III.
Musiałem się czymś zająć, byleby nie myśleć o Polsce. To przecież głupi głupek! Moją uwagę zwróciła Ruś Halicka. Była to część Rusi Czerwonej obejmującej dorzecze Sanu i Dniestru. Legenda głosi, że te wszystkie kolory – Ruś Czerwona, Czarna, Biała – to pozostałości po Mongołach, którzy używali ich, jako określeń geograficznych.
Ale nie o legendy tu chodziło, tylko o wpływy. Wpływy na Rusi Halickiej.
Byłem z siebie dumny – zachowywałem się jak prawdziwe, silne państwo, które zna swoją godność i ma jasno sprecyzowane cele!
Oczywiście dobry nastrój popsuł mi Feliks! Pewnego dnia wysłał mi naprawdę dziwny list.
Torisie!
Czy cię totalnie palnęło w łeb? Kazimierz Wielki, mój król, prawem spadkobierstwa otrzymał Ruś Czerwoną, co się z tym wiąże chce zwiększyć swoje wpływy na Ruś Halicką, a ty pchasz się tam z buciorami! Naprawdę, totalnie generalnie to nie chce mi się z tobą znowu walczyć, bo źle trzymasz miecz, więc lepiej się wycofaj, dobra?
F.Ł.
Podpisał się jak jakiś tajniak, i co, myśli sobie, że jest taki mądry? O nie, to się tak nie skończy! Jeszcze go zaskoczę!
Schowałem list i czym prędzej wybiegłem do ogrodu ćwiczyć machanie orężem.
Miałem, bowiem spotkać Feliksa nie raz na polu walki. Działo się to w latach 1349-1350. Najgłębiej w pamięci utkwiła mi nasza pierwsza walka, po tak długim okresie rozłąki. Pamiętam, że byłem naprawdę zdenerwowany, ponaglałem wierzchowca, byleby już dotrzeć do moich walczących rycerzy. Byłem ciekaw, czy moje ćwiczenia przyniosły rezultaty. Czy może Feliks też stał się silniejszy? Zatrzymałem się na wzniesieniu, skąd pole walki było widoczne jak na dłoni. Szukałem go wzrokiem. Gdzie on jest, gdzie teraz walczy? Nie interesowali mnie inni Polacy.
Przyszedłem tu dla niego.
Zeskoczyłem w końcu z konia i zacząłem przedzierać się przez walczących. Za wszelką cenę musiałem go odnaleźć i udowodnić, z kim ma do czynienia!
Z perspektywy lat uważam, że chyba… chyba nic nie dodawało mi nigdy tak odwagi jak jego imię. Z nim, lub przeciw niemu – nieważne. Feliks Łukasiewicz sprawiał, że zostawiałem ochronną tarczę w domu i naprawdę walczyłem na śmierć i życie.
Znalazłem go wśród kilku Litwinów. Nie stanowili dla niego zagrożenia, rozbiegli się ratując skórę, psia kość! Ale Feliks wcale nie był tak genialnym wojownikiem, za jakiego się uważał.
Cicho podszedłem i przyłożyłem mu czubek ostrza do pleców.
- Nigdy nie ochraniasz tyłów.
- Nigdy nie gadaj, jak walczysz! – Feliks był naprawdę szybki, odwrócił się i w jednej chwili nasze miecze znów się spotkały – Mówiłem, że masz nie przychodzić!
- Nie będziesz mi rozkazywał! – Krzyknąłem dziecinnie.
Zamachnąłem się, ale zatrzymał mój atak.
Zamrugał szybciej powiekami i uśmiechnął się do mnie!
- Trzymasz obiema rękami!
- Zamknij się! Nie rozmawiam z takim… takim… takim lizusem jak ty!
Skąd mi się to wzięło? Chyba jestem fatalny w obrażaniu innych. Feliks aż opuścił gardę.
- Że co proszę? Totalnie cię pogięło!
- A tak! – Kontynuowałem zaczerwieniony – Święte Cesarstwo to, Święte Cesarstwo tamto, nie masz swojego zdania, hę?
- Tłumaczyłem ci! – Feliks skrzyżował ręce na piersi – zrobiłem to dla dobra swojego kraju, nie chciałem go narażać! A ty, to niby, co? Totalnie niekonsekwentny, generalnie ochrzczony, ale ogólnie to wszyscy sobie wierzą, w co chcą!
Po tych słowach byliśmy oboje tak wściekli, że zamiast poprzestać na jednej bitwie, skończyło się na serii potyczek. Nasze miękkie zbroje po miesiącach walk przypominały sflaczałe kapcie.
Może się to wydać dziwne, ale lubiłem z nim walczyć. Odchodziliśmy zawsze na ubocze, gdzieś w gęstwinę i nacieraliśmy na siebie, zbierając wszystkie siły i umiejętności.
- Mocniej! Mocniej, szybciej! – Krzyczał Feliks uderzając w mój miecz.
Ja wtedy uchylałem się i odskakiwałem lub kopałem go nagle, tak, że upadał na kolana.
- Nie ochraniasz nóg, ani tyłów, jak zawsze – beształem go – nie możesz tylko atakować, pomyśl o obronie!
- W ten sposób…kiedyś skończę martwy! – Wstawał tak szybko i zwinnie, że nieraz wprowadzało mnie to w zdumienie.
Te nasze potyczki miały w sobie coś magicznego. Coś, czego wtedy nie rozumiałem.
Pewnego dnia znacznie oddaliliśmy się od pola walki. Trafiliśmy na niebezpieczne mokradła i gdy się potknąłem, on złapał mnie szybko za rękę, bym nie wpadł do bagniska.
Czasami zapominałem, że to mój wróg. Czasami nawet nie zachowywaliśmy się jak wrogowie! Bezczelnie wypytywał mnie o moją intymność!
- Wszystko widziałem – powiedział podczas jednej z walk, wyszczerzył zęby i zadał cios mieczem – jak się nazywała ta mała z koroną z warkoczy?
- Co ty bredzisz – wybąkałem, oddając uderzenie – a w ogóle jakim prawem mnie śledzisz? To tylko jedna z panien dworu, chciała zetrzeć mi pot z czoła – wymamrotałem.
Ach, po co, po co ja mu to opowiadam! Zaśmiał się tylko w głos i o mało nie wypadłem z rytmu naszego sparingu!
Och tak, nasze relacje – to znaczy moje i Feliksa, nie moje i tej dziewczyny, w ogóle dajcie mi wszyscy święty spokój z tą dziewczyną! – Były równie skomplikowane, co sytuacja polityczna.
Pewnego dnia spotkaliśmy się w dużej i obszernej sali mojego pałacu. Wzdychaliśmy boleśnie, widząc jak nasze wojska urządzają sobie piknik na trawie.
- No dobra, było fajnie, ale jak zawsze ktoś totalnie musiał popsuć zabawę – powiedział wtedy Feliks.
Nie odpowiedziałem od razu, zaczerwieniłem się tylko na samą myśl, że w czymś go popieram.
- Mój król, Kazimierz Wielki, chce pokoju – dokończył.
Podpisaliśmy pokój. Jakoś nie skakaliśmy z radości.
Co innego, gdy po kilku dniach znowu spotkaliśmy się w tej samej sali.
- Mój król zrywa pokój! Ugadał się z panną Elką i chcą się z tobą bić! – Krzyknął Feliks, zamiast powitania.
Jeszcze nigdy tak szybko nie przebraliśmy się w zbroje, gotowi do walki. Ale niestety, jeden z moich wielkich książąt litewskich okazał się bardzo nietaktowny.
- Nie martw się panie, zawarłem porozumienie z Kazimierzem i Węgrami – powiedział Kęstutis. Był naprawdę śmiesznej postury i z dziwacznym hełmem na głowie – przyjmę chrzest od Węgier.
- To on też się nie ochrzcił?- Feliks zawsze coś palnie – to, kto w tym kraju przyjął chrzest, nie mów, że tylko ty!
- Zamilknij się – wycedziłem przez zęby.
Kęstutis okazał się być mocny w gębie – przestraszył się widać wody (może miał wściekliznę?) i nie przyjął chrztu. Byliśmy z Feliksem bardzo radzi z tego powodu, bo to oznaczało kolejne wojny między nami! Żeby nie tracić czasu zaprosiłem Polaka do siebie – od razu po śniadaniu szliśmy na pole walki.
Biliśmy się do roku 1366. Wtedy nasze zbroje rozpadły się, jak to mówi Feliks, totalnie. Zapominając o dawnych urazach, zawarliśmy nareszcie trwały pokój.
- No i co, poszliście na tą randkę? – Wypytywał Feliks, czyszcząc ostrze miecza.
Nadal jednak grał mi na nerwach.
Sytuacja na Litwie zmieniła się. Iwan przebywał u mnie częściej niż do tej pory, z powodu ekspansji na osłabione księstwa ruskie. Gediminas zdobył Podlasie, Polesie, Wołyń i Witebszczyznę. Po jego śmierci panował Jaunutis, a potem Olgierd i Kęstutis. Olgiert męczył Iwana, Kęstutis bronił mnie przed Gilbertem.
A kiedy Olgiert umarł władze przejął jego syn Jogaila Algirdaitis, na którego Feliks mówił „Jagiełło".
