne miejsce na czele drużyny. Mały oddziałek zniknął w mrokach kolejnego tunelu.
Luneth musiał przyznać, iż Sara nie wymaga niczyjej ochrony. Księżniczka dzielnie spisywała się na polu walki, wspierając towarzyszy magią wiatrową, całkiem skuteczną przeciwko potworom. Misja ratunkowa okazała się więc nie tym, czego się spodziewał.
Na walkę z Dżinnem nie musieli długo czekać, gdyż demon wcale się nie ukrywał. Przybrał wygląd opasłego, brodatego mężczyzny, ubranego tylko w niebieskie spodnie i dzierżącego wielką szablę. Księżniczka podeszła śmiało do niego, zanim Ingus czy Luneth zdążyli ją powstrzymać. Wyciągnęła ku demonowi dłoń z pierścieniem, kierując ją, jakby to była broń i oświadczyła dostojnie:
- Przygotuj się na spotkanie ze swoim przeznaczeniem, Dżinnie! Niniejszym zostajesz wygnany raz na zawsze!
Pierścień zajaśniał białym światłem, ale poza tym nic się nie wydarzyło. Zbita z tropu arystokratka wyjąkała:
- Dlaczego to nie działa? Powinno przecież...
- Twoja nędzna błyskotka nie ma już nade mną władzy - Dżinn zakrztusił się od śmiechu. - Jestem chroniony przez Ciemność i nic nie możesz mi zrobić!
Z tymi słowami runął na zdeprymowaną kompanię. Luneth przytomnie szarpnął się do tyłu, unikając przebicia szablą. Ingus ciął Dżinna, zasłaniając Sarę. Refia spróbowała pchnąć demona nożem, korzystając z faktu, że był do niej obrócony tyłem. Podeszła jednak za blisko i nie zdążyła zrealizować swego zamysłu. Potwór odwrócił się do niej, uniósł szablę i spuścił ją prosto na jej głowę. Na szczęście obok stał Luneth. Błyskawicznie odepchnął koleżankę na bok. Szabla Dżinna uderzyła z całą siłą w kamienne płyty, krzesząc iskry. Grupka młodych ludzi zdołała - na swoje szczęście - szybko ochłonąć po tak niefortunnym początku. Prędko też okazało się, iż gruby przeciwnik nie jest zbyt ruchliwy. Niestety, nic też nie świadczyło o tym, by tracił siły. Nieco już zziajany Luneth ponownie zamierzył się na niego, gdy poczuł zza pleców podmuch przejmujący zimnem do szpiku kości. Zimno zaraz zniknęło, ale za to Dżinn zatrzymał się w połowie ruchu, jak zamrożony. Istotnie, jego ciało pokryło się oszronionym nalotem. Upadł na kolana, nie mając sił, by walczyć dalej. Księżniczka postąpiła ku niemu. Tym razem moc pierścienia zadziałała, odsyłając upiora tam, gdzie jego miejsce. Dżinn przestał istnieć.
Ingus natychmiast podszedł do Sary i oboje pogrążyli się w rozmowie. Zdumiony Luneth zwrócił uwagę na przyjaciela, stojącego skromnie w kąciku gdzieś pod ścianą.
- Arc, co to u licha ciężkiego było? O ile dobrze widziałem, to przyłożyłeś Blizzardem!
- Tak. P-przepraszam, trochę niedokładnie przycelowałem - przyznał skruszony chłopiec. - Nic ci się nie stało?
- E, spoko. Ze mną wszystko w porządku. Ale kiedy zdążyłeś się tego nauczyć?
- Jak tu lecieliśmy. Czytałem po drodze tę książkę, którą przyniósł Ingus i stamtąd się dowiedziałem, jak używać magii lodowej.
- Ekstra! - zawołał z podziwem Luneth. - To było naprawdę świetne!
- Dzięki - Arc uśmiechnął się nieśmiało, jednak był bardzo przejęty. W końcu to pierwszy raz, kiedy wziął udział w walce!
Luneth chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zauważył, że sylwetka przyjaciela robi się coraz bledsza, jakby przejrzysta. Sam zresztą ulegał takiemu samemu zjawisku. Spojrzał na własne dłonie, przez które mógł już prawie widzieć na wylot. Obejrzał się na pozostałych kompanów. Refia i Ingus także stawali się niewidzialni.
- C-co jest, kurde? - wyjąkał z niepokojem. - Co się z nami dzieje?!
- Panienko, wracaj, proszę, na zamek - Ingus pospiesznie mówił do Sary, która z przerażeniem patrzyła na towarzyszy, obecnie już ledwo widocznych. - I nie martw się o nas, nic nam nie będzie.
- Ingus! - krzyknęła rozpaczliwie księżniczka, ale postaci jej dzielnych sprzymierzeńców bledły coraz bardziej, aż zanikły zupełnie.
Nie była w stanie nic na to poradzić. Próbując dosięgnąć Ingusa, upadła na kolana, a gdy podniosła głowę, była znowu całkiem sama. Ani blondyna, ani innych nie było już w jaskini. Nie wiedziała, gdzie mogli się podziać i co się z nimi stało, ale panika w niczym by jej nie pomogła. Wzięła głęboki oddech i jak na potomkinię królewskiego rodu przystało, opanowała się. Nie była pewna, czy właściwie postępuje, zostawiając towarzyszy. Może powinna ich poszukać? Wiedziała jednak, że Ingus da sobie radę i pomoże kolegom. Poza tym musiała myśleć o swoich poddanych, którzy cierpieli z powodu klątwy. Miała przed sobą ważny cel, którego zrealizowała dopiero połowę. Ruszyła w drogę powrotną, słusznie zakładając, że skoro dotarła tutaj sama, to i wrócić jej się uda. Głęboko wierzyła w to, że jeszcze zobaczy jasnowłosego rycerza...
