Lydia wyszła wcześniej z ociąganiem, rzucając mu jedno z najbardziej zmartwionych i przerażonych spojrzeń, jakie Stiles widział w jej wykonaniu od ponad piętnastu lat. Nie bardzo wiedział co miałby zrobić, żeby jego przyjaciółka przestała się bać, ale to w tej chwili nie było ważne, bo Derek w końcu wstał i szczelnie zasunął za kobietami kotarę namiotu, a następnie wrócił na poduszki. Wilkołak obserwował go w milczeniu, rozkładając powoli na czynniki pierwsze i Stiles nie mógł już znieść tej stagnacji.
- Chciałeś porozmawiać – przypomniał mu niezbyt uprzejmie, ale Derek znowu wydawał się bardziej rozbawiony niż urażony jego zachowaniem.
- Boisz się – stwierdził Hale i Stiles nie był pewien czy wilkołak jest z tego powodu zadowolony.
- Strach nie czyni mnie słabym – odparł, przypominając sobie scenę sprzed kilku godzin, gdy po raz pierwszy spotkał mężczyznę.
Wydawać by się mogło, że miesiące dzielą go od wygodnej komnaty w Królestwie, a nawet samej podróży karetą. Czas zawsze był rzeczą względną, gdy chodziło o takie sytuacje. Teraz jednak zamiast pędzić jak szalony, dłużył się, gdy Derek siedział i po prostu patrzył na niego.
- Strach czyni cię ostrożnym – odparł mężczyzna i kąciki jego ust drgnęły. – Nie widzę w twoim zachowaniu ostrożności i uległości, której można byłoby się spodziewać po kimś w twojej sytuacji – zauważył Derek spokojnie.
- Jeśli cię uraziłem – zaczął Stiles.
- Bawią mnie próby kontrolowania przez ciebie sytuacji – przerwał mu wilkołak. – Od tej pory będziesz robił to co ci każę i nic ponad to. Możesz rozmawiać z każdym z obozu, a jeśli ktokolwiek jakkolwiek ci zagrozi, chcę o tym wiedzieć. Znajdziesz mnie lub Laurę i poinformujesz nas o zajściu – uściślił Derek, obserwując go z nieruchomą twarzą, z której Stiles nie potrafił wyczytywać zbyt wiele. – Nie musisz się bać o kobietę. Jest gościem. Cała wataha będzie ją chronić. Jej pozycja tutaj jest gwarantowana moim słowem – wyjaśnił.
Stiles zamarł i ugryzł policzek od środka, nie mogąc się jednak powstrzymać przed zadaniem pytania.
- A moja pozycja? – spytał ostrożnie, starając się wykryć jakiekolwiek zmiany w twarzy mężczyzny.
- Zależy od ciebie – powiedział spokojnie Derek i jego mina pozostała idealnie niewzruszona. – Ile masz lat? – spytał Hale.
- Siedemnaście – odparł Stiles nie zamierzając nawet ukrywać swojego młodego wieku.
Derek zmarszczył brwi, jakby ta odpowiedź nie do końca mu odpowiadała. Wilkołak jednak uśmiechnął się szybko, chyba wyczuwając jego ulgę.
- Na moim terytorium jesteś uznawany za dorosłego, więc waż swoje słowa – poinformował go Derek. – Rozbierz się – polecił mu bez kolejnych wskazówek.
Stiles instynktownie sięgnął do guzików koszuli, którą miał na sobie i zagryzł usta.
- To namiot, w którym będzie spała Lydia – przypomniał Derekowi.
Nie znał zwyczajów wilkołaków, ale ostatnim czego chciał to, żeby Martin zobaczyła go w krępującej sytuacji. Nie był idiotą, wiedział czego Derek chciał przed kilkoma godzinami. Wiedział na co się zgodził, ale sądził raczej, że wilkołak da mu chociaż dobę na oswojenie się z sytuacją. Najwyraźniej mylił się, bo Derek spoglądał na niego z coraz większym zniecierpliwieniem, jakby nie wiedział dlaczego Stiles zwleka.
- Kobiety nie wrócą jeszcze przez dobrą godzinę. Usłyszę je zresztą – poinformował go alfa, czekając na jakikolwiek ruch. – Mam ci pomóc? – spytał niepewnie Derek źle odczytując jego wahanie.
- Nie – powiedział szybko Stiles i prawie oderwał jeden guzików.
Jego trzęsące się dłonie słabo radziły sobie z zapięciami, ale w końcu pozbył się przesiąkniętej błotem koszuli. Nie musiał spoglądać w dół, żeby widzieć siniaki na swojej skórze. Możliwe, że gdzieniegdzie stłuczenia były poważniejsze, ale nie zamierzał przejmować się tym w tej chwili.
Derek ani na moment nie spuścił go z oka, obserwując uważnie jego nieskoordynowane ruchy, gdy przez przypadek prawie strącił lampę naftową, wyswabadzając się z rękawów koszuli. Materiał nie był już mokry, ale wciąż nieprzyjemnie się kleił od brudu i potu. Nie bardzo wiedział, gdzie ma go odrzucić, więc upuścił go u swoich stóp.
Zawahał się tylko krótką chwilę przy sprzączce od paska, ale Derek powstrzymał go wyjątkowo delikatnym gestem.
- Ściągnij buty – polecił mu tak po prostu i Stiles schylił się do kolejnych sprzączek, które więziły jego łydki.
Odskoczyły z charakterystycznym odgłosem, więc wysunął stopy, stając na miękkich kocach.
Zesztywniał, gdy Derek sięgnął do guzików własnej, cienkiej koszuli, która pewnie nijak nie chroniła go przed chłodem. Mężczyzna jednak szybciej uporał się z materiałem i schylił się do swoich butów, których pozbył się bez problemów.
Stiles przyglądał mu się ukradkiem, stojąc na środku namiotu i nie bardzo wiedząc, co powinien zrobić. Derek wydawał się całkowicie odprężony, pewny siebie jak zawsze. Sięgnął po kilka poduszek i kolejne koce, przyciągając je w swoją stronę.
Zaskakująco wyraźnie wyrzeźbione mięśnie napięły się, gdy wilkołak wyciągnął do niego dłoń i Stiles nie był pewien czy rozsądnym byłoby ją odrzucić. Derek w jednym miał rację, to on miał tutaj władzę, a nie Stiles i właśnie w tym tkwił głównie problem.
W innym świecie, w innych okolicznościach byłby nawet zadowolony z uwagi, którą poświęcał mu ten przystojny mężczyzna. Może gdyby Hale był stałym rezydentem pałacu albo jakimś dalekim krewnym Lydii… Gdyby Stiles miał wybór.
Podał dłoń Derekowi, starając się zebrać w sobie i nie zacząć panikować. Wilkołak posadził go plecami do siebie na jednej z poduszek, a potem objął w talii.
- Drżysz – zauważył alfa, dmuchając mu ciepłym powietrzem w kark.
- Mój ojciec może ci zapłacić za twoją gościnę – spróbował Stiles, wiedząc, że nic tym nie wskóra.
- Nie interesują mnie pieniądze czy złoto. Nasze terytorium nie jest zainteresowane błyskotkami, które tak czcicie – westchnął zaskakująco zmęczonym głosem Hale. – Czy prócz tych ran na plecach, masz jeszcze jakieś o których powinienem wiedzieć? – spytał, zaskakując Stilesa.
Ciepła dłoń przemierzyła linię siniaków po lewej stronie jego pleców. Nie miał zbyt wielu śladów, bo nie mieli nawet szansy się obronić. Przewaga liczebna była zatrważająca, więc polecił służbie poddać się nie wiedząc, że zostaną im poderżnięte gardła już w chwilę potem.
Derek objął go mocniej, przyciągając do swojej klatki piersiowej i Stiles sądził, że jego druga dłoń zatrzyma się na jego pasku. Wilkołak jednak nakrył ręką jeden z większych sińców na jego piersi i położył ich obu na boku. Ciemne linie pojawiły się na przedramionach mężczyzny, gdy w ciszy leżeli obok siebie i Stiles nie mógł powstrzymać westchnienia ulgi, gdy po raz pierwszy od poranka, ból w jego ciele zelżał.
- Co robisz? – spytał zduszonym głosem.
- Widziałem jak siedzisz w siodle. Broniliście się – stwierdził bardziej niż zapytał Derek.
Stiles zadrżał i zaprzeczył ruchem głowy, ale mężczyzna najwyraźniej czekał na coś bardziej werbalnego.
- Nie mieliśmy czasu. Nie mieliśmy szans – podjął czując, że jego ciało relaksuje się w tym dziwnym cieple, które rozchodziło się od rąk wilkołaka. – Poleciłem służbie i towarzyszącym nam, aby złożyli broń.
- Ale oszczędzono tylko was – dokończył za niego Derek. – To nie byłaby pierwsza zbrodnia Argentów – dodał, układając się wygodniej.
Noga wilkołaka wsunęła się między jego uda i Stiles mimowolnie zesztywniał w mocnym uścisku. Jeśli Derek to zauważył nie dał nic po sobie poznać.
- Co robisz? – powtórzył pytanie Stiles.
- Jutro czeka nas kolejna podróż. Jeśli was szukają, a szukają na pewno, przy granicy nie jesteście bezpieczni. Musimy przenieść cały obóz w głąb terytorium i ewakuować całe wioski – wytłumaczył spokojnie alfa. – Ukryjemy was do czasu, gdy sytuacja się uspokoi. Laura postara się, aby suknię kobiety znaleziono zakrwawioną. Musimy podsunąć im fałszywy trop, aby zmylić pościg. Może całkiem go powstrzymać. Granice są dobrze strzeżone – wyjaśnił. – Leczę cię, abyś nie miał problemów z długą konną jazdą. Nie sądzę, abyś był zadowolony z asysty jednego z moich ludzi – dodał.
Stiles niemal od razu przypomniał sobie, jak Martin jechała konno podtrzymywana przez Ericę. Wolał sobie nie wyobrażać siebie w tej sytuacji.
- Jeśli suknia Lydii zostanie znaleziona zakrwawiona, Argentowie dostarczą ją mojemu… Panu – oparł w ostatniej chwili poprawiając się.
- Jakie to będzie miało znaczenie, gdy kobieta wróci cała i zdrowa? – spytał Derek i Stiles musiał przyznać mu rację. – Błędem ich było i niedopatrzeniem, że zostawili was przy życiu.
Stiles nie bardzo potrafił rozszyfrować ton mężczyzny, ale Hale nie wydawał się poirytowany.
- Sprowadziliśmy na was kłopoty? – spytał niepewnie.
Nigdy nie słyszał o wilkołaczych wioskach. W zasadzie z ust Katherine i Gerarda cała wataha wyglądała na krwiożercze bestie, które pożerały noworodki. Teraz wydawało mu się to śmieszne, bo przecież gdyby mordowali swoje dzieci, wyginęliby bardzo szybko. Jednak kiedy był dzieckiem, był przerażony po każdej ich wizycie.
Jego ojciec zawsze bardzo sceptycznie odnosił się do tych opowieści i Stiles prawie czuł się z tego powodu dumny.
- Możesz zasnąć. Obudzę cię, gdy przyjdzie czas – powiedział Derek.
Stiles jednak nie sądził, aby potrafił zasnąć. Wilkołak był o wiele zbyt ciepły. Zbyt przyjemny. I jego własne ciało zaczynało go zdradzać. W normalnych warunkach nie przejąłby się tym zbytnio. Bywały chwile, gdy spali ze Scottem razem, gdy zasiedzieli się we własnych komnatach. Był pewien, że istniał jakiś wewnętrzny pakt pomiędzy mężczyznami o niewspominaniu o takich wypadkach. Jednak Derek nie był jego prawie bratem. A on był brankiem. A przynajmniej wydawał się być.
- Nie czeka cię tutaj nic złego – obiecał Hale, chyba wyczuwając jego dyskomfort.
Stiles chciałby mu wierzyć, ale nie potrafił. Derek obejmował go w pasie, a nikt nie robił tego wcześniej. Nikt spoza rodziny. Doskonale był świadom gdzie znajdują się jego pośladki i to też nie sprawiało, że czuł się lepiej. Mężczyzna nie był twardy, ale może przez warstwy materiału tego nie czuł.
Nie chciał zasnąć. Nigdy nie zasnął przy nikim do kogo nie miał zaufania. Nie był w zbyt dobrej sytuacji na dworze, więc przeważnie ktoś czuwał pod jego komnatami. Tutaj znajdował się bezpośrednio w towarzystwie kogoś kogo otwarcie nie mógł nazwać wrogiem. Jednak Derek Hale na pewno nie był jego przyjacielem.
Może był jego panem. Stiles nie wiedział do końca na czym miał polegać ich układ.
- Twoje serce bije za szybko. Dlaczego nie zasypiasz? Sądziłem, że jesteś zmęczony – stwierdził wilkołak i w jego głosie można było usłyszeć konsternację.
- Czego ode mnie chcesz? – spytał Stiles wprost.
Derek zesztywniał tuż za nim, jakby nie spodziewał się takiego pytania.
- Ugościliśmy was i obiecaliśmy dostarczyć kobietę do Królestwa całą i zdrową – przypomniał mu wilkołak. – O co pytasz dokładnie? – zainteresował się i nie brzmiało to zbyt dobrze.
Stiles miał wrażenie, że uraził mężczyznę. Faktem jednak było, że to Derek obejmował go rękami. To on miał też broń. Stiles zresztą nie widziałby sensu w stawianiu oporu. Życie Lydii zależało do niego.
- O nic – odparł w końcu, przełykając ślinę.
Derek wcale nie wydawał się uspokojony. Czuł, że ręce alfy zaciskając się odrobinę mocniej na jego skórze.
- Muszę cię uzdrowić – poinformował go mężczyzna. – Inaczej będziesz niezdolny do dalszej podróży. Potem zostawię cię samego – dodał z czymś dziwnym w głosie.
Raczej nie tego spodziewał się Stiles, chociaż ulżyło mu wyraźnie.
ooo
Nie wiedział jak długo leżeli, ale ciało nie bolało go już prawie wcale. Co chwila spoglądał w dół na znikające siniaki i zastanawiał się dlaczego w ogóle Argentowie podjęli się wojny, którą z powodzeniem przegrają. Siła i szybkość wilkołaków, ich zdolności do leczenia nie tylko siebie, ale najwyraźniej też towarzyszy były przepisem na rzeź.
Nie chciał, aby Królestwo trafiło pomiędzy młot a kowadło.
- Można was w ogóle zabić? – spytał Stiles i zamarł, gdy zdał sobie sprawę jak to brzmi.
Derek zesztywniał za nim.
- Każdego można zabić – odparł mężczyzna zaskakująco spokojnie. – Nie jesteśmy mniej ludźmi niż wy.
- Wiem – odparł Stiles, wiedząc, że wilkołak nie usłyszy w jego głosie kłamstwa.
Alfa rozluźnił się nieznacznie.
- Dlaczego pytasz? Nie my jesteśmy zagrożeniem. Dostarczymy kobietę gdzie jej miejsce. Bez nas umrzecie. Nie możecie przedostać się przez terytorium Argentów w pojedynkę – poinformował go całkiem niepotrzebnie.
- Nie zamierzamy uciekać – odparł Stiles.
To też nie było kłamstwo. Naprawdę nie mieli wyjścia. Lydia nie dałaby rady podróżować bez przerwy i na piechotę. Nie była nawykła do takich trudów. Musieli wielokrotnie robić postoje, gdy uciekali przed ludźmi Argentów, a wtedy w jej żyłach wciąż buzowała adrenalina.
- Zastanawiam się po co ta wojna – zaczął Stiles. – Wasz teren nie jest przyjazny dla ludzi. Nie jest zasiedlony w wygodny sposób. Nie macie kopalni złota czy nawet soli… - ciągnął dalej, próbując sobie przypomnieć cokolwiek wiedział o topografii terenu.
Derek westchnął.
- Niektóre wojny nie są prowadzone po to, aby jednym było lepiej, ale po to, aby innym było gorzej – odparł wilkołak.
- Wasz król nie myślał o tym, aby posłać poselstwa do okolicznych królestw? – zainteresował się Stiles.
Nigdy wcześniej nie słyszał, aby ktokolwiek wspominał o watasze. Terytorium wydawało się całkiem wyizolowane.
- Nie mamy króla – odparł Derek, nagle mocno spięty.
Stiles mógł poczuć paznokcie mężczyzny lekko wbijające się w jego skórę. Nie boleśnie, ale ewidentnie świadczyły o tym, że temat nie należał do najłatwiejszych.
- Z kim będzie się zatem kontaktował król John? - spytał niepewnie.
Najgorszym w takim przypadku mógł być podział na plemiona. Jednak organizacja tych małych obozów o tym przeczyła. Wataha musiała mieć głównodowodzącego. Albo sztab.
Derek odsunął się od niego bez słowa i obrócił go tak, że teraz leżeli twarzą w twarz. Oczy mężczyzny błyszczały czerwienią, tak bardzo znajomą. Wilkołak nie przemienił się tak jak wtedy, gdy chciał go wystraszyć. Stiles zresztą wątpił, aby drugi raz wywołało to taką reakcję u niego. Zdążył się naoglądać kilku podobnych, gdy przemieszczali się pospiesznie.
- A co gdybym ci powiedział, że jest ktoś do kogo należy to wszystko? – spytał Derek, obserwując go z napięciem.
Stiles wzruszył ramionami.
- Król John wolałby rozmawiać z kimś, z kim faktycznie mógłby wejść w układy – odparł po prostu. – I chyba wszystkie obietnice powinny w takim razie wypłynąć z jego ust.
Derek uśmiechnął się krzywo.
- Nie dałbym ci swojego słowa, gdybym nie mógł go dotrzymać – poinformował go wilkołak. – Moje słowo jest słowem całej watahy – ciągnął dalej Hale. – Jestem alfą – dodał i Stiles zamarł, gdy nareszcie doszło do niego co miał na myśli Derek.
